Ładny chłopiec/Tom I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładny chłopiec
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1879
Drukarz S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Zrana, po wieczorze u pani Dziembinéj, profesor Maciórek czuł się w obowiązku złożyć wizytę w hotelu, panu Serafinowi. Wiedział, że on nie rano wstawał, było więc wszelkie prawdopodobieństwo, że rozczulony tą grzecznością dawnego mistrza swojego młodzieniec, pohopny zawsze do śniadanek i wesołych męzkich traktamentów, poczuje się do obowiązku zaproszenia na jakąś przegryzkę.
Maciórek stokroć zawsze wolał miéć do czynienia z obywatelami wiejskiemi, którzy się nigdy ściśle bardzo nie rachują w przyjęciach. Dowiedziawszy się na dole o numerze pana Serafina, który stał aż na drugim piętrze, zapukał w chwili, gdy wewnątrz pokoju jakaś głośna i burzliwa odgrywała się scena... Chciał się już cofnąć, gdy zobaczywszy go pan Brzuchowski, jeszcze w szlafroku, z włosami rozrzuconemi, poskoczył zapraszając.
W dużym pokoju panował nieład nad wszelkie pojęcie. Łóżko było w takim stanie, jakby na nim bitwa walna stoczoną została. Wisiała kołdra, poduszki zgniecione zsunięte były do pół łóżka, prześcieradło stoczyło się w stronę od ściany i materac leżał obnażony. Butów kilka par po całym pokoju porozstawianych, zdawało się tańcować kontredansa. Na stoliku suknie, butelki, nie dopita kawa, mydło, szczotka, grzebień spotkały się razem z nie małém zapewne podziwieniem. Na podłodze była woda rozlana, na krześle wisiał frak splamiony wszetecznie, brudna koszula zajmowała kanapę.
Lecz wszystko to byłoby niczém: w pośrodku stał w skromnéj nader odzieży, extra brudny izraelita, z twarzą zapérzoną i gniewną, trzymając pugilares w ręku i długą tasiemkę, którą przed chwilą musiał być związany. Był to widocznie nie warszawski żyd, bo nawet na Franciszkańskiéj ulicy tacy się nie znajdują już, ale wiejski, bodaj arędarz. Z nim to ową tak głośną rozmowę musiał prowadzić pan Serafin, gdy nadszedł profesor, lecz w momencie, gdy drzwi otworzył, wszystko nagle ucichło, gospodarz dał żydowi znak oczyma. Posłuszny, choć mocno jakoś zirytowany, zawiązywać zaczął pugilares arędarz i mrucząc, ustępował ku drzwiom.
— No, to jutro rano o téj porze! — zawołał do niego pan Serafin — ja dziś czasu nie mam, kłaniam się, do widzenia.
Wyszedł starozakonny.
— Daruj profesorze — zawołał kanapę opróżniając Serafin — nie było czasu zrobić porządku. Żydzisko mnie naszło, winien mi pieniądze...
Profesorowi zdawało się bardzo dziwném, żeby żyd był winien szlachcicowi, ale uśmiechnął się, jakby to przyjął za dobrą monetę.
Widziany w ulicy lub restauracyi, pan Serafin wyglądał wcale inaczéj, w mieszkaniu swém wiele tracił. Domyślać się było można, że i w głowie jego i w interesach i w domu ładu nie było, ani wielkiego dostatku. Szampan, którym tak obficie traktował, daleko był lepszy od butów i garderoby, któréj tajemnice profesor mimowolnie teraz oglądał i rozważał, albo więc był to człowiek zagadkowy i nie umiejący gospodarzyć, lub furfant, który zamożność udawał.
Profesorowi nie szło o dojście prawdy, ani o przyszłość dawnego ucznia, korzystał z teraźniejszości, nie dał więc po sobie poznać iż wrażenie na nim uczynił nie korzystne.
Jakby zatrzéć je pragnąc, pan Serafin począł mówić o sobie, o majątkach swych, o znacznych summach i interesach, które mu młodości swobodnie zażyć nie dozwalały. Chciał widocznie przekonać profesora, że choć nieład u niego panował, sprowadzało go nie złe położenie, ale młodzieńcza lekkomyślność, z którą się chwalił.
Pan Maciórek występował, naturalnie, jako moralista.
— Nie przeczę — rzekł — że młodość ma swe prawa, i że wiele jéj przebaczyć należy; ale, zmiłujcie się, trzeba o przyszłości pamiętać. We wszystkiém miara! umiarkowanie! to grunt.
