Strona:PL Jan Kasprowicz-Dzieła poetyckie t.4.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Płynie melodya tych nimf i trytonów,
Wielka, jak wielkość żywych milionów.
I wnet, co życia zalega arenę —
Najmniejszy atom, który trwa bez skonów,
Napełnia hymnem barwną światów scenę:
O Anadyomene! Anadyomene!

XIV.
I zdało mi się, że świat się już inny
Razem z tą boską oczom mym odsłonił,
Nagi, lecz, mimo nagości, niewinny.
I człek, co dotąd za uściskiem gonił
Mar niepochwytnych i, choć się wyłonił
Z ziemi, tę ziemię, śniąc o rajskim chlebie,
Jako macochę odpychał, nie ronił
Łez ascetycznych przy swych żądz pogrzebie,
Lecz przylgnął do tej matki i w niej poznał — siebie...

XV.
W niej poznał szczęście i, dłonią je męską
Ująwszy, zamknął drogę tym kuglarzom,
Albo szaleńcom, którzy mu zwycięską
Wróżąc wciąż chwilę tam, gdzie gwiazd się żarzą
Szkliste źrenice, gdzie błękitną twarzą
Niebo spogląda, karmią go okruchów
Pyłem, gdy siebie jego chlebem darzą,
Lub, chcąc go zwolnić z cielesnych »łańcuchów«,
Czynią z niego nie ducha, lecz ironię duchów.

XVI.
I zawładnęła Miłość nad tym światem:
Nie ta, co, w pragnień źródle tajemniczem
Skażona drżącym z naturą rozbratem,
Przed pustelników ugina się biczem,
Lecz ta, co, pełnym płomieniejąc zniczem,
Wiedząc, że życia szczytnym jest początkiem,