Z życia awanturnika/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Najcudniejszy był wiosenny poranek, tak cudny, że nawet w mieście pomiędzy murami czuć było wiosnę i młodą dnia godzinę. Drzewa, wygnańce, stojące za wysokiemi murami ogrodów i tęskniące za powietrzem i słońcem, tego dnia wyglądały zielono, deszcz wczorajszy z kurzu je obmył, rosa zwilżyła, słońce nakarmiło... resztki bzów kwitły i pachniały. W miasteczku cicho było jeszcze i spokojnie. W niektórych kościołach łagodnie ciche odzywały się dzwonki, ulicami przesuwali się ludzie, których rano budzi wiek lub troska. Większa część okiennic była pozamykanych i sztorów pospuszczanych. Wrota gdzieniegdzie się otworzyły tylko. Na kamieniach bruku rosa nie miała jeszcze czasu oschnąć, choć długie rannego słońca promienie wciskały się gdzieniegdzie, przerzynając półmrok poranka.... Była to godzina, w któréj się żyć chciało.
W kamienicy bardzo porządnéj i czysto utrzymanéj, o czterech okienkach w ulicę, otworzyły się zwolna zaryglowane drzwi i wyszedł z niéj staruszek.
Jego starość dobrze harmonizowała z tą młodością poranka; był świeży, rzeźwy, ruchawy i choć białego włosa, choć pomarszczonéj twarzy, wyglądał wesoło, raźnie — prawie nadto młodo. W oczach jego szarych błyskało życie i myśl niestrudzona, usta oblekał wyraz wesela, poruszał się szybko i swobodnie.
Znać w domu, z którego wychodził, wszyscy jeszcze spali, bo drzwi za sobą na klucz spuścił i do kieszeni go schował.
Staruszek był mały, dobrze zbudowany ale nie otyły, trzymał się prosto i ruszył dobrym krokiem ulicą, nie potrzebując lekkiego kijka, który miał pod pachą. Ubrany był w surducik szaraczkowy, szerokoskrzydły kapelusz zasłaniał mu nieco twarz a przez ramię na taśmie zawieszone zielone, lakierowane, owalne pudełko zdradzało naturalistę, wybierającego się na wycieczkę dla zielnika lub entomologicznego zbioru. Znać pilno mu było co prędzej wynijść z miasteczka, bo nie oglądając się wcale, przesunął się jego ulicami aż do przedmieścia i wolniéj dopiéro iść zaczął, gdy między ogrody się dostał.
Do ogrodów przytykał piękny lasek nad brzegiem rzeki. Była to prywatna własność jakiegoś zazdrosnego sąsiada, który o nią z miastem był w ciągłych sporach. Zabraniano tam przechadzek tłumnych i wycieczek i zarośle miało dosyć dziki pozór. Żadnéj kawiarence, ani piwiarni i kręglarni nie dozwolono się tam umieścić. — Stare bardzo olchy, osiki, topole, dęby, brzozy, podszyte leszczyną i różnemi rodzajami łoziny rosły tu sobie swobodnie a sąsiedztwo rzeki podsycało je wilgocią, od któréj bujnie się wzmagały.
Doszedłszy do skraju lasu — profesor (tak zwano czcigodnego staruszka) zaczął iść zupełnie wolno, oczy mu jeszcze żywiéj pojaśniały, usta jeszcze weseléj poczęły się uśmiechać — był tu dopiéro jak w domu. W istocie dla herborysty lasek mógł dostarczyć wiele zajmujących obrazów. Roślinność była bujna i bardzo urozmaicona.
Profesor począł się rozpatrywać i niektóre znane sobie egzemplarze roślin witał z lekka, ujmując je ręką i puszczając ostrożnie, aby ich nie uszkodzić. Robił ogólny przegląd téj flory dzikiéj, wśród której rzadkiego i osobliwego nic nie było. Ale profesor znać szukał jakichś szczególnych zjawisk chorób czy anomalji roślinnych, bo i najpospolitsze kwiaty bacznie oglądał — niektórym przypatrywał się przez lupę, ale nic napróżno nie zerwał.
