Za Sasów/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Za Sasów
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1891
Drukarz Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

III.

Jak z wielkich przewrotów w naturze, korzystają małe istoty i zjawiają się instynktem wiedzione, na rumowiska, na posiewy, równie na zapach pól kwitnących jak na woń zgorzeliska, tak samo w świecie ludzi, z wypadków dziejowych doniosłości wielkiej, korzystają drobni i mali, niewidoczne efemerydy, znajdujące się wszędzie, gdzie się co wznosi lub upada.
W chwili, gdy Saksonia osłupiała i zdumiona niepokoiła się, w wyborze swojego Kurfirsta, widząc zagrożoną religię, gdy w Polsce przenikliwsze umysły w Auguście lękały się przyjaciela, ucznia i sprzymierzeńca Habsburgów, usiłujących ukrócić swobody, ludów ich berłu podległych, wszędzie gdzie zapanowali: w Dreznie przy Zamkowej ulicy pan Zacharyasz Witke i dworak Przebędowskiej Łukasz Przebor, myśląc tylko o sobie, obrachowywali jak z tej elekcyi i z nowego pana korzystać i zużytkować go potrafią. Witkego ambicya popychała na śliską drogę, w matce obudzającą nie bez przyczyny trwogę wielką. Łukasz, któregośmy w sklepie przy kubku poznali, w wyszarganej sukience kleryka, nie mniej też nad przyszłym losem swoim przemyślał, budując go na tem, że trafem stanął już jedną nogą niedaleko dworu króla...
Sierota, ubogi, jakim sposobem zamiast poprostu zapisać się gdzieś w regestr czeladzi i dworu jakiegoś Lubomirskiego lub Jabłonowskiego, bez żadnych środków, na własną rękę, przebojem przedsięwziął dobijać się krescytywy: to mógł tylko charakter jego i temperament tłumaczyć... Okoliczności też składały się, że nic innego dotąd mu się nie nastręczyło. Biedny, zostawiony sam sobie, ratował się instynktem, jakim... przypadkiem dorwał się abecadlnika, zaciekawił nim, pisać i czytać sam prawie nauczył; gwałtem potem wcisnął się do szkółki kościelnej, o suchym chlebie karmiąc łaciną chciwie... Czyścił buty i zamiatał izby księdzu, który go na kleryka wykierował i wyrobił wstęp do seminaryum.
Wśród tego nowicyatu, zwolna w głowie jego, po której się myśli błąkały najdziwaczniej poplątane, jaśniej się robić coraz zaczynało.
Była jakaś opatrzność nad sierotą, niewidoma ręka, która go popychała i posiłkowała...
Zgadywał, domyślał się, miał instynkta wieszcze, chociaż nikomu się nie zwierzał i nie radził nikogo, w tem przeżuwaniu myśli, nabył przebiegłości i daru odgadywania. Niepozorny, w wyszarzanej opończy klecha szedł z życiem w zapasy z tem przekonaniem, że sobie da rady... A spragniony był wszystkiego bez miary... Ale czyż nie czytał o tych arcybiskupach, co jako paupry po Krakowie chodzili z mieszkami i garnuszkiem? Krok za krokiem tak stawiając, snuł wszystko z samego siebie. Zamknięty, milczący, posuwał się naprzód ostrożnie, a każda nowa zdobycz, ośmieliła go do nowych marzeń i nadziei.
W seminaryum nabywszy tyle nauki, ile jej powszedni bieg życia naówczas wymagał, od tych co szczególnego zawodu nie obrali, Przebor coraz się więcej zaczął wahać czy nie czas było zrzucić tę suknię, która mu ciężyła, albo ją zachować i poświęcić tak zwanej służbie Bożej... Mógł się wprawdzie dobić najwyższych szczebli, ale wszystkie śluby i prywacje, jakich nowicjat wymagał, nie smakowały, bo lubił życie ze wszystkiemi jego nasyceniami...
