Zwady miłosne/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Zwady miłosne
Podtytuł Komedja w pięciu aktach
Pochodzenie Dzieła / Tom pierwszy
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Indeks stron


AKT DRUGI.
SCENA PIERWSZA.
ASKANJUSZ, FROZYNA.
FROZYNA: Frozyna umie trzymać język za zębami.
ASKANJUSZ:
Lecz czy bezpiecznie tutaj? spojrzyjno czasami
Czy niema kogo blisko i czy też, broń Boże,
Naszej tu kto rozmowy podsłuchać nie może.
FROZYNA:
Bezpieczniej nam z pewnością tutaj, niźli w domu.
Widać na cztery strony: nikt więc pokryjomu
Nas nie zajdzie, i mówić możesz bez obawy.
ASKANJUSZ:
O, jak trudno przystąpić do takiej przeprawy!
FROZYNA:
Oj, to jakiś dość ciężki sekret, jak się zdaje.
ASKANJUSZ:
Zbyt ciężki, skoro tobie z trudem go wyznaję,
I gdybym mogła ukryć rzecz, o którą chodzi,
Nie wiedziałabyś o niej.
FROZYNA:To już się nie godzi!
Kryć coś ze mną, jakgdybyś sto razy w potrzebie
Nie doświadczyła mego oddania dla ciebie!
Co, razem wychowana z tobą, tem się szczycę,
Że umiem kryć najświętsze twoje tajemnice!
Która wiem...
ASKANJUSZ: Czego myśli nie śniły niczyje:
Sekret, co ród i płeć mą ludzkim oczom kryje;
Wiesz, że w dom, w którym bawię, przyjęto mnie dzieckiem,
Aby ocalić zapis sposobem zdradzieckim,
Co gdy z śmiercią Askanja już miał być stracony,
W mem przebraniu dlań środków szukano obrony.
Dlatego, serce moje z tobą się odważy
Innych tajemnic również zwolnić czujnej straży;
Lecz, zanim rzecz rozpocznę, objaśnij mi, proszę,
Wątpliwość, jaką zdawna w myślach moich noszę:
Czy być może, by Albert nie znał wydarzenia,
Co czyni go mym ojcem i płeć mą odmienia?
FROZYNA:
Jeśli mam rzec otwarcie, owa sprawa cała
Nigdy nie była dla mnie nadto zrozumiała:
W wielu rzeczach intryga ta zgoła jest ciemną,
A matkę mą wybadać silę się daremno.
Gdy zmarł ów syn, cel ojca gorącej miłości,
A, zanim na świat przyszedł jeszcze, dziedzic włości
Rozlicznych, zapisanych przez wuja bogacza,
Co go swym spadkobiercą jedynym naznacza,
Matka wieść tę pragnęła ukryć jak najdłużej,
Bojąc się, by małżonek (naówczas w podróży),
Dowiedziawszy się o tem, w gniew nie popadł srogi,
Z żalu, że te bogactwa przejdą w obce progi.[1]
Otóż, mówię, by ukryć tę rzecz jakoś przecie,
Umyśliła podstawić obce jakieś dziecię,
I wzięła ciebie od nas, gdzieś ty się chowała,
(W ten sposób mogła zatrzeć się przygoda cała,
Żeś ty zajęła miejsce umarłego chłopca).
Czy ojcu cała sprawa pozostała obca,
Nie wiem. Od nas nie słyszał nic; od swej zaś żony,
Co lat dwanaście przeszło sekret utajony
Nosiła, wobec tego że tak nagle zmarła,
Sądzę, że i jej także nie wymknął się z gardła.
Jednak, widzę, iż styczność utrzymuje skrycie
Z osobą, której pono ty zawdzięczasz życie,
Wiem nawet iż ją wspiera czasem potajemnie,
Lecz z jakich przyczyn, tego dochodzić daremnie.
Z drugiej strony, małżeństwo dla ciebie układa
I to takie, jak tobie pewno się nie nada.