Tak bez ścieżynki żadnéj przedarłszy się przez klin lasu, już się zbliżał ku rzece, przez grube pnie drzew przeglądało coraz więcéj światło dzienne i srebrzyste rzeki wody, gdy staruszek, przygiąwszy się ciekawie, coś dopatrzył, co go nagle powstrzymało. Stanął za krzakiem leszczyny, zakryty nim, jak wkuty, kijek mu się wyśliznął z ręki, usta otworzyły, oczy wlepił i oddech powstrzymał.... W istocie, to, na co tak pilnie patrzał, godném było jego uwagi. — bo i najobojętniejszegoby zelektryzowało.
Na skraju lasu wśród drzew stał jeden z najstarszych dębów, jakie tu widzieć było można — pień jego olbrzymi, guzowaty, pokręcony, kilką grubemi gałęźmi wyrastał ku górze... Każda z nich mogłaby była piękne, stare drzewo sama stanowić....
Po za nim stał człowiek... Światło odbite od wody dozwalało go widzieć dobrze mimo mroku, jaki w lesie panował... Był młody, nie więcéj pewnie nad lat trzydzieści przeżył na świecie... Lecz twarz miał żółtą, wychudłą, zapadłą i prawie trupią... Głowę okrywał włos przerzedzony, wypełzły... Odzież stanowiły resztki niegdyś wykwintnego ubrania, wyszarzanego do szczętu... W chwili, gdy staruszek go zobaczył i zatrzymał się, młody człowiek był mocno zajęty...
Z kieszeni z gorączkowym pospiechem dobył właśnie grubego kawał powroza, spojrzał nań, jakby oczyma chciał zmierzyć, potem szybko zaczął zadzierzgiwać pętlę, któréj mocy oburącz wypróbował... Natychmiast jeden jéj koniec zarzucił na grubą, snąć już wprzódy wybraną gałęź starego dębu... Obalony kloc, resztka pnia dobytego z ziemi, leżał właśnie pod nią... Nieznajomy obejrzał się ku rzece do koła... i z szyi zerwał prędko coś, co dawniéj chustką być musiało a teraz było poszarpanym czarnym gałganem. — Rzucił ją na ziemię... niespokojnemi rękami zaczął potem szukać po kieszeniach surduta i dobywać papiery, pozlepiane długiem w nich leżeniem... Opatrzył wszystkie schówki w odzieży, rozpiął surdut... pod którym była zbrukana stara koszula, aby i tam zajrzeć jeszcze... zebrał wszystko na kupkę, przyrzucił nieco suchych liści... i z kieszonki dostawszy kilka zapałek, żywo ognia pod papiery podłożył. — Patrzał się jakimś osłupiałym wzrokiem, gdy płonęły, poprawił je nogą parę razy... i uśmiechając się dziko znaleziony papieros, który trzymał w ręku, u dogasających papieru szczątków zapalił. — Parę razy wciągnąwszy dym, rzucił go na ziemię i zwrócił ku pętli wiszącéj nad głową... Sznur wstąpiwszy na kloc przymocował uwiesił się rękami, by go wciągnąć... potem szybko jakby się obawiał, by mu co nie przeszkodziło, wstąpił na kłodę, spiął się na palce i szyję założył w pętlę...
Nie można już było mieć najmniejszéj wątpliwości o jego zamiarach... jeszcze chwila... a zawisłby na sznurze... Stary profesor gwałtownie się przedarł przez gąszcze i gdy już miał wisieć, chwycił go za ramiona.
— Człowiecze! zawołał wzruszonym głosem — co robisz! co robisz...
Schwycony na uczynku, nie przeraził się tą napaścią, drgnął tylko, odwrócił się, chciał coś mówić, ale w téjże chwili siły go opuściły, rękami napróżno w powietrzu szukając podpory, zachwiał się i byłby padł, gdyby go stary nie zatrzymał.
Samobójca omdlał. — Miał dosyć mocy, by przygotować czyn — ale ta wymierzona była znać ściśle i na więcéj życia jéj nie stało... Profesor zaledwie mógł ciężar omdlałego podźwignąć, zwolna tylko starał się go złożyć na ziemi, bladą głowę sparłszy na omszonéj kłodzie.. W pierwszéj chwili chciał biedz po wodę do rzeki ze szklaneczką, którą miał w pudełku... rozmyślił się jednak, że omdlenie przejść może a ochota do zbrodni powrócić — pętla wisiała gotowa...