Pozostał więc do czasu klerykiem, aby mieć świat zabezpieczony, ale rozpatrywał się tylko dlaczego, lub dla kogo sutanny się pozbędzie.. Przypadek nastręczył mu pomieszczenia tymczasowego przy dworze kasztelanowej, która do Drezna jadąc ze służbą polską, potrzebowała dla niej dozoru i tłómacza, dla siebie sekretarza i kopisty, umiejącego tajemnice zachować, Łukasz się jej wydał dosyć ograniczonym... tak, że się nie wahała ważnych dokumentów dawać mu do przepisywania. Przebor z tego korzystał, z chciwą ciekawością obeznawał się ze wszystkiem, podsłuchiwał, odgadywał i wtajemniczał w arkana polityczne. Niktby lepiej nie mógł i nie umiał wyzyskiwać położenia. Najmniejsza rzecz baczności jego nie uchodziła. Łapał słowa, kombinował, z ludzi, z twarzy, z najmniejszej oznaki ciągnąc wnioski. Im dłużej to trwało, tem był pewniejszym, że pobyt na dworze pani kasztelanowej, będzie dla niego podstawą nowego bytu.
Błyskawicą przebiegała mu już myśl, że mógłby to co wiedział dobrze spieniężyć Contiemu... Sumienie mu tego nie wzbraniało, zręczności tylko brakło.
Rozmowy z Witkem, chociaż ten się nie wygadywał otwarcie, wskazywały Przeborowi, że chwila nadeszła, w której pomiędzy polakami a sasami pośrednicząc, można było z obu stron korzystać. Dla czegoż on nie miał próbować docisnąć się do dworu, bodaj do króla... W jego przekonaniu Witke chciał tylko zarabiać jako kupiec, on zamierzał frymarczyć jako człowiek pióra... i polityk...
Obu im kupcowi i klerykowi paliły się głowy. Witke dostawszy nauczyciela, którego tak pragnął, następnego dnia wziął się do polskiego języka, nie tylko z zapałem, ale z szaloną zawziętością. Pamięć miał doskonałą, język serbski wybornie mu posługiwał, szło tylko o pochwycenie języka i form tej mowy, której główny etymologiczny materjał cały miał w głowie. Okazało się też przy pierwszych lekcjach, że pan Zacharjasz miał dar do języków, a łatwość w uczeniu się ich, jest istotnie darem i nie wszyscy ją mają w równym stopniu. Sam nie pozbawiony zdolności Przebor się zdumiewał co chwila, niepojętej dla niego bystrości umysłu swojego ucznia. Witke po pierwszych próbach, tak był uszczęśliwiony, że kazawszy dać wina, nakarmił i spoił profesora. Nic go mocniej ująć nie mogło, bo choć u Przebędowskiej nieźle mu się działo, łakomy był i łasy, jak każdy biedak, co się głodził długo. Czego nie mógł zjeść chował do kieszeni. Witke ujął go sobie tą papką, tak że podochociwszy, czułym się dla niego okazywał i choć za język się kąsał, zdradzał się potrosze... jeśli nie faktami, to temperamentem i charakterem. Kupiec go nawskroś przeniknął, przypatrując mu się, badając, ażali później posługiwać się nim nie będzie można.
— Zdradzi mnie przy pierwszej zręczności, to pewna — mówił w duchu — jeżeli mu to korzyść jaką będzie obiecywało, ale w tem rozum, żeby go nie wtajemniczać, tylko do służby sposobić.
Być bardzo może, iż Przebor podobnie myślał o kupcu.. Lekcje dla praktycznej wprawy w język upływały na gadaninie. Dotykano różnych przedmiotów. Witke począł się oswajać nie tylko z tą mową, ale z bytem a obyczajem Polski, który mu się objawiał jako całkiem różny, jak niebo do ziemi, do saskiego niepodobny.
Kupiec, choć w handlu miał pod tę porę, bardzo ważne sprawy, ani jednego dnia nie zaniedbywał. Część ich zdawał na matkę, mniej znaczące powierzał pomocnikowi, sam z całą gorącością marzeniem upojonego człowieka, poświęcił się temu, co było najpilniejsze.
Były we Wrocławiu dla niemców, jeszcze w XVI wieku wydawane rozmowy dla uczenia się polskiego języka, z tych skorzystał Przebor, aby sobie nauczane ułatwić.
Kleryk śmiał się i zdumiewał, bo tchnąć nie dawano.
— Nie rozumiem — bąknął — po co się tak męczycie. Znajdziesz pan w Krakowie bez liku niemców osiadłych tam od wieku, a i w Warszawie ich niemało.
— Po co ja się męczę? — odparł Witke — bo się nikim posługiwać nie lubię. W mojej naturze jest, że sam wszystko chcę robić, a na nikogo się nie spuszczam.
