Zwady miłosne/Akt czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Zwady miłosne
Podtytuł Komedja w pięciu aktach
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron


AKT CZWARTY.
SCENA PIERWSZA.
ASKANJUSZ, FROZYNA.
FROZYNA: Przykry w istocie obrót.
ASKANJUSZ:O, droga Frozyno,
Jakże dziś los się znęca nad biedną dziewczyną!
Ta sprawa, gdy raz jawną stała się przed światem,
Można dać głowę, że się nie zakończy na tem;
Z Walerym ani z Łucją rzecz nie pójdzie gładko:
Oboje, zaskoczeni tak dziwną zagadką,
Skoro zechcą dochodzić tej sztuki zbyt ciemnej,
Cały mój chytry fortel stanie się daremny.
Bo wreszcie, czyli Albert wie, jak sprawa ma się,
Czy też go oszukano również w swoim czasie,
To pewna, że gdy płeć ma i los, raz zdradzone,
Skarb, co dziś w jego rękach, zwrócą w inną stronę,
Powiedz, jakąż mnie cierpieć dłużej ma przyczynę?
Gdy znikną czuć ojcowskich pobudki jedyne,
Skończy się jego tkliwość; a wówczas daremnie
Marzyć, aby swą żonę zechciał uznać we mnie
Kochanek mój: bo choćby zdradę mi wybaczył,
Sierotę bez majątku któżby przyjąć raczył?
FROZYNA: Obawy te rozsądek sam dyktuje zdrowy;
Lecz nieco po niewczasie przyszły ci do głowy.
Skądżeś przedtem czerpała swe dziwne złudzenia?
Wszakci nie trzeba było tu jasnowidzenia,
By od początku zgadnąć, że, przy tym fortelu,
Wszędzie łacniej zajść możesz, niż do swego celu.
Co do mnie, odkąd tylko rzecz poznałam całą,
Wiedziałam, że się musi stać to, co się stało.
ASKANJUSZ:
Cóż więc czynić? Zbyt wielkie już męczarnie znoszę;
Postaw się na mem miejscu i poradź co, proszę.
FROZYNA:
Stawiam się na twem miejscu; twoją rzeczą tedy
Radzić mi, jak wyplątać się z tej całej biedy.
Teraz ja jestem tobą a ty mną; a zatem,
Mów, Frozyno, jak ukryć tę sprawkę przed światem,
Jaki ratunek znaleźć? powiedzże, kochana!
ASKANJUSZ:
Na szyderstwo, w istocie, źle chwila obrana;
Widać nieszczęście moje wzrusza cię zbyt mało,
Jeśli jeszcze ochoty do żartów ci stało.
FROZYNA:
Nie, twojemu nieszczęściu współczuję najszczerzej,
I zrobiłabym wszystko, co w mej mocy leży;
Lecz cóż ja mogę tutaj? gdy tak sprawa stoi,
Nie widzę, jak ją zwrócić wedle chęci twojej.
ASKANJUSZ:
Gdy więc niema ratunku, śmierć chyba jedynie...
FROZYNA:
Na to masz dosyć czasu o każdej godzinie.
Śmierć jest lekarstwem, które zawsze jest pod bokiem,
Toteż, lepiej nie spieszyć się z takim wyrokiem.
ASKANJUSZ:
Nie, nie, Frozyno, jeśli z tej straszliwej toni
Twoja życzliwa pomoc dziś mnie nie obroni,
Poddaję się, i losom złowrogim uległa...
FROZYNA:
Wiesz, co mi przyszło na myśl? trzeba, bym pobiegła
Do... Lecz Erast tu idzie; nie czas na zabawę,
Możem zatem po drodze omówić tę sprawę:
Oddalmy się.

SCENA DRUGA.
ERAST, KASPER.
ERAST:Więc znowu czyniono ci wstręty?
KASPER:
Ha, nigdy poseł nie był mniej dobrze przyjęty:
Ledwiem oznajmił pannie dobranemi słowy,
Iż pan mój śmie ją prosić o chwilę rozmowy,
Kiedy mi wraz odrzekła, strasznie nadąsana:
„Powiedz, że sobie robię tyle z twego pana
Co z ciebie“; i, po takiem wyznaniu dość miłem,
Odwróciła się do mnie, z przeproszeniem, tyłem.
Toż samo i Marysia, nasrożywszy gały,
Krzyknęła mi: „Umykaj, lalo, pókiś cały“,
I poszła za swą panią; tak zatem niebiosy
Panu i mnie zsyłają zbyt podobne losy.
ERAST:
Ha, niewdzięczna! przyjmować z pychą tak wyniosłą
Powrót serca, co słusznym gniewem się uniosło!
Jakto! więc pierwszy poryw mej wiary zburzonej,
Choćby mylny, w jej oczach nie znajdzie obrony?
Wobec tylu pozorów, w ów dzień tak złowrogi,
Mogłoż zmilczeć me serce w boleści zbyt srogiej?
Czyż ktokolwiek postąpiłby tutaj inaczej,
I zuchwałość oszczerstwa czyż mnie nie tłómaczy?
Czym w uznaniu swej winy zbyt był opieszałym?
Wszak żadnych przysiąg, zaklęć od niej nie żądałem,
I, gdy jeszcze nikt nie wie co ma sądzić o tem,
Już me serce przed uczuć swych wiernych przedmiotem
Korzy się; a zaś ona, mimo to, ma za nic
Ten jawny dowod mojej miłości bez granic.
Miast uśmierzyć mą troskę i, świadectwem swojem,
Zdeptać potwarz, co zdjęła mnie tym niepokojem,
Niewdzięczna, męki mojej uśmierzyć się wzbrania,
I odtrąca me prośby, me listy, wezwania!
Zaprawdę, miłość taka niewiele jest warta,
Co w zawziętości umie być równie uparta;
Ten gniew, co czucia depce tak łatwo najświętsze,
Nazbyt jasno odsłania mi jej serca wnętrze!
Ha, wiem już, ile warto cenić te zapały,
Które w jej duszy kaprys snać zrodził niestały.
Nie, ja sam już nie pragnę nieść miłości mojej
Sercu, co tak niewiele o nią pono stoi;
Owszem, skoro jej na mnie zależy zbyt mało,
I ja dbać o to nie chcę więcej niż przystało.
KASPER: I ja toż samo: rzućmy więc milutką parę,
I policzmy tę miłość między grzeszki stare.
Trza nauczyć rozumu te dzierlatki płoche,
I pokazać, że człowiek ma tężyzny trochę.
Kto znosi takie fochy, ten zasłużył na nie:
O, inaczejby z nami gadały te panie,
Gdybyśmy się umieli cenić nieco więcej.
Samiśmy temu winni, do kroćset tysięcy!
Niech zginę, jeśliby nam, bez grymasów cienia,
Nie skakały na szyję aż do uprzykrzenia,
Gdyby nie te honory, które, dla swej klęski,
Tym srokom, w naszych czasach, ród oddaje męski.
ERAST:
Nic mnie tak jak nieczułość nie razi w kobiecie;
Toż, aby jej odpłacić w tej samej monecie,
Natychmiast w sercu swojem wzniecę płomień nowy.
KASPER:
Ja zaś chcę wszystkie baby wybić sobie z głowy.
Nie chcę już słyszeć o nich i mniemam, bez zdrady,
Że i panby najlepiej poszedł w moje ślady.
Bo widzi pan, kobieta, wedle mego zdania,
To jest takie zwierzątko, trudne do poznania,
W którem natura chętnie ku złemu się bierze;
I tak jak, panie, zwierzę jest to zawsze zwierzę,
I zwierzęciem zostanie, choćby żywot jego
Trwał bogdaj sto tysięcy lat, tak, względem tego,
Kobieta jest kobietą, i zawsze i wszędzie
Będzie tylko kobietą, póki świat trwać będzie,
Stąd mówi pewien Greczyn mądry, że jej głowa
Jest niby piasek sypki, i, zważ pan me słowa,
Z których się inne wszystko jasno wyprowadza:
Tak, jak głowie przypadła nad tem ciałem władza,
I ciało bez tej władzy równe jest bydlęciu,
Tak znowu, gdy ten władca w całem przedsięwzięciu
Nie zgadza się znów z głową, i to co do joty,
Widzimy, że przychodzą przeróżne kłopoty;
Część bydlęca naówczas chce ogarnąć władzą
Nad częścią rozumową i obie się wadzą:
Ta chce w prawo, ta w lewo; jedna rada mięcej,
Druga twardziej; to nieszczęść sprowadza najwięcej.
Stąd wynika, że każda, niewiasta czy dziewka,
Ma głowę, jak na dachu taka chorągiewka,
Co z lada pierwszym wiatrem kręcić się gotowa:
Co kum Arystoteles też orzekł w te słowa,
Że podobna do morza jest: toż mówią w świecie,
Żeby morskiej nie ufać fali i kobiecie.
Otóż, przez porównanie (bowiem porównanie
Wielce, panie, ułatwia nam wszelkie poznanie,
I mawiamy, my, ludzie uczeni głęboko,
Że porównanie niby jest myśli opoką),
Przez porównanie zatem (niechże pan posłucha),
Jak się widzi na morzu, gdy wiatr tęgi dmucha,
I kroi się na burzę, wówczas zbiera fala,
I jedna się na drugą jak umie przewala,
Wówczas okręt, zbłąkany w tej straszliwej biédzie,
To zapada w piwnice, to znów pod strych idzie:
Tak znów, skoro kobieta ma głowę upartą,
Wówczas żywiołów burzę widzimy zażartą,
Która się uwidocznia przez pewne... wyzwiska,
Niby jak... wiatr, gdy... fale... niby... gdzieś tam... ciska
W... pewien sposób i ręka sternika osłabła...
Wówczas... Słowem, kobiety wszystkie są do djabła.
ERAST:
Mądrze to wywiedzione.
KASPER:Dosyć, Bogu chwała,
Ale idzie tu panna, a z nią i ta mała.
Niechże się pan choć trzyma.
ERAST:Uśmierz swą obawę.
KASPER:
Lękam się, że pan gotów jeszcze pokpić sprawę.

SCENA TRZECIA.
ERAST, ŁUCJA, MARYSIA, KASPER.
MARYSIA:
Znów tu idzie; niech pani przynajmniej nie zmięknie.
ŁUCJA:
Czemuż o mej stałości mniemasz tak niepięknie?
MARYSIA:
Zbliża się.
ERAST: Nie, nie, pani; nie sądź, że przychodzę
Mówić o swych uczuciach, zdeptanych tak srodze.
Skończone; chcę wyleczyć się: już zrozumiałem,
Jaka część w sercu twojem była mym udziałem.
Ten twój gniew tak wytrwały za cień przewinienia
Świadczy, żem tam zbyt wiele nie miał do stracenia;
Chcę więc dowieść, iż wzdardy gdy chcesz walczyć bronią
I mnie nietrudno będzie postarać się o nią.
Przyznaję, iż me oczy podziwiały w tobie
Czar, w żadnej innej dotąd nieznany osobie,
I serce me, twych uczuć szczęściem upojone,
Za nicby miało przy niem królewską koronę;
Tak; temu, com czuł dla cię, nic zrównać nie zdoła;
Żyłem w tobie jedynie, i powiem ci zgoła,
Że, choć zraniony w serce, i tak jeszcze może,
Niełatwo czucia moje dla ciebie umorzę;
Lękam się, iż, pomimo całe me staranie,
Dusza ma długo będzie broczyć po tej ranie,
I od więzów, co były jej szczęściem, choć wolna,
Nic w tem życiu pokochać nie będzie już zdolna.
Lecz mniejsza; skoro, pomna tylko swej urazy,
Depcesz serce, co wraca do cię tyle razy,
Ostatni raz z pewnością wiodą mnie w tę stronę
Chęci moje, okrutnie przez panią wzgardzone.
ŁUCJA:
Gdybyś znów moich chęci chciał słuchać rozkazu,
Oszczędziłbyś i tego ostatniego razu.
ERAST:
Spełnią się twe życzenia, nie można łaskawsze:
Zrywam z tobą, niewdzięczna, zrywam już na zawsze,
Skoro chcesz tego: wprzódziej niech życie postradam,
Niźli bodaj raz jeszcze do ciebie zagadam!
ŁUCJA:
Bardzo się z tego cieszę.
ERAST:Nie lękaj się, pani
Abym miał złamać słowo; gdybym nawet dla niej
Uczuć w sercu nie zdołał stłumić najzupełniej,
Bądź pewna, iż przenigdy wstyd ten się nie spełni,
Bym miał do stóp twych wrócić.
ŁUCJA:Trud byłby daremny.
ERAST:
Nimbym, po tem co zaszło, w słabości nikczemnej
Miał dbać o twoją łaskę, albo błagać o nią,
Raczejbym pierś mą stokroć własną przeszył dłonią.
ŁUCJA:
Nie mówmy więc już o tem.
ERAST:Tak, nie mówmy o tem;
I, aby raz na zawsze skończyć z tym przedmiotem,
By ci dowieść, niewdzięczna, niezbicie, niezłomnie,
Że nic ci już nie wolno spodziewać się po mnie,
Precz ze wszystkiem, co w mojej utrwala pamięci
Obraz, który dziś zatrzeć przysiągłem najświęciej.
Oto twój portret, pani; jaśnieją w nim blaski
Stu powabów, zesłanych na cię z niebios łaski;
Lecz, że sto równych przywar pod niemi się skrywa,
Weź go: niech mnie ta maska nie zwodzi fałszywa.
KASPER: O!
ŁUCJA: I ja chętnie swoje wspomnienia przemażę;
Oto djament, od pana otrzymany w darze.
MARYSIA: Wybornie.
ERAST:Bransoleta, dana na pamiątkę.
ŁUCJA: Odbierz również tę swoją z agatu pieczątkę.
ERAST czyta:
„Miłość Erasta, dla Łucji tak stała,
„Odgadnąć jej uczucia radaby niezmiernie:
„Łucja, jeżeli równym płomieniem nie pała,
„Cieszy się, że ją Erast miłuje tak wiernie.
„Łucja“.
Przyjmować tak życzliwie me tkliwe zamiary!
Był to fałsz, co jedynie takiej godzien kary.
Drze list.
ŁUCJA czyta:
„Nie wiem, czy czucia obudzę łaskawsze
„I jaki wyrok mnie spotka:
„Lecz to wiem, piękności słodka,
„Żem cię, o pani, pokochał na zawsze.
„Erast“.
Te słowa przysięgały mi wiarę bez granic!
I słowa i przysięgę sam dzisiaj masz za nic. Drze list.
KASPER: Jedź pan.
ERAST wyjmując inny list:
I ten od pani: takąż pójdzie drogą.
MARYSIA do Łucji:
Ostro.
ŁUCJA drąc inny list:
Jakież te świstki dziś wartość mieć mogą?...
KASPER do Erasta:
Niechże pan nie osłabnie.
MARYSIA do Łucji: Niech się panna trzyma.
ŁUCJA:
No, wszystko!
ERAST: Chwała Bogu, nic już więcej niema!
Niech zginę, jeśli słowo złamać się odważę!
ŁUCJA:
Jeśli w mojem nie wytrwam, niech mnie niebo skarze.
ERAST:
Zegnam więc panią.
ŁUCJA:Żegnam.
MARYSIA do Łucji:To się pani chwali.
KASPER do Erasta:
Myśmy górą.
MARYSIA do Łucji: Niech pani teraz się oddali.
KASPER do Erasta:
Po tem zwycięstwie lepiej trzymać się zdaleka.
MARYSIA do Łucji:
Czegóż panna chce jeszcze?
KASPER do Erasta:I na cóż pan czeka?
ERAST:
O, Łucjo, Łucjo, ciężkim to żalem przypłacisz,
Gdy serce tak oddane niebacznie utracisz.
ŁUCJA: O, Eraście, Eraście, trudno mi to będzie,
Bo ten towar bez starań znaleźć mogę wszędzie.
ERAST:
Nie, nie; gdzie chcesz go szukaj; niema w świecie całym
Serca, coby dla ciebie biło z tym zapałem.
Nie mówię tego wcale, abym pragnął jeszcze
Wzruszyć panią; tak złudnych nadziei nie pieszczę,
Całej tkliwości mojej snać było za mało:
Chciałaś zerwać, więc dobrze; zatem, już się stało;
Lecz nie wierzę, byś, mimo zaklęcia najświętsze,
Znalazła kiedy czucia od moich gorętsze.
ŁUCJA: Kto kocha, zgoła nie tak ten poczyna sobie,
I lepsze ma mniemanie o drogiej osobie.
ERAST: Kto kocha, ten, rozsądku straciwszy hamulec,
W zazdrości swej pozorom łatwo może ulec;
Lecz kto kocha nawzajem, pewniutkiem jest zato,
Że mniej łatwo się godzi z miłości utratą.
ŁUCJA:
Sama zazdrość nie umie być tyle zuchwałą.
ERAST: Szczera miłość wybacza urazę tak małą.
ŁUCJA:
Nie, Eraście, w prawdziwość twych uczuć nie wierzę.
ERAST:
Nie, Łucjo, ty mnie nigdy nie kochałaś szczerze.
ŁUCJA:
Nie sądzę, by pan o to troszczył się zbyt wiele.
I lepiejby mi było, tak mogę rzec śmiele,
Gdybym... Lecz dłużej o tem rozmawiać zbytecznie:
Co myślę, tajemnicą niech zostanie wiecznie.
ERAST: Dlaczego?
ŁUCJA:No, dlatego, że zrywamy z sobą;
Więc pocóż cię zaprzątać dłużej mą osobą.
ERAST: Zrywamy?
ŁUCJA:No, zrywamy; czyż już się nie stało?
ERAST: Jak widzę, pani cieszy się z tego niemało?
ŁUCJA:
Jak i pan.
ERAST: Jak ja?
ŁUCJA:Pewnie: wszakże się nie godzi
Okazać, że o czyjąś stratę zbyt nam chodzi.
ERAST:
Ależ, okrutna, przecież to z własnej twej woli...
ŁUCJA:
Ja? wcale; to pan rzeczy popchnął na tę kolej...
ERAST:
Ja? Jam myślał, że pani uciechę tem sprawię.
ŁUCJA: Nie: siebie tylko miałeś na oku w tej sprawię.
ERAST:
Jednak, gdyby me serce znowu z dawną siłą,
Choć zranione, za więzy swemi zatęskniło?
ŁUCJA:
Nie, nie, nie czyń pan tego: zbyt uległa jestem,
Mógłbyś się łatwo spotkać z zbyt słabym protestem.
ERAST:
Nie, łaska, co me błędy zatrze w twej pamięci,
Choć rychła, powolniejszą będzie od mych chęci;
Nie chciej jej skąpić, pani: serc naszych zapały
Mają snać trwać na wieki, gdy tyle przetrwały.
Błagam więc panią, powiedz: z win moich ogromu
Czym rozgrzeszon?
ŁUCJA:Ach... możesz odwieść mnie do domu..

SCENA CZWARTA.
MARYSIA, KASPER.
MARYSIA:
Cóż za miękość niegodna!
KASPER:O niecna słabości!
MARYSIA:
Rumienię się ze wstydu.
KASPER:Wściekam się ze złości.
Nie sądź, że ja się bronić będę równie słabo.
MARYSIA:
Nie myśl, że tu jest sprawa z ślamazarną babą.
KASPER:
Chodźno, chodź, a zobaczym co panienka wskóra.
MARYSIA: Niechaj się jegomości tylko nie ubzdura,
Że to sprawa z tą gąską, moją panią. Proszę!
Byłoby po czem płakać! straszne mi rozkosze!
Ja miałabym się czulić do twej gęby głupiej?
Gonić za tobą może? Niech cię inna kupi,
Co cię nie zna, grubasie!
KASPER:Z tej zaczynasz beczki?
Proszę, proszę, zabieraj te swoje wstążeczki,
Swoje kokardki: zaszczyt to dla nich zbyt wielki,
By miały dłużej dyndać u mej kamizelki.
MARYSIA:
Byś się i ty przekonał, coś mi wart jest cały,
Oto paryzkich szpilek setka: dar wspaniały,
Któryś mi wczoraj wręczył z miną tak nadętą!
KASPER:
Masz, weź jeszcze ten nożyk; noś go w samo święto:
Kosztował cię sześć groszy: prezent godny księżnej.
MARYSIA:
Oto nożyczki, przy nich łańcuszek mosiężny.
KASPER:
Kawał sera z przedwczoraj: nielada mi łupy;
Masz. Chciałbym ci móc oddać i ten talerz zupy,
Któryś mi dała kiedyś. Nic, nic nie zatrzymam.
MARYSIA:
Szkoda, że tutaj listów twych przy sobie nie mam,
Ale wszyściutkie w ogień pójdą w tejże dobie.
KASPER:
A z twemi gryzmołami, jak myślisz, co zrobię?
MARYSIA: Pamiętaj: nie pomogą już żadne błagania.
KASPER: By przeciąć sobie wszelką drogę pojednania,
Złammy tę słomkę: słomka na dwoje skruszona
Oznacza, między szlachtą, że rzecz już skończona.
Nie róbno słodkich oczu: wściekam się ze złości.
MARYSIA:
Nie zerkaj na mnie: nie chcę już twoich czułości.
KASPER:
Przełam: w ten sposób wszelką już zniszczym nadzieję.
Przełam. Śmiejesz się, głupia?
MARYSIA:Tak, z ciebie się śmieję.
KASPER:
Do djabła te chichoty! już ma wściekłość cała
Ostygła. Jakże myślisz, zrywamy, ty mała,
Czy nie?
MARYSIA: Gadaj.
KASPER:Ty gadaj.
MARYSIA:Nie, ty gadaj lepiej.
KASPER:
Więc cóż? czy się twój Kaspruś od ciebie odczepi,
Czy nie?
MARYSIA: Jak się podoba.
KASPER:Jakże więc z tą złością?
Mów.
MARYSIA: Nie powiem.
KASPER:I ja nie.
MARYSIA:I ja nie, zpewnością.
KASPER:
Ech, dość długo błazeństwa stroim już oboje:
Dawaj łapę, przebaczam.
MARYSIA:Wróć więc w łaski moje.
KASPER:
Mój Boże! jakże przylgnął człek do tego pysia!
MARYSIA: Jak za swoim Kasperkiem szaleje Marysia!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.