Naprzód więc stary spiął się i obciął ją nożem, który dobył z kieszeni, potem dopiéro ruszył do rzeki...
Zemdlały leżał bez poruszenia...
Stary miał czas powrócić, zaczerpnąwszy wody, wlał mu jéj kilka kropel w usta i skronie nacierać zaczął... Po chwilce oczy się otworzyły i leżący oprzytomniał, chciał się podnieść, siły nie miał...
— Waćpan jesteś chory! rzekł doktor...
— Chory! tak... chory... ale nadewszystko głodny, odparł cicho ocalony...
— Jak to — głodny...
— Dwa dni prócz trochy wody nic nie miałem w ustach...
To powiedziawszy zamilkł...
— Zwlecz się, jak można... byle tu do pierwszego domu — tam coś znajdziemy... począł żywo profesor...
Nieznajomy, który oczy miał wlepione w ziemię i głęboko zdawał się zamyślony, nie odpowiedział nic — profesor powtórzył, pokręcając jego rękę — ocalony ruszył ramionami.
— To, coś waćpan zamierzał — nie wykona się — dodał profesor — nie dopuszczę, choćby miało przyjść do walki. Musisz iść ze mną... nic nie pomoże... Młody człowiek, w tym wieku...
Nieznajomy obejrzał się z jakąś pogardą i przypatrywać zaczął bardzo pilnie mówiącemu... Badał jego twarz z ciekawością jakąś szyderską, nie odpowiedział wszakże nic.
— Proszę pana — odezwał się wreszcie po namyśle słabym głosem — dla czego się pan mięszasz w to, co do niego nie należy?
— Przepraszam, zawołał profesor, człowiek każdy należy do człowieka — mięszam się, bo mam prawo...
— Daj mi pan pokój! odwracając się — odpowiedział nieznajomy — to są brednie. Gdy trzeba karmić, pomódz, ratować, to do was nie należy, a gdy komu sprzykrzyło się żyć, nie wiedzieć po co i na co... przychodzicie z waszém veto i z waszą moralnością — daj mi pokój! powtórzył gniewnie...
— Zmusisz mnie waćpan do postąpienia z nim jak z obłąkanym, począł stary.
— A pan mnie możesz przymusić do postąpienia z nim jak z rozbójnikiem.
— Nie masz nawet siły — rzekł profesor. Nastąpiła chwila milczenia.
— Ja nie ustąpię — odezwał się stary. —
Nieznajomy milczał, podparł się na łokciu i zadumał, jakby nikogo przy nim nie było.
Profesor nie ustępował, przez chwilę milczenia oczów nie spuścił z ocalonego biedaka, a wytrzymawszy chwilę — rzekł.
— Mówiłeś pan, żeś dwa dni nie jadł, więc nie pora na morały i na rozprawy — chodźmy naprzód, żebyś się posilił. —
To mówiąc podał mu rękę.
Nieznajomy siedząc z wlepionemi w ziemię oczyma począł się śmiać.
— Już wszystko było gotowe... licho tu waćpana przyniosło! zawołał. — Po coś tu się znalazł? no? po co? Zabawna rzecz! Wracam jakby już z drugiego świata... chwilka jedna i byłoby się skończyło... Waćpan to wiesz jako naturalista, że śmierć przez powieszenie... bardzo prędka...
— Przepraszam — przerwał profesor, bywa rozmaicie — można się męczyć długo...
Nieznajomy spojrzał mu w oczy, wyciągnął rękę w tył i pokazał na kark...
— Nie zawsze... mówił profesor — ale wstawaj waćpan i chodź.
— Wiesz mój panie, żeś się wmięszał w fatalna historję, przynajmniéj tak kłopotliwą, jak gdybyś pode drzwiami swemi znalazł niemowlę, podrzutka... Wiesz już co mam w głowie, musisz mnie pilnować, wiesz, żem głodny, musisz mnie karmić, widzisz, żem goły, powstydzisz się z takim obszarpańcem chodzić, musisz mnie okryć — domyślasz się chorobliwego stanu duszy — będziesz obowiązany leczyć... po co ci ten kłopot.
