Zwady miłosne/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Zwady miłosne
Podtytuł Komedja w pięciu aktach
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron


AKT TRZECI.
SCENA PIERWSZA.
MASKARYL sam:
Czasem wygrywa, kto się na wszystko odważy,
I w lichej sprawie trzeba kręcić jak się zdarzy.
Dla mnie, którego język, nazbyt niedyskretny,
Skórę moją umieścił w pozycji dość szpetnej,
Jedynym środkiem było pchać dalej tę sprawę,
I odkryć przed staruszkiem calutką zabawę.
Jego syn (niby pan mój), to gorąca pała:
Gdyby kiedy mógł zgadnąć, jak rzecz się wydała,
Bałbym się, Maskarylku, o twą biedną szyję!
W ten sposób, nim się moje gadulstwo odkryje,
Może jakąś odmianę ześle dopust boży,
I rzecz między ojcami sama się ułoży.
W tym też celu przychodzę, by zapuścić wędkę
I ściągnąć go na małą z mym starym gawędkę!
Puka do drzwi Alberta.
SCENA DRUGA.
ALBERT, MASKARYL.
ALBERT: Kto puka:
MASKARYL:Swój, przyjaciel.
ALBERT:Ho, ho! możnaż wiedzieć,
Co cię sprowadza?
MASKARYL:Chciałem ci, panie, powiedzieć
Dzień dobry.
ALBERT: A, doprawdy, zbyt jesteś gorliwy.
Dzień dobry ci, dziękuję. Odchodzi.
MASKARYL:Cóż on taki żywy!
Zaraz umyka. Puka znowu.
ALBERT: Jeszcze?
MASKARYL:Ależ pan wszystkiego
Nie wysłuchał.
ALBERT:Wszak dnia mi życzyłeś dobrego?
MASKARYL:
Tak.
ALBERT: A zatem, nawzajem.
Odchodzi znów, Maskaryl go wstrzymuje.
MASKARYL:Mam także zlecenie
Od imci Polidora nieść ci pozdrowienie.
ALBERT:
A! to znów co innego. Twój pan cię przysyła
Z taką misją?
MASKARYL: Tak, panie.
ALBERT:Wielce mi jest miła.
Idź, powiedz, że mu życzę wszelkiej pomyślności.
Odchodzi.
MASKARYL:
Ten człowiek najwyraźniej nie lubi grzeczności.
Puka: Jeszczem nie skończył, panie, polecenia swego:
Mój pan ma jeszcze prośbę gorącą do niego.
ALBERT: Gdy zechce zatem, jestem na jego rozkazy.
MASKARYL zatrzymując go:
Czekajże pan i nie każ zaczynać sto razy.
Otóż, mój pan tu idzie, aby w ważnej sprawie
Pomówić z tobą, jeśli zezwolisz łaskawie.
ALBERT: O, i cóż to za sprawa, co go zmusza ze mną
Rozmowy szukać nagle?
MASKARYL:Pewną rzecz tajemną
Zwierzył mu ktoś w tej chwili, a to, co odkryto,
Dla was obu ma wagę ponoś znamienitą.
Oto, co miałem donieść.

SCENA TRZECIA.
ALBERT sam:
Nieba! drżę z obawy!
Wszak zdawna mnie już żadne z nim nie łączą sprawy:
Czuję burzę, co nagle grozi głowie mojej,
I wiem, co to za sekret dziś go niepokoi!
Bez ochyby ktoś zdradził mnie, znęcony zyskiem,
I oto dni me hańby stały się igrzyskiem:
Odkryto me podejście. O! jakże to trudno
Prawdę na wieki zdusić pod maską obłudną!
Ileż lepiejbym zrobił dla swej dobrej sławy,
Gdybym był słuchał wciąż mnie dręczącej obawy,
Co nieraz mnie skłaniała, bym, póki jest pora,
Sam zwrócił ten majątek w ręce Polidora;
Bym uprzedził rozgłosu hańbę wiekuistą,
I przez zgodne układy wyszedł z sprawy czysto.
Lecz stało się; zapłacić przyjdzie mi to krwawo,
I skarb ten, co pod dach mój dostał się nieprawo,
Opuści go, niestety, unosząc ze sobą
Honor mój, i dom kryjąc wieczystą żałobą!

SCENA CZWARTA.
ALBERT, POLIDOR
POLIDOR pierwsze cztery wiersze nie widząc Alberta:
W taki sposób zaślubić pannę pokryjomu!
Czyż on zechce zapomnieć nam takiego sromu?
