Zygmuntowskie czasy/Tom IV/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Indeks stron
IV.
SAPIEHOWIE.

Chociaż pospolicie Litwę i Polskę już w XVI. wieku wyobrażają sobie prawie jednym co do obyczajów, języka i fizjonomji powierzchownej, co do wewnętrznych urządzeń krajem; wcielenie tej prowincji moralne, po tylokrotnych unjach, nie było jeszcze dopełnione jak później, a wiele różnic stanowczych kraj Polski od Litwy odcechowywało.
Dzikszą jeszcze pomimo trzech wieków upłynionych była Litwa, obyczaje ostrzejsze, przepych dopiero wszczynać się począł i to po dworach magnatów tylko, których królewski dwór uczył wytworu. Radziwiłłowie pierwsi wzbici dumą z królewskiego połączenia, z książęcych tytułów i niezliczonych łask Augusta, dali przykład zbytku. Ale nikt w początkach nie chciał i nie mógł naśladować. Pańskie fortuny w Litwie i tutaj rzadsze; nawet książęta krwi Jagiellońskiej, Olgerdowe rozrodzone potomstwo, nie mieli rozległych majętności. Nie uczuto też jeszcze tak głęboko potrzeby przepychu. Szlachta żyła całkiem po prostu, skromnie, ubogo i w pół dziko prawie; budowy drewniane po większej części okrywały Litwę, sioła jej z chat nizkich i dymnych złożone do lasów przyparte, lud ubogi, pracowity, uciśniony kryły. Wygody życia nie ceniono, kraj potrzebom swym wystarczał, a sąsiednie miasta tylko i bogatsi zdobywali się na zagraniczne wyroby. Wieśniak okrywał się swojej roboty suknem, kożuchem, płótnem, obówiem; wóz jego nie miał nic żelaznego.
Szlachcic niemajętny mało się różnił od wieśniaka; żona jego i córki w domowych chodziły tkaninach, on sam krajowem okrywał się suknem, pasem fabryki domowej podciągał; jadł co mu urodziła ziemia, pił miód pszczół swoich i piwo własnego waru. Wiódł życie ustronne, ciche, pracowite i na wpół dzikie.
Samotne to życie rodziło wprawdzie przesądów wiele, wad wiele, ale obfitowało także w cnoty — zaciszu i prostocie właściwe. Gościnność, otwartość wielka, męztwo, zapasami ciągłemi z naturą i ludźmi rozwinięte, odznaczały Litwina. Mówił nie wytwornie, umiał nie wiele, i to co wpoił ojciec, czego nauczyło doświadczenie; ale dla obcych i nieszczęśliwych wylany, dla swoich sprawiedliwy choć nie zawsze łagodny, prawy we wszystkiem; za szorstkość płacił poczciwością.
W Polsce więcej daleko znała szlachta swoją przewagę, siłę i godność, w Litwie lękliwie jeszcze używała swych przywilejów. Szlachcic polski na zjeździe pod Lwowem za Zygmunta I. zagroził panom szablą, litewski nie pomyślałby nawet o tem, tak szanował swoich książąt i magnatów, z starego nałogu. Pokorniejszy od polskiego szlachcica, gdy go do żywego dotknięto, Litwin krzywdy nie umiał darować, mścił się do ostatka, karał zabójstwy, krwią mazał posłuszny temu pogańskiemu jeszcze zabytkowi — uczucia zemsty, której prawna kara zaspokoić nie mogła dostatecznie. Nie udawał się też do prawa chyba rzadko i niechętnie, wolał sobie sam wymierzyć sprawiedliwość.
Z poddanym — bliżej go będąc, może mniej srogo obchodził się szlachcic litewski, nie przywykł go jeszcze uważać za bydlę, bo niedawno razem z wieśniakiem podlegał nieograniczonej władzy panującego. Ta władza, jakkolwiek umiarkowana znacznie nadanemi prawy, jeszcze w Litwie zawsze była większa niż w Polsce za ostatniego Jagiełły.