Spojrzał na pudełko profesora.
— Nie lepiéj ci to było przejść na palcach nie przeszkadzając, rwać kwiatki, a jakby ciało dobrze ostygło — dać znać do policji, że tam jakiś wisielec dynda. — Jakiś niepraktyczny...
— Nigdym w życiu praktycznym nie był — odezwał się profesor, masz słuszność — ale chodź no co zjeść, a o tém potém...
Prawie gwałtem uchwyciwszy za rękę młodego towarzysza, podźwignął go z kłody, na któréj siedział ociężale, i zmusił iść z sobą. Nieznajomy zdjął z ziemi rzuconą chustkę, która splątał w koło szyi, wyszukał rzucony kapelusz starty i dziurawy pod drzewem i w milczeniu począł iść posłuszny z profesorem... Wydobyli się tak z lasu. Zaraz na skraju jego, gdzie się posiadłość miejska zaczynała, stał mały dworek, w którym była licha kawiarenka z ogródkiem. Wynędzniały kasztan osłaniał chudemi liśćmi parę nędznych stoliczków i ławek. Na stołach wczorajsze piwo porozlewane jeszcze lepkiemi kółkami stało... a wróble dziobały resztki bułek, które goście porozrzucali. W kawiarni dla tak rannéj pory wszystko było pozamykane... Dziewczyna jednak służąca, zaspana i ledwie przyodziana otwierała okiennice, rozpoczynając porządkowanie. — Profesor zawołał ją, grzecznie się uśmiechając i prosząc o kawę... Chciała mu coś odpowiedzieć, lecz nie dał jéj się tłumaczyć i poszeptał coś, wciskając w rękę parę srebrników, a sam z towarzyszem zajął miejsce na ławce pod kasztanem.
Pusto było i cicho do koła, w dali szaro na wschodniém niebie, jakby omglone, rysowały się mury i wieże miejskie... po za domku ogródkiem płynęła rzeka. Nieznajomy ironicznie się jéj jakoś przyglądał.
— Miałem naprzód myśl, odezwał się, po prostu w rzekę się rzucić — nie umiem pływać, poszedłbym na dno. — Ale któż ją wie, czy dosyć głęboka... Napić się paskudnéj wody, obłocić i nie módz utopić — śmieszna rzecz.... W dodatku taki chłodny ranek, woda zimna, jakiś miałem wstręt....
— I dobrześ waćpan uczynił — przerwał szybko profesor — bo woda nie głęboka... w lecie ją suchą nogą przechodzą.
Popatrzyli sobie w oczy.
— Cóż waćpana do tego przywiodło? zapytał z ojcowską łagodną wymówką profesor.... Czy godzi się tak zwątpić o sobie i o ludziach, aby takiego szukać środka do pozbycia się egzystencji?
— I tam daléj! i tam daléj! — dodał bębniąc blademi palcami po stoliku nieznajomy — wszystko to, cobyś pan mi mógł powiedzieć, wiem, na pamięć umiem. Chciałeś mówić, że byłbym dezerterem i tchórzem, żem sam sobie winien, że po katolicku to grzech a filozoficznie to niegodne tchórzostwo... i tém podobnie. Słowo panu daję, że ja to wiem, słyszałem, rozumiem wszystko — ale, mój szanowny wybawco a raczéj kacie, boś mnie skazał na nowe, głupie życie... są chwile zwątpienia i tchórzostwa. Na to nie ma rady! Są ludzie jak ja... głupi, nieudolni, występni... Cóż na to poradzisz?
Służącą przyniosła z wielkim pospiechem kawę, bułki, dzbanek mleka i karafeczkę rumu. Pożądliwe oko bladego chłopca zwróciło się na te przybory do jadła i zamilkł. Mimowolnie rękę wyciągnął drżącą i pochwycił bułkę.
— Czekaj — odbierając mu ją zawołał stary — bułki świeże a żołądek wygłodzony to choroba lub śmierć — napij się mleka z kroplą rumu lub kawy — bułka niech ostygnie.
Z troskliwością niańki zajął się stary profesor ocalonym, który milczał patrząc na przygotowania a dorwawszy się szklanki mleka z rumem, chciwie jednym tchem ją wychylił i opróżnioną podał do nalania z błagającym ruchem ręki i wejrzeniem.