— A! ja téż, panie profesorze, sam to czuję — odezwał się siadając przy nim i zapalając cygaro Serafin — dla tego, myślę sobie, nie ma nic lepszego jak ożenić się. Żona poczciwa weźmie w kluby człowieka i ustatkuje się.
— Dzięki Bogu, majątku nie nadwerężyłem, kapitaliki jeszcze są — trzeba sobie dobrać parę i życie rozpocząć po Bożemu...
— Ależ asindziéj, panie Serafinie — odezwał się profesor — nie przyjechałeś żony téj szukać w mieście?
— A jakby się w mieście trafiła? dlaczegóż by nie? — spytał Serafin.
— Dlatego, że mieszczka nawykła do tutejszego trybu życia, na wsi się nudzić będzie.
Serafin się rozśmiał.
— No to co? — zawołał — jak będzie pieniędzy miała huk, tom ja gotów dla niéj uczynić tę ofiarę i także do miasta się wynieść!
I rozśmiał się hałaśliwie.
— Dalibóg, nie byłbym od tego...
— Tak, a w mieście okazyjka co chwila, a waćpan na to jak na lato, i rozbałamucisz się — mówił surowo profesor.
— E! profesorze kochany! pan co tak jesteś surowy i rozumny — odparł biorąc go pod boki poufale Serafin — a po kiegoż licha życie, kiedy się go nie używa!
— Ale z umiarkowaniem, zawsze z umiarkowaniem — rzekł profesor.
— No, jeśli pan chcesz, z umiarkowaniem w dni powszednie, ale na niedziele i święta — słowo daję, trzeba sobie trochę cugli puścić, a nie, to człowiek skolankowacieje...
Maciórek dla utrzymania się w swym charakterze głową potrząsał.
— O! ta młodzież! — zawołał — ta młodzież!
— No — dodał po namyśle — cóż wczoraj wieczorem robiliście?
Serafin kułak do gęby przyłożył, głowę w ramiona wcisnął i szepnął — Ta...jem...ni...ca!
— No! to pewnie już gdzieś nieciekawieście się zabawili! O! wy młodzi! o! szaleńcy.
— Ale nie! — zaprzeczył nagle Serafin — jak Boga kocham, nie! Co pan sobie myśli, byłem w najporządniejszym w świecie domu!! Słowo daję i musiałem chodzić jak dziecię na pasku.
Maciórek spojrzał nań.
— Cóż to było?
— Zdaje się że początek końca! — zaśmiał się Brzuchowski — albo koniec początku! Niech to będzie między nami tylko — kuzynka radczyni mnie swata; wczoraj po raz pierwszy miałem szczęście oglądać tą, którą wybrała dla mnie.
— I cóż tedy? — szydersko rzekł profesor — ma kwalifikacye?
— I jakie! i jakie! — począł pan Serafin. — Wdówka, bogata, bez familii, pani swéj woli, wychowanie i maniery arystokratyczne, ładna. Śliczna można powiedziéć, wcale jeszcze młoda...
— Jeszcze? — spytał profesor z przekąsem.
— Dalipan, nie wiem czy ma lat trzydzieści... delikatna, melancholiczna...
— A jakże jéj melancholia pogodzi się z waćpana wesołością? — wtrącił Maciórek.
— E! albo ona poweseleje przy mnie, albo ja przy niéj spoważnieję — rzekł Serafin. Podobała mi się, ale mi się podobała; gotówbym choć dziś do ołtarza.
— O! ci młodzi! ci młodzi! — westchnął Maciórek — nie znasz, nie wiesz kto i co — i — już gotów do ołtarza...
— Albo to znając i wiedząc inaczéj się idzie do ołtarza jak na chybił trafił? — spytał Brzuchowski. — Pół roku człek widzi kobietę w salonie przy gościach — tyle ile mu jéj pokażą. Wycedzi mu słówko przez ząbki i to się zowie, że ją poznał. Et!...
Maciórek śmiał się z odcieniem filozoficznego politowania.
— A jakżeś się waćpan wdówce podobał? nie zmiarkowałeś? — spytał.
— Nie wiem, ale dziś jestem zaproszony z radczynią na herbatę. Właśnie ten projekt, uda się czy nie, zmusza mnie przeciągnąć mój pobyt w Warszawie, i dla tego chciałem moją należność wydobyć od żyda...
Maciórek nie mógł wytrzymać, podniósł głowę i szepnął złośliwie nieco.
— No — a taż sumka w banku, którą miałeś podnieść?
Z początku Brzuchowski stanął pomięszany, zczerwienił się mocno, ale wnet dodał śmiejąc się.
— Wystaw pan sobie, że dla jakichś formalności jeszcze mi trzy tygodnie czekać na nią każą.