Jak życie było proste na Litwie, tak gospodarstwo zaniedbane i dzikie. Uprawa roli nie dawała korzyści, siano więc prawie tylko tyle ile spotrzebować miano; dochody stanowiły miody, woski, skóry i t. p. Ale potrzeby też były małe i łatwo zaspokoić się dające, nie szukano przyjemności innych nad łatwe i pod ręką będące. Myśliwstwo po ogromnych lasach rozrywkę razem i korzyść przynosiło, gospodarstwo było zatrudnieniem i zabawą: wieczorna pogadanka u komina kończyła dnie spokojne, a wywalona wichrem barć w lesie, nieraz stanowiła przedmiot rozmów długich i pełnych zajęcia rozpraw. Niedźwiedź co przeszedł z lasu, łoś co się ukazał u stogów, był wypadkiem wielkiej wagi, wspomnieniem na długo.
Spokój Litwy, w którym ona spała szczęśliwa, zamąciły wkrótce wypadki. Walka z Polską o Podole i Wołyń, którą podsycali możni, potem sprawa unji, tylu mająca nieprzyjaciół, potem nareszcie reforma.
W ledwie nawróconej Litwie, gdzie przywiązanie do nowej wiary nie mogło być jeszcze wielkie, gdzie dwa i tak już wyznania walczyły z sobą; a lud kłaniał się po lasach bałwanom i czcił dotąd drzewa i węże, reforma wpadająca z gorącem pragnieniem nawracania, z wrzaskliwym zapałem, musiała głów wiele obłąkać. Oświecenie nie mogło być jeszcze tak upowszechnione aby zapobiegło złemu. Ci co się uczyć chcieli, (a było ich nie wiele) musieli szukać nauki w Krakowie lub Pradze, bogatsi w Lipsku i Padwie. Reszta nie pojmowała należycie wiary, i dla tego łatwo, łatwiej niż w Polsce odwieść się od niej dała, za małe uznając wielkie i stanowcze różnice.
W jednej chwili Wilno z katolickiego stało się prawie reformowanem, kościoły nieważone i opuszczone; magnaci pociągnęli za sobą szlachtę ślepą i idącą za ich przykładem, pod ich powagą. Senat wkrótce litewski tylko kilku liczył katolików, reszta albo była greckiego obrządku, albo przyjęła reformę. Na Żmudzi duchowni katolicy znikli, w stolicy wznosiły się zbory, na Łukiszkach, na Rybnym końcu, przeciw św. Jana. Nikt nie myślał radzić, a król obojętnie na to patrzał. Tymczasem Radziwiłłowie koryfeowie reformy szczepili ją wszelkiemi sposoby, sypiąc pieniędzmi, łudząc popularnością lub protekcją swoją. Duchowieństwo padło na duchu całkowicie. Wtenczas to Hozjus z biskupem Walerjanem wprowadzili zakon jezuitów, a pierwszy męczennik Krassowski zapowiedział wielkie losy stowarzyszeniu, co liczyło między członkami swemi ludzi tak bohatersko pogardzających śmiercią.
Lecz wnijdźmy do pałacu Antokolskiego, gdzie wojewoda podlaski Fryderyk Sapieha, świeżo przybyły, przyjmował pokrewnego Pawła, kasztelana kijowskiego. Wielka tu różnica od dworu Firlejów, Tarłów, Zborowskich, co się uczyli przepychu za granicą i wrócili bardziej cudzoziemcami niż Polakami. Na dworze jak na twarzy Pawła kasztelana Kijowskiego i Fryderyka wojewody Podlaskiego, jak w mowie ich znać starych Litwinów, ludzi odrębną na sobie zupełnie powłokę noszących. Oba bowiem, jeden pobytem w Rusi moskiewskiej, drugi poselstwy do Moskwy, nabrali coś obyczajów tamtejszych, stroju nawet i miny; choć oba dobrowolnie tam żyć nie chcieli. Otaczający dwór ze szlachty rusko-litewskiej złożony, nie wytwornie strojny, nie szczebiocący układnie, wyglądałby dziko przy Firlejowych lub Łaskiego dworakach. Barczysty to lud, chmurnych wejrzeń, potężnych rąk, zawsze do szabli gotów, nieustraszony i nie ważący słów swoich na szali grzeczności i tak zwanej wówczas polityki.