— Zaczekajmy trochę — rzekł profesor.
Nieznajomy westchnął i posłuszny postawił szklankę. Potem podparł się na łokciu i zadumał; popatrzał na swoje ubranie, dziurawe buty, zdarty kapelusz i westchnął. Profesor śledził wszystkie jego ruchy; poczciwe człeczysko choć ciekawy, oderwał się wprędce od tego zajęcia i począł mu kawę nalewać. Spróbował bułki świeżéj, czy dosyć przestygła, aby ją bez niebezpieczeństwa wygłodzony żołądek mógł znieść, i przysunął mu filiżankę z kawą. Troskliwość ta ojcowska nie uszła choć roztargnionego oka nieznajomego, w milczeniu pochwycił rękę profesora i uścisnął ja, łza mu się zakręciła w oku.... Otarł ja żywo ręką i zaczął się śmiać... jakby dziwując temu, od dawna niewidzianemu, gościowi.
O białym dniu człowiek ten wydawał się dziwniéj, inaczéj niż w lesie pod dębem, na którym się chciał obwiesić.
Osobliwsza była sprzeczność pomiędzy jego ubiorem, ostatniéj dowodzącym nędzy a postawą i ruchami pełnemi jakiéjś swobody i pańskiego wykształcenia. — Twarz wybladła i wymęczona, pokryta skórą wyżółkłą, zachowała rysy piękne i szlachetne. Czoło miał wyniosłe i zawczasu wypełzłe, oczy czarne wypukłe, osadzone pod zasklepionym śmiało brwi łukiem, nos rzymski, usta małe i ironicznie wygięte. Niegolona i rozrzucona krótka broda, jasna jak włosy, z oczyma czarnemi stanowiła kontrast, nadający twarzy szczególny charakter. Ręce wychudłe, kościste, z palcami długiemi, białe były i delikatne. Siedział, poruszał się, mówił z taką powagą jakąś pańską, jakby łachmany wdział na maskaradę. Straszliwe jednak złamanie, jakby piorunowe uderzenie, wydawała twarz, oczy i ironja uśmiechu zgorzkniałego. — Mógł mieć lat trzydzieści — mniéj może nawet, bo na startém obliczu wieku niepodobna było obrachować.... Niegdyś piękny, dziś wydawał się strasznym.
Odzież, którą miał na sobie, była widocznie zabytkiem lepszych czasów... nie na tandecie kupiona dla okrycia, ale niegdyś przez najlepszego robiona krawca, zużyciem obróciła się w brudne łachmany. Były to resztki elegancji. Podarta koszula, którą widać było z pod rozpiętego surduta, cieniuteńka, ale czarna od pyłu i spękana od noszenia... musiała mu służyć już od kilku tygodni.
Wypiwszy w milczeniu kawę, nieznajomy złożył ręce, na stole się podparłszy.
— Przypatrujesz mi się pan — odezwał się do profesora — jak zagadce. Cóż dziwnego, ja sam nią dla siebie jestem. Ocaliłeś mnie według swego przekonania — nie dopytujże, proszę, o nic — nie mógłbym nic powiedzieć. — Swoich sekretów nie mam, cudzych zdradzać nie mogę. Tyle wam powiem, żem człowiek biedny i że ani ochoty ani sposobu do życia nie mam; ostatnią złotówkę zapłaciłem za kawałek postronka — cóż tu teraz począć daléj....
Profesor należał do tego rodzaju spokojnych ludzi, którzy nigdy głowy nie tracą, wiek w nim żywość poruszeń przytępił a raczéj zmienił sposób, w jaki się objawiały, ale nie zgasił uczucia. Brał on życie, jakiém ono jest w rzeczywistości, i wierzył w to, że siła woli jest niezmierną dźwignią, dokazującą cudów. Przytomność go nigdy nie opuszczała.
— Zawsze jest jakaś rada — rzekł powoli — nie pytam pana, kto jesteś, ale spytać muszę, co umiesz? co możesz robić? Praca to warunek życia — jesteśmy mu poddani... coś robić potrzeba....
Młody człowiek zamilkł długo i sposępniał.