Nie wiem, co mnie tu czeka; gubię myśli wątek:
Jej ojca gniew tak słuszny i jego majątek
Zbyt duży... Już tu idzie.
ALBERT:Polidor! o Boże!
Boję się doń przystąpić.
ALBERT:Spojrzeć się nań trwożę.
POLIDOR:
Jak zacząć tę rozmowę?
ALBERT:Jak tu wyrzec słowo?
POLIDOR:
Wzburzony jest widocznie.
ALBERT:Patrzy tak surowo...
POLIDOR:
Widzę po twem wzruszeniu, szanowny sąsiedzie,
Że się domyślasz, co mnie w progi twoje wiedzie.
ALBERT: Niestety!
POLIDOR:W pomięszaniu oba tutaj stoim:
Ja sam ledwo uwierzyć mogłem uszom swoim.
ALBERT: Wierz mi, że się od żalu i wstydu rumienię.
POLIDOR:
Pojmujesz na postępek ten moje wzburzenie:
Wymówek dla winnego szukać nie próbuję.
ALBERT:
Bóg się nad najnędzniejszym grzesznikiem lituje.
POLIDOR: Tobie zatem przystoi iść za wzorem nieba.
ALBERT:
Trzeba chrześcijaninem być.
POLIDOR:Zaiste, trzeba.
ALBERT: Ulituj się, na Boga, mości Polidorze!
POLIDOR:
Mnie błagać ciebie o to godzi się w pokorze.
ALBERT: By łaskę twą okupić, padam na kolana.
POLIDOR: Moją to raczej rzeczą uczynić, nie pana.
ALBERT:
Okaż nieco współczucia nad mym smutnym losem!
POLIDOR:
Chciej nie zamykać uszu przed litości głosem!
ALBERT:
Kiedy widzę twą dobroć, wprost serce mi taje.
POLIDOR:
Twoja łaskawość wyjść mi z podziwu nie daje.
ALBERT:
Przebacz mi więc, zapomnij.
POLIDOR:Ty przebacz mi raczej.
ALBERT:
Ciężką boleścią w sercu mem czyn ten się znaczy.
POLIDOR:
I we mnie pewno żałość niemniejszą też budzi.
ALBERT:
Śmiem błagać, by nie doszedł on do uszu ludzi.
POLIDOR: I mnie, mości Albercie, to na sercu leży.
ALBERT:
Chciej cześć moją oszczędzać.
POLIDOR:Ach, chciałbym najszczerzej!
ALBERT:
Co do sprawy majątku, sam sumę oznaczysz.
POLIDOR:
Nie chcę nic więcej nad to, co sam oddać raczysz:
Całą sprawę zostawiam tobie do uznania,
I z radością do twego nakłonię się zdania.
ALBERT: Co to za dobroć! cóż to za serca przymioty!
POLIDOR:
Toś ty dobry, że, mimo tak ciężkiej zgryzoty...
ALBERT:
Oby Bóg chciał we wszystkiem szczęście zsyłać na cię!
POLIDOR:
Oby ciebie wspomagał!
ALBERT:Uściskaj mnie, bracie.
POLIDOR:
Najchętniej; i serdeczne dzięki składam tobie,
Że wszystko się skończyło w pomyślnym sposobie.
ALBERT:
Niebu niech będzie chwała.
POLIDOR:Utaić nie mogę,
Żem o ciebie niemałą w sercu żywił trwogę;
Bałem się, że, przy twojem znaczeniu i wpływie,
Błąd córki swej na synu mścić zechcesz straszliwie...
ALBERT: Hę, co mówisz o błędzie i o córce mojej?
POLIDOR:
Mniejsza więc, niech już rzecz ta nas nie niepokoi.
Przyznam chętnie, że syn mój zawinił w tej sprawie;
Przyznam nawet, gdy żądasz (jesteś w pełnem prawie),
Że on tu jeden winę za czyn ten ponosi;
Że córka twoja cnotę zbyt wysoko nosi,
Aby postąpić w sposób z honorem tak sprzeczny,
Gdyby jej uwodziciel nie skłonił wszeteczny;
Że ten zdrajca nadużył niewinności świętej,
I miałbyś prawo bardziej w duszy być zawzięty.
Lecz już się stało; gdy więc, wspólnem naszem zdaniem,
Szczęśliwem się skończyło wszystko pojednaniem,
Nie swarzmy się już dłużej, a owe nieczyste
Sprawki niechaj uświęcą związki uroczyste.
ALBERT na stronie:
Co za omyłka, Boże! i cóż za nowina!
Jedna troska się kończy, a druga zaczyna;
W mem pomięszaniu nie wiem, jak tę rzecz prowadzić,
A jeśli powiem słowo, obawiam się zdradzić.
POLIDOR:
O czem myślisz, Albercie?
ALBERT:Ja? tak, to i owo;
Lecz proszę, dajmy pokój teraz z tą rozmową:
Słabo mi się zrobiło, zostawić cię muszę.

SCENA PIĄTA.
POLIDOR sam:
Rozumiem, jaki ciężar gnębi jego duszę.
Chociaż rozsądek jego skłania się do zgody,
Zbyt głębokie ma w sercu do żalu powody;
Obraz zniewagi nosi wciąż w myślach, i woli
Ukryć samotnie ranę, co jeszcze go boli.
Współczuję z jego hańbą, żal mi go najszczerzej;
Niechże się to cierpienie pomału odleży:
Zbyt łatwo wraca boleść przemocą zduszona.
Otóż i sprawca; idzie ta pałka szalona.
SCENA SZÓSTA.
POLIDOR, WALERY.
POLIDOR:
Zatem, miły gagatku, wciąż hultajstwem swojem
Będziesz igrał z rodzica starego spokojem?
Codziennie będę musiał suszyć sobie głowę
Jak naprawiać szaleństwa twoje, coraz nowe?
WALERY:
I cóż ja znów tak złego niby robię co dnia,
I jaka do twych uszu, ojcze, doszła zbrodnia?
POLIDOR:
Tak, dziwny człowiek jestem, z tak zrzędnym humorem,
By winić syna, co jest cnót wszelakich wzorem!
Przecież żyje jak święty i w domu ojcowskim
Pędzi swe dni na klęczkach przed obrazem boskim!
Chcieć mu dowieść, że prawa natury wywraca,
I że z nocy dzień robi, to daremna praca!
Że sto razy przez swoje zuchwalstwo zbyt butne,
Zranił serce ojcowskie, to kłamstwo wierutne!
Że i teraz, najświętsze depcąc obowiązki,
Śmiał wejść z córką Alberta w potajemne związki,
Niepomny jakie mogą wypaść z tego skutki:
Cóż znowu! to kto inny! baranek cichutki
Nawet mnie nie rozumie, co to za małżeństwo!
A, psie! z niebios zesłany na moje męczeństwo,
Czy zawsze będziesz broił, i czy, przed mym zgonem,
Nie ujrzę cię czem innem, niż trutniem szalonym?
WALERY sam w zamyśleniu:
Kto mógł zdradzić? ma głowa próżno się wysila
Kogo o to posądzić? czyżby Maskaryla?...
Ale wyłże się szelma z tego ambarasu;
Trzeba go z mańki zażyć i stłumić do czasu
Mój gniew.

SCENA SIÓDMA.
WALERY, MASKARYL.
WALERY: Ha, Maskarylu, do uszu rodzica,
Nie wiem jak, ale doszła cała tajemnica.
MASKARYL:
W istocie?
WALERY: Tak.
MASKARYL:I skąd się dowiedział, u djaska?
WALERY:
Nie wiem, przez kogo na mnie spłynęła ta łaska,
Lecz wszystko załatwiło się, i to tak przednio,
Że wdzięczność dlań w mem sercu czuję niepoślednią.
Gniewu ojca się lękać nie mam już przyczyny:
Chwali wielce mój wybór, rozgrzesza mnie z winy,
I radbym bardzo wiedzieć, kto, w tej całej sprawie,
Potrafił go nastroić dla mnie tak łaskawie.
Nie uwierzysz, jak cieszę się z tego obrotu.
MASKARYL:
A gdybym panu wyznał, żem to ja z kłopotu
Go wybawił i umysł złagodził ojcowski?
WALERY:
No, no, do gotowego chciałbyś przyjść bez troski!
MASKARYL:
Ja sam, powtarzam panu, ojcu rzecz wyznałem,
I jam sprawił to wszystko zwierzeniem tak śmiałem.
WALERY:
Ty? bez żartów?
MASKARYL: Niech głowy nie wyścibię z piekła,
Jeśli ma gęba świętej prawdy nie wyrzekła!
WALERY dobywając szpady:
A ja chcę w piekle gorzeć na wieki, jeżeli
Nie sprawię tu na miejscu, by cię djabli wzięli!
MASKARYL:
Panie, co to takiego? nie tak nagle, panie!
