Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   139   —

czyciela, przeprowadził go aż do wschodów — ale nie prosił!!
Spowodowało to bardzo zły humor profesora, który nie lubił doznawać zawodu i mylić się w rachunku. Spuszczając się ze wschodów mruczał.
— Wszyscy tacy! Szalbierstwo! Udawanie — popisy z pieniędzmi, a do trzeciego dnia sakiewka próżna. Uczciwy człowiek, który tak ich pisze jak widzi, doznaje zawodu! Niczemu wierzyć! nikomu zaufać! nie dawno lał szampanem, a dziś już w rękach lichwiarza i chce się gdzieś w dziurze przeżywić sam jeden!! Brzydzę się takiemi ludźmi! Nie można rachować na nich. Tygodnia całego w swym charakterze nie umiał się utrzymać....
Cały ten dzień mógł Maciórek rachować za stracony. Krążenie po ulicach w okolicy miejsc najpewniejszych, w których zwykle się nigdy darmo nie ukazał, tego dnia chybiło celu.
Parę osób pozdrowiło go i minęło szybko, jakby się obawiając zaczepki. Widział znajomych wchodzących wesołemi gromadkami do restauracyi, z kilku rozmawiał, nikt się nie domyślił go zaprosić. Było to tak niepraktykowaném, że Maciórek zasępił się mocno — fortuna odwracała od niego oblicze, świat wydał mu się zepsutym, chrześciańska nauka i zasady widocznie zaparte zostały.
Wychodząc z domu professor tak był pewnym, iż albo Serafin go zabierze do jakiegoś handlu, albo kto inny pochwyci, iż stróżowi zapowiedział, że obiadu w domu jeść nie będzie. Tymczasem trzeba było się czémś odżywić tu, w środku miasta,