Barwa szara okrywała dworskich, koni ich mierzyny, siodła skórzane, pasy ze skóry palonej, szable w żelaznych pochwach, kołpaki futrzane na głowach; a suknie panów i sług staroświeckim jeszcze krojem. Włoskiego tu nie zobaczy się ubioru, tak zwyczajnego w Polsce, ani hiszpańskich płaszczów, ani węgierskich maszkarnych przebierań; ale delje długie, kontusze po kostki ciemne, opończe szare. Klejnotów też nie ma wiele na pokaz, a ma je kto, to chowa od wielkiego święta.
Izby tego domu Sapieżyńskiego (gdyż naówczas pałacem go jeszcze zwać nie było można) nie wszędzie nawet obite były, po większej części nagie i pobielane tylko. Za cały sprzęt w nich ławy dębowe i jesionowe stoły, krzesła proste, piece kaflowe; w oknach szyby małe ołowiem oprawne, od tyłów nawet pęcherzem pozaciągane, podłogi sosnowe, potrzęsione jedliną, łoża twarde.
Ozdobą w nich oręże porozwieszane, szable krzywe, nie ze wszystkiem jeszcze zarzucone łuki z kołczanami pąsowemi, rzędy na konie świecące, kulbaki sadzone, dywdyki szyte, skóry niedźwiedzie, rysi i lisów.
Obyczaje dworu surowe, poważne, męzkie. Włoskie zwyczaje miękkie, galanterja, muzyka, trefne pieśni, skoki i słówka nie przyjęły się na Litwie. Ze zgrozą widział lud maszkary wileńskie Augusta i jego zniewieściałość. Kobiety usunione prawie od towarzystwa męzkiego, utrzymywane dość surowo, ani same się psuć, ani mężczyzn niewieścić czasu i zręczności nie miały.
Przędły kądziel, tkały płótno, szyły w krośnach i słuchały rodziców i mężów. Spiewać i mówić o miłości uważało się za rzecz sromotną i nieprzyzwoitą mężczyznie, a sprośną dla kobiety. A jednak przywiązanie stadeł były wieczne, były trwałe i nieporuszone, małżeństwa połączone świętym węzłem.
W komnacie bardzo po prostu przybranej, na dębowej ławie siedzieli Paweł kasztelan i Fryderyk wojewoda; oba starcy prawie, ale zdrowi jeszcze i silni, oba wzrostu słusznego, twarzy rumianej, z zarosłemi brody i wąsami. Oblicze ich było poważne, surowe, męzkie, takie właśnie jakie widujemy na starych obrazach.
Paweł był starszy, siwy i nieco przygięty, Fryderyk rzeźwiejszy i żywszy.
— Jakież tedy wieści z Knyszyna? — zapytał Paweł wojewodę.
— Złe, zawsze złe — odrzekł wstając i przechadzając się z niecierpliwością wojewoda. — Ciż sami otaczają go co otaczali; taż sama obojętność i bezczynność. E! do sto kaduków zniewieściał nam, zbabiał ze wszystkiem. A szkoda, szkoda, bo serce złote. Włochy tylko go zepsuli.
Kasztelan westchnął.
— I nie jego jednego, rzekł, ale pono wielu, ale bodaj nie na długo i nie na wszystkich puścili jad w obyczaje. Ktoby to poznał dziś stary lud polski i litewski, co się wstydził dawniej tego pokryjomu zrobić, z czego dziś chełpi w oczy świata. Abominacja! Ale gdy powietrze ustało, król by wrócić powinien?
— W Tykocinie mór go dognał, wyjechał do Knyszyna. Bóg wie.