WALERY:
To jest zatem twa wierność? to twe przywiązanie?
Bez mej sztuczki przenigdyby się nie wydało
To, o co podejrzewać mogłem cię tak śmiało.
Zdrajco, którego gęba w paplaniu zbyt łatwa,
Ojca gniewem przedwczesnym wszystkie plany gmatwa,
Coś wszystko zniszczył, zgubił, musisz, szelmo jedna,
Dać tu gardło.
MASKARYL: Powoli, ma duszyczka biedna
Nie jest gotowa na śmierć. Proszę, niech pan raczy
Zaczekać, aż się koniec tej sprawy obaczy.
Miałem ważne przyczyny, aby dziś staruszka
Zapoznać z sekretami małżeńskiego łóżka:
To mały zamach stanu; ujrzysz pan po skutku,
Czy do radości będzie powód, czy do smutku.
O cóż się pan więc gniewa? Jak tam głową kręci
Maskaryl, by tryumfem ozdobić twe chęci,
To mniejsza, bym w końcu umiał ci dogodzić
WALERY:
A jeżeli ty znów chcesz mnie za nos wodzić?
MASKARYL:
By mnie zabić, dość czasu zostanie ci zawsze;
Lecz może zdołam zyskać wyroki łaskawsze;
Bóg dopomoże swoim, a pan mój szczęśliwy,
Hołd odda Maskaryla służbie tak gorliwej.
WALERY:
Zobaczym więc. Lecz Łucja...
MASKARYL:Pst, ojciec nadchodzi.

SCENA ÓSMA.
WALERY, ALBERT, MASKARYL.
ALBERT:
Im więcej myślę nad tem, tem więcej się rodzi
W mej duszy wątpliwości; i, w tej dziwnej sprawie,
Zbyt łatwom pofolgował snać pierwszej obawie.
Łucja twierdzi, że wszystko to wymysł bezczelny,
I broni niewinności swej w sposób tak dzielny...
Hej! słysz ty, czy to twoje zuchwalstwo się waży
Córki mej cześć ofiarą czynić swej potwarzy?
MASKARYL:
Mości Albercie, noś się tu nieco łagodniej,
I nie czyń swego zięcia winnym takiej zbrodni.
ALBERT: Jakto zięcia, hultaju? Możnaby cię o to
Posądzić, żeś kierował tą całą robotą,
I że plan ów się w twojej wylągł mózgownicy.
MASKARYL:
Gdzież tu powód, by krzyki robić na ulicy?
ALBERT:
Więc godzi się zniesławiać dziewczynę uczciwą,
By z hańby mego domu zebrać sobie żniwo?
MASKARYL:
Wszak on gotów jest spełnić wszystkie twe żądania.
ALBERT: Jedno mam tylko: aby zaprzestał udania.
Jeśli dla mojej córki miał jakoweś chęci,
Czemuż uczciwie tego nie powie, lecz kręci?
Mógł do jej serca z prośbą udać się otwarcie;
Mógł jawnie chęci swoje postawić na karcie,
A nie szukać pomocy w potwarzy tak niskiej,
Czci dziewczęcej ukryte zadając pociski.
MASKARYL:
Jakto? niby że Łucji nie łączą najsłodsze
Ogniwa z moim panem?
ALBERT:I nie złączą, łotrze!
MASKARYL:
Powoli! A gdy prawdą jest to, co się stało,
Czy zechcesz zgodą swoją rzecz uświęcić całą?
ALBERT:
A jeśli nie jest prawda, chcesz, bym, bez litości,
Za twe podłe oszczerstwo nadłamał ci kości?
WALERY:
Że jest prawdą, nietrudno będzie panu dowieść.
ALBERT:
Masz! i ten znów popiera bezecną opowieść
Swego godnego sługi! O, nikczemni łgarze!
MASKARYL:
Że prawdę szczerą mówię, wnet się to pokaże.
WALERY:
Lecz w jakimż celu chciałby ktoś nadstawiać karku...
ALBERT na stronie:
Świadczą, jak dwaj opryszki sobie na jarmarku.
MASKARYL:
Przejdźmy więc do dowodów i, przez usta własne,
Niechaj Łucja w tej sprawie da świadectwo jasne.
ALBERT:
A jeżeli odeprze wszystkie kłamstwa twoje?
MASKARYL:
Nie, panie, nie odeprze, o to się nie boję.
Przyrzeknij zezwolenie swoje na te śluby,
A ja idę o zakład, i to bardzo gruby,
Że własnemi ustami zaraz tu obwieści
I związek swój i miłość, którą w duszy pieści.
ALBERT:
Zaraz się przekonamy.
MASKARYL do Walerego: Panie, dobra nasza.
ALBERT: Łucjo!
WALERY do Maskaryla:
Boję się...
MASKARYL:Nic niech pan nie przestrasza.

SCENA DZIEWIĄTA.
WALERY, ALBERT, MASKARYL, ŁUCJA.
MASKARYL:
Mości Albercie, spokój. Zwiastuję ci, pani,
Nowinę, co niemałą radość kryje dla niej:
Ojciec twój, obznajmiony z całem przedsięwzięciem,
Godzi się męża twego uznać swoim zięciem,
Jeśli tylko, rzuciwszy próżne niepokoje,
Własnem wyznaniem słowa tu potwierdzisz moje.
ŁUCJA:
Co on mi prawi, hultaj ten z wytartem czołem?
MASKARYL:
Wcale niezły przydomek tak naprędce wziąłem.
ŁUCJA: Może mi pan wyjaśni, jaki ma początek
Tej miłej opowiastki zbyt misterny wątek?
WALERY: Wybacz, aniele; sługi gadulstwo przeklęte
Wbrew mej chęci zdradziło związki nasze święte.
ŁUCJA:
Co? związki?...
WALERY: Wyszły na jaw, Łucjo ubóstwiana,
I próżno rzecz ukrywać, co wszystkim jest znana.
ŁUCJA: Co! nas oboje wieczne złączyć miały śluby?
WALERY:
W szczęściu tak niezmierzonem nie szukam czczej chluby;
I to, że dziś radością ma dusza się poi,
Nie zasługom winienem mym, lecz łasce twojej.
Wiem, że możesz wyrzuty mi czynić dziś krwawe;
Że w tajemnicy chciałaś utrzymać tę sprawę;
Toteż, wiernie starałem się, aby ni razu
Słowem ni gestem twego nie złamać zakazu,
Lecz...
MASKARYL:
Tak, ja to zrobiłem: wyznaję w pokorze!
ŁUCJA:
Czyż bezczelniejsze kłamstwo istnieć w świecie może?
Śmiesz mi je w oczy rzucać, jak na pośmiewisko
I sądzisz, że zdobędziesz mnie sztuką tak niską?
To mi rycerz, co wszystkie nadzieje w tem mieści,
By, gdy serca nie może, sięgnąć choć mej cześci,
I mniema, iż, mą hańbą trafion w samo serce,
Ojciec ręką swej córki zapłaci oszczercę!
Choćby wszystko wiązało wreszcie nas oboje:
Ojciec, losu wyroki, własne chęci moje,
Wolałabym w mym gniewie zgwałcić tysiąc razy
Pragnienia własne, losów i ojca rozkazy,
I wolałabym zginąć, niż złączyć swe życie
Z tym, co w sposób tak podły chciał zdobyć mnie skrycie.
Precz stąd; gdyby płci mojej gwałtowność przystała,
Ujrzałbyś, jakim gniewem dusza moja pała,
I wziąłbyś słuszną cenę bezczelności swojej.
WALERY:
Przepadło, już jej w gniewie nic nie uspokoi.
MASKARYL:
Pozwól mi pan z nią mówić. Ech, pani łaskawa,
Pocóż teraz w chowanki cała ta zabawa?
Cóż pani tem zamierza? Jakiż humor dziki
Wbrew własnym chęciom każe stroić te wybryki?
Gdyby choć ojciec pani był nieubłagany,
Rozumiem; lecz on gotów zmienić swoje plany,
I sam rzekł nam, iż, całą rzecz wyznając szczerze,
Wszystko możesz od niego uzyskać w tej mierze.
Czujesz pani, to prawda, zawstydzenia trochę,
By sama zwierzać ojcu sprawki nieco płoche!
Lecz twą zbytnią powolność dla miłosnych chęci
Z ojca zgodą ten związek najłacniej uświęci;
I, choć jego pochwała pewnie cię nie czeka,
Zawszeć to błąd mniej ciężki, niż zabić człowieka.
Ciało ludzkie jest słabe niekiedy; to pewna
Że i panna z kamienia nie jest, ani z drewna;
Nie ty pierwsza znalazłaś się pono w tej matni,
I nie tobie, jak sądzę, przyszło to ostatniej.
ŁUCJA:
Jakto, ojcze! ty słuchasz tej bewstydnej mowy
I ni słowem nie skarcisz czelności takowej?