— Nie umiem nic lub nie wiele — rzekł — do pracy nie bardzo nawykłem. Mogę impetycznie bez przerwy dokazywać cudów przez dwadzieścia cztery godziny, nic nie jedząc i nie pijąc, ale potem muszę czterdzieści ośm leżeć do góry brzuchem... o wytrwałość pan nie pytaj.
— Cóżeś pan robił? zwolna, cicho pytał profesor.
Nieznajomy zamyślił się. — Com robił? powtórzył — paliłem doskonałe cygara, polowałem w Afryce na lwy a w Ameryce na bawoły, w Syberji na sobole, w Polsce z chartami na lisy i zające... piłem wino szampańskie butelkami....
Rozśmiał się, w białe dłonie twarz wcisnął i westchnął boleśnie. Nagle potem podniósł zbladłą twarz i dodał.
— Robiłem coś więcéj... byłem sekretarzem u lorda Persy, lektorem u hrabiny Santa-Anna, buch-halterem w Hamburgu u Neumannów i Spółki, w Paryżu pierwszym komisantem u krawca pod Piękną Ogrodniczką; robiłem wiele rzeczy, ale każdą z nich nie długo... zawsze coś takiego wypadło, że musiałem zawód porzucić. Głupia rzecz życie....
— Trudna! trudna! odezwał się stary wzdychając — ale zkądżeś się pan tu u nas w P... uwziął?
Twarz nieznajomego spochmurniała.
— Albo ja wiem — odezwał się — tak jakoś wypadło, żem sobie rodzinny kraj przypomniał... po trosze mnie pono wezwano, to jest wzywano. Stawiłem się za późno... przybyłem, gdy już nie było po co. Wracać nie było za co i do kogo. Tutaj, u was, żyć nudno i trudno — chciałem pójść — precz.... No! i to mi się nie udało.
Zamyślił się i zapytał: Racz mi pan powiedzieć, kogo mam honor zwać moim zbawcą?
— Nazywam się Chryzostom Kudełka.
W oczach nieznajomego błysło jakby jakieś dawne przypomnienie, uderzył się po czole, uśmiechnął.
— A! to widzę pan jakiś nieśmiertelny — przerwał, wpatrując się w niego.
— Nie, ale mam lat ośmdziesiąt — to prawda — śmiejąc się i w uśmiechu pokazując białe, zdrowe zęby, — rzekł Kudełka.
— I herboryzujesz con amore?
— A dla czegóżbym nie miał się bawić i uczyć, póki żyję — począł żywo profesor. No, a waćpan mnie znasz? czyś słyszał....
— Ach! ach! rzekł nieznajomy — chodziliśmy razem na exkursje, alem naówczas miał lat piętnaście.
Spuścił oczy i zamyślił się.
— Więc z tego kraju? przerwał Kudełka.
— Tak — niby.... ale dziś jestem tu — przybłędą, przybłędą — obcym.
Ruszył ramionami. — Trudno, byś mnie profesor sobie przypomniał; byłem nygus wielki — zielnika nie zbierałem, a na egzaminie, jak dziś pamiętam, palnąłem raz zamiast umbilliferae, umbiliciferae.
Profesor zerwał się z krzesła i w szerokie swe białe dłonie plasnął, aż służącą nastraszył.
— Teodorek Murmiński.
— A cóż bo za szalona pamięć! bledniejąc jeszcze bardziéj i cofając się — krzyknął uratowany.
— Nie masz się co zapierać — żywo kończył profesor — po tych czarnych oczach bym cię poznał, ale tak... Murmiński.... Patrzajcież.... Co się z tobą działo?
— Mówiłem — posępnie odezwał się zagadnięty — powiedziałem już wszystko — i zamilkł.
— A no czekajże! czekaj — począł profesor trąc czoło — zaraz wszystko przypomnę. Miałeś tu familję... na panicza cię chowali... któż u licha? zapomniałem....
— Nie miałem familji, bom był sierotą.. począł Murmiński — miałem opiekunkę.. ale — dajmy temu pokój. — Cała ta szczęśliwa przeszłość pogrzebiona na wieki wieków.. nie ma co jéj dobywać...