Po kilku dniach, nauczyciel i uczeń, przyszli do pewnej poufałości. Przeborowi zdawało się równie jak Zacharjaszowi, że znał na wylot towarzysza, chociaż kupiec a niemiec tyle mu siebie pokazywał ile chciał, a nie zwierzał się wcale. Z nich dwu, ów daleko więcej umiał ze znajomości korzystać.
Dziwiła go ta Polska, którą pierwszy raz poznawał. Przywileje, swobody szlachty, których saska wcale nie znała, wydawały się niemcowi niemal poczwarnemi. Nie mówił tego, ale sądził, że August Silny, z pomocą wojsk, które miał wprowadzić do Polski, nie zechce się poddać niewoli, jaką nań wkładały dawne ustawy Rzeczpospolitej. Nie mieściło mu się w głowie, ażeby król, z całą władzą swoją, mógł być bezsilnym przeciwko sejmom i rokoszom.
Gdy Przebor mu opowiadał o zuchwałości i bucie szlacheckiej, o samowoli możnych, która Janowi III życie zatruwała, nie umiał sobie wytłumaczyć tego króla, zmuszonego być sługą i bezwładną lalką.
— To się nie może utrzymać — myślał w duchu, odgadując swojego pana — August się porozumie z Carem Moskiewskim, z Kurfirstem Brandeburskim i te niedorzeczne prawa i przywileje w kąt pójść muszą. Jeżeli tego nie uczyni niewart w istocie korony.
— U nas — mówił do Przebora, gdy ten mu o szlachectwie rozpowiadał — szlachta też wolną jest od wszelkich opłat, oprócz, że dostarcza koni, obowiązana jest iść w obronie kraju, ale praw nie dyktuje... Gdyby na zwołanem zgromadzeniu, saski baron śmiał co burknąć Kurfirstowi, nie wydobyłby się z Königsteinu.
— My mamy przeciwko temu, nasze: neminem captivabimus nisi jure victum — zamruczał Łukasz — nie dalibyśmy się, ho! ho!
Szło tedy wszystko doskonale, w kamienicy pod rybami, ale jeszcze nie tak szybko, jak Witke sobie życzył. Zapowiedział więc klerykowi, że otrzyma oprócz nagrody umówionej, podarek piękny, byle na koronacją Witkego przygotował.
— Nie przyjdzie to trudno wmości — rzekł śmiejąc się Łukasz — u nas różnych dialektów dosyć, na Szlązku mówią inaczej, inaczej na Mazurach, inaczej Kaszuby, opowiesz się z innej prowincyi i dosyć.
A pewnie — odparł kupiec — ale chcę dla siebie języka się dobrze wyuczyć.
— Trudniej daleko — rzekł Przebor — przyjdzie wam zrozumieć nasze życie i obyczaj, niż mowę. Tego się prędko nie nauczycie.
— Nie rozpaczam o tem — szepnął Witke — wszystkiego nauczyć się można. Masz waćpan dowody, ja bardzo tępy nie jestem.
Wieczorem codziennie pani Marta oczekiwała na syna, ciekawa dowiedzieć się, jak mu tam szło z nauką.
Cieszyła się razem i obawiała. Wiedziała, że na tej drodze, którą się puścił, już go powstrzymać nie potrafi. Spowiadał się przed nią codzień i choć całej prawdy nie mówił, czuła, że nadziejami sięgał daleko. Lecz widząc zatrwożoną, uspakajał.
— Nie myślcie bo, matusiu moja, że ja mam ambicją dobijania się urzędów, stanowisk, tytułów. To nie nasza rzecz. Chcę się stać potrzebnym i jak Lehman i Meier dorobić pieniędzy. Z nabitą kabzą dojdę potem, gdzie zapragnę. Ze sklepu wielkich rzeczy ciągnąć nie można, a kto ma rozum i pieniądze, powinien z nich korzystać.
Matka wzdychała, ściskała syna i powtarzała ciągle jedno:
— Bądź ostrożnym, moje dziecko, bądź ostrożnym. U dworu, jak we młynie, kogo koło pochwyci, to mu kości potrzaska.
Zacharek śmiał się, nie miał najmniejszej obawy.
