Zagrzebani/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Zagrzebani
Podtytuł Powieść z życia wiejskiego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1897
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII,
w którym spotykamy znowuż pana Symplicyusza i jeszcze jedną nieznaną nam dotychczas postać.

Pan Symplicyusz od tygodnia znajdował się w Czarnej, uproszony przez jej właściciela o przeprowadzenie układów z chłopami. Stary szlachcic, uzbroiwszy wzrok okularami, zagrzebał się w mapach, regestrach i tabelach, a że nie lubił, aby mu kto w tego rodzaju pracy przeszkadzał, więc zamykał się w pokoju na górze i tam prawie cały dzień przepędzał.
Dopiero gdy już czuł zmęczenie wielkie, schodził na dół i z towarzystwem się łączył.
Po tygodniu pracy, mógł pan Symplicyusz odetchnąć, rozpatrzył się już dokładnie w dowodach i obmyślił całkowity plan układów.
Poskładawszy papiery i uporządkowawszy je, zeszedł na dół do saloniku, gdzie zastał pannę Michalinę, rodziców jej, oraz pana Karola z Maciejowa.
— To, panie Józefie kochany — rzekł — teraz będziemy przynajmniej wiedzieli, czego się trzymać. Dokładnie strutynowałem wszystkie papiery.
— Rzeczywiście zapracowywał się pan — wtrąciła Michasia — prawie nie widzieliśmy pana przez cały czas...
— Ach, panno Michalino dobrodziejko, papiery mają swoje wymagania... Kto się z niemi gruntownie zapoznaje — zyskuje, kto powierzchownie tylko — traci. Z aktami, to jak z kobietą.
— Co?
— Tak, dobra pani. Im dłużej się w nie wpatrywać...
— Tem prędzej można sprawę przegrać?...
— A nie!
— Niech mi pan wierzy... Przy tej sposobności mogłabym panu podziękować za komplement... Piękna myśl, doprawdy, porównywać kobiety do starych szpargałów!
— Pani dobrodziejko, w szpargałach znajdują się niekiedy skarby, wielkie skarby...
— Dlatego to zapewne nie szukałeś pan skarbów gdzieindziej.
Pan Symplicyusz uśmiechnął się.
— Dlaczego nie szukałem... a skądże pani wie, że nie szukałem? Kto pani o tem powiedział?
— Fakt...
— Jakto fakt? Nie rozumiem pani...
— To aluzya do twego starokawalerstwa — wtrącił pan Józef.
— Czy tak?
— Rzeczywiście to miałam na myśli, że papierowe skarby wystarczyły panu aż dotąd...
— Tak i, niestety, muszą już wystarczać na zawsze... Nie chodzi tu wszakże, żebym miał innych nie szukać... At, dawne dzieje! — dodał, machnąwszy ręką niechętnie.
— Niech nam pan co z tych dziejów opowie! — zawołała panna Michalina.
— Na co? Nie lubię odgrzebywać popiołów...
— Czy z obawy, że może pod ich szarą powierzchnią kryje się jeszcze dotąd jakiś żarzący węgielek... iskierka....
— Podejrzliwa pani jesteś.
— Ciekawa raczej...
— Poczekaj pani lat... niewiele, ale przynajmniej z pięćdziesiąt, gdy już będziesz miała popioły własnych wspomnień, wtedy dowiesz się, czy pod niemi są iskry... a niech cię Bóg broni, moje dziecko, — dodał ciszej — żeby cię taka iskra niezgaszona oparzyć kiedy miała...
Mówiąc to, stary szlachcic posmutniał odrazu.
Poszedł ku oknu, spojrzał przez szybę, jakby wyglądał kogoś, i westchnął.
— Co jemu się stało? — spytał pan Karol półgłosem.
— Nie wiem, — szepnęła Michalina — może go mimowoli obraziłam... jest mi to niewymownie przykro, muszę go przeprosić natychmiast...
— Panie Symplicyuszu — rzekła — zbliżając się do niego.
— Co pani każe?
— Panie Symplicyuszu, czy ja... paplaniną moją nie sprawiłam panu jakiej przykrości?
— A to z jakiego względu?... Może z racyi owych popiołów?...
— Tak... ale ja nie chciałam, nie miałam złej myśli i gotowa jestem pana przeprosić...
— A to mi się podoba! Przeprosić? za co? Ja nie wiem o niczem.
— Więc pan się nie gniewa?
— Ani troszkę.
— Ciężar mi spada z serca, a jednak zdawało mi się... Na przyszłość będę ostrożniejsza.
— Z popiołem?
— Tak...
— Wogóle każda ostrożność jest konieczna, a przysłowie nakazuje nie igrać z ogniem... No, ale — dodał, śmiejąc się — tu przecież idzie o popiół, o garść szarego popiołu, którym, co najwyżej, mogłaby pani różowe swoje paluszki powalać... Dajmy tedy pokój... aż do wstępnej środy przynajmniej. Jakże ojciec pański, panie Karolu? — spytał, chcąc rozmowę na inny przedmiot zwrócić.
— Wygląda pana codzień i robi mi wymówki, że nie zdołałem pana dotychczas stąd zabrać i jako jeńca sprowadzić do Maciejowa.
— Wiesz pan, że miałem zajęcie.
— Wiem i tłómaczyłem to ojcu, ale staruszek uparty. Powiedział, że jeżeli do jutra nie ujrzy pana w Maciejowie, to przyjedzie sam i zabierze pana gwałtem. Jakiś pilny interes ma do pana, od kilku dni ciągle zagląda do chińskiego domku i jakieś stare papiery przegląda.
— Może znów o kapitułę chodzi?
— Prawdopodobnie... Już to każdy człowiek ma jakąś słabostkę. Ojciec mój choruje na kapitułę i na zegary...
— Nie narzekaj pan na to — wtrąciła Michalina. — Kapituła ocaliła Maciejów.
— Ale, ale. Powiedz mi, panie Karolu, cóż twoi niemcy, nie zgłaszali się potem?
— Owszem, trwają w swoim zamiarze; miałem od nich dwa listy... Piszą, że gotowi są nawet poczekać, dopóki się ojciec nie namyśli, byle im tylko zapewnić pierwszeństwo przy kupnie. Widocznie muszą mieć pewne wiadomości, że tędy przechodzić będzie nowa linia drogi żelaznej.
— I ja coś o tem słyszałem, a o ile wiem, to niemców nęci jeszcze do Maciejowa inny wzgląd.
— Mianowicie?
— Rzeka... Oni kręcili się po okolicy, badali stosunki, przywozili nawet jakiegoś technika.
— Na co?
— Wprawdzie nie mówili nikomu na co, ale żydzi, jak wiadomo, wszystko przewąchają i wypatrzą. Otóż ja wiem od żydów, że szło o założenie dużej fabryki.
— Myśl to niezła — wtrącił pan Józef.
— Zapewne, że niezła, zwłaszcza, że do tego przedsiębiorstwa garnie się podobno kilku grubych kapitalistów z Berlina. W każdym razie pan Mikołaj mógłby bardzo korzystnie sprzedać majątek.
— Wątpię, żeby to zrobił — odezwał się pan Karol.
Jajko uśmiechnął się.
— Bądź co bądź — rzekł — trzeba jednak pana Mikołaja odwiedzić. Należy mu się to, zwłaszcza, że interes ma do mnie, myślę więc, panie Józefie, że moglibyśmy jutro obadwaj pojechać do Maciejowa.
— Zapewne, ale ja nie mogę się jutro oddalić z domu.
— No...
— Wiesz przecie, że się gościa spodziewam.
— Ach prawda. Że też ja mogłem o tem zapomnieć!
— Miał dziś przyjechać...
— Cóż to za gość? — zapytał pan Karol.
— Jest to, proszę pana, młody człowiek, trochę spowinowacony z nami i z panem Symplicyuszem także.
— Ano tak, — wtrącił Jajko — bo to moja cioteczna siostra, Rymszanka z domu, była za Butowtem, a znowuż Butowtówna poszła za Perwoynia... a właśnie ten młody człowiek nazywa się Perwoyń. Z panem Józefem spowinowacony jest przez Zamarskich. Wy, młodzi, to się na tych koligacyach nie znacie i nie dbacie o nie, coprawda, ale my, starej daty ludzie, przyzwyczajeni byliśmy szanować stosunki familijne. Każdy expedite znał koligacye swej rodziny — to też jak się dwaj szlachcice, choćby z przeciwnych końców świata zeszli, jak zaczęli wyliczać swoje babki, ciotki, stryjów i szwagrów, tak ostatecznie zawsze się wykryło, że jakieś kuzynostwo ich łączy. Dziś cioteczni bracia ledwie że się znają, a jeżeli się znają, to nie mówią sobie, jak Bóg przykazał, po imieniu, lecz „panie“.