Pokręcił głową profesor.
— O! to rzecz smutna!
— Ale — to furda wszystko — przerwał prędko Brzuchowski — grosiwa jeszcze mam dosyć...
Ostygła nieco rozmowa, Maciórek zaczynał się dorozumiewać, że pono nadzieja śniadania była jedną z tych zwodniczych nadziei, co się ziścić nigdy nie mają. Nie chciał tracić czasu. Na wszelki jednak wypadek wtrącił cicho.
— A dziś co z sobą porabiacie?
— Do herbaty mam czas wolny — odezwał się Serafin — trzeba będzie pomyśléć gdzieś co przetrącić i gardło popłukać. Wczoraj mi mówiono o taniéj i dobréj kuchni u Poziomkiewiczowéj.
— Zapewne! zapewne! — potwierdził chłodno Maciórek, któremu nie podobał się zwrót ku tańszym zakładom, znamionujący, czego się już domyślał — wyczerpanie finansowe. Nie cierpiał ludzi nie mających pieniędzy i zmuszonych się oszczędzać — byli mu wstrętliwi.
— A profesor co z sobą robi? — spytał Brzuchowski.
— Ja! regularny jestem jak zegarek — odezwał się Maciórek — gdzieś się coś zje, skromniuchno, hygienicznie — a potém na szachy i czarną kawę.
Pomimo zagadnięcia, które jeszcze dozwalało się spodziewać zaproszenia, Serafin otrzymawszy odpowiedź, pocałował tylko w ramię dawnego nauczyciela, przeprowadził go aż do wschodów — ale nie prosił!!
Spowodowało to bardzo zły humor profesora, który nie lubił doznawać zawodu i mylić się w rachunku. Spuszczając się ze wschodów mruczał.
— Wszyscy tacy! Szalbierstwo! Udawanie — popisy z pieniędzmi, a do trzeciego dnia sakiewka próżna. Uczciwy człowiek, który tak ich pisze jak widzi, doznaje zawodu! Niczemu wierzyć! nikomu zaufać! nie dawno lał szampanem, a dziś już w rękach lichwiarza i chce się gdzieś w dziurze przeżywić sam jeden!! Brzydzę się takiemi ludźmi! Nie można rachować na nich. Tygodnia całego w swym charakterze nie umiał się utrzymać....
Cały ten dzień mógł Maciórek rachować za stracony. Krążenie po ulicach w okolicy miejsc najpewniejszych, w których zwykle się nigdy darmo nie ukazał, tego dnia chybiło celu.
Parę osób pozdrowiło go i minęło szybko, jakby się obawiając zaczepki. Widział znajomych wchodzących wesołemi gromadkami do restauracyi, z kilku rozmawiał, nikt się nie domyślił go zaprosić. Było to tak niepraktykowaném, że Maciórek zasępił się mocno — fortuna odwracała od niego oblicze, świat wydał mu się zepsutym, chrześciańska nauka i zasady widocznie zaparte zostały.
Wychodząc z domu professor tak był pewnym, iż albo Serafin go zabierze do jakiegoś handlu, albo kto inny pochwyci, iż stróżowi zapowiedział, że obiadu w domu jeść nie będzie. Tymczasem trzeba było się czémś odżywić tu, w środku miasta, za swój miły grosz i drogo. Maciórek oburzał się na tę myśl.
— Tego tylko braknie, żeby mi się kto nastręczył, prosząc abym ja go przyjmował i zapłacił!!
Z goryczą w sercu, widząc że tu już nie ma co począć i czego się spodziewać, profesor z głową spuszczoną posunął się ku ulicy Długiéj, gdzie miał znajomą garkuchnię, w któréj jadał czasem incognito, skromnie, byle tylko nie być głodnym. Wybierał zwykle jedną lub dwie potrawy nasycające, zjadał chleba dużo, popijał szklanką piwa, i wysuwał się tyłami niewidziany.
Upokarzało go, gdy był do takiéj ostateczności przyprowadzony. Znikł więc z horyzontu, na którym zwykle jaśniał, i nie ukazał się na nim, aż w godzinie szachów, w kawiarni, do któréj zwykł był na nie uczęszczać. Niepospolity szachista grywał różnie, czasem o pewną stawkę, którą najczęściej zagarniał. Nie wielu było równych mu na tem polu.
W kawiarni przyjmowano go, jako pożądanego gościa, uprzejmie bardzo, siedział bowiem długo i choć sam niewiele konsumował, umiał drugich ku temu napędzać — przytém jak wszędzie tak i tu profesor zdala dla profanów, miał postać tak poważną, obudzającą poszanowanie — iż miano go za purytanina, moralistę, filozofa i wielce czcigodnego emeryta.
Chłopcy, dziewczęta, gospodarz, gospodyni nizko mu się kłaniali. Szeptano gdy się ukazał — profesor! profesor. — Stawiano laskę jego i wieszano kapelusz w najbezpieczniejszych i najlepszych kątkach.
Dnia tego kawiarnia była ożywiona, mnogi tłum zajmował wszystkie pokoje, gwarno było i wesoło.
W pokoiku gdzie stały zwykle szachy, już widać było przygotowaną szachownicę, ustawione figury, i parę osób przechadzających się jakby w oczekiwaniu na kogoś.
Jedną z nich był średnich lat mężczyzna, dobréj tuszy, brunet, nadający sobie powagę wielką, z rękami w kieszeniach, z głową podniesioną. Na oczach miał złote okulary, twarz dużą, wygoloną starannie z bokobrodami angielskiemi, podbródek zażywny. Zdala nie podobna się było omylić — musiał być kupcem, finansistą na małą skalę — obywatelem dobrze sytuowanym i majętnym. Maleńki odcień dzielił go tylko od królów giełdowych, których dezinwoltury, ton, fiziognomią naśladował już z talentem.
Patrzał na świat z wysokości jakich dwóch lub trzechkroć sto tysięcy rubli — a przynajmniéj tak go z miny można było ocenić.
Wszyscy z nim razem znajdujący się w pokoju, ginęli przy nim — milkli gdy mówił, słuchali go z poszanowaniem. Była to — autoritas — powaga jakaś. Stawał chodząc — wszyscy się zatrzymywali; posuwał się daléj — szli za nim dyskretnie. Gdy powiedział coś dogmatycznie rzucając słów kilka, wszyscy uśmiechali się, potakiwali głowami, zdając uwielbiać rozum jego. Ci, ku którym się zwracał, podchodzili doń z uniżonością, uśmiechami, czując się wysoce zaszczyceni tém, iż raczył ich wyróżnić w tłumie.
Profesor zdala dojrzał tego pana, i przyspieszył kroku do szachownicy. Zobaczywszy go, owa potęga głową go pozdrowiła.
— Jak się masz profesorze — odezwał się — a co w szachy może zagramy?
Profesor mając z potęgami do czynienia, zwykle stawił się jako szorstki dosyć filozof i spartańczyk. Był to dobry sposób nie dać się im sponiewierać.
— Jeżeli pan Samuel Bombastein raczy mi ten zaszczyt uczynić — odezwał się cedząc profesor — i owszém, miło mi będzie.
— A dasz mi wieżę fora? — spytał stojący już nad szachownicą z rękami w kieszeniach mąż wielki.
— Nie sądzę byś pan jéj potrzebował — odezwał się profesor — jesteśmy równéj siły.
— O nie! — rzekł pan Samuel — bo ja mam dystrakcye...
To mówiąc zasiadł, a ci co mu służyli do rozmowy, powoli, nie chcąc grającym przeszkadzać, rozeszli się.
Gra się zaledwie zaczynała i dwa pierwsze pionki poruszyły, za któremi laufry na plac wyjechały, wedle obyczaju, gdy szumnie jakoś i zamaszysto wpadł do pokoiku, z niezwykłym dobrym humorem Bolek Tańczyński.
Bombastein skrzywił się znacząco, spoglądając na tego nieznanego młodzika, który nie znał należnego dlań uszanowania — gdy i profesor téż obejrzał się i poznał siostrzeńca, a ten przyszedł go przywitać.
Profesora uderzyła fiziognomia rozjaśniona, nadzwyczajna jakaś w młodzieńcu ufność w siebie — były to znaki, że mu się coś bardzo szczęśliwie powieść musiało. Nie spytał go jednak.
Bolek stanął na chwilę przy stoliku w postawie kolosu rhodyjskiego i pan Bombastein miał czas się jego arystokratycznéj figurce przypatrzéć.
— Niespotkałeś się dziś z panem Serafinem? — zapytał Maciórek.
— Nie — krótko odparł Bolek — nie wiem co się z nim dzieje.
To mówiąc zakręcił się na obcasie i wyszedł na kawę do pierwszego pokoju.
— Cóż to za panicz? — z przekąsem odezwał się Bombastein.
Profesora dotknęło lekceważenie rodzonego siostrzeńca, przypomniał sobie ów bilet, który wypadł z kapelusza, pochylił się tajemniczo do pana Samuela.
— Chociaż to mój siostrzan — rzekł — ale, jak to się u nas w kraju zdarza często, potomek jednéj z najznakomitszych rodzin w kraju — tylko zubożałéj. Chociaż ma śliczne imię i tytuł hrabiowski, przezwał się na prostego szlachcica...
Bombastein słuchał z ustami otwartemi.
— A to, głupi — rzekł nagle — hm! imie to kapitał!
— Dumny jest a ubogi. Zresztą wychowany ślicznie i, jak pan widzisz maniery!...
Kiwnął głową pan Samuel i widać było, że się o czémś zamyślił.
— Zaprezentuj mi go pan — rzekł — ja lubię żeby u mnie w domu taka piękna młodzież bywała. Niech czasem na wieczór przyjdzie...
— Bardzo chętnie, przedstawię go panu! — rzekł Maciórek.
Rozśmiał się Bombastein.
— Wiesz, profesor! — rzekł — mnie czasem piękne myśli przychodzą? Możemy z jego imienia i tytułu coś zrobić?
Maciórek popatrzał nań zdziwiony, p. Samuel przybrał minę poważną.
— Pan wiesz — ja już żadnego interesu teraz niemam — mówił daléj pan Samuel — czekam, myślę. Można z tego chłopca zrobić interes, ja waćpanu powiadam imie i tytuł w naszym kraju, to kapitał!
Tyle tylko powiedziawszy p. Bombastein pochylił się na szachy.
— Szach królowi!
— Biorę królowę laufrem! — odparł Maciórek.
— Jeszcze ręki nie puściłem! przepraszam — poprawił się Bombastein.
— Gramy bez poprawki!
— Bez poprawki! ale jeszcze nie stała moja figura.
W téj chwili Bolek powrócił, Maciórek mu coś szepnął, i zaraz go przedstawił partnerowi swojemu.
Pan Samuel, który niedawno tak kwaśno na młodzieńca spoglądał, i krzywił się, wstał grzecznie, podał mu rękę i protekcyonalnym, lecz zarazem uprzejmym głosem, rzekł.
— Bardzo się cieszę, że pana hrabiego poznać mogę.
Zatytułowany tak p. Bolesław pokraśniał spoglądając na wuja, który cały był w szachach.
— Niech pan czasem mnie odwiedzi — dodał p. Samuel. — Posłucha pan u mnie dobréj muzyki, napije się dobréj herbaty, zje dobrą kolacyę i pozna z dobremi ludźmi. — Bardzo proszę, bez ceremonii.
Bolek rumieniąc się kłaniał i dziękował, przebąkując coś niezrozumiałego. Nazwisko p. Samuela Bombasteina, jako jednego z najzamożniejszych ludzi w mieście, nie raz się o jego uszy obiło; bliżéj jednak nie znał ani składu domu, ani towarzystwa, w które tam miał wejść.
Postał chwilkę nad szachami, i zamierzając rozpytać wuja późniéj o nową swą znajomość, wyszedł do drugiego pokoju, aby grającym nie przeszkadzać. Siadł zaledwie w kątku, gdy nieopodal spostrzegł Serafina, który dosyć smętnie jakoś czarną kawę wysączał.
Brzuchowski natychmiast z filiżanką się przysiadł do niego.
Bolek miał minę tryumfującą, nieledwie szyderską.
— No cóż? jakże wczorajszy wieczór? jak nadzieje? co się tam święci? — odezwał się Tanczyński.
— Wszystko jak nie może być lepiéj — rzekł p. Serafin — wdówka jak perła wygląda, istna królowa!! Kobieta nadzwyczajnéj piękności! a ton! ton! fiu! fiu!
— Zatém idzie daléj? — żartobliwie pytał Bolek.
— A dla czegożby iść nie miało! dziś jestem tam na herbacie — mówił Serafin — rozpoczynam oblężenie wedle wszelkich reguł. Jak ci się zdaje — rzekł pochylając się do Bolka — którego dnia można się kobiecie tego świata wielkiego przyznać, że się w niéj kocha? Słowo ci daję — ja z prostemi dziewczętami, wiem że i we dwie godziny można przysięgać miłość wiekuistą, ale z paniami! Szczególniéj wdowy, wymagają, nowicyatu — długich wzdychań, wejrzeń nim się gębę otworzyć odważy.
Bolek, który w gębie trzymał koniec eleganckiéj laseczki, pokręcił głową.
— Spytaj pan kuzynki, pani Radczynéj, ona go poinformować powinna. To jéj sprawa.
— A prawda! — rzekł p. Serafin.
— Jakże zszedł wieczór? — pytał Bolek.