Mimo tego wezwania profesor niespokojny, zatopiony w myślach zaczął się przechadzać po małym ogródku — bijąc z pamięcią, która mu odmawiała posługi. Nieznajomy ironicznie się uśmiechając, ścigał go oczyma i ruszał ramionami.
— Zawsze taż sama — przerwał po milczeniu dłuższém — zawsze ta poczciwa dusza profesora Kudełki, co się to niegdyś sierotami opiekował i latał dla nich żebrać po drzwiach zamkniętych... Nic dziwnego, żem ja z tego wisusa zmienił się na wisielca, staranny profesorze, ale że wy od lat kilkunastu nie zmieniliście się ani na włosek..., to sztuka...
Profesor zdawał się nie słyszeć tego mruczenia, tak był w myślach zatopiony, nagle stanął i jakby — Eureka — wykrzyknął.
— A tak... pani prezesowa Wa....
— Cichoż! cicho! zrywając się z krzesła — zawołał Murmiński — dosyć, profesorze, dosyć tych przypomnień...
— Mój Boże! przecież sam na sam we dwóch jesteśmy... oparł się stary — przecież mam po staréj znajomości niejakie prawo.. przecież znając mnie powinieneś mieć trochę zaufania — przecież ja wiem... byłeś na wychowaniu u prezesowéj...
Murmiński milczał posępnie.
— Tak! tak, doskonale teraz wszystko mi przychodzi na pamięć, choć temu być może lat — z piętnaście. — Jakby wczoraj... Waćpan byłeś ukochanym wychowańcem prezesowej na równi z jéj synem... który sam dziś jest już prezesem... Z początku wychowywaliście się razem... potem tamtego wyprawiono za granicę... waćpan zostałeś jakby dziecię domu... Mówiono powszechnie, że prezesowa tak się do Todzia przywiązała, iż pewnie mu los obmyśli...
Na to wszystko nie było słowa odpowiedzi. — Murmiński napił się mleka i oglądał zniszczone odzienie... jakby myślał, czy w niém się na miasto pokazać może... Godzina już była, gdy się wszystko przebudzone ruszało... W ulicach mnóstwo było ludzi jadących i idących na targ, na majówki.. do kościołów... Profesor téż doszedłszy, z kim miał do czynienia, nie chciał być natrętnym i umilkł — myślał także....
— Gdybyś był rozsądnym człekiem — rzekł — mógłbym tobie i sobie oszczędzić nieprzyjemności.... Zostawiłbym cię tutaj, a sambym poszedł po jaką taką odzież... żebyś się przebrał — ale z tą głupią myślą we łbie, jak ja cię tu mam porzucić....
Hm... ryzykujmy się iść razem do mnie.... Może się prześliźniemy niepostrzeżeni.... Spojrzał na Murmińskiego, który gałkę z chleba kręcąc... siedział ponury....
— Dasz mi słowo honoru — że sobie nic nie zrobisz? spytał Kudełka.... Lecz w téjże chwili sam nie czekając odpowiedzi przerwał — nie — nie — Człowiek co się chciał wieszać — gotów już i słowa nie dotrzymać.... Chódź....
Na to dictum, nieco ostre Murmiński drgnął, lecz jakby nie chciał odpowiadać, ręką machnął tylko.
— Wiesz co, kochany profesorze, odezwał się, to prawda, że kto w tak niehonorowy sposób miał zejść ze świata, ten tego, co zowią honorem, nie bardzo ceni — alebym ci chciał oszczędzić kłopotu i wstydu.... Porzuć mnie tu na łaskę Bożą, radę sobie dam.... Manja samobójstwa przeszła, kryzys minęła — nie ma niebezpieczeństwa.... Słowa honoru ci nie daję, ale klnę się na pamięć téj świętéj niewiasty, którą znałeś, która dla mnie była więcéj niż matką, bo matką nie będąc, macierzyńskiém kochała mnie sercem.... Klnę ci się na jéj wspomnienie — na życie się nie targnę.... idź, herboryzuj spokojnie... kwituję cię ze wszystkiego, tylko za mleko i kawę zapłać, bo mnie tu przyaresztują....
Kudełka się rozśmiał... i nic nie odpowiadając mrugnął na stojącą służącą.
— Moja panno — rzekł obracając się ku niéj... jestem profesor Kudełka, mieszkam przy ulicy śt. Marcina — wybrałem się z domu jak stary roztrzepaniec — nie wziąwszy sakiewki... muszę iść po pieniądze... powrócę za pół godziny, a w zastaw ci zostawuję tego oto pana, którego nie puszczaj, aż ja przyjdę... bo przepadnie kawa....
Służącą patrzała wielkiemi zdziwionemi oczyma i zaczerwieniła się, była widocznie w kłopocie, nie wiedząc co począć, strach ją ogarnął, żeby oszukaną nie była....
Szczęściem dla profesora we drzwiach nasłuchiwała gospodyni domu, która znała profesora, bo syn jéj chodził do gimnazjum. Widząc sługę zmięszaną, wystąpiła ze drzwi dając profesorowi i dziewczynie znaki.... Kudełka podszedł do niéj i coś jéj poszeptał cicho.... Potem rękę podał Murmińskiemu.
— Czekaj tu pan na mnie, od tego nie odstępuję — proszę.
I szybkim krokiem, jak dwudziestoletni chłopak, wyruszył ku miastu, oglądając się, póki kasztan widać było, czy Murmiński mu z miejsca nie ruszył.
Podparty na rękach ocalony ów biedak siedział jak wryty, oczy mu świeciły zrazu dziko, wlepione bez myśli w ścianę domu... potém zwolna ociężałe powieki zaczęły się przymykać — znużenie jakieś nim owładło, opuścił głowę na stół, położył ją na ręku... i zasnął.
Gospodyni i sługa tego dziwnego gościa powierzonego ich straży pilnowały bardzo troskliwie. Jedna to druga wychylały się ze drzwi naglądając, czy siedzi. Sen nawet nie uspokoił ich, bo posądzały może, iż był zmyślony. Szczególniej pani Frydrykowa, gospodyni domu, któréj chodziło o względy profesora dla syna... stała na straży niespokojna.
Ale dozór ten był przynajmniéj zbytecznym, bo znużony i złamany biedak, zasnął snem tak twardym, nieruchomym, ciężkim, iż go nie łatwo nawet wrzawa blizkiego gościńca obudzić była mogła.
Słońce wcisnęło się swemi promieniami przez liście kasztana, paląc mu wypełzłą głowę, co zmusiło grzeczną gosposię do ustawienia parasola nad nim — a i to go ze snu wyrwać nie mogło. Spał chorobliwym snem głodu, męczarni dusznéj, długiéj i wielu nocy czuwania.
U państwa prezesowstwa Wa... tego właśnie wieczora było tygodniowe ich przyjęcie, herbata, na którą znajomi nieproszeni, albo raczéj raz na zawsze zaproszeni schodzić się byli zwykli. Dom ich otwarty, gościnny gromadził zawsze wielu gości, bo prezes miał znakomite stanowisko w obywatelstwie, prezesowa rodem i stosunkami należała do prastaréj szlachty miejscowéj, a osobistemi przymiotami rozbrajała nawet niechętnych. — Ludzie byli oboje nie starzy; prezes przeszedł już trzydziestówkę, pani, od lat dopiero pięciu zamężna, miała ledwie dwadzieścia kilka. — Znaczny majątek prezesa, piękny posag pani Julji (którą w jéj kółku nazywano poufale Żulietą) — najstaranniejsze obojga wychowanie, świetne stosunki, któremi sięgali oboje aż okolenia królewskiego dworu... koligacje, nader umiejętnie uprawiana wziętość w obywatelstwie, ton najpierwszych salonów europejskich czyniły dom prezesowstwa jednym z tych, do których być przyjętym stanowiło zaszczyt dla człowieka. Złota młodzież, wychodząca w świat, zwykła była dla nadania sobie tonu mówić od niechcenia: — Byłem u prezesowstwa, mówił mi prezes — słyszałem od pięknéj prezesowéj....
Nigdy małżeństwo lepiéj dobraném być nie mogło.
Prezes wychowanym był nadzwyczaj starannie w kraju, potem za granicą, podróżował wiele, wytrawny był, poważny i najnieposzlakowańszych obyczajów człowiek....
Wszystko, do czego jego stanowisko obowiązywało, spełniał z regularnