Anadyomene

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

IV.

GIORDANO BRUNO.

I.
Ileż to pieśni wylałoś już z siebie,
O niezgłębione ty serce człowieka!
Ile jest świateł promiennych na niebie,
Ile co rano srebrnych kropel ścieka,
Ile bławatów na wiosennej glebie
W płaszcz się słonecznych kolorów obleka,
Tyle się tonów śród pieśni twej mieści,
Głoszących boje, rozkosze, boleści.

II.
Lecz czasem schodzi do głębin żywota
Anioł skrwawiony i po harfie twojéj
Rękami dzikich roznamiętnień miota,
A wówczas pieśń twa podobna do zdroi,
Które w łożyskach rozpieniła słota,
Kiedy się w wieńce błyskawiczne stroi —
A które, żadnej nieświadome straty,
Topią w swych nurtach najwonniejsze kwiaty.

III.
Nieraz słyszałem te straszliwe zgrzyty —
Nieraz słyszałem rozpalone głosy:

»Poco wam płynąć w nieznane błękity?
Nowych polotów poco zgłębiać losy,
Jakie wam stwórca przeznaczył, ukryty
W porannej zorzy rubinowe włosy?
Kornie klęknijcie u stopni ołtarzy
Bez śladu zgłębiań i zwątpień na twarzy!«

IV.
Serce człowieka! Ten anioł zniszczenia,
Anioł obłudy i sprzedajnej wiary,
Gdy się zagnieździ pośród twego cienia,
Przybiera kształty ascetycznej mary,
W miecz się i stosy ogniste zamienia
I idzie szukać dla siebie ofiary —
Idzie jej szukać pomiędzy te duchy,
Co pragną twoje pozrywać łańcuchy!...

V.
W osamotnionej i posępnej celi,
Ponad tajemnic księgą rozłożoną
Tonął w bezdennej, mistycznej topieli
Mnich, co miał serce i duszę stęsknioną
Za owem bóstwem nieskalanej bieli,
Wieńczącem skronie cierniową koroną —
Skronie tych ludzi, którzy wszystko tracą,
By się poszczycić tą przedziwną płacą...

VI.
Czysta go Prawdy przywabiała postać,
Ku niej podnosił roziskrzone oczy,
Do jej królestwa chciał się myślą dostać
I swego ducha topić w jej przezroczy:
I począł ciało umartwieniem chłostać,
Myśląc, że ono mu blaski jej mroczy —
Począł zwyczajem Franciszków z Assyżu
Szukać jej w krwawych stygmatach i krzyżu.


VII.
I oto zgłębiał wieczornej godziny
Wiary Chrystusa tajemnicze tonie,
Czekając, rychło z niebieskiej krainy
Chór mu anielski światłem nie zapłonie,
Rychło się chmurne rozjaśnią głębiny
I złote słońce pokażą w swem łonie —
Lecz próżne modły i próżne badania,
Boska się Prawda z ciemnic nie wyłania.

VIII.
I zamknął księgę i z palącą głową
Wyszedł zaczerpnąć wiosennego chłodu.
Przed nim błyszczała wstęgą purpurową
Ostatnia zorza, a drzewa ogrodu
Jęły ją wielbić wspaniałą osnową
Dziękczynnej pieśni, że wolne od lodu,
Wolne od szronu i tej smutnej szaty,
Która jest godłem żalu, klęsk, zatraty.

IX.
Ponad nim gwiazd się iskrzą miliony,
Jak wymarzonych aniołów źrenice,
Które z nieznanej przywoływał strony,
Aby mu, myśli zapaliwszy świéce,
Rozdarły życia tajemne zasłony
I jasne Prawdy pokazały lice —
Iskrzą się gwiazdy, a każda z nich wnika
Złotemi głoski w serce zakonnika.

X.
I czuł, jak w serca świątnicy ukrytéj
Nowe się jęły podnosić ołtarze,
Jako swoimi gubiły się szczyty
W morzu szafirów i w ognistym żarze;
Czuł, jak śród gwiazd tych niezliczonej świty
Inne do niego przemawiały twarze,

Nie te przyćmione, nie senne i mgliste,
Lecz pełne ognia, jasne i złociste.

XI.
I czuł, jak inne zagrały mu pieśni,
Wypływające ze struny wszechświata;
Jak go z klasztornej wyrywały cieśni
Tam, gdzie się z czynem poświęcenie brata —
Z czynem tych, którzy, do działania wcześni,
Nie drżą przed stosem i toporem kata;
Czuł, jak go gwiazd tych gorejące roje
Z duchami zmroku pędziły w przeboje...

XII.
I w uwielbienia namiętnym zachwycie,
Wznosząc źrenice ku gwiaździstej wstędze,
Zawołał z piersi: »Nieznane wprzód życie
Śmieje się do mnie w ogromów potędze!
I widzę prawdę w niebieskim błękicie,
A nie w pijanej, zapylonej księdze —
Widzę ją jasną w tej drodze gwiazd mlecznej,
W złocistej zorzy i kuli słonecznej.

XIII.
Wśród tych ogromów, ponad tymi światy,
Jeden panuje wielki duch harmonii:
Głowę mu wieńczą płomieniste kwiaty,
Niezmiennych zasad tablicę ma w dłoni;
Stoi, jak posąg, przybran w bronzu szaty,
Ale ze znakiem żywota na skroni —
Stoi i ładu strzeże całą wieczność
I woła światom: »Me imie: konieczność!«

XIV.
I słyszą gwiazdy głos ten zawsze nowy
I kołem wiodą napowietrzne tańce,

I śród mgieł nocnych nad ludzkiemi głowy
Świecą, jak duchów przewodnich kagańce,
A blask ich jasny, gorący i zdrowy
Wiedzie człowieka nad królestwa krańce,
Tam, gdzie wspaniale, na odwiecznym tronie,
Białą nagością czysta Prawda płonie.

XV.
I słyszy głos ten ziemica: drży cała
I w zakreślonem obraca się kole
I śpiewa słońcu królewskiemu: chwała!...
Zielone drzewa szumią na jej czole,
Tęczowych kwiatów gromada wspaniała
Poi się rosą przy wiosennym stole,
Pokąd im anioł zgrzybiały i blady
Nie zmrozi wiosny gorącej biesiady.

XVI.
Oto przedemną jakiejś gwiazdy oko
Blaknie i gaśnie. Po drodze błękitu
Widzę, jak duch jej ulata wysoko
I do wiecznego przelewa się bytu...
Porzuć o serce tę żałość głęboką:
Gwiazda znów jutro zabłyśnie u szczytu,
A z jej ust pieśń ci przedziwna wnet spłynie,
Że śród wszechświata nic nigdy nie ginie.

XVII.
O! Jako gwiazda, śród tego łańcucha
Gasnąc przedemną, nie zgasła na wieki;
Jako ją znowu do życia rozdmucha
W zmienionych kształtach konieczność; jak z rzeki
Na srebrnych skrzydłach nieznanego ducha
W niebo mgły płyną i znowu śród lekkiéj
Topią się wody, tak i duch człowieka
Do pierwotnego źródła perłą ścieka.


XVIII.
Duchu potężny, który swojem tchnieniem
Napełniasz światów szereg niezliczony,
Tyś tą kaskadą, ty jesteś strumieniem,
Którego krople eolskimi tony
Dźwięczą i dźwięczą i, z martwem się mieniem
Zlewając, żywych rodzą miliony!
Duchu potężny! Do twego źródliska
Każda z tych kropel znowu się przeciska.

XIX.
O, jak mi nikniesz z przed oczu, Jehowo,
Wylęgły w mózgu bezlitosnej zgrai!
Darmo cię stroją wstęgą piorunową,
Darmo twą nicość przed duszą mi tai
Najemna czeladź, daremnie nad głową
Grozi przekleństwem; śród gwiaździstych kraji
Inne już berło me serce urzekło,
Nie to, co niebo gotuje lub piekło!

XX.
Żal mi was, biedne, wygłodzone chóry,
Co tak jęczycie śród ciemnej niewoli!
Kiedy źrenicę wzniesiecie do góry,
Szukając światła, wnet czerń was okoli
I gwałtem słońce kryje swemi pióry —
Żal mi was, biedni, żal mi waszej doli.
O jam szczęśliwszy: mam siłę, co każe
Gardzić tą zgrają, niszczyć jej ołtarze!...«

XXI.
Skończył Giordano i wziął kij pielgrzyma
I prawdę głosić szedł pomiędzy ludy...
Szedł łańcuch zrywać, który biednych trzyma
Zdala od ziemi ogniwami złudy —
I wołał jawnie: »Niéma szczęścia, niéma
Tam, gdzie się fałszu rozpostarły brudy,

Tam, gdzie wciąż mącą w powszechnej świątnicy
Czyste akordy niecni najemnicy«.

XXII.
I szedł, a za nim pobiegł chór szatanów,
Skrywszy swe lica w czarny kaptur mniszy,
I krzyczał tłumom: »Wysłańce niebianów,
Strzeżem spokoju i niebieskiej ciszy.
Biada o! biada, kto śród ziemskich łanów
Szumu piór naszych zagłuszon nie słyszy —
Zagłuszon pieśnią tej zbrodniczej treści,
Która odmawia sługom bożym części...

XXIII.
Wszak nam Jehowa złożył piorun w ręce,
Byśmy kruszyli na twardej go szyi,
Jednak się w krwawej nie lubujem męce,
Kiedy się ku nam zwraca żądło żmiji;
Wszak w piersi bije nam serce dziecięce
I dusze nasze bielsze od lilii —
Wszakże na ustach naszych zawsze gości
Hasło pokory i hasło miłości.

XXIV.
Rzucamy tylko wówczas swoje gromy,
Kiedy duch ludzki, napełniony pychą
Pragnie Jehowy tron potrzaskać w złomy
I nad tą ziemią, pokorną i cichą,
Buduje Babel; kiedy sił atomy
Łączy, by kościół pobudować grzechom —
Grzechom dociekań, grzechom wolnej myśli,
Co sobie sama nowe prawa kreśli!«

XXV.
I tak szumiały ponad mędrcem głosy,
Pełne szyderstwa i tajnej zawiści...

I wnet zobaczy, gdzie powiędłe wrzosy,
Odarte z kwiatów i zielonych liści,
Chór czarnych duchów... Męczennicze stosy
Wnet się ku niebu podniosą... Nieczyści
Wnet go duchowie uchwycą w swe sieci,
Czerń zmówi pacierze i ogień roznieci!...

XXVI.
Konał Giordano i gasnącym wzrokiem
Raz jeszcze jeden swych oprawców zmierzył,
A oni stali w milczeniu głębokiem,
Jak gdyby piorun w ich piersi uderzył:
Taka z ócz jego palącym potokiem
Płynęła wzgarda... I wnet się rozszerzył,
Rówien kaskadzie lub chmurze zerwanéj,
Nad ich głowami jego głos rozlany:

XXVII.
»Dziś szalejecie na wzór czarnej fali,
Z hasłem miłości na powiędłych ustach,
Z okiem, co iskrą mściwej zdrady pali,
Z krzyżem na piersi, strawionej w rozpustach,
W ręku tortury z nieugiętej stali,
Odziedziczone po dzikich Prokrustach,
I wszystko życie, wszystko świeże tętno
Głuszycie pieśnią rażącą i wstrętną.

XXVIII.
Wśród żółtych ściernisk, po ściętej pszenicy,
Przy krwawych blaskach gasnącego słońca
Z żalu nad dolą skażonej ziemicy,
Zasiada dzisiaj praw boskich obrońca,
A z nim siadają piekieł biesiadnicy:
Kłamane modły, szyderstwo bez końca,
Ucho w rozpusty kąpiące się echu,
I twarz, co wciąż się wykrzywia od śmiechu.


XXIX.
Niecni szermierze! Ile jadowitych
Gnieździ się gadów w niedostępnym lesie;
Ile się kawek nad ciałem ubitych
Pastwi jeleni; ile wiatr rozniesie
Pyłków zarazy dla ziół nierozwitych,
Pod jarzmem gradu ile trawek gnie się,
O, tyle we was do smutnej biesiady
Łączy się fałszu, obłudy i zdrady.

XXX.
Lecz przyjdą czasy, gdzie światłości żarem
Rozpłomienieją martwe serca ludzi,
Wówczas zaziemskiej rozkoszy puharem
Żadna już siła ich więcej nie złudzi;
Staną do walki i na zgliszczu starem
Duch ich do życia nowy świat pobudzi —
I wzniosą okrzyk nad własną mogiłą:
Oto się niecnych królestwo skończyło!...«



Grafika na koniec utworu.jpg

V.

ANADYOMENE.

I.
Ujął mnie wczoraj sen, jak dzień pogodny,
Kiedy się z objęć nocnych mgieł wychyla,
W rubinów rosę, w złoto świateł płodny,
W zieloność trawy, w barwny pył motyla,
W rozkwitłe drzewa, które wiatr rozkwila
Do takich szumów, że serce nam w łonie,
Jakby niem rajska owładnęła chwila,
Drży z niepojętych rozkoszy i tonie
I tonie głębiej w zjawisk milionie.

II.
Ujął mnie wczoraj sen, jak dzień wiosenny
Po ciężkiej nocy zimowej, i zwalił
Z duszy mi słabej ten ciężar brzemienny
Dni upłynionych, z których każdy palił
Pragnień mnie żarem, żem gorzko się żalił,
Jak ten, co w sobie nie znalazł spokoju...
Tak, ujął sen mnie i w sobie skrysztalił,
Jak słońce blaski swe skrysztala w zdroju,
Com wysnuł śród spoczynku i com odczuł w znoju.

III.
O śnie ty czerstwy! O śnie uśmiechnięty!
Zbyt rzadkim gościem bywasz w naszym domu;

 
Zbyt rzadko swemi ożywiasz ponęty
Zgłuszonych ciosem życiowego gromu:
Częściej nas widma boleści i sromu
Jak Prometejów, zwalczonych pragnieniem,
Do skalistego przykuwają złomu
I z wnętrz tak nam chłoną tchnienie za tchnieniem,
Że, choć się zbudzim rano, dzień jak noc — cierpieniem.

IV.
O śnie ty jasny! O śnie ty błękitny!
Miesiącem jesteś, co nad chmur sinawem
Płonie spowiciem i ten swój przeszczytny
Zatapia obraz w jezior sercu łzawem,
Tak, że aż całe lśnią światłem złotawem...
Jutrzenką — grobem miesiąca i zorzą
I słońcem jesteś, co nad zorzy krwawem
Wstaje posłaniem i sennym przestworzom
Wyciska swoje piętno — żywota myśl bożą.

V.
O śnie rozkoszny!... Helleńskich niebiosów
Strop, do tej chwili zaledwie przeczuty,
Zawisł nademną i z srebrzystych włosów,
Które świt rozwiał swobodny, wyzuty
Z ciężkiej chlamidy pomroku, dopóty
Powiewną splatał tkaninę, aż, złoty,
Pośród fal morskich przytłumionej nuty,
Otoczon zorzy różowymi sploty,
Wzniósł się Helios i swymi rozszarpał ją groty.

VI.
I rozlał zdrój się po niebie czerwony,
Im niżej — płonąc rumieńcem purpury,
A coraz wyżej, ponad nieboskłony
Łagodniał w blaskach, aż gdzieś tam u góry
Z szafirowemi połączył się chmury
W złoto-sinawe przędziwo, co kołem

Ująwszy ciemno-niebieskim brzeg wtóry,
Zlewa się z morza bezdennym rozdołem,
Że zenit tu z nadirem zda się łączyć społem.

VII.
Niekiedy zdala lekki wiatr powiewał
I lekko kłębił oceanu fale;
Ocean cicho hymn swój jeszcze śpiewał,
A we wód jego strzaskanym krysztale,
Drgały tysiącznych przebłysków korale,
Lub perły złote, lub się strop w chwilowéj
Wynurzał ciszy, przystrojon w opale,
Lamę złotawą i płaszcz szafirowy
I niby chwytał echo tajnej fal rozmowy.

VIII.
Wtem na grzbiet morza promień padł gorętszy,
Iskrą gorętszą morze zarumienił;
Wtem jedna fala nad drugą się piętrzy,
Tak ją potężny naraz wiatr rozpienił;
I wnet się obraz napół senny zmienił
W nadmiar żywota i ruchu: bóg wody,
Co się dotychczas niby starzec lenił,
Rozdźwięczał naraz w głos silny i młody,
Jakby zjawisk nieznanych zwiastował porody.

IX.
I na powierzchnię pryskającej toni,
Zrodzona z piany rozgrzanego morza,
W dyademie z kropel perłowych na skroni
Zjawia się ona — dziewicza i hoża,
Jak srebrna piana, którą ranna zorza
Złotem zabarwia, lub jak błyski złote
Tej rannej zorzy, kiedy wstają z łoża
Świtów srebrzystych, by w sercach tęsknotę
Za dniem budzić niezgasłym i życia ochotę.


X.
Snać ją zawstydza boska nagość ciała
I jakieś ciche ogarniają lęki,
Gdyż, lekko zgięta, gors naprzód podała,
Wdzięcznymi ruchy utoczonej ręki
Pragnąc zasłonić obnażone wdzięki,
Pierś z alabastru i łono bez skażeń:
I tak mnie ujął ten wstyd i ten miękki
Kolor jej kształtów i ten czar obnażeń,
Żem tonął śród dotychczas niedoznanych wrażeń.

XI.
Poniżej biódr jej ze słoniowej kości —
Gdy na nią skośnie blask różowy spłynie —
Śród których tułów, jak w uścisku, gości,
Zagięć łagodnych krągłą tworząc linię,
Morza bogowie i morza boginie
Łączą się w wieńce z nagich ciał i wiodą,
Wpół nad głębiną i napół w głębinie,
Raźny korowód, olimpijskim grodom
Dziękując za władczynię i za siostrę młodą.

XII.
Słońce tymczasem, stargawszy szkarłatne
Sploty na zawsze, to nowopowstałą
Złotem obleje, to znów na wydatne
Mięśnie trytonów rzuci strugę białą,
Łagodząc szorstkość, właściwą ich ciałom,
Albo, upadłszy na pierś marmurową
Której-ś z nimf grona, spływa przędzą małą,
By ud wypukłość opleść tkanką nową
I znów tonąć w głębinie, złocąc falę płową.

XIII.
A nad głębiną, nad morskimi ściegi,
Z szumem głębiny, w takt tych morskich tonów,
Aż gdzie ostatnie kwitną ziemi brzegi

Płynie melodya tych nimf i trytonów,
Wielka, jak wielkość żywych milionów.
I wnet, co życia zalega arenę —
Najmniejszy atom, który trwa bez skonów,
Napełnia hymnem barwną światów scenę:
O Anadyomene! Anadyomene!

XIV.
I zdało mi się, że świat się już inny
Razem z tą boską oczom mym odsłonił,
Nagi, lecz, mimo nagości, niewinny.
I człek, co dotąd za uściskiem gonił
Mar niepochwytnych i, choć się wyłonił
Z ziemi, tę ziemię, śniąc o rajskim chlebie,
Jako macochę odpychał, nie ronił
Łez ascetycznych przy swych żądz pogrzebie,
Lecz przylgnął do tej matki i w niej poznał — siebie...

XV.
W niej poznał szczęście i, dłonią je męską
Ująwszy, zamknął drogę tym kuglarzom,
Albo szaleńcom, którzy mu zwycięską
Wróżąc wciąż chwilę tam, gdzie gwiazd się żarzą
Szkliste źrenice, gdzie błękitną twarzą
Niebo spogląda, karmią go okruchów
Pyłem, gdy siebie jego chlebem darzą,
Lub, chcąc go zwolnić z cielesnych »łańcuchów«,
Czynią z niego nie ducha, lecz ironię duchów.

XVI.
I zawładnęła Miłość nad tym światem:
Nie ta, co, w pragnień źródle tajemniczem
Skażona drżącym z naturą rozbratem,
Przed pustelników ugina się biczem,
Lecz ta, co, pełnym płomieniejąc zniczem,
Wiedząc, że życia szczytnym jest początkiem,

Porywa ludzi otwartem obliczem,
I, tym swym celem święta i tym wątkiem,
Nie jest szałem bezpłodnym, lecz twórczym rozsądkiem.

XVII.
I każdy przez nią uczuł się rodzonym
Bratem swych braci i z tych krewieństw studni
Czerpał zasoby siłom nadwątlonym.
I wnet stopniały lody ostrych grudni
Pod ciepłem serca, które dziś obłudni
Zmieniają w rynek fałszywych towarów:
I znikli waśni podżegacze brudni
I ten krwi ludzkiej niezgłębiony parów
Wysuszył już na zawsze dzień miłosnych żarów.

XVIII.
I nastał spokój. Ten łan, co przed wschodem
Dzisiejszej jutrzni czerwienił się strugą
Krwi niezakrzepłej i żywił nas płodem
Siewów, przeklętych łzą i skargą długą
Zbladłych helotów, otworzył dziś pługom
Cichym swe wnętrze i zdrowych oraczy
Widział schylonych i swym własnym smugom
Nucących pieśnie — już bez tej rozpaczy,
Co się na dniu słonecznym czarną chmurą znaczy.

XIX.
Z mogił, wykutych w paryjskim kamieniu,
Wstawali mistrze: wielcy Praksytele,
Eurypidzi, w płaszczach, na ramieniu
Zapiętych sprzążką stalową, wesele
Stawiając znowu w ludzkości kościele,
Spokój i prawdę. I wnet ludzkość cała
Spostrzegła siebie, jak w lustrze, w ich dziele
I, czcząc ich statuą i nucąc im »chwała«,
Sobie pomnik wznosiła i sobie śpiewała...


XX.
Była harmonia pomiędzy zamysłem
I między czynem; między pragnień lotem
I między celem: dyskobol, co zwisłem
Czyścił ramieniem skórę, zlaną potem,
Mędrzec, co chodził za światów obrotem,
Wieszcz, co czar widział w każdej życia skierce,
Byli szczęśliwi zadowoleń złotem,
Które im ziemia dawała — w rozterce
Nie tonął ród Manfredów i nie drżało serce.

XXI.
I zdało mi się dalej... Ach! zbyt rychło
Odbiegłeś śnie ty od rozgranej duszy,
Lecz echo strun twych jeszcze nie przycichło,
I pieśń go inna dzisiaj nie zagłuszy.
Nawet i jutro, gdy mnie szron przyprószy,
Gdy z gwiazd ostatnia zgaśnie mi u szczytu,
Wierzeń tych we mnie nic już nie obruszy —
Zostanie hasło, ryte śród granitu:
O Anadyomene! O ty matko świtu!



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.