— Bardzo nudnie, przyznam ci się, na ucho — szepnął Serafin. — Gdy ona się na mnie nie patrzała, jam ją ze wszystkich stron oglądał, gdy ja rozmawiałem z Emmą, ona ukradkiem mierzyła mnie od stóp do głowy. Rozpatrzyłem się o ile udało, twarz ładniuchna, osóbka trochę chuda, figura zręczna — nóżki nie mogłem dojrzéć, a z rąk rękawiczek i do herbaty nie zdejmowała...
Słuchając Tanczyński dziwnie się uśmiechał i głową potrząsał.
— Zatém oblężenie i konkury — rzekł ciągle w żart obracając rozmowę — ale to ma być osoba często dziwaczna, kapryśna — a nuż, po kilku tygodniach...
— To sprawa mojéj kuzynki — odparł Serafin — poczciwa dobra kobiecina jest z nią w najściślejszych stosunkach, gdy się przekona, że z tego nic nie będzie, powie mi. Ona każe być najlepszych nadziei!.. Westchnął p. Serafin.
— Wiesz co panie Bolesławie — dodał — żeby tak jeszcze Dziembina mogła swojéj pulchności trochę oddać mojéj pani — dla obu byłoby z korzyścią!! Niema co kłamać i uwodzić się — trochę chuda, a zważywszy, iż niewiasty na siebie wiele kładną różnych mamideł — może nawet być i mocno chudą...
Bolek nie zastanowiwszy się widać, jakby mimowolnie mu się to wyrwało — zawołał.
— Ma śliczną kibić i znowu tak... jak pan powiadasz...
Serafin popatrzał nań tylko, i nie odpowiedział nic. Nie uderzyło go to ujęcie się za panią Laurą, dnia tego był widocznie znudzony czemś i niespokojny. Odwiedziny ranne arendarza na humor jego wpłynęły fatalnie. Wesoła twarz szlachcica była posępną, pofałdowaną i przygniecioną jakimś ciężarem myśli, do którego dźwigania nie nawykła. Bolek przeciwnie promieniejący był, wesół, żartobliwy — i wyzywający.
Przesiedzieli tak z sobą na kanapie z godzinę. Serafin spojrzał na zegarek, wniósł aby się przejść razem, ale Bolek mu oświadczył, że na profesora czekać musi. Rozstali się więc — a pan Tanczyński zamyślony, rozparty pozostał na swém miejscu, mając czas rozpatrywać się we własnéj tualecie, tego dnia nadzwyczaj starannéj i świeżéj. Dopomagało mu do tego choć w oddaleniu wiszące zwierciadło, które ładną jego postać odbijało. W téj przyjemnéj kontemplacyi najmilszego oblicza, Bolek przetrwał dosyć długo. Pan Bombastein miał czas dwie partye szachów z profesorem rozegrać i wyszedł bocznemi drzwiami, polecając mu, aby siostrzeńcowi przypomniał, iż go zaprosił do siebie.
Wysunął się i profesor, — chcąc odbyć wieczorną pielgrzymkę około restauracyi, azali by od porannéj szczęśliwszą nie była — gdy siostrzeniec go na drodze pochwycił. Razem wyszli na ulicę.
— Niechże mi wuj powie coś więcéj o tym paru — spytał Bolek.
— Właśniem chciał to spełnić — rzekł Maciórek, — zarekomendowałem cię tam, mogę powiedziéć, nie chwaląc się, mistrzowsko. Masz wstęp do domu człowieka, który tu jest w wielkiéj estymie. Szacują go na miliony — głowa finansowa ogromna.
— Ma familią? — spytał Bolek.
— A jakże! dwie córki dorosłe, albo i trzy może! Panny podobno nie bardzo ładne, ale znakomicie wykształcone, dom książęcy — towarzystwo jak najlepsze...
To mówiąc profesor utarł nos z pedanteryą pedagoga, który wie, że nawet tę funkcyę spełniając w obec młodzieży, powinien jéj nadać coś uroczystego.
Ucieranie nosa u p. Maciórka odbywało się jakby jakaś ceremonia ważna, mająca formy niezbędne, od których się odstąpić nie godziło. Dobywał chustkę z namaszczeniem, rozwijał ją z uwagą skupioną, szukał w niéj miejsca, krytyczny czyniąc przegląd całości, na ostatek zakładał na nos, a spełniwszy z pomocą rąk obu zadanie — zwijał na nowo, systematycznie, pilno ochronny ów płatek, i wtykał go do kieszeni, tak aby w niéj mógł nie naruszony spoczywać.
Obyczaj ten pozostał mu z czasów profesury, nie zmienił go teraz Maciórek, gdyż nadawał mu powagę, a w wielu wypadkach, czas do namysłu z odpowiedzią. Zaskoczony pytaniem kłopotliwém, dobywał chustki i to go salwowało.
Bolek znając już nawyknienie wuja, milczał i czekał — Maciórek odetchnął silnie, wciągając powietrze przez odświeżone kanały oddechowe, i mówił daléj.
— Widzisz, kochany mój, że czynię z siebie dla ciebie co mogę. Nie pożyczam ci pieniędzy, to prawda, jest to przeciw moim zasadom, a oprócz tego nie mam nic do rozdawania — jednakże, gdy okoliczności się nadarzą popchnięcia cię w świat — na gorliwości mi nie zbywa.
— Poznałem cię z Serafinem — i to coś warto, chociaż przyznam ci się — na nim się grubo omyliłem! zawiodłem! Zdawał się zrazu zasobny człek i skłonny do przyjmowania, a bodaj czy już nie osiadł na mieliźnie. Zdaje mi się że goły, należy go unikać! Przestrzegam.
— Co się tyczy Bombasteina, możesz, jeśli potrafisz i zechcesz, świetne w jego domu zrobić interesa. Ludzie jak on nie przyjmują ubogich (mają racyę, ci są nudni), osób u niego bywa dużo i takiego rodzaju, co potrzebują czasem szlacheckiego nazwiska, nie mając żadnego, więc gotowi zapłacić grubo. Koniec końców, sprzedać się musisz — dodał patrząc na Bolka — dałem ci wstęp na targowicę — reszta do ciebie należy.
— W istocie to człowiek bogaty? — spytał Bolek.
Profesor stanął i wyprostował się.
— Słuchaj — rzekł — dzieciak jesteś. Chcesz miéć miarę zamożności człowieka, patrz jak się z nim drudzy obchodzą, jak mu się kłaniają, jak go słuchają, jak z nim rozmawiają. Kassy jego nie liczyłem, ale na ludzkie nosy się spuszczam. Żaden wyżeł tak kuropatw nie zwietrzy, jak ludzie pieniądze. Kto ich nie ma, niech się dmie jak chce, czci mu nie oddadzą. Gdy Bombastein wchodzi, ludzie milkną, skłaniają głowy, tyle tylko że nie klękną — on ich ledwie za boże stworzenie ma — przyjmują od niego wszystko. Bądź pewny, że to termometr niemylny!!
— Ale — dodał Maciórek ciszéj — pamiętaj że znów być Grafem incognito! Nie przyznawaj się do tytułu, taj, wypieraj, ale czyń to tak...
Bolek się uśmiechnął.
— Przecież, ja to sam pierwszy wynalazłem — szepnął po cichu.
— To jeszcze nic! chłop na polu znalazłszy hetmańską buławę, może jéj użyć do makutry. Sztuka na tém, jak się z tém obejdziesz...
Pora była spóźniona, Maciórek niespokojnie spojrzał na zegarek.
— A! bodajże cię!
I pospieszył na stacyę swoją.
P. Bolesław rozmyślał, co ma począć z sobą, gdy mu się doktor Bazyli nawinął. Szedł jakiś zamyślony, a spostrzegłszy go, wprost nań podążył.
Bolek nadzwyczaj dlań czuł się w obowiązku być uprzejmym, winien mu był owe pięćdziesiąt złotych, i musiał zacierać ślady potwarzy jaką nań rzucił.
— Właśnie dobrze, że cię spotykam — odezwał się Bazyli — chciałem się rozmówić z tobą. Niemogę zrozumiéć radzcy? W początkach przyjmował mnie nadzwyczaj przyjacielsko i serdecznie, nagle, nie wiem co zaszło, unika mnie i nie kłania się nawet. Jesteś domowym? słyszałeś co może? mów. Co to może być?
Bolek przybrał postawę ironiczną.
— Kochany kolego — odezwał się — czy przypominasz sobie, co ci o tym domu mówiłem? Czy cię nie przestrzegałem?
— Ale mówże otwarcie, cóż bo jest w tym domu? — spytał Bazyli.
Bolek surową zrobił minę.
— Zrozumiesz mnie, gdy ci powiem — rzekł poważnie — iż mi nie przystało, nawet przed przyjacielem zdradzać tajemnic domu, do którego z zaufaniem mnie przyjęto. Mogłem ci, jako koledze, dać przestrogę, lecz nadto więcéj wymagać się nie godzi.
Bazyli ruszył ramionami.
— Śliczne to jest co mówisz — rzekł — lecz nawzajem sobie pozwól powiedziéć, iż, choć, jak ty na prawo nie chodziłem, znam axiomat sądziów śledczych — is fecit cui prodest. Otóż oparty na nim rozumuję. P. Bolesławowi zdawało się, że ja umizgać się mogę do panny Emmy, że panna Emma jest dla mnie grzeczna — mógł więc pan Bolesław mi stołka przystawić!! Bo któż u licha inny?
Oburzył się straszliwie odgadnięty Tańczyński, na którego spojrzawszy uważnie doktor, zrobił minę pogardliwą, kiwnął głową i nic więcéj nie powiedziawszy nad — dobranoc — poszedł daléj.
Bolesław chciał za nim gonić, rozważywszy jednak wstrzymał się — nie wiele mu szło o doktora. Najgorszém było to, iż wypadało mu zaraz oddać te pięćdziesiąt złotych...
Zatopiony w rachubach najrozmaitszych, potrzebując skupić ducha, Bolek poszedł siąść na najustronniejszéj ławce ogrodu Saskiego. Jak pająk porozciągał sieci na wszystkie strony, jedne się rwały, drugie zdawały zdobycz przytrzymywać, inne obiecywały, że coś w nie wpaść powinno.
Na pierwszym planie była piękna wdowa. Tu nad wszelkie spodziewanie powiodło mu się szczęśliwie, choć na pozór, został odprawiony z niczém. Pod wskazanym adresem odebrał był list surowo karcący niewczesne uczucie, powzięte dla osoby, któréj serce już żadnemu nie było dostępne. Jednakże pozwolono mu raz stawić się osobiście, aby z ust wdowy niefortunny wyrok usłyszéć.
Ogłaszanie tego dekretu przez trzydziesto kilko letnią panią dwudziestoletniemu młodzieńcowi, sam na sam, trwało dobre trzy kwadranse, a gdy po ferowaniu go wyszedł z jéj gabinetu przeprowadzany tylnemi wschodami przez pannę Giertrudę, nie był wcale zrozpaczony — był niemal szczęśliwy. Równie szczęśliwym nazwać się mógł w dorywczych swych amorach na wschodach ze śliczną Arcią, — ale tu musiał być niesłychanie ostrożnym i oględnym. Miłość własna tylko miała z tego pociechę.
Panna Arkadia już przebąkiwała o zaręczynach i małżeństwie, co spowodowało Bolka, do skłamania iż nie był panem siebie, miał familię i nie mógł teraz rozporządzać sobą. Miłość więc stateczna miała się przedłużać aż do epoki usamowolnienia, odziedziczenia jakichś dóbr na księżycu i t. p.
W domu radzcy, tam gdzie pierwsze jego zakwitły były nadzieje — z niezrozumiałych dlań powodów — wszystko się zwichnęło i nagle zepsuło. Radzca był dlań zawsze z sympatyą wielką i okazywał mu ją niezmiennie, jednakże przy żonie i córce był zimniejszym — miał się na baczności. — Dla czego? nie mógł Bolesław zrozumieć.
Panna Emma jak była dlań chłodną i grzeczną, ale odstręczającą, ilekroć się zbliżyć probował, tak nią pozostała. Obchodziła się z nim zawsze jak z guwernerem braci, trzymała go w oddaleniu i pilnowała aby nie wychodził z zakreślonych mu szranków. Magnetyzowanie pięknemi oczyma nie pomagało, zdawało się nawet czynić skutek przeciwny.
Na ostatek pani Dziembina, która okazywała mu taką czułość, iż nie wahała się zwierzać z tém co serce jéj uciskało — nagle jednego ranka zmieniła się na zajadłą nieprzyjaciółkę — Bolek napróżno we własném postępowaniu szukał przyczyny, znaleść jéj nie mógł. Probował przyjść do otwartego wyjaśnienia i znalazłszy radczynię samą, ośmielił się spytać ją, czém na gniew jéj mógł zasłużyć?
Pani Dziembina odpowiedziała mu pogardliwie, iż, choć późno umie się poznać na ludziach, i dała mu zimną, groźną odprawę.
— Jeśli kto przyjaźni ocenić nie umie — rzekła gniewnie — nie zasługuje na nią.
Było to tajemnicą dla pięknego Bolka, lecz pocieszał się tém, że ją odkryć musi i zdoła się wytłómaczyć.
Do tych wszystkich nadziei i rozczarowań, przybywał teraz dom państwa a raczéj pana Bombasteina, (bo mąż ten od dawna był wdowcem) dom, który w tak świetnych barwach wuj mu przedstawił.
Mając tyle stawek, Bolesław spodziewał się wygrać choć na jednéj.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.