Zygmuntowskie czasy/Tom IV/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Indeks stron
II.
POWRÓT DO RODZINY.

Mamyż opisywać rozciągłe, utrapione dni niewoli, które lat kilkanaście życia zabrały człowiekowi, co miał odwagę cierpienia bez jęku, a nie potrafił pojąć, by chrześcjanin odjął sobie życie dobrowolnie, i tak podle z placu boju uciekał? Nie, nie, dosyć i tak czarnych nici w tej plecionce naszej, dosyć; a dla tych co celu obrazów nie dojrzą, pewnie nawet zanadto.
Znękany pracą i prędko łamiącą najpotężniejsze siły młodości niewolą — nasz Nadbożanin, myślał już że mu przeznaczono skończyć życie na obcej ziemi. Jak innym i jemu nareszcie przyszło to rozpaczliwe przekonanie niemożności ucieczki i wykupu — nie prędko, po wyczerpaniu wszystkich oszukujących nadziei.
W tem z galery puszczony, sprzedany dostał się do Adrianopolu naprzód, potem znowu na Budżak, z wysłanym tam na dowództwo do Białogrodu Seraskierem. Nie było już ludzi, co by pamiętali dawną jego ucieczkę do Chadżi-Dere, nie strzeżono go nawet pilniej nad innych, nie podejrzewając o myśl oswobodzenia; zwłaszcza że Seraskier lekką mu wyznaczył pracę i łagodnie z nim obchodzić się kazał, myśląc że litościwie traktowany łatwo się da zbisurmanić.
W nim na widok miejsc bliższych już ojczyzny, zda się o krok tylko od niej odległych, żywo zabiło serce. Niepomyślna ucieczka pierwsza nie zraziła go, zapragnął spróbować drugi raz, co raz już nie udało mu się. Ale teraz lepiej osnuł swój plan i głębiej nad nim pomyślał, nie chciał wspólników, bo obawiał się zdrajców, ufając że sam sobie wystarczy.
Niepodobieństwo zbieżenia inaczej za Liman, i przebycia go inaczej jak po lodach, wstrzymało go do zimy. Dostał sobie strój tatarski, umiał języka tyle, że mógł ujść za Dżambułata, twarz ogorzała i zmieniona, nie wzbudzała podejrzenia. O konia nietrudno mu było. Tymczasem na pogranicze do Bałty wysyłano Agę, mającego tam leżeć na nieustannej straży od Polski. Dziwnym trafem niewolnik Seraskiera dostał się w podarku jednemu Adze. To go zbliżyło jeszcze do ojczyzny, którą prawie z nowej siedziby mógł widzieć, mógł jej powietrzem oddychać. Nie wzbudzał podejrzenia wcale, bo powiadał zawsze że jest z dalekiego kraju i na oko zdawał się godzić z swym losem.
Gdy przebywszy step pusty, aułami tylko Tatarów Jedyssańców po bałkach koczujących przecięty, stanęli nad Kodymą. Nadbożanin ujrzał swoje rodzone Podole i zadrżał. Zginąć lub wrócić do kraju, rzekł w duchu, zginąć lub tam się dostać!
Bałta naówczas była mizerną turecką wioszczyną, z tej strony Kodymy, pod stopami gór rozciągnioną. Z przeciwnej nie było jeszcze żadnej osady i puste tylko gdzie niegdzie lasami obrosłe, wznosiły się wzgórza zielone. Znacznie później dopiero na pograniczu tem powstało miasteczko przeciw tureckiego zbudowane. Ale wówczas sami Turcy i Tatarzy zajmowali Bałtą, kilkanaście zniszczonych chałup w dolinie nad Kodymą. Kilka ośmioskrzydłowych wiatraków (zwyczajnych w Turcji), jeden lichy gliną wylepiony minarecik i meczet słomą poszyty, dom Agi nieco porządniejszy, mizerny Bazar składały całe miasteczko, a raczej osadę. Było to tylko stanowisko straży, zarówno dla bezpieczeństwa od Polski, jak dla utrzymania Tatarów na wodzy urządzone. Turcy bowiem w Budżaku, Tyhiniu i Akkerman; w Uzu, Oczaków i twierdzę Chadżi-Bejską trzymali; w Krymie zamki swojem wojskiem i dowódzcami obsadzali. Tym sposobem zapewnili sobie władzę nad Tatarami i ciągłą na nich baczność mieć mogli.
Ujrzawszy się na pograniczu Podola, wązką tylko rzeczką oddzielonym od kraju swego, Nadbożanin uczuł takie wezbranie gwałtownego pragnienia swobody, że długo wytrzymać i rozważnie do ucieczki przygotować się nie mógł. Nie jadł, nie spał dnie całe, gdy nie miał wyznaczonego zatrudnienia, siedział pod górą patrząc na polską stronę. A jednak gdy już się do ucieczki zabierał, pokazało się tysiąc nieprzewidzianych trudności. W nocy pilnowano go, w dzień niepodobna się było wyrwać; Aga sroższy od Seraskiera lubił swoich niewolników katować, i ciągle znęcać się nad niemi, ciągle ich mieć pod ręką. Rozpacz zaczynała przejmować wygnańca. Jednej nocy w pół nagi, bez przygotowania, postrzegłszy możność wymknienia się, wyłamał drewnianą kratę okna, przelazł mur podwórza, rzucił się w rzekę i puścił pędem w stronę rodzinną. Biegł dopóki mu sił stało, polami, lasy, rozdołami, bez spoczynku; ciągle się obawiał pogoni, ciągle ją słyszał za sobą; a pierwsza wieś którą zobaczył, pierwszy krzyż cerkwi, dojrzany w jarze, powitał padając na twarz, bijąc czołem, płacząc jak dziecko.
Był na swojej ziemi! swobodny!
Piękne Podole! ale dla tego, kto po kilkunastu leciach wygnania, niewoli, złamany, zgięty powraca do kraju w którym się urodził, jakże jeszcze stokroć piękniejsze! Jak żywo szlachcicowi przypomniało się wszystko ubiegłe. Pierwszy sen na ziemi swojej ukazał mu znowu łódkę na Bohu, Annę na wałach zamku. Lecz gdzie ta nieodzyskana przeszłość!
Nie u wszystkich wiarę i politowanie znalazł zbieg. Jedni głowami kiwali słysząc jego opowiadanie o ucieczce z tureckiej osady, drudzy dość obojętnie przyjmowali ten wypadek; nikt mu o dawnych znajomych nic powiedzieć nie potrafił.
Odziany przez litościwą starą wdowę, zaopatrzony trochę na drogę, pospieszył przez Nesterwar[1], gdzie naówczas licha mieścina pod skrzydłem zameczku obronnego wyciągała się ku Bracławiu i Winnicy. Kto teraz widział Podole, żyzne, kwitnące sadami, złotemi łany okryte, zasiane wsiami co się w stawach błyszczących przeglądają, nie może mieć wyobrażenia kraju w owych czasach, gdy sąsiedztwo tatarskie wystawiało go na ciągłe pożogi i wyludnienia. Lepianki w pół do ziemi przytulone stojące między opalonemi słupy starych popalonych domostw, ogorzałe drzewa, gdzie niegdzie kawał pola wydarty i zasiany, bez nadziei zbioru; wsie rzadkie, zameczki po wzgórzach nad wodą, a to wszystko lasami i zaroślami poprzecinane, taki był obraz pięknego Podola.
Kiedy od stepu wzniosły się chmary ptastwa, powiał wicher tumanami dymów, kiedy spodziewano się Tatar w gości, naówczas cała ludność cisnęła się do zamków, w lasy i pieczary. Ale często i te ich nie potrafiły obronić od napastnika. Często ryk bydła, dym ogniska wydawał tajemne schronienie ludu, który napadniony niespodzianie w lesie, dymami wypędzony z pieczar, ginął na miejscu lub szedł w niewolę. Zamki tylko ostawały się zwykle, bo zamki rzadko napastywali Tatarzy, nie mając do tego ani czasu, ani ochoty walczyć.
Nadbożanin znalazł Podole swoje pięknem mimo śladów opustoszenia niedawnego, mimo pustych rozłogów szeroko się ciągnących i tej woni pustyni i pożaru, która długo cięży nad zwojowanym krajem. Ale idąc do swoich z sercem przepełnionem uczuciami, z pragnieniem znalezienia braci, okrutnie się zawiódł. Gdzie się spodziewał niejako rodzinę powitać, zastał tylko obojętnych ludzi, co na niego z ciekawością lub nieufnością patrzali.
Sam obcy między swemi, nigdzie ręki przyjacielskiej, nigdzie politowania, nigdzie radości.
Od dworu do dworu, od wioski do wioski wlokąc się szlachcic o kiju przeszedł okolice Tulczyna, zobaczył stary Bracław i zapłakał nad Bohem, który mu przypomniał młodość.
Boh płynął jak dawniej, wioska kwitła nad nim, ludzie tylko się zmienili, zdrętwieli. Napróżno rozpytywał o Annę, o swoją słobodę, nikt mu nic powiedzieć o nich nie umiał, poszedł dalej. Biło a biło mu serce, gdy ujrzał na pagórku nad Bohem białe mury grodu, któren znał tak dobrze. Był ranek, dzwony na ranne nabożeństwo wołały, gdy wychodząc z zarośli, stanął przeciw promu wiodącego Bohem do Winnicy. Tu bardziej jeszcze wzruszony niż kiedykolwiek, wszedł w miasto, a otwarty znalazłszy kościół powlókł się do niego i upadł na kolana w kruchcie. Patrzał na przechodzących i jednej znajomej twarzy! nikogo. Poglądano nań z podziwieniem zimnem, z ciekawością obojętną. Prawie bezprzytomny z wychodzącemi z kościoła się wytoczył, stanął, obejrzał, przypomniał znajomego i rozpytawszy o jego mieszkanie, poszedł. Nie było w domu.
Drugi przyjął go, wysłuchał, płakał nawet: ale widząc tak odartym, tak biednym prędko uszedł, lękając się, aby nie wymagał pomocy. Coraz bardziej zrozpaczony, nie ociągając się już dłużej w mieście, brzegiem Bohu poszedł do swojej słobody; sto razy zastanawiał się w znajomych a tak mało zmienionych miejscach.
Nareszcie ujrzał zameczek i usiadł na ziemi, bo nie miał odwagi pytać, zbliżyć się; tak żywo teraz niepowrotna przypomniała mu się przeszłość. Po długiej walce z sobą stanął u wrot jego.
Nic a nic się tu nie zmieniło, tylko drzewa trochę podrosły, tylko mury się porysowały, tylko chmiele gęściej okrywały palisady, trawa bujniejsza rosła na wałach. Zdaje się, wczoraj dopiero ztąd wyszedł.
Ale zameczek stał pusty, załoga w nim nieliczna. Spytał o księżnę, nikt mu o niej powiedzieć nie umiał: jedni utrzymywali że była na Rusi, drudzy że w Krakowie, a mówili o niej z pewną jakąś niespokojnością, wahaniem. Poszedł spojrzeć na wały, na wiśniowe drzewa wyglądające ku rzece, gdzie stawała Anna, a potem z sercem rozdartem puścić się ku swojej słobodzie.
Któż nie wie jak łatwo, jak mocno serce się przywiązuje do kawałka ziemi, któren człowiek nazywał swoim? Cóż dopiero gdy po długiem oddaleniu, po przebytych nieszczęściach, znowu się do niego dostanie. W gaju nie opodal od Bohu, na pagórku, stała słobódka szlachcica. I tu żadnej, żadnej zmiany! Postrzegł wśród gęstych drzew za dąbrową swój domek biały, z słomianym dachem, z otaczającą go pasieką, z przytykającym doń ogrodem.
Wszystko jak dawniej, jakby od wczora dopiero rzucone.
Przez otwarte na pole wieśnice, u których siedziała mała dziewczynka, wszedł w dziedziniec. Któż nie pamięta w Homerowych śpiewach tego cudnego miejsca, gdy Ulisses nie poznany od wszystkich, przez wszystkich zaparty, od psa tylko starego za pana uznany zostaje, od starego psa konającego na śmietniku. O! często wierny stary pies zawstydza ludzi pamięcią i wdzięcznością. Ale tu i psa nie było co by poznał dawnego pana.
Brzuchaty szlachcic w białym kitlu płóciennym, w kapeluszu słomianym siedział na ławce w ganku, psy rzuciły się na podróżnego, odwołano je. On płakał i płacząc usiadł na wschodach, napróżno oczy zwracał na przechodzących, na gromadzących się w koło, nikogo znajomego.
— Jakto? więc, rzekł w rozpaczy, nikogo! nikogo, co by mnie poznał! nikogo co by powitał pana?
— Pana! hę? zawołał szlachcic wstając, jak to pana? hę? albo co?
— Piętnaście lat temu, ozwał się przybyły, poszliśmy na Tatar z księciem Sołomereckim, ciężką przebyłem u niewiernych niewolę! A za powrotem nawet jednej twarzy znajomej, jednej ręki przyjaźnej co by moją dłoń uścisnęła!
— Byłbyś więc Waćpan — spytał szlachcic.
— Nie pamiętacie Czuryły? rzekł do otaczających oswobodzony.
Wieśniacy i słudzy popatrzali się na siebie, poszeptali, pokiwali głowami.
— Piętnaście lat! to kawałek czasu.
— Nie ma więc nikogo?
— Już to po trochu wszyscy przypominamy, ale poznać. —
— To nie on, rzekł ktoś z tłumu.
— Trzeba Marty zawołać.
A Marta była dawniej gospodynią w słobodzie, ale teraz tak zestarzała, oślepła, że się z chaty swoich wnuków już nie wywlokła.
Szlachcic ruszał ramiony stojąc w ganku widocznie niespokojny; nadeszła żona jego, dwoje małych dzieci, dworscy. Otoczyli wszyscy biedaka, różnie się i dziwując i wątpiąc o prawdzie jego opowiadania.
— A mój brat? spytał Czuryło.
— A! brat! to to brat, pan Wencesław!
— Brat mój, co się z nim stało?
— A umarł, odrzekł spokojnie szlachcic i właśnie po nim okupiłem ten kawałek ziemi.
Czuryło zamyślił się gorżko.
— I jeśli myślicie procesować, dodał łykając niespokojnie ślinę nowy dziedzic.
— O! bądźcie o to spokojni, odparł Czuryło, nie mam ani woli, ani sposobu do tego. Chciałem tylko zobaczyć słobodę moją i pójdę dalej.
— Dokąd? rzekł cicho szlachcic, zawsze niespokojny.
— W świat, przed siebie.
Nim starą Martę przywiedli, żona szlachcica podała pić i jeść Czuryle; ale głodnemu i spragnionemu innego pokarmu było potrzeba.
Przyszła naostatek staruszka, wiedziona przez odarte wnuczątko, kijem się podpierając i coś marmocząc pod nosem.
Czuryło wstał.
— O! ona mnie nie pozna! ona ślepa.
— Czyj to głos? spytała zastanawiając się Marta.
— Marto Wołynko, zawołał Czuryło, nie przypomnisz sobie dawnego pana?
— To Czuryło! podnosząc nagle głowę zakrzyczała nagle ślepa. To on! głos jego. A zkąd wy paneczku?
— Z niewoli tatarskiej.
— Na krzyż pański, piętnaście lat, i oczy moje zgasłe już cię nie zobaczą, ale cię poznałam, poznałam po głosie. To ty dobry paneczku?
I rozpłakała się. Szlachcic gryząc wąsy stał w ganku ciągle, poglądał na żonę, kręcił głową niespokojnie.
— Gdzie Marcjan twój syn?
— Siedzi w pasiece.
— On mnie pozna, zawołał dawny dziedzic, ja go rozpytam, pozwólcie przyjść Marcjanowi.
Dość nie rad całemu wypadkowi posłał szlachcic po Marcjana, który o kuli się przywlókł z pasieki, porzuciwszy swój warsztat tkacki. Do razu poznał, przypomniał pana i padł mu do nóg, poczęli oba płakać przypominając sobie dawne czasy.
Pozwolono przenocować w kuchni panu Czuryle, a nowy dziedzic widocznie nie rad przybycia dawnego dziedzica, dał mu dość wyraźnie do zrozumienia, że rad by go wyprawić co najprędzej.
Sam też Czuryło nie myślał tu bawić, a że przed wyprawą zakopał był w ogrodzie nieco grosza, chciał tylko swoje dobyć i iść dalej, pilnowano go jednak nie wiadomo dla czego tak ściśle, że do ogrodu w nocy wyjść nie mógł. Nazajutrz obdarzywszy, pozbył się niemiłego gościa szlachcic, który całą noc spędził w nieprzyjemnych przeczuciach procesu, nie wiem dla czego, tak mu strasznego.
Pan Czuryło poszedł do pasieki do Marcjana i pozostał tam dzień następujący, a w nocy z pomocą pasiecznika wdrapał się do ogrodu, gdzie pod bzowemi krzaki zakopany był jego garnek i butelka. W garnku nie tknięte pieniądze, w butelce zasmolonej papiery swoje znalazł, a nagrodziwszy poczciwemu wieśniakowi puścił się w dalszą drogę.
Dopytawszy o Sołomereckich, że ich na Rusi wołyńskiej szukać należało, ciągnął tam. Ale i tu księżnej nie było. Słyszał tylko o prześladowaniu jakiemu uległa, o dziecku które znikło i o wyjeździe jej do Krakowa.
Poszedł do Krakowa. Po drodze opowiadając się jako Litownik; (tak zwano więźniów z niewoli wyzwolonych), przyjmowany mniej więcej litościwie wszędzie żebrał, zostawując swój grosz na nieprzewidziany raz.
Oprócz swoich papierów dobytych na słobodzie, niósł także powierzone na galerze papiery owego księdza zmarłego w Stambule, których nie miał czasu i ciekawości przepatrywać, obiecując sobie w Krakowie dowiedzieć o rodzinę, dla której służyły.
Przybył do Krakowa Czuryło i opowiedziawszy się wedle zwyczaju w gospodzie Bractwa Miłosierdzia, jako Litownik, z łańcucha okruchem, począł ulice stolicy przebiegać.
Nie potrzebujemy dodawać, że żebrak spotkany u drzwi księcia przez Annę, przesiadujący koło jej domu, był Czuryło.
Odarty, zmieniony, zawsze się spodziewał że prędzej później poznany zostanie.
Napróżno! Sam się nastręczać i przypominać wzdragając, czekał, ale księżna sobą i dzieckiem zajęta, czy zapomniała Nadbożanina, czy tak był zmieniony, zdawała się nic sobie nie przypominać.
Była i druga osoba w Krakowie, do której napróżno także zbliżał się oswobodzony. Stary Czuryło kilka razy rzucił mu jałmużnę z westchnieniem, nic więcej. A jednak był to syn jego, ale syn którego starzec dawno się zaparł, o którym zapomniał, syn urodzony wkrótce po ślubie, słabe dziecię siedmio-miesięczne, nieuznane przez ojca, opłakane przez niewinną matkę, przypłacone jej życiem.
Drugi raz potem żonaty, stary Czuryło drugiego miał syna, na niego zlał całe przywiązanie, ale śmierć nie tylko jego, ale z nim i wnuki mu odjęła. Pozostał sam jeden, nie raz już w tem osieroceniu wspominając coraz częściej pierwsze dziecię odrzucone, odepchnięte i jak sądził przepadłe w boju. Towarzysze bowiem wyprawy Sołomereckiego opowiadali, że Czuryło zginął mężnie się potykując.
Boleśnie było wracającemu do kraju nikogo w nim dla siebie nie znaleść, ale boleśniej jeszcze ocierać się codzień o dom Anny, co go nie poznała, o ojca, który go zapomniał. Długo walczył z sobą, ale przemógł smutek dręczący, potrzeba odzyskania swoich. Już miał się dać poznać ojcu, gdy wypadkiem znajdując się nie daleko gospody, gdzie umawiano się o porwanie młodego Sołomereckiego, zdało mu się, że ojciec należał także do spisku.
Bez wahania oznajmił o tem księżnie, ale strapiony odkryciem, nie zbliżył się do ojca.
Jałmużną żyjąc, dnie całe pod domem Anny z oczyma w okna jej wlepionemi siedząc, pędził tak długie dnie smutne Czuryło. Ani nadziei, ani nadziei być poznanym! Kilka razy mówił z Anną, ona patrzała na niego i nic jej, ani głos, ani twarz nie przypomniała dawniej tak dobrze znanego człowieka.
W takiem położeniu rozpacz by porwała była każdego; i w końcu ścisnęła też serce znękanego, który nie tłumacząc sobie co z tego wyniknąć może, i jak ostatek nadziei utracić łatwo, jednego wieczora wcisnął się w uliczkę na której mieszkał ojciec jego.
W pobliżu kościoła stary Czuryło obrał był sobie ubogie mieszkanie, w którem sam jeden czas pędził. Jedną stronę nie wielkiego domu zajmowali gospodarze u których się stołował, drugą, dwie izdebki, stary.
Największy porządek panował w tych małych, wybielonych, wymytych i zawsze świeżych komnatkach. Okna ich błyszczały jasnemi szyby, podłogi wysypane świeżym piaskiem żółtym, ściany wytarte z najlżejszego pyłu. W pierwszej izdebce piec zielony z przypieckiem do siedzenia ciepłego, kilka krzeseł skórą obitych, ława szeroka z kilimkiem, stół na nogach wykręcanych, zegar w kącie, krucyfiks na oknie, obraz Najświętszej Panny Częstochowskiej na ścianie. W drugiej mniejszej łóżko księże, wązkie, twarde, skrzynia okuta żelazem, szabla z gromnicą i wiankiem święconym nad głowami na makacie, stara rusznica w kącie, torba borsucza na kołku, książka od nabożeństwa u łóżka. A każdy sprzęt tak czysty, tak otarty, świecący, jakby nowy i wczoraj dopiero postawiony; na starych nie znać zużycia, nie widać wieku; każda rzecz w swojem miejscu nieodmiennie, nieporuszenie.
I życie starca jak jego mieszkanie jednostajne, metodyczne, dniem do dnia podobne.
Zbliżając się do domu, w którym miał się jeden z najważniejszych wypadków życia rozstrzygnąć, żebrak na chwilę tylko zaląkł się, zapragnął stanowczą chwilę oddalić, potem nabrał odwagi i posunął ku wejściu.
Pana Czuryły nie było, wedle zwyczaju modlił się jeszcze w blizkim kościele. Żebrak usiadł na wschodach, oczekiwał nań. Około południa ujrzał zmierzającego z namarszczoną brwią ku domowi. Zbliżając się postrzegł stary siedzącego żebraka, wlepił weń oczy i dobywszy kaletki, pośpieszył rzucić grosz.
Litownik powstał brząkając łańcuchem, podziękował, ale nie ustąpił.
— Idź z Bogiem, rzekł mu Czuryło.
— Nie za jałmużną przyszedłem do was, odpowiedział żebrak.
Siwe brwi starca namarszczyły się.
— Czego chcesz? spytał.
— Pozwólcie mi wejść.
Zastanowił się chwilę ojciec, dobył klucza na rzemyku i toczonym wałeczku uczepionego, otworzył powoli mieszkanie i zimno rzekł wprowadzając Litownika:
— Otrzyj nogi na słomiance.
Te słowa w takiej chwili ścisnęły za serce nieszczęśliwego. Zachwiał się, oparł o drzwi, stał w milczeniu.
— No, mów-że czego chcesz? rzekł Czuryło stawiając laskę na miejscu zwyczajnem, wieszając czapkę na przeznaczonym jej kołku.
Syn nie wiedział jak począć.
— Spokojne życie! spokojne! szepnął po chwili, powiedzcie mi panie Łowczy nigdy wam...
— Zkąd wiesz o mnie? zapytał niespokojnie stary.
— Zkąd! Dawno, dawno was znam.
— Ty! mnie! Jak się zowiesz?
— Dowiecie się. Ale powiedzcie mi wprzód, czy w tem spokojnem życiu nigdy nie przychodzi wam zgryzota do serca, ciężkie jakie na głowę wspomnienie?
— Co ma znaczyć to pytanie? zawołał ostro i po swojemu chmurząc się stary, dziwnie bowiem uderzyło go to pytanie, które przypadkiem trafiało na ranę ukrytą. Czuryło na wspomnienie żony i pierwszego syna doznawał nie raz niepokoju duszy, uznawał się względem nich winnym, a przywodząc na pamięć anielską łagodność, dobroć, niewinność dziecinną kobiety, której struł życie popędliwem i nieusprawiedliwionem podejrzeniem, bolał nad przeszłością.
— Co ma znaczyć to pytanie? powtórzył.
— Nigdy nie pożałowałeś Heleny i jej syna?
— Heleny! jej syna! wykrzyknął starzec odchodząc od przytomności. Co to jest? co to jest? Ktoś ty?
— Kto? widzisz, biedny człowiek, co lat wiele wycierpiał w niewoli, co ostatek życia na swoją przywlókł ziemię.
— Zkąd wiesz? Kto ci powiedział? Dla czego? Starzec gubił się w domysłach, nie mogąc wpaść na jedyny prawdziwy.
— Kto jestem? odpowiedział Litownik, syn Heleny.
— Syn Heleny! o Boże, mój syn! zawołał starzec. Lecz w tej chwili gdy się miał rzucić już ku niemu, ta myśl stara, to podejrzenie zabójcze o niewierności żony, znowu go oburzyło. Cofnął się, schmurzył.
— Wiedziałem, że tak mnie powitasz, ojcze. Ale starzec walczył i zwalczył uczucie, niegodne siebie, rzucił się ku synowi, wołając:
— Przebacz mi! przebacz!
— Niech ona przebaczy, ja nic nie mam do darowania ci ojcze!
O! słodki był uścisk ojcowski dla wygnańca, co lat kilkanaście nie kosztował uścisku żadnego, nie słyszał słowa przyjaźni, przywiązania.
Wnet stary usadowił syna i zaprzątnął się nim, a choć chwilami jeszcze niewygasłe uczucie jadło mu serce, mógł już je zwalczyć, zwyciężył.
Długie opowiadanie wypadków wyżej opisanych zajęło dnia resztę. Stary Czuryło płakał, rzucał się i klął niewiernych, noc zastała ich jeszcze rozmawiających.
— Ojcze mój, rzekł nareszcie syn, dla czego powiedz mi należałeś do porwania syna księżnej?
— Ja? niespokojnie marszcząc się zawołał stary, ja? Kto ci to powiedział?
— Widziałem cię umawiającego się.
Czuryło widocznie się pomięszał.
— Ani słowa o tem, rzekł, później wszystko się wytłumaczy, wyjaśni.
Gdy to mówił syn, widział na twarzy starca taki niepokój, taką trwogę, że najdziksze podejrzenia przeszły mu po głowie.
— Wszystko się wyświeci, dodał Czuryło, a teraz nie pytaj.
— I zwrócił rozmowę, ale resztę wieczora widoczna dręczyła go niespokojność.
Nazajutrz zrzucił nareszcie odzienie żebraka i łańcuch Litownika oswobodzony. Skromne szlacheckie odzienie zastąpiło łachmany.
Nowa suknia zmieniła go zupełnie i pomimo niezatartych śladów, które na wieki zostawia cierpienie, Czuryło ukazał się w niej czem był: średniego wieku, ogorzałym, z wpadłemi oczyma i policzki, mężczyzną — postawy szlachetnej, miny trochę dumnej.
— Czy pozna mnie choć teraz? mówił do siebie, czy pozna?
— Moje dziecko, rzekł stary wzdychając, nie ma niewdzięczniejszej pamięci nad kobiecą, niewierniejszej nad książęcą, nie spodziewaj się tego!
Opalone lice oswobodzonego pobladło, ale nic nie rzekł na to.





Przypisy

  1. Później Tulczyn.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.