— Giżanka z nim?
— I ona i jej poplecznicy, Mniszkowska kupka. A piszą że panowie senatorowie i inni przystępu nie mają, że skarby wielkie wywożą a wywożą.
— Myśleć by o tem senatorom, gdy król nie myśli.
— Jegoć to.
— Ależ użytek z tych poczciwych zbiorów niegodny.
Oba westchnęli i zadumali się.
W tem wszedł starszy dworzanin wojewody i oznajmił o przyjeździe nieznajomych jakichś ludzi, którzy sam na sam z panem wojewodą widzieć się chcieli.
— Tu ich wezwać, rzekł Sapieha, nie mam tajemnic dla pana brata.
— Ale oni mieć je mogą, odparł kasztelan wstając i chcąc wynijść, wojewoda go nie puścił.
Stanisław Sołomerecki ze starszym towarzyszem podróży weszli do izby, skłonili się nisko, a podali listy swoje Sapiezie. Spojrzeli na chłopię co u proga stało, potem po sobie, a wojewoda zawołać kazał kogoś do przeczytania listów.
— Za łaskawem pozwoleniem, rzekł towarzysz księcia, gdybyście raczyli sami te listy przejrzeć i w tem jest przyczyna.
Wojewoda rozerwał sznurki i zbliżywszy się do okna począł czytać.
Głębokie panowało milczenie. Odczytawszy, nie chcąc zapewne mieć nic skrytego dla kasztelana podał mu otwarte pisma wojewoda, a sam postąpił do Sołomereckiego.
— Pozdrawiam was, rzekł, u mnie otwartem sercem przyjmuję i pozostać proszę. Zapewnie po Firlejewskim dworze nie zasmakuje wam litewska dzicz, jak ją tam w Polsce zowią.
— Bardzo krótko byłem u pana wojewody, rzekł Sołomerecki, a dawne moje życie....
— Po części to już wiemy, przerwał wojewoda, spróbowaliście biedy. Ta nigdy człowiekowi nie zaszkodzi. Twardnieje w niej jak żelazo rozpalone w wodzie, próbuje się jak w ogniu złoto.
— I uczy losowi nie ufać, dodał kasztelan. Jam także wygnaniec i cierpiał nie mało, a nigdym nie żalił się na to. I owszem.
— I ja się nie użalam, cicho dorzucił Sołomerecki, dla matki tylko to mnie boli.
— Pobożne dziecko Bóg błogosławi.
— Jakie imię nosić będziesz? spytał wojewoda, bo widzę że własnego nie możesz.
— Jakie się wam panie wojewodo zda.
Stary pomyślał gładząc brodę i odpowiedział:
— To wszystko jedno, daję wam do wyboru.
— Zwałem się będąc żakiem w Krakowie Maciejem Skowronkiem.
— To przynajmniej Skowroński!
— Niech będzie jak się wam podoba, panie wojewodo.
— Zawołać mi Grydy! — klasnął w dłonie Sapieha.
Po chwilce wszedł żądany. Był to olbrzymiego prawie wzrostu człowiek, barczysty, silny, już szpakowaciejący, rumiany, z krótko ostrzyżonym włosem, ogoloną brodą i ogromnym wąsem. Ubrany w obcisły kaftan łosi i kontusz szary, buty czarne długie, nóż za pasem, czapka w ręku lisia z wierzchem aksamitnym.
Gryda był starszym marszałkiem nad dworem wojewody.
— To jest pan Skowroński, polecony mi wielce — rzekł Sapieha — biorę go na swój dwór, będziecie mieli oko na niego pilne.
— Dopilnuję — rzekł Gryda spoglądając surowo w chłopca.
— Tylko łagodnie Grydo, bo to musi być jak z lica widać trochę pieszczone.
— No! no! my go tu Jaśny Panie odpieścim, zmężnieje u nas i odejdzie mu ta bladość.
Wojewoda się przyśmiechnął.
— Łagodnie mój Grydo.
— A już kiedy pan wojewoda rozkaże.