— Z nazwiska wnoszę, że niespodziewany gość jest litwin...
— Ano, niby tak... właściwie nawet nie litwin, lecz żmudzin, żamajtys czystej krwi, ale urodził się na Kujawach, tam bowiem jego ojciec dużą dzierżawę trzymał.
— Nie spotykałem go nigdy u państwa.
— Trudno... mieliście się spotykać, kiedy od świętej pamięci tu nie bywał.
— Ja pamiętam pana Witolda, — odezwała się Michalina — kiedy był u nas raz ostatni. Ja miałam wówczas ze sześć lat życia. On już do szkół chodził i ogromnie mi imponował swoim mundurem.
— Tak, tak, — rzekł pan Józef — przypominam go sobie jako studencika... od tej pory nie widziałem go wcale.
— Słyszę, że dzielny chłop — odezwał się pan Symplicyusz. — Włócząc się po świecie, często zdarzy się z tym lub owym spotkać i niejedno oto w ucho wpadnie. Otóż o Witoldzie słyszałem, że jako akademik, bo w Niemczech do akademii rolniczej chodził, usłyszawszy, że jakiś butny szwab pozwalał sobie o nas z lekceważeniem mówić — wyzwał go na pojedynek i tak mu pięknie nos rapirem naznaczył, że niemczysko będzie miał na całe życie pamiątkę...
— Dzielny chłopak! — zawołała panna Michalina — tem serdeczniej powitam go w naszych progach.
— A przytem i szczęście ma — dodał stary szlachcic z uśmiechem.
— Jakto, panie?
— Ano, jeszcze się nie pokazał w Czarnej, a już mu panna Michalina serdeczność przyrzeka.
Pan Karol poruszył się niecierpliwie.
— Więc ten pan — rzekł — jest z zawodu agronom?
— Agronom, panie łaskawy, agronom... Właśnie chciałby w tych stronach majątek kupić i orać naszą rolę podług niemieckiej mądrości. Ja sam zachęcałem go, żeby w tych okolicach fortuny poszukał, bo znajomych tu mam sporo... ludzie poczciwi, a przytem możeby sobie tu łacniej, niż gdzieindziej, towarzyszkę życia wynalazł...
— O to wszędzie łatwo — rzekła panna Michalina z uśmiechem — panien nigdzie nie braknie.
— I to prawda, ale ja mam jakoś szczególne do tutejszej okolicy przekonanie i dlatego zachęciłem Witolda, żeby w te strony podążył...
— Pan?
— Naturalnie, że ja. Mam względem niego pewne obowiązki... Chłopak rodziców wcześnie stracił, fortunę się sprzedało, pieniądze złożono w banku, a część procentu szła na edukacyę. Była i rada familijna, do której i mnie wezwano. Dziś chłopak pełnoletni, opieki mojej ani niczyjej nie potrzebuje, ale poczciwy, zdaniem mojem nie gardzi... Pisywał też dość często i ja do niego również. Na akademię rolniczą poszedł dlatego, że go zawsze do gospodarstwa coś ciągnęło i głowę sobie dam uciąć, jeżeli nie będzie z niego gospodarz, co się zowie... Muszę się też zakręcić i wyszukać dla niego jakiej fortunki w tych stronach.
— O ile wiem — wtrącił pan Józef — to w blizkiej okolicy, przynajmniej teraz, do kupienia nic nie ma... Słyszałem coś, że Rudno chcą sprzedać, ale to stąd będzie siedm mil z okładem.
Jajko stuknął się palcem w czoło.
— Mam myśl — rzekł, patrząc na pana Karola — dalibóg, mam myśl! Jest tu niedaleko fortuna i niezła, akurat na fundusz Witolda.
— Gdzie?
— Niedaleko... niedaleko, zobaczycie.
— Jeżeli pan ma na myśli... — odezwał się pan Karol.
Jajko dokończyć mu nie dał.
— Co ja mam na myśli... to moja rzecz, ale nie trzeba ryb łapać przed niewodem. Zobaczy się, obmyśli się, no i zrobi się może, ale powoli, z rozmysłem, nikt nie goni nas przecie. Fortuna nie zła, a i gospodarz, jak powiadam, znakomity. Będzie wart pałac Paca i Pac pałaca!...
W miarę, jak stary szlachcic wychwalał spodziewanego gościa, pan Karol tracił na humorze i nie mógł ukryć pewnego niepokoju.
Co chwila spoglądał na zegarek i, pomimo zaproszeń, nie chciał dłużej pozostać.
— Niechże pan powie ojcu, że jutro na godzinkę wpadnę do niego — rzekł przy pożegnaniu Symplicyusz.
— Czemu się pan tak śpieszy? — spytała Michasia.
— Obiecałem siostrze, że wrócę dziś wcześniej, a przytem jestem jakiś... nie swój.
— Co panu?
— Nie wiem, nie umiem tego określić — może powietrze mnie orzeźwi.
— A nie zapomnij pan o nas — szepnęła.
Pan Karol odjechał.
Wieczór jesienny był piękny lecz chłodny. Gwiazdy jaśniały na niebie; z poza mgły, unoszącej się nad łąkami, przeświecał wschodzący księżyc, niby oddalona łuna krwawa.
Młody człowiek silną dłonią powstrzymywał rwącego się do domu wierzchowca i usiłował porządkować myśli, które w nieładzie cisnęły mu się do głowy.
Koń, wstrzymywany wprawną i silną dłonią, szedł stępa, parskając i rzucając łbem niecierpliwie. Pan Karol usiłował zdać sobie sprawę z wrażeń, których taką obfitość przyniósł mu wieczór dzisiejszy. Skąd ten niepokój, który nim nagle owładnął, to zniecierpliwienie i rozdrażnienie szczególne? Nic się przecież nie zmieniło, nic nowego nie zaszło, wszystko zostało po dawnemu — a jednak... Dlaczegóż drażnią go pochwały spodziewanego gościa? Dla czegóż gniewa ten stary szlachcic, dowcipkujący niesmacznie, a tak bardzo interesujący się losem swego pana Witolda... Tu dla niego żony szukać będzie — szeptał młody człowiek półgłosem — dlaczegóż tutaj koniecznie... Świat przecież szeroki i długi, a panien nigdzie nie braknie... Dlaczego chce mu szukać majątku tu mianowicie, koło nas, a nie gdzieindziej? Dlaczego? Daje do zrozumienia, że już upatrzył coś w blizkiem sąsiedztwie... Jeżeli sądzi, że Maciejów kupi, o! to myli się bardzo... Niedoczekanie... Ale ostatecznie dlaczego mnie to wszystko drażni i nabawia niepokoju? Dlaczego ja uprzedzam się do człowieka, którego nie znam, którego nie widziałem nigdy w życiu? Skąd? skąd?
Odpowiedzi na to pytanie znaleźć nie mógł i gniewał się sam na siebie, że się tak nieuzasadnionym, nieumotywowanym dostatecznie uczuciom poddaje... A przecież szczyci się z tego, że ma temperament spokojny, że panuje nad uczuciami i wrażeniami swemi. Cóż to za panowanie nad sobą? cóż to za moc, która rozbija się jak szkło o przeszkodę idealną, jakąś nieokreśloną, a może nie istniejącą nawet...
Zagadka.
Krew żywą falą napływała mu do skroni, zżymał się sam na siebie, wszystko na stan nerwowego rozdrażnienia spędzając.
Puścił cugle i jednocześnie spiął konia.
Zniecierpliwiony, rwący się do domu wierzchowiec, parsknął, pomknął z kopyta i, wyciągnięty jak struna, pędził po równym gościńcu.
Słychać było tylko miarowy tentent jego kopyt i rytmiczne chrapanie, dobywające się z szerokiej, silnej jego piersi.
Panu Karolowi wiatr świstał koło uszu, chłodził mu rozpalone skronie, chłodnym strumieniem płuca napełniał.
Gdy stanął w Maciejowie przed bramą, koń był biały od piany i bokami robił ze zmęczenia.
Młody człowiek rzucił cugle chłopcu, który nadbiegł od stajni, a sam poszedł wprost do swego pokoju.
Pragnął być sam, myśli zebrać, albo wziąć pierwszą lepszą książkę i umysł czemkolwiek zaprzątnąć.
Zaledwie jednak zamknął drzwi za sobą, gdy cichutko, jak cień, wsunęła się pani Lucyna.
— Witam z wycieczki — szepnęła.
Pan Karol głowę odwrócił.
— Czy chcesz czego odemnie? — spytał niechętnie.
— Ja? Cóż ja mogę od ciebie chcieć?
— Więc?
— Wiesz co, że jesteś prawdziwym gentelmenem z tem swojem — więc? Istotnie, jest to z twojej strony szczyt kurtuazyi...
— Wybacz mi, ale mam tak szalony ból głowy, że nie jestem w stanie zdobyć się na uprzejmość i pamiętać o konwenansach, zwłaszcza gdy jestem w domu i mam do czynienia z siostrą.
— Która zapewne nie jest kobietą...
— Nie, lecz która, jako siostra, powinna być wyrozumiałą.
Pani Lucyna spojrzała na brata. Istotnie był blady i bardzo zmieniony.
— Co ci jest? — spytała z przestrachem.
— Nic, właściwie... ból głowy...
— Z Czarnej wracasz?
— Tak.
— Czyżby tam co zaszło?
— Nic a nic... Byli wszyscy domowi, jak zwykle, stary Symplicyusz.
— I nikt więcej?
— Nikt. Oczekiwali wprawdzie przybycia gościa, ale ja wyjechałem wpierw, nim on przybył...
— Cóż to za gość?!...
— Jakiś kuzynek, pan Witold...
— Nazwisko?
— Doprawdy, nie pamiętam. Dziwne jakieś nazwisko, litewskie czy żmudzkie, wymówić trudno...
— Czekaj, mój Karolku, ach, już wiem... to Perwoyń!...
— Zdaje się, że tak.
— Czy nigdy nie słyszałeś o nim?
— Nie...
— Rzecz szczególna... bo ja to nazwisko doskonale pamiętam, nieraz obijało mi się ono o uszy... Więc powiadasz, że tam oczekiwali na niego w Czarnej?
— Tak, oczekiwali, a Symplicyusz rozpływał się w pochwałach dla owego młodzieńca. Mówił, że tu dla niego majątku szukać będzie... i żony.
Pani Lucyna uśmiechnęła się.
— Teraz, mój, biedny Karolku, wiem już, jaka jest przyczyna twego bólu głowy...
— Cóż znowu!
— Nie tłómacz się. Dla mnie to jasne, ale...
— Ale co?
— Nie sądziłam, że się tak przestraszysz, biedaku...
Pan Karol chciał protestować, ale piękna rozwódka powiedziała mu dobranoc i wyszła.
Wesoły jej śmiech brzmiał mu ciągle w uszach i nie pozwalał zasnąć.
W Czarnej tego wieczoru do późna jaśniało światło w oknach.
Oczekiwany gość przybył zaraz prawie po odjeździe pana Karola, a przyjmowany był po staropolsku, serdecznie, z otwartemi rękami. Pan Symplicyusz zasypywał go gradem pytań, na które młody człowiek odpowiadać nawet nie zdążył, tak szybko następowały po sobie.
O czem tam mowy nie było? O zagranicy, stosunkach rodzinnych, o sprawach publicznych i o polityce; bo na wsi, jak się gość, a zwłaszcza z dalekich stron, trafi, to już musi wypowiedzieć wszystko co wie i czego nie wie nawet... Wspominano dziadów i pradziadów, wspominano krewnych bliższych i dalszych i tych, którzy pomarli już i tych, co żyją, i takich, co daleko rozproszyli się po świecie. Jak na wsi... zwyczajnie, a gdzie ten, gdzie ów się podziewa? bo chociaż nie ma go, choć się zawieruszył, zaprzepaścił gdzieś w świecie, ale ta nić serdeczna, co wszystkich, niby pojedyncze kłosy, w jeden snopek wiąże, nie zrywa się i nie pęka nigdy. Pan Symplicyusz z przedmiotu na przedmiot, z pytania na pytanie przeskakiwał, a już najbardziej wiedzieć pragnął, co niemcy myślą...
— Co niemcy myślą?
To pytanie najbardziej zajmowało pana Symplicyusza, z gazet bowiem trudno dojść prawdy, a człowiek, który kilka lat pomiędzy niemcami przesiedział, musi ich przecież znać doskonale.
Panna Michalina powitała kuzyna życzliwie, lecz do ogólnej rozmowy nie należała wcale.
Pozornie zatrudniona jakąś robótką, zajęła względem kuzyna swego stanowisko obserwacyjne.
Do późnej nocy przeciągnęła się gawędka w starym, przygarbionym od starości dworku, w którym tak chętnie echa z szerszego świata bywają chwytane.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.