ALBERT:
Cóż mam powiedzieć, dziecko? Trudno niespodzianiej
Być zaskoczonym komuś.
MASKARYL:Przysięgam ci, pani,
Żeś powinna otwarcie wyznać sprawę całą.
ŁUCJA:
I cóż mi każesz wyznać?
MASKARYL:Co? To, co się stało
Między tobą a panem mym: to dobre żarty!
ŁUCJA: I cóż się stało zatem, hultaju wytarty,
Między mną a twym panem?
MASKARYL:Już ja się założę,
Że pani chyba lepiej o tem wiedzieć może,
I że ta noc zbyt słodką była dla niej, aby
Ślad w jej pamięci miała zostawić tak słaby.
ŁUCJA:
Czas skończyć już, mój ojcze, z tym frantem zuchwałym!
Uderza go w twarz i wychodzi.
SCENA DZIESIĄTA.
WALERY, MASKARYL, ALBERT.
MASKARYL:
Oj, zdaje mi się, że ja po gębie dostałem.
ALBERT:
Tak, łotrze, zdrajco; ręka jej na twojej twarzy
Kreśli słuszny rachunek tej niecnej potwarzy.
MASKARYL:
Mimo to, niech mnie djabeł za moją robotę
Porwie, jeżelim zełgał cokolwiek na jotę!
ALBERT: Mimo to, niechaj uszy mi oba obetną,
Jeśli mi nie zapłacisz za napaść tak szpetną!
MASKARYL:
Czy chcesz dwóch świadków, którzy rzecz potwierdzą moją?
ALBERT:
Czy chcesz dwóch ludzi, którzy plecy ci wyłoją?
MASKARYL:
Ich słowo zdoła chyba pozyskać mi wiarę.
ALBERT:
Ich dłoń zastąpi dzielnie me ramię zbyt stare.
MASKARYL:
Wierzaj mi pan, że Łucja przez wstyd tylko kręci.
ALBERT:
Wierz mi, że nie pomogą ci niebiescy święci.
MASKARYL:
Wszak znany panu Ormin, notarjusz dość wzięty?
ALBERT:
A kat, Drabinka, znany ci, łotrze przeklęty?
MASKARYL:
I Szymon, krawiec, sławny ze zdatności swojej?
ALBERT: I nowa szubienica, co na placu stoi?
MASKARYL:
Zobaczysz, że poświadczą, com rzekł prawdy głosem.
ALBERT:
Zobaczysz, że wnet zrobią koniec z twoim losem.
MASKARYL:
Oni świadkami byli, stwierdzą to przed prawem.
ALBERT:
Oni wszystkie szelmostwa twe pomszczą niebawem.
MASKARYL: Te oczy oglądały zamianę pierścionka.
ALBERT:
A te ujrzą, jak będziesz dyndał u postronka.
MASKARYL:
Jako znak, Łucja czarną włożyła zasłonę.
ALBERT:
Jako znak, na twem czole to jest nakreślone.
MASKARYL:
Cóż za starzec uparty!
ALBERT:Cóż za łotr bezczelny!
Ciesz się, że mój sędziwy wiek nie jest dość dzielny,
By wraz ukarać twoje niecne przedsięwzięcie:
Ale to nie ucieknie, przyrzekam ci święcie.

SCENA JEDENASTA.
WALERY, MASKARYL.
WALERY:
I cóż ten piękny sukces, któryś tak niezłomnie...
MASKARYL:
Rozumiem, w jakim sensie pan przepija do mnie:
Wszystko przeciw mnie staje; w którą spojrzę stronę,
Wszędzie widzę batogi, stryczki najeżone;
Toteż, aby raz skończyć mą nieszczęsną dolę,
Sam już ze stromej skały na łeb skoczyć wolę,
Jeśli niebios tak srogie dziś dla mnie wyroki,
Pozwolą mi gdzie znaleźć cypel dość wysoki.
Żegnam więc pana.
WALERY:Nie waż się ruszyć ni krokiem:
Jeśli chcesz umrzeć, dobrze, lecz tu pod mem okiem.
MASKARYL:
Nie jestem w stanie umrzeć, gdy ktoś się przygląda,
I opóźnia pan zgon mój, gdy pan tego żąda.
WALERY:
Za mną, hultaju, za mną; zobaczysz, nieboże,
Że twej chętce do żartów wnet koniec położę.
MASKARYL: O, biedny Maskarylu! ileż tu niedoli!
I za co? za to, że ktoś drugi poswywoli!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.