— Wielce mi polecony jedynak.
— Tego mu nie winszuję — gburowato odrzekł marszałek. — Z jedynaka, to wiadomo panie wojewodo...
— Ale nie w waszych rękach.
— A juściż, nie dałbym tak wyrość. Stanisław pobladł nieco, ale zwróciwszy łagodne wejrzenie na marszałka, pomimo jego postawy i odgróżek, postrzegł łatwo, że nie tak był straszny, jak za strasznego chciał uchodzić.
Opatrzywszy Sołomereckiego w pieniądze, odzienie i poleciwszy od siebie marszałkowi, towarzysze jego podróży, tegoż dnia prawie niewidząc się z nim, odjechali. Znowu więc sam jeden pozostał wśród obcych i nowych postaci. Całkiem jednak różny to był świat młodzieży od dwóch widzianych i poznanych przez niego wprzódy.
Dwór Sapiehy wojennego ducha i zatrudnień nadewszystko, składał się z dworzan do rycerskiego sposobiących rzemiosła. Co u pana Firleja wytchnieniem tylko i niejako zabawką było, to tu zajmowało wszelkie godziny i za cel uważane było. Jak dzień, poczynano od modlitwy, wojewoda już katolik trzymał przy sobie kapelana i codziennie z całym swym dworem słuchał mszy świętej w kaplicy domowej lub podróżnej. Niekiedy w drodze stawiano ołtarz pod umyślnie rozbitym namiotem.
Po bardzo skromnem śniadaniu, które jak obiad składały proste narodowe potrawy, obficie podane, wszyscy szli do zatrudnień. Jedni toczyli końmi, drudzy bili się w szable, inni strzelali do tarczy z łuków i rusznic; wyłączywszy tych, których posyłano gdzie, za sprawą jaką, z listem i t. p.; obiad poprzedzony modlitwą trwał krótko, po nim powtarzały się ranne zatrudnienia, wieczerza, modlitwa znowu i to razem odbyta w czasie gdy po kościołach dzwonią na Anioł Pański, zamykały dzień. Wcześnie kładli się wszyscy spać. Nie znano tu co kości, co gra, śpiew i inna nad rycerską zabawa. Nic pieszczonego i miękczącego nie było w obyczajach dworu, kobiety usunione i oddzielone zupełnie.
Gryda rządził dworem wojewody. Jak ogromny, barczystej postaci i słów srogich, tak był słaby i miękki człowiek. Nie żeby brak mu było odwagi, bo tej dał dowody na placu bitwy nie jednej, ale łatwo się przekonywać dawał, łatwo złagodzić.
A że w oczach jego nad tę dobroć i łagodność ukrywaną, nic nie mogło być sromotniejszego, Gryda udawał gbura i złośnika, upartego i ciężkiego człowieka. Nieustannie gniewał się niby, srożył, groził, marszczył i łajał. Dworzanie co go znali, często nadużywali nawet drażniąc poczciwego Litwina dowiedzionej cierpliwości, nic się go bowiem nie lękali. Dla nowych ludzi, marszałek mógł się wydawać piekielnym złośnikiem i nie pohamowanym prześladowcą, bo słowy w istocie takim był, ale nigdy uczynkiem.
Takim właśnie zdał się Sołomereckiemu, który słysząc jak go napominano o łagodność, wyobraził sobie, że wpadł w ręce nielitościwego oprawcy. Towarzysze umyślnie go w tym błędzie utrzymywali, udając bojaźń sami, a Gryda znowu groził mu nieustannie, dowiedziawszy się że jedynak i ciesząc się wrażeniem jakie uczynił na Stanisławie.
Do korespondencji jeden tylko był duchowny na dworze wojewody, który razem kapelana obowiązki sprawiał, kancelarji żadnej.