Kleryk rozpatrzywszy się dłużej, a widząc przytem, że Przebędowska wcale go wyżej promować nie myślała, ułożył sobie, iż przyjąłby chętnie na początek ladajakie miejsce. Zaczął od tego, iż na swoją panią narzekał półgębkiem, oświadczył, że gotówby ją porzucić, ale kupiec, milcząc, przyjął to wyznanie, a z pomocy do otrzymania jakiejś posady, wymówił się tem, że stosunków niema.
— U nas się umieścić nie łatwo — rzekł — a wy u siebie w Polsce łatwiej coś znajdziecie.
— Łatwiej? — rozśmiał się kleryk — widać, że nie znacie łacińskiego przysłowia: nemo propheta in patria.
— Nie zawsze się ono sprawdza — odparł kupiec. — Sprzykrzyła się wam pani Przebędowska, radzibyście ją porzucić, choć z cierpliwością moglibyście dojść łatwo do czegoś. Przypuśćmy, że jabym was posłuchał i poszukał wam zajęcia, innego bym nie znalazł chyba w handlu, a samiście mi mówili, że szlachcicowi ani łokcia, ani wagi tknąć się nie godzi.
Westchnął i zamilkł kleryk.
W istocie z całą chytrością i przebiegłością swoją, sam nie wiedział co robić, brak mu było cierpliwości, rzucał się nieopatrznie. Niemiec miał wyższość nad nim wielką, nie licząc tego, że kleryk, gdy podpił, choć się pilnował, z tem i owem nieraz się wygadał niepotrzebnie.
Wiedział przez niego Zacharjasz, że z przepisywanych dla kasztelanowej papierów, okazywały się między Dreznem a Krakowem, rozmaite do skutku jeszcze nie doprowadzone układy, które koronację poprzedzać miały.
Oswojony już dostatecznie z językiem, nie mówiąc nic Przeborowi, Witke osnuł po cichu plan postępowania. Chciał się najrychlej dostać do Krakowa, rozpatrzeć tam zawczasu i tem sobie zjednać kogoś u boku króla... Dla upozorowania, miał interesa handlowe. Z dnia na dzień jednak odkładając podróż swoję, z którą się nauczycielowi nie zwierzał przedwcześnie, rozglądał się i namyślał, czyby na dworze nie mógł otrzymać jakich zleceń do Krakowa, aby od nich rozpocząć nowy zawód, któremu matka była tak przeciwną.
Skład dworu Kurfirsta i jego ulubieńców stosunki, dobrze były znane Witkemu. Wiedział, że do małych na pozór a ważnych robót, które ukrywane być musiały, począwszy od namawiania francuzkich i włoskich aktorek dla Kurfirsta, aż do frymarków klejnotami, nabywanemi na kredyt, najdzielniej posługiwał i największe miał zaufanie włoch weroneńczyk, pospolicie przezwany Mazotinem, uszlachcony już pan Angelo Constantini. Był ów poprostu kamerdynerem Augusta, ale mu się i przebiegły Pflug, wielki podkomorzy i nawet Fürstenberg kłaniał i uśmiechał. Była to, niewiadoma, nieukazująca się prawie nigdy, potęga. Mazotina, wśród tysiąca poznać było łatwo, jako włocha, nietylko z czarnego, kruczego, bujnego włosa, oczów jak węgle, brwi zrosłych i najeżonych, ale z ruchów niespokojnych, z gestykulacji nieustających, z nadzwyczajnej gibkości i zręczności, z jaką wszędzie się wciskał. Walczyć z nim na dworze nikt nie śmiał, nawet towarzysz jego, także w wielkich łaskach zostający Hoffman, z którym o lepsze współzawodniczyli. Hoffman miał również zaufanie Kurfirsta i był do tych samych posług, co Mazotin używany, ale nie miał jego śmiałości i przebiegłości. Obawiali się wszyscy weroneńczyka, a każdy go sobie pragnął pozyskać. Wtajemniczony we wszystkie kaprysy miłosne, nienasyconego Kurfirsta, który ciągle czegoś nowego zachciewał, Mazotin umiał per fas ne fas zawsze fantazji jego zadość uczynić. Nieprzyjemne następstwa szalonych czasem wybryków, brał potem na siebie i wykręcał się z nich bez szwanku.
Constantini, chociaż głowy nie miał, tak tęgiej tak sławny z niej podkomorzy Pflug, który dziesięć butelek wina mógł wypić, nie przestając być trzeźwym, dobre wino lubił, szczególniej hiszpańskie i włoskie. Witke już dawniej, gdy jeszcze żadnych nie miał widoków, zdobywania sobie przyszłości, dla pozyskania protekcji Mazotina, sprowadził Lacrima Christi i parę gatunków wyszukanych win południowych, któremi go obdarzył. Ztąd się zawiązała znajomość miedzy niemi, ale Constantini był zbyt zajętym, wmięszanym we wszystkie plątaniny dworskie, aby miał czas wiele z kupcem obcować i z nim się spotykać często. Odnowić teraz te zaniedbane stosunki, zdawało się Witkemu koniecznością.
Od Elekcji Kurfirsta na dworze panował ruch i zamęt podwojony. Brak pieniędzy, potrzeba ich gwałtowna, wyszukiwanie środków dla ściągnięcia ich, nabywanie klejnotów, których wielkiej ilości wymagały podarki dla pań i panów polskich, nietylko Lehmana i Mejera, tak zwanych Hofjuden, bankierów dworu zajmowały, ale co żyło. Mazotin też był bardzo czynny i trudno do niego teraz docisnąć się było, zrana i wieczorem musiał stać w gotowości na usługi i z raportami w gabinecie, wśród dnia biegał, szpiegował i starał się czemś zasłużyć.
Mazotin był najruchliwszym szpiegiem i pod swemi rozkazami miał całą bandę najrozmaitszego powołania ludzi, donoszących mu o wszystkiem i roznoszących to, co on chciał rozgłosić.
Maleńka ta, niedojrzana sprężyna, poruszała ogromnemi siłami. Prorokowano już naówczas uszlachconemu włochowi, że z kamerdynera przejdzie do kancelarji tajnej i na najwyższe posunie się szczeble, o czem on sam nie wątpił.
Jednego wieczoru Witke z latarką sam zszedł do swoich piwnic. Miał on tam w odgrodzonym kątku, stare najdroższe wina, od których kluczów nikomu, oprócz matki nie powierzał. Wydobył ztąd pół tuzina fiasconów pyłem i pajęczyną ozdobnych, ułożył je ostrożnie w koszyku i okryte suknem, kazał ku zamkowi nieść za sobą.
Mazotin zajmował tu, niedaleko od sypialni Kurfirsta mieszkanko, w którem rzadko kiedy zastać go było można. Powiedziano, uśmiechając się, że najczęściej nie nocował tu nawet, a gdzie się obracał, było tajemnicą.
Tym razem, cudem prawie, król się znajdował na polowaniu, a Constantini pozostał w Dreznie — i Witke, który od posługacza sam koszyk wziął do ręki, zapukawszy, został wpuszczonym.
Mazotin właśnie zajęty był przeglądem jakichś pudełek, pełnych rozmaitych klejnotów, ale poznawszy w progu kupca, który mu był zawsze sympatycznym, dostrzegłszy może koszyk w jego ręku, uśmiechnął się i po włosku go palcami od ust pozdrowił.
Szczęściem dla Zacharjasza byli sami.
Witke skłonił się bardzo nizko i twarz sobie ułożył wesołą.
— Ze względu — odezwał się, odrazu przystępując do rzeczy — że pan podkomorzy (dał mu ten tytuł niby omyłką, ale nie bez myśli) musi być teraz bardzo pracą znużonym, przynoszę tu coś, aby siły jego pokrzepić.
To mówiąc, na uboczu zakryty koszyk ustawił, ukazawszy tylko szyjkę butelki.
— Che! che! che! — rozśmiał mu się włoch — pamiętałeś o mnie Witke. Serdeczne dzięki, ale wino pod ten czas raczej mi siły odejmie, niż ich doda.
— O! o! — odparł kupiec — takie wino, jak te, które przynoszę, wie dokąd iść i nigdy do głowy nie uderza, ale do żołądka aby mu sił dodało.
Mazotin zmęczony, wyjątkowo był jakoś skłonnym do rozmowy tem chętniej, że Witke po włosku się był nauczył i wcale nieźle z jego signorją mógł się rozmówić.
— No, kochany Zacharia — rzekł kamerdyner, żywo się poruszając — cóż tam słychać? co robisz?
— Ja? — rzekł szybko Witke — jak zwykle w sklepie siedzę i niewiele mam do czynienia, ale gotów bym czynnym być, gdyby się tylko znalazło zajęcie.
Constantini pomyślał trochę.
— Jakie? — zapytał.
— A! mam wielką ochotę służenia i przydania się na coś, teraz gdy najjaśniejszy pan tyle i tak rozmaitych usług potrzebuje — odezwał się Witke — że gotów bym był na wszystkie zlecenie, gdyby mi je tylko powierzono.
— O! o! — przerwał Mazotin, przystępując do niego. — Serjo to mówisz? W istocie nam zaufanych ludzi, szczególniej do Polski potrzeba.
Witke podniósł głowę.
— A jak się to składa dobrze — odpowiedział z uśmiechem — bo nawet przypadkiem po polsku nieźlem się nauczył.
— Jakim sposobem — zawołał zaciekawiony widocznie Mazotin.
— A! a! nie miało się co robić — rzekł kupiec — zdarzył się człowiek, a ja jestem każdego języka ciekawy.
Constantini się zamyślił. Położył rękę na ramieniu kupca.
— Hm! — rzekł — w istocie się wmości przydać i nam też może. Nam pewnych ludzi potrzeba, którymby czasem i pieniądze i klejnoty powierzyć można. Jesteś człowiekiem majętnym i uczciwym, na rozumie i zręczności ci nie zbywa.
Witke się skłonił, dziękując.
— Proszę mną rozporządzać — odezwał się prędko — do Krakowa, a choćby i do Warszawy pojadę chętnie. Mam wielką ochotę mój handel rozszerzyć. Każdemu się chce dorobku.
— Naturalnie — odparł Constantini — jesteś młody, siły masz po temu, czemuż nie korzystać ze zręczności. Umiesz po polsku, ale to niezmiernie dziś wiele znaczy, dodał — tylko rozmyślić się musisz, czy się tam masz posługiwać, czy taić ze swą umiejętnością, bo i jedno i drugie, w danych okoliczności, przydać się może.
Witke rękę na piersiach położył.
— Niech wasza Signorja wierzy mi — rzekł — że z całą gorliwością służyć mogę, jakiej dziś potrzeba. Ostrożności wyuczył mię handel i od młodu z ludźmi obcowanie.
— Ja cię znam, nie masz mi co mówić o tem — wtrącił pośpiesznie Mazotin, podając mu rękę. Zakręcił się potem przechodząc po pokoju, jakby mu na miejscu spokojnie trudno wytrwać było i zwrócił się żywo do Witkego.
— Mógłbym więc na was rachować — począł żywo — gdybym kogo do Polski potrzebował i rzeczby pozostała pomiędzy nami w największej tajemnicy.
— A to się rozumie — zawołał Witke.
— Kurfirst nasz, gdybyście mu usłużyli, potrafiłby to zawdzięczyć — dodał Constantini.
— Ja i sam z siebie w Polsce zamierzałem handel mój rozszerzyć i otworzyć sklep — rzekł Witke. — Nikt więc na mnie tam zwracać nie będzie uwagi, a kupcowi wszędzie przystęp łatwy i nikt go podejrzewać nie może...
Mazotinowi słuchając twarz się rozjaśniała...
— Pamiętaj tylko — szepnął — ażeby do tego co się może między nami ułożyć, nikt nie był przypuszczonym... Dopóki nasz pan nie owładnie nową koroną, potrzebujemy oględni być bardzo...
Witke uradowany wszystkie warunki przyjmował chętnie. Znał jak z włochem postępować było trzeba, ażeby go sobie zupełnie pozyskać, zakończył więc wyznaniem.
— Nie kryję się z tem, że szukam zarobku i chciałbym z okoliczności korzystać, pomożesz mi wasza Signorja, samo z siebie, iż wdzięczność winien mu będę. Korzyści dla obu z tego porozumienia wyniknąć mogą, a w moim i waszym interesie jest, aby ono pozostało tajemnicą...
Mazotin z kolei przyjął to zapewnienie z oznakami wielkiego ukontentowania... Rozmowa się po cichu rozpoczęła już poufna, o położeniu sprawy króla i stosunkach jego w Polsce, o Krakowie, gdzie naprzód rozpocząć się miało panowanie, o Warszawie, do której kupcowi już teraz dostać się było łatwo, choć ją stronnictwo Prymasa i Contiego zajmowało...
— Gotów jestem i do Warszawy — rzekł Witke — ale nieznając Polski, od Krakowa wolałbym rozpocząć, aby się z nią obyć... W Warszawie tymczasem pewnie Kurfirstowi Przebędowscy usłużą...
Na wspomnienie nazwiska tego, Mazotinowi usta się trochę skrzywiły.
— Tak — rzekł — sam pan kasztelan teraz już jest całkiem nasz, ale ja nie zapominam o tem, że on już służył innym a i on i jego żona nie zawsze nam starczą i nie we wszystkiem usłużyć potrafią. Na nich ja się nie będę oglądać... Kasztelan zaś już dziś znany powszechnie jako Kurfirstowi oddany, przez to samo nie wszędzie użytym być może...
Z pół godziny potem jeszcze nowi sprzymierzeńcy szeptali z sobą po cichu się naradzając... i Witke pożegnał Mazotina, umawiając się z nim, aby ilekroć się z nim widzieć zapragnie, zażądał czegoś ze sklepu. Witke miał naówczas natychmiast przybiedz do niego.
Niespodziewał się tak szczęśliwego obrotu, a nadewszystko tak łatwego osiągnięcia celu p. Zacharjasz i w najweselszem usposobieniu powrócił do domu... Matka, która właśnie na dole się znajdowała, gdy wszedł, z lica mu wyczytała jakieś powodzenie i byłaby się niem uradowała, gdyby nie to, że teraz wszystko dla niej przechodziło w obawę. Wiedziała, domyślała się do czego dążył syn...
Po południu tegoż dnia nadciągnął kwaśny Przebor... Jemu się jakoś nie powodziło, Witke go wprowadzając do komórki, w której zwykle przesiadywali, począł od oznajmienia, że po namyśle postanowił jak najrychlej wycieczkę przedsięwziąć do Krakowa.
P. Łukaszowi wcale to na rękę nie było.
— No — przerwał chmurno — a ze mną naówczas co się stanie?
— Prosta rzecz — odparł Witke — ja dotrzymam wszystkiego com przyrzekł... nie narazi to was na żadną stratę...
— I rozstaniemy się tak? — bąknął poruszając głową Przebor. — Nie użyjecie mnie do czego?
Witke poruszył ramionami.
— Do czegóż ja bym was mógł użyć? — odparł. — Jesteście związani z Przebędowskiemi, a ja oprócz handlowych innych interesów nie mam. Do tych wy mi pomocnymi być nie możecie... Kto wie — dodał po namyśle kupiec — później może, gdybyśmy się spotkali...
P. Łukaszowi, który już na frasunek nagle już[1] spory kielich mocnego wina wychylił i opróżniony tak ustawił, że kupiec mu natychmiast drugi napełnić musiał, zebrało się na gorzkie żale.
— Z Przebędowską — począł — ja do niczego nie dojdę. Posługuje się mną jak ścierką, którą potem rzuca do kąta. Widzi mi się, że mnie ma za zupełnie głupiego człeka, który do niczego lepszego się nie zdał, tylko do przepisywania... Nie zwierza mi się nigdy z niczem, a obchodzi pogardliwie... Wprawdzie zyzkuję na tem, bo mi wierzy i nic nie tai, ale z tego jaka korzyść dla mnie?
— Cierpliwości i wytrwania W. mości brak — przerwał kupiec.
— Bo w sobie czuję siłę do trochę większych spraw okazać się zdolnym, niż do tej mizernej roli amanuenta — westchnął Przebor.
— Radbym mu z duszy pomódz — dodał Witke — ale jak? Nie widzę sposobu.
Przebor kułakiem w stół uderzył.
— Bądź co bądź — zamruczał — wybić się na wierzch potrzeba...
— A ja tego w. panu życzę jak najmocniej — rzekł Zacharjasz — ale razem i zimnej krwi, a wytrwałości, bo bez tego nic... Teraz zaś — dodał, dobywając z kieszeni sakwę dobrze naładowaną — składam wam dzięki najszczersze za naukę, z której się będę starał skorzystać... Oto jest mój dług, wedle umowy, a to przyjacielska ofiara za okazaną mi życzliwość.
Przeborowi oczy się zaśmiały do talarów na stole rozłożonych, których się nie spodziewał dostać tak wiele... a nigdy ich w życiu tylu niemiał razem. Począł kupca za rękę ściskać i w ramię całować...
— Jakże niemam na tych sknerów narzekać — zawołał — czyż oni mi kiedy za poświęcenie im całego czasu mojego, choć połowę tego dali!... Do stołu mnie przypuszczają zaledwie, gdy niema gości i to na szarym końcu... Grosza się u nich nie doprosić, a posługują się niemal jak stróżem...
W głowie mu się nieco zakręciło, począł śpiesznie chować pieniądze, nienawykły do nich, że mu one na bardzo długo wystarczyć były powinny. Pożegnali się serdecznie i podwójnie upojony p. Łukasz, powrócił do pałacu Fleminga, którego część zajmowała Przebędowska, z postanowieniem niemal już stanowczem zerwania z chlebodawcami, aby szukać sobie czegoś korzystniejszego.
Odbiły się talary, które skrzętnie do kufra schował, na twarzy, w obejściu się i minie. Pani Przebędowska, która wkrótce potem dla podyktowania listu pozwać go kazała, zdziwiła się widząc wchodzącego z jakąś butą, której nigdy w nim nie widziała.
Nie wiedząc czemu ją przypisać, nie pytając o przyczynę, siadła do korespondencji. Łukasz zajął miejsce i przysposobił do roboty.
Przypadkiem pani kasztelanowa, nim się ona rozpoczęła, z dumą i pańską flegmą uczyniła uwagę, aby się starał pisać wyraźnie i czytelnie.
— Hm! — odparł Przebor — czy ja jeszcze źle piszę?
Kasztelanowa spojrzała ostro.
— Czasem dosyć niedbale — rzekła — wiem, że to w. pana nie bawi, ale obowiązki należy spełniać sumiennie.
— A ja je spełniam niesumiennie?
Zamruczał pióro cisnąc pan Łukasz i zarumienił się okrutnie.
Przebędowska, która go cierpliwym znała, popatrzyła wielkiemi oczyma.
— Co się w. panu stało? — zapytała.
— Nic — rzekł powstając pan Łukasz — tylko ponieważ ja źle piszę i obowiązek mój spełniam niesumiennie, więc dziękuję za miejsce. Proszę mnie kazać obliczyć i koniec.
Przebędowska uszom swym wierzyć nie chciała, nie wiedząc czy śmiać się czy gniewać. Brwi jej się w końcu ściągnęły.
— Waćpan oszalałeś! — rzekła dumnie. — Myślisz więc, że ja na to pozwolę, abyś mnie tu porzucił, gdy niemam go kim zastąpić? Nie łudź się waszmość. Zatrzymywać go nie będę, gdy powrócim do domu, ale tu waćpana nie odpuszczę.
Jesteśmy w Saksonji, jesteś moim oficjalistą, dosyć słowa mojemu bratu, aby wzięto pod wartę i zaprowadzono na Nowy-Rynek. Miej więc rozum i nie buntuj mi się, bo to się źle skończyć może.
Przeborowi zrobiło się zimno, gorąco, siadł, nie mówiąc słowa już i nie odzywając się, przygotował pisać pod dyktą pani, która bynajmniej nie poruszona, list natychmiast rozpoczęła.
Nawykła do biernego posłuszeństwa, kasztelanowa wybryk ten amanuenta przypisała podchmieleniu. Rzecz się jej zdawała załatwioną. List stylizować ukończywszy kazała go sobie podać, przeczytała i nic nie mówiąc, położyła na stole.
Przebor stał i czekał chwilę, a widząc, że pani Przebędowska nie myśli już dyktować dłużej, skłonił się niezgrabnie i wyszedł.
Wszystko się zdawało skończonem, ale nazajutrz rano kasztelanowa dowiedziała się, że nocą Przebor wyniósł się z pałacu Fleminga i znikł bez wieści. Wydano natychmiast rozkazy poszukiwania zbiega, tropiono go po całem mieście, ale bezskutecznie.
Żałowała może poniewczasie prędkości swej surowa pani, ale nie czuła się coś winną. W jej oczach nie darowanem było zuchwalstwem, że się jej taki biedak śmiał stawić ze swą dumą szlachecką i wymagać choćby najmniejszych względów!!
Dostało się za niego całej Polsce i wszystkiej szlachcie!!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędnie powtórzony wyraz już.