Może zna sztuczkę, której ty jesteś przedmiotem,
Lecz nie wie o przebraniu. Ale dosyć o tem;
Zbyt daleko zawiodła nas ta cała sprawa:
Powróćmy do sekretu, któregom ciekawa.
ASKANJUSZ:
Wiedz zatem, że się miłość omamić nie dała,
Że ma płeć się jej oczom umknąć nie zdołała,
I celne jej pociski, przez tę szatę męską,
W serce słabej dziewczyny wtargnęły zwycięsko:
Kocham tedy.
FROZYNA: Ty kochasz?
ASKANJUSZ:Frozyno, powoli;
Na zdziwienie dopiero później przyjdzie kolej:
Wstrzymaj się jeszcze; jeszcze moje serce biedne,
By w zdumienie cię wprawić, znajdzie rzecz niejednę.
FROZYNA: Cóż?...
ASKANJUSZ:Walerego kocham.
FROZYNA:O losu zagadki!
Jego kochasz, co właśnie przez podstęp twej matki
I twoje podstawienie postradał dziedzictwo!
Co, gdyby pod tą szatą przeczuł twe dziewictwo,
Bezzwłocznie tych majątków ujrzałby się panem!
W istocie, że ta miłość czemść tak niesłychanem...
ASKANJUSZ:
Czekaj: większem zdumieniem wstrząsnę twoje łono:
Ja jestem jego żoną.
FROZYNA:Żoną!
ASKANJUSZ:Tak jest, żoną.
FROZYNA:
Ha! to naprawdę więcej, niż biedna pomieszczę
W mejej głowie.
ASKANJUSZ: Zaczekaj; to nie wszystko jeszcze.
FROZYNA:
Jeszcze?
ASKANJUSZ:
Jestem nią, mówią, lecz on nie wie o tem,
I nie zna tej, co jego ślubów jest przedmiotem.
FROZYNA:
Mów co chcesz; już ma głowa pojąć się nie sili,
Wszystkie myśli zmieszałaś mi w tej jednej chwili,
Rozum mój tym zagadkom podołać nie może.
ASKANJUSZ:
Jeśli chcesz mnie posłuchać, rzecz ci wnet wyłożę.
Walery, co był siostrą mą zajęty szczerze,
Zdawał mi się zbyt ostro sądzony w tej mierze,
I tkliwość jego, Łucji tak bardzo niemiła,
Najżywszą dlań sympatję w mem sercu zrodziła.
Chcąc sprawić, by go siostra widziała łaskawie,
Tak gorącom umiała mówić w jego sprawie,
Żem sama nie spostrzegła, jak budzi się we mnie
Czucie, którem jej wszczepić pragnęła daremnie.
Mówiąc do niej, on w moją duszę się zakradał;
Płomień, dla niej się tlący, mem sercem owładał,
I miłość ta, przez jego boginię wzgardzona,
Wdarła się tryumfalnie do mojego łona.
Tak, serce me, Frozyno, zbyt słabe, niestety,
Zdobyła chęć, zwrócona do innej kobiety,
I śmiertelnie zranione przez grot ów tak ostry,
Z lichwą mu zapłaciło nieczułość mej siostry.
Nareszcie, miłość moja, znękana tym stanem,
Zapragnęła zbliżenia, lecz pod cudzem mianem;
Raz w ogrodzie, Walery, wezwany tajemną
Prośbą Łucji (jak mniemał), zszedł się w nocy ze mną.
I powiodłam rzecz w sposób tak dobrze udany,
Iż wcale nie domyślił się osób zamiany.
Pod zasłoną tak miłą serca jego chęci,
Rzekłam, iż jego obraz wciąż noszę w pamięci,
Lecz, znając wolę ojca odmienną, musiałam
Ukrywać te uczucia, któremi dlań pałam;
Że do czasu z miłości swej sekret uczynię,
Którego powiernicą będzie noc jedynie;
Zaś we dnie, aby sprawy tej nie zepsuć, wcale
Nie będziemy rozmawiać z sobą poufale,
I że tę samą we mnie obojętność spotka,
Co wówczas nim nas jeszcze nić złączyła słodka;
A również on ma przyrzec mi, że z jego strony
Sekret gestem ni słowem nie będzie zdradzony.
Wreszcie, nie poprzestając na takiej zdobyczy,
Lecz chcąc mieć wszystko czego tkliwe serce życzy,
Śmiałością, co przeszkody wszelkie przezwycięża,
Zdołałam wczoraj zmienić kochanka na męża.
FROZYNA:
Ej, dziewczyno, nielada posiadasz talenty!
Któżby to był odgadnął przy twej mince świętej?
Jednak tu nazbyt lekko rzecz powiodłaś całą;
Bo przypuśćmy, że wszystko zrazu się udało,
Nie trudno się domyślić dość smutnego końca,
Skoro ten nocny sekret doczeka się słońca.
ASKANJUSZ:
Gdy miłość jest gwałtowna, nic nas nie odstraszy
W dążeniu, aby dopiąć celu chęci naszej;
I, byle mogło posiąść serce czego życzy,
Wszystko, co będzie później, za nic sobie liczy.
Lecz, jeżeli dziś mówię z tobą bez osłonek,
To, by twej rady... Ale oto mój małżonek.

SCENA DRUGA.
WALERY, ASKANJUSZ, FROZYNA.
WALERY: Jeśli państwo oboje tu rozmowę wiodą,
W której moja obecność byłaby przeszkodą,
Oddalę się.
ASKANJUSZ: O tobie mówimy, a zatem
Możesz przerwać rozmowę, gdyś sam jej tematem.
WALERY:
Ja?
ASKANJUSZ:
Tak.
WALERY: I jakże?
ASKANJUSZ:Rzekłam, że, gdybym kobietą
Była, łatwo uległabym twoim zaletom,
I, gdyby wzajem obraz mój władał w twem sercu,
Wnetbyśmy wraz na ślubnym stanęli kobiercu.
WALERY:
Czynić takie wyznania, to rzecz nader łatwa,
Skoro podobne gdyby ich spełnienie gmatwa;
Lecz złapałbyś się, gdyby komplement tak luby
Był kiedy wystawiony na szczerości próby.
ASKANJUSZ:
Bynajmniej; gdybym serca twego była panią,
Pewnobyś nie miał przyczyn uskarżać się na nią.
WALERY: A gdybym, dzięki twojej pomocy u innej,
Mógł zdobyć szczęście, również byłbyś tak uczynny?
ASKANJUSZ:
Wówczas mogłyby zawieść się pańskie nadzieje.
WALERY:
Z tej odpowiedzi przyjaźń nie bardzo widnieje.
ASKANJUSZ:
Jakto! więc w tak okrutnym chcesz żądać sposobie,
Abym, będąc dziewczyną, zakochaną w tobie,
Przyrzekła ci za tobą wstąpić w czułe szranki,
I walczyć za twą miłość dla innej kochanki?
Przyznasz, iż to zadanie niezbyt chyba miłem.
WALERY:
Lecz skoro nią nie jesteś?
ASKANJUSZ:To, co ci mówiłem,
Rzekłem jako kobieta i tak też należy
Aby było przyjęte.
WALERY:Tu więc szkopuł leży!
Nic więc po twej przyjaźni nie mam tuszyć sobie,
Chyba, że niebo sprawi cud w twojej osobie?
Słowem, gdyś nie kobietą, szukałbym daremno,
Dowodów tej sympatji, co łączy cię ze mną?
ASKANJUSZ:
W pewnych kwestjach nad wszelki wyraz jestem czuły,
I serce moje ranią najmniejsze skrupuły,
Kiedy o miłowanie chodzi. Jestem szczery,
Nie licz na me usługi, mój drogi Walery,
Póki wzajem upewnić nie zdołasz niekłamnie,
Że i ty takież czucia w sercu chowasz dla mnie,
Że płomień mej przyjaźni dzielisz najgorętszej,
I, gdybym był dziewicą, wnet związek najświętszy,
Chęćby uwieńczył, która sercem mojem całem...
WALERY:
Nie, o takich skrupułach jeszcze nie słyszałem!
Lecz przyjmuję ugodę, choć dla mnie tak nową,
I chętnie na ten układ daję moje słowo.
ASKANJUSZ:
Ale szczerze?
WALERY: Najszczerzej.
ASKANJUSZ:Zatem wszystko jasne:
O twe szczęście dbać odtąd chcę, jak o me własne.
WALERY:
Wcześniej niż się spodziewasz, za słowo cię chwycę;
I wkrótce ci powierzę ważną tajemnicę.
ASKANJUSZ:
Ja ci również niebawem odsłonię wyraźniej
Sekret, co będzie dla mnie próbą twej przyjaźni.
WALERY:
W jaki sposób odgadnąć, silę się daremnie?
ASKANJUSZ:
Dowiedz się więc, że kocham kogoś potajemnie,
I w twojej władzy leży, jak można najprościej,
Skłonić ku memu sercu przedmiot mej miłości.
WALERY:
Niechaj więc serce twoje w swe szczęście uwierzy,
Bo pewnem ono, jeśli odemnie zależy.
ASKANJUSZ:
Dużo bardzo przyrzekłeś; więcej niźli mniemasz.
WALERY:
Mów zatem; dłużej przyczyn ukrywać się nie masz.
ASKANJUSZ:
Czas jeszcze; ta osoba, powiem tylko tyle,
Jest blisko ciebie.
WALERY:Zgadnąć napróżno się silę.
Czyżby, daj Boże, siostra...
ASKANJUSZ:Nic ci tej godziny
Więcej nie mogę wyznać.
WALERY:Czemu?
ASKANJUSZ:Mam przyczyny.
Gdy twój sekret posiędę, i mój ci odsłonię.
WALERY:
Musi mi ktoś, co zamknął go święcie w mem łonie,
Zezwolić.
ASKANJUSZ: Więc postaraj się o to, a słowa
Zobaczymy kto lepiej z nas obu dochowa.
WALERY:
Zgoda: przyjmuję układ.
ASKANJUSZ:I ja: bywaj zatem.
Walery wychodzi.
FROZYNA:
Rozmawia z tobą, niby z najoddańszym bratem.

SCENA TRZECIA.
FROZYNA, ASKANJUSZ, MARYSIA, ŁUCJA.
ŁUCJA do Marysi pierwsze trzy wiersze:
Stało się: tak ukarzę bodaj przeniewiercę,
I jeśli czyn ten zdoła zranić jego serce,
To wszystko, czego żądać dzisiaj jeszcze mogę.
Bracie, na nową odtąd pragnę wstąpić drogę,
Chcę kochać tego, co był przedmiotem mej wzgardy,
I on dziś włada w duszy przedtem dlań tak hardej.
ASKANJUSZ:
Co mówisz, siostro? Jakto! ta twoja odmiana
Zdaje mi się zbyt nagła i niespodziewana.
ŁUCJA:
Ja raczej twej odmianie dziwić się mam prawo:
Sameś go wszak opieką otaczał łaskawą;
Wszak nieraz wyrzucałeś mi, nawet dość żywo,
Mą nieczułość, twem zdaniem zbyt niesprawiedliwą;
A gdy chcę go pokochać, wyraźnie cię boli
Mój zamiar i wypadasz z opiekuńczej roli!
ASKANJUSZ:
Troska o ciebie, siostro, dawne chęci głuszy;
Wiem, że inna króluje dzisiaj w jego duszy;
Mniemam zaś, że swej własnej dumie jesteś dłużną,
Aby raz wzgardzonego nie wzywać napróżno.
ŁUCJA:
Gdy tylko o to chodzi, umiem strzec mej sławy;
Toteż porzuć, mój bracie, daremne obawy:
Dość łatwo mi jest czytać w serca jego karcie.
Uczucia moje możesz wyznać mu otwarcie,
Lub, jeśli ty nie zechcesz, własne usta moje
Uśmierzą duszy jego tkliwe niepokoje.
Co! bracie, skądże znowu ten wybuch rozpaczy?
ASKANJUSZ:
Siostro! jeśli me słowo u ciebie coś znaczy,
Jeśli z uczuć siostrzanych coś w tem sercu gości,
Rzuć tę myśl, nie wydzieraj przedmiotu miłości
Młodej istocie, która nad wyraz mi drogą,
A której losy ciebie również obejść mogą.
Nieszczęsna jemu swoje czucia najgorętsze
Oddała; mnie otwarła duszy swojej wnętrze,
A tkliwość, jaką biedna istota dlań pała,
Najzatwardzialsze serce zmiękczyćby zdołała.
O, siostro, czyli nie znasz miłości? azaliż
Nie wiesz, jak strasznym ciosem tę biedną powalisz?
Ja tak czuję tę boleść, co wstrząśnie jej łonem,
Że pewnym, iż to będzie dla nieszczęsnej zgonem,
Jeśli wydrzesz kochanka, co drogim jej tyle.
Wszakże dotychczas Erast, jeśli się nie mylę,
W sercu twojem...
ŁUCJA:Mój bracie, dość na teraz o tem:
Nie wiem, kto twych gorących starań jest przedmiotem,
Lecz błagam cię, zakończmy na dziś tę rozmowę.
Pozwól, to wszystko rzeczy są dla mnie tak nowe...
ASKANJUSZ:
Siostro, jeżeli brata nie pragniesz rozpaczy,
Błagam cię, racz swe chęci skierować inaczej.

SCENA CZWARTA.
ŁUCJA, MARYSIA.
MARYSIA:
Widzę, iż pani sobie poczyna dosc żwawo.
ŁUCJA:
Na nic nie zważa serce zdeptane odprawą;
Spieszy mścić się, i wówczas chwyta bez pamięci
Wszystko, co może pomóc mu w odwetu chęci.
Zdrajca! on śmiał się ozwać do mnie tak zuchwale!
MARYSIA:
Z osłupienia do siebie przyjść nie mogę wcale;
Choć chciałabym zrozumieć, przecież, na mą duszę,
Jestem ciągle jak w rogu; darmo głowę suszę.
Wszakże, gdym mu wiadomość od pani przyniosła,
Z jakąż radością przyjął mnie, jako jej posła!
Upojony twym listem, nie wiedząc co czyni,
Honorował mnie zgoła tytułem bogini,
A trudno znów opisać, jak potem mnie z góry
Potraktował, gdym przyszła z wieścią po raz wtóry.
Nie wiem, coby zajść mogło przez ten czas tak krótki,
By w sercu jego sprawić tak dotkliwe skutki.
ŁUCJA:
Co się stać mogło, mniejsza. Tak, lub też inaczej,
Przed moją nienawiścią nic go nie tłómaczy.
Jakto! ty chcesz przypuszczać jakąś sprawę ciemną,
W tem, co może jedynie być zdradą nikczemną?
Po mym liście, co wstydem dla mnie wiecznym będzie,
Czyż można dlań wymówkę znaleźć w jakim względzie?
MARYSIA:
Istotnie, że tak chyba mniemać nam wypada;
A ten gniew jego cały, to nikczemna zdrada.
Wpadłyśmy, proszę pani. I możnaż tu wierzyć
Tym łotrom, co to niby woleliby nie żyć,
Niż żyć bez nas: wszak każdy z początku tak grucha,
A my, głupie, tym pięknym słówkom dajem ucha,
Aż i ulegnie wreszcie zbyt słaba niewiasta.
Myśmy gęsi, a oni są łotry, i basta!
ŁUCJA: Dobrze, niechaj się chełpi i żarciki stroi;
Niedługo będzie pysznił się ze zdrady swojej;
Wnet się dowie, iż duszę mam w piersiach zbyt hardą,
Aby wzgardę czem innem odpłacić niż wzgardą.
MARYSIA:
To niech nam choć pociechą będzie, i niemałą,
Że nic się im uzyskać od nas nie udało.
Ma tam nosek Marysia i rozum ma wielki,
Że nie chciała pozwolić na żadne figielki!
Inna może, ze względu na tak bliski związek,
Możeby nie dość pilnie strzegła swych podwiązek;
Ale jam nie tak głupia.
ŁUCJA:O czem ty znów pleciesz?
Dałabyś pokój głupstwom bodaj teraz przecież!
Powtarzam, że mnie cios ten zranił tak dotkliwie,
Iż gdyby (czego nawet nadziei nie żywię,
Bo niebo zbyt zawzięło się na mą niedolę,
By raczyło do zemsty mi otworzyć pole),
Gdyby, mówię, niewierny kochanek w te progi
Powrócił, by mi życie swe rzucić pod nogi,
I przebaczenia błagał za czyn swój dzisiejszy,
Zabraniam ci w obronie jego by najmniejszej
Prośby; przeciwnie, żądam, by twój zapał cały
Wciąż stawiał mi przed oczy postępek zuchwały;
Nawet, gdyby me serce, zbyt słabo obronne,
W swej nikczemnej słabości ulec było skłonne,
Niechaj twe przywiązanie wzgardy mej zarzewie
Podsyca, i osłabnąć nie da mi w mym gniewie.
MARYSIA:
Niech się pani nie boi: ja nie gorzej od niej
Pałam chęcią pomszczenia tej potwornej zbrodni,
I raczej wiecznie panną zostanie Marysia,
Niżby ten szelma grubas przebłagał mnie dzisia.
Gdyby sam tu...

SCENA PIĄTA.
ALBERT, ŁUCJA, MARYSIA.
ALBERT: Idź, Łucjo, do domu i przyślij
Pana nauczyciela; właśnie mam na myśli
Wybadać go, czy nie wie, co to za przyczyna
Tak ciężkim smutkiem nęka duszę mego syna.

SCENA SZÓSTA.
ALBERT sam:
W jakąż przepaść udręczeń wpada i niedoli,
Kto z prawej drogi zboczyć raz siebie pozwoli.
To dziecko, przez mą chciwość do domu przyjęte,
W jakichż cierpień zakuło mnie więzy przeklęte!
Ach, gdybym me zgryzoty był przeczuł z początku
Wolałbym i nie marzyć owym majątku:
To drżę, iż rzecz odkryje się lada godzinę,
Wtrąci w nędzę i hańbę mą całą rodzinę;
To znów o tego syna życie tak kosztowne
Przechodzą bezustanku troski niewymowne;
Ilekroć w dom powracam, cały trwogą dyszę,
Ze w progu straszną jakąś wiadomość usłyszę:
„Jakto! nie wiesz? więc mężnie znieś losów udrękę;
Syn twój ma złą gorączkę, złamał nogę, rękę“...
Słowem, z lada przyczyny, bezustanku prawie,
W zgryzocie, w utrapieniu nędzne, życie trawię.
Och, tak...

SCENA SIÓDMA.
ALBERT, METAFRAST.
METAFRAST: Mandatum tuum curo diligenter.
ALBERT:
Mistrzu, chciałem...
METAFRAST: Mistrz, znaczy dosłownie: magis ter,
To jest: trzy razy większy.
ALBERTNiech mnie piorun spali,
Jeślim to wiedział, ale dobrze, mówmy dalej.
Mistrzu...
METAFRAST:
Bądź łaskaw mówić.
ALBERT:Chcę być tak łaskawy,
Lecz ty bądź łaskaw wciąż mi nie przerywać sprawy.
Zatem, raz jeszcze, mistrzu (to już po raz trzeci),
Chodzi o mego syna; wiesz, że jest mi z dzieci
Najdroższy, i żem w pieczy miał go zawsze szczerej.
METAFRAST:
Bardzo słusznie: filio non potest praeferri
Nisi filius.
ALBERT: Mistrzu, nie chcą być niegrzeczny,
Lecz ten żargon wydaje mi się dość zbyteczny.
Wiem, żeś wielki łacinnik i doktór nielada,
Wierzą chętnie każdemu kto mi to powiada,
Ale pocóż, w rozmowie ze mną poufałej,
Twej niezmiernej mądrości kram rozwijać cały,
I pluć dziwnemi słowy w sposób tak uczony,
Jakbyś właśnie kazanie miał głosić z ambony?
Mój ojciec, chociaż rozum miał, ba, co się zowie,
Nic mi, oprócz pacierza, nie zaszczepił w głowie,
A i ten, choć go zwykłem odmawiać od dziecka,
Zawsze mi się wydaje niby coś z turecka.
Porzuć więc erudycji kunsztowne obroty,
I racz zniżyć swój język do mojej prostoty.
METAFRAST:
Stanie się.
ALBERT: Otóż, syn mój wstręt ma jakiś dziwny
Do małżeństwa; już z góry zdaje się przeciwny,
Ilekroć jakąkolwiek partję mu wymienię.
METAFRAST:
Widać, że w tem podobne ma usposobienie
Jak brat Marka Tuljusza, o którym wspomina
W liście do Attykussa, tym co się zaczyna:
Atanaton...
ALBERT: Mój Boże, co nam do tych panów
Greków, Esklawończyków, czyli też Albanów,
Lub innych nacyj, które twa mądrość porusza:
Powiedz mi, co to wszystko ma do Askanjusza?
METAFRAST:
Cóż zatem ten Askanjusz?
ALBERT:Napełnia mnie trwogą,
Zali go kryta miłość nie wiąże do kogo:
Coś go dręczy, wyraźnie ma jakieś strapienie;
Ot, wczoraj wszak zdybałem go niepostrzeżenie,
W jakimś zaułku leśnym, gdzie nikt nie zachodzi...
METAFRAST:
W miejscu ustronnem w lesie, chciał rzec pan dobrodziej
Miejsce uboczne, ustroń, latine: secessus,
Wirgili wszak powiada: Est in secessu locus...
ALBERT: I jakżeż mógłby mówić o tem ten Wirgili,
Skoro pewną jest rzeczą, iż tam w onej chwili
Nie było żywej duszy; któż więc twierdzić może...
METAFRAST:
Mówię tu o Wirgilim, jako o autorze,
Co tę samą rzecz ujął wybrańszemi słowy,
A nie jako o świadku twej z synem rozmowy.
ALBERT:
A ja znów ci powiadam, że mi żadnych wzorów
Wybrańszych nie potrzeba, świadków ni autorów,
I własne mi świadectwo wystarcza do zbytku.
METAFRAST:
Dobrze jest słów dobierać wsławionych w użytku
Przez najlepszych pisarzów: Tu vivendo bonos
Powiadają, scribendo sequare peritos.
ALBERT:
Człowieku, gdy ja mówię, zechcesz ty być cicho?
METAFRAST:
Kwintylian to gorąco zaleca.
ALBERT:A, licho
Niech cię porwie!
METAFRAST: I jeszcze dodaje uczenie
Zdanie, które rad będziesz pewno nieskończenie
Usłyszeć.
ALBERT: Nie, rad będę połamać ci kości!
Pies, nie człowiek! O, jakbym, bez żadnej litości,
Na tej gębie obrzydłej, co sama się prosi...,
METAFRAST:
Ale czemu właściwie pan się tak unosi?
Czego pan chce odemnie?
ALBERT:Hę? Chcę być słuchanym,
Gdy co mówię.
METAFRAST:
Najchętniej w tem zgodzę się z panem
Wnet ci się stanie zadość, jeśli o to chodzi:
Milczę już.
ALBERT: Mądrze czynisz.
METAFRAST:Niechże pan dobrdziej
Zacznie mówić; ja słucham.
ALBERT:Więc dobrze.
METAFRAST:Jeżeli
Słowo pisnę, niech zginę.
ALBERT:Będziem to widzieli.
METAFRAST:
Nie będziesz się już żalił na wymowę moją.
ALBERT: Ach, oby!
METAFRAST:Zatem proszę.
ALBERT:Tak więc rzeczy stoją...
METAFRAST:
Nie obawiaj się żadnej przerwy z mojej strony.
ALBERT:
Dość już.
METAFRAST:
W milczeniu będę wprost nieposkromiony.
ALBERT: Już ci wierzę.
METAFRAST: Przyrzekam nie pisnąć ni słowa.
ALBERT: Wystarczy.
METAFRAST:Odtąd stoi przed tobą niemowa.
ALBERT:
Wybornie.
METAFRAST:
Mów pan zatem, bez skrupułu cienia.
Nie będziesz się uskarżał na mój brak milczenia;
Ust nawet nie otworzę: niech się pan nie boi.
ALBERT na stronie:
A, zdrajca!
METAFRAST: Tylko, proszę, kończ pan, z łaski swojej;
Dosyć już dawno słucham; teraz zwyczaj święty
Każe, bym ja przemówił.
ALBERT:Ha! zbóju przeklęty!
METAFRAST:
No Boga! ciągle słuchać! dręczysz mnie zbyt srodze;
Mówmy bodaj naprzemian, albo już odchodzę.
ALBERT:
Cierpliwość moja...
METAFRAST: Jakto! pan wciąż mielesz swoje?
Jeszcze nie? Ha! per Jovem! w miejscu nie ustoję.
ALBERT:
Nie zacząłem...
METAFRAST:
Co, jeszcze? ileż tu gadania!
Czyż nie pozwolisz wtrącić mi jednego zdania?
ALBERT na stronie:
Zwarjuję.
METAFRAST:
Znów zaczynasz? Ech! tego nie lubię!
Błagam cię, jedno słówko niechajże choć wściubię.
Głupiec, co nic nie mówi, niczem się nie różni
Od milczącego mędrca.
ALBERT odchodząc: Zaczekaj, a dłużni
Nie będziem sobie.

SCENA ÓSMA
METAFRAST sam:
Glossą niezwykle udaną
Określił to filozof: „Mów, by cię poznano“
Zatem, jeśli mówienia moc mi jest wydarta,
Cóż ludzka ma istota cała będzie warta,
Gdy w esencji z bydlęciem zrównaną zostanie?
Na tydzień cały w głowie mam pewne strzykanie
O, jak ja nienawidzę tych wielkich pyskaczy!
Ha, jeśli uczonego słuchać nikt nie raczy,
Jeśli się żąda, aby stał z gębą zamkniętą,
Całą świata hierarchję trza obalić świętą:
Trzeba, ażeby lisów mogły dusić kury,
Aby dzieci na starców fukać mogły z góry,
Aby wilka ścigało jagniątko spokojne,
By warjat pisał prawa, baby szły na wojnę,
By zbrodniarz na sędziego wydawał wyroki,
Zak mistrzowi swojemu kijem łoił boki,
By chory niósł zdrowemu pociechę w frasunku,
Aby zając płochliwy...

SCENA DZIEWIĄTA
ALBERT, METAFRAST.
Albert potrząsa dużym dzwonkiem nad uszami Metafrasta, który ucieka.
METAFRAST uciekając: Na pomoc! ratunku!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.
  1. Całe to opowiadanie, mieszczące w sobie zawiązek zawiłej intrygi sztuki, skreślone jest u Moliera bardzo niejasno i niedbale, co oczywiście musiało się zachować w przekładzie. (Przyp. tłóm.).