Wkrótce razem z Pawłem kasztelanem kijowskim, Fryderyk z Wilna ruszył obawiając się jeszcze powietrza, do dóbr Rożańskich. Podróż odbywała się powolnie i poważnie, w miasteczkach stawano po klasztorach, po wsiach u szlachty, która Sapiehów podejmowała z uszanowaniem i radością. Nigdy ta rodzina nie była popularną, ale dawniej im mniej się zniżyła, tem szacowano ją bardziej, poważano więcej.
W Rożanie nowe życie się rozpoczęło, łowów i dalekich wycieczek. Wojewoda smakował w lasach, lubił prawie niewygody i pomimo podeszłego wieku, mawiał że to hartuje. To też nie nowina mu było przepędzić noc pod gołem niebem, na kożuchu, albo w chacie leśnego lub bartnika. Sołomerecki musiał się zaprawić pod takim panem do niewygód, do męzkiego życia, do szabli, konia i niebezpieczeństwa.
Raz z Rożanej wyjechał wojewoda na dziki w lasy nad Jasiołdą się ciągnące. Wcześnie przygotowano szałasy, zwieziono żywność i zegnano ludzi do Berezowego błota. Spodziewano się i dzików i łosi. Wojewoda niechcąc wejść na pałatkę dla niego sporządzoną, stanął koło pieńka na ziemi. Nie daleko na strzał od niego postawiono Sołomereckiego. Rozjuszony dzik już się miał rzucić na wojewodę, który wystrzelił swoją rusznicę na głuszca, nie spodziewając się już grubego zwierza, gdy Stanisław odważnie wycelowawszy położył go trupem. Kula wprawdzie świsnęła koło ucha Sapiezie, lecąc na odyńca, ale wieprz się zwalił. Ten mały na pozór wypadek zjednał serce wojewody Sołomereckiemu. Pocałował go w głowę na miejscu i rzekł przy wszystkich:
— Zuch jesteś moje dziecko, chociaż o włos nie obroniłeś dzika odemnie, bo mi kula przesła mimo uszów.
Odtąd ze szczególną pieczołowitością czuwał wojewoda nad Sołomereckim, sam wskazywał mu zajęcia, sam codzień wypytywał o zatrudnienia, sam częstokroć naglądał nawet na niego.
— Będzie z niego człowiek, mówił do Grydy.
— Pan wojewoda łagodnością swoją go psujesz, odpowiadał marszałek. Żeby to tak na moją wolę go dać, dopiero bym go wykrzesał!
— Cóżbyś zrobił? — spytał Sapieha.
— Siekłbym bez litości!
— Gdyby cię nie wstrzymywać, rzekł śmiejąc się ukradkiem wojewoda.
— Dopierobym ich wytresował! ale tą łagodnością. I kiwnął głową.
— Gubię ich? nie prawdaż? spytał Sapieha.
— Tego J. W. Panie nie powiem, ale to człowieka miękczy, a mężczyzna powinien być jak kamień.
— Jak ty jesteś?
— Nie pochlebiając sobie.
— Straszliwie się ciebie boją twoi podwładni.
— Drżą na widok! zawołał Gryda. O! bo wiedzą że nie daruję! Już co moje serce, to się z zajęczem nie bratało, nie skobieciło.
Wojewoda, który wiedział jakę to przyjemność sprawia roli Grydzie, gdy się chwali z twardości i srogości charakteru swego, dał mu pokój.
Nie będziemy opisywali dłużej pobytu kilkomiesięcznego Stanisława Sołomereckiego na dworze Sapiehy. Wiele on na nim zyskał ze wszystkich względów pod okiem wojewody. Brakujących mu najbardziej rycerskich obyczajów tu nabył; a chociaż umiał bardzo nie wiele, Sapieha nie uznał potrzebnem, aby się uczył więcej.
On powiadał zawsze:
— Szlachcic lepiej szablą powinien pisać niż piórkiem. Niech mu głowę otworzą, katechizmu nauczą, Boga chwalić, rządcę obrachować, a będzie z niego. Więcej nauki robi zarozumiałym, niewieści, miękczy i jeszcze czasem (co najgorsza) do kacerstwa doprowadza. Nauka jak sól dobra kiedy jej nie wiele. Nauka rozumu nie daje, dodawał.
Gdy się to dzieje w Litwie, książę Sołomerecki w Krakowie usiłuje dowiedzieć się o synowcu. Ale napróżno wysyła na Ruś, bezskutecznie grozi matce i nareszcie wyjeżdża rozżarty w przekonaniu, że ona go ukryć musiała.
Na drodze spotyka się z jednym ze czterech szlachty, który z polecenia Czuryły odwieźli byli Stanisława na dwór Sapieżyński.
Był to Łęczycanin, wielki przyjaciel dzbanka, wielki wielbiciel butla, gotów sam się sprzedać za wesołą pohulankę. Właśnie podróżny jego grosz całkiem był wyszedł, towarzysze nie mogąc mu na każdym noclegu i popasie dotrzymać, opuścili go i on sam pozostał. Siedział na przyzbie gospody rozmyślając co sprzedać, czy zapaśny kontusz, czy dosyć niepotrzebną opończę. Z tych dwojga uznawszy zbyteczniejszym kontusz, który dwom pokoleniom mnogie lata wysłużył, wywołał żyda i począł targ.
Chociaż szlachcic doskonale udawał że mu na ujuczonym koniu kontusz w tłumoku wadzi, że się go pozbywa dla ulżenia szkapie, żyd nie w ciemię bity, poznał potrzebę i począł od tego że kupić nie chciał. Naturalnie, wkrótce potem kontusz został sprzedany za pół ceny, choć sukno dwubarwiste, grube i nieznoszone, a Łęczycanin nasz smoktał z kufelka, rozmyślając poważnie.
Dwór księcia Sołomereckiego całkiem cudzoziemską fozą, z pazikami, z biegunami, w krezach, w bufach, kusych płaszczach zajechał przed gospodę. Sam książę jechał rydwanem, za nim pod kapami szły konie podwodne. Ale w całym tym przepychu nie wiem jak a jednak wyraźnie przeglądał niedostatek. Gdzie niegdzie dziura, tam i sam łata, gęsto plam, sznurek w miejscu skór, ćwieki miasto mosiężnych odpadłych ozdób, konie chude, ludzie niesforni, wszystko zdradzało niebogatego podpanka. Żyd nawet poznał się na tem, ale nie Łęczycanin, który podpojony już podwójnie utratą kontusza i wziętym trunkiem, wyobraził sobie, że się spotkał najmniej z Radziwiłłem lub Ostrogskim.
Jedyna porządniejsza izdebina zajęta była przez szlachcica i jego kulbakę z jukami. Słudzy Sołomereckiego chcieli go bez wielkiej ceremonji wyrzucić, gdy sam książę nadszedł i będąc w jakiemś szczególnem usposobieniu, Łęczycanina nazwawszy panem bratem, prosił go aby pozostał.
Szlachcic rumiany jak jabłko, z kuflem w ręku stał przy ścianie tak uszczęśliwiony przemówieniem pańskiem, że dał by się był za nieznajomego porąbać, chociaż nie wiedział nic więcej nad to, że to był książę. Myślał jak powiedziałem, że Radziwiłł lub Ostrogski. Trunek usposabiał go do otwartości, grzeczne obejście do wylania serdecznego i na pierwsze zapytanie Sołomereckiego, począł mu najszczerzej opowiadać wszystko, chociaż poleconą miał tajemnicę.
— Zkądże WMość powracasz, czy dokąd jedziesz?
— Powiem M. ks. Mości, odparł szlachcic z radosnym uśmiechem, to cała historja, rzekłszy prawdę.
— No? i ciekawa?
— Rzekłszy prawdę, jak z książki.
— Opowiedźcież no mi to.
— Ha! ale to tajemnica, zawołał Łęczycanin podnosząc rękę do góry. Arkan Mości książę.
— Proszę, obojętnie wrzucił siadając Sołomerecki. Szlachcic ciągle stał przy ścianie z kufelkiem swoim w ręku.
— Jeźli W. ks. Mość jesteś ciekawy, a raczysz mi dać słowo, że nikomu, ale to nikomu w świecie, rzekłszy prawdę.
— No, no, nikomu. I cóż to?
Sufficit. Tak było. Poczynam, rzekłszy prawdę, od początku.
— To najbezpieczniej, tym sposobem trafi się najpewniej do końca. Cóż dalej?
— Święte słowa W. ks. Mości. Jak to ślicznie powiedziano. Sto lat księciu Jegomości!!
Książę kłaniającemu się uśmiechnął.
— Siedziałem u pani Krzaczkowej. Z pozwoleniem W. ks. Mości, rzekłszy prawdę, wątpię, abyś W. ks. Mość wiedzieć mógł nawet o Krzaczkowej; ale to jest w Krakowie najsławniejsza gospoda, alias prawdę rzekłszy szynk. Tandem uczciwi ludzie do niego oczęszczają. Organista nawet od P. Marji, et alii honoratiores. Siedziałem tedy u Krzaczkowej (Marzec u niej wyśmienity), gdy szlachcic pewien, (imię jego zataję, imię bowiem tajemnica), wchodzi i mówi mi coś tak mniej więcej praeter propter. Chcesz Waść zarobić grosza i cudzym kosztem podróż odbyć?
Ja, jako nigdy uczciwego nie odmawiałem zarobku, tak i tu też. Mówię mu:
— Prawdę rzekłszy — zgoda, pomówmy ono o warunki, a tymczasem niech dadzą piwa. I on prawda kazał dać piwa, ale sam nie pił. Cóż się tedy dzieje? proponuje mi, razem z innemi trzema szlachtą, porwać pewnego chłopczyka.
Sołomerecki zerwał się z ławy i powstał.
— Co to jest W. ks. Mości, może wody? albo piwa? spytał szlachcic.
— Nic to, nic, mówcie dalej, rzekł książę miarkując się i siadając, bardzo ciekawa jakaś historja.
— Istotnie, nie pochlebiając sobie, rzekłszy prawdę.
— Ale dalej.
— Idę dalej M. książe, porwać mówi chłopczyka, żaczka czy tam co, i uwieść w pewne miejsce. Ja mówię, a co za to? On mi to to, to owo, nareszcie umówiliśmy się o miejsce, czas i warunki. I prawda kazał dać znowu piwa, którego nie pił, tylko ja. Nazajutrz, w samą noc Bożego Narodzenia.
— Z wilii na pierwszy dzień? spytał nie mogąc się pohamować książę.
— Tak, tak, porwaliśmy go i uwieźli.
— Dokąd?
— Proszę tylko słuchać! Chłopiec z początku się komosił, ale ten szlachcic coś mu powiedział i tak udobruchał że pojechał. A trzeba W. ks. Mości wiedzieć, że to nie lada chłopię! Wielkiego rodu. I myśmy go uwieźli od jakiegoś prześladowania jak powiadali.
— Ale gdzieżeście go uwieźli? rzekł książe.
— W tem, Arkan M. książe.
— A za garniec miodu powiesz mi? rzekł pogardliwie książe.
Szlachcic się obruszył niesłychanie.
— Ja!! Z przeproszeniem W. ks. Mości, prawdę rzekłszy, za królestwo tego świata tajemnicy nie powiem!
— To bardzo uczciwie i szlachetnie, rzekł książe miarkując się; ale w tem szepnął coś do sługi i wniesiono garniec miodu. Dawszy się wprzód dobrze prosić Łęczycanin począł pić, pijąc wyznał że dziecko wywieźli do Litwy, ale więcej ani słowa. Naleganie jednak i widoczna niespokojność księcia nie uszła oka pijanego, zaczął coś lamentować, domyślać się że głupstwo zrobił i udając potrzebę spoczynku, wyniósł kulbakę i juki do sieni, osiodłał konia, obejrzał się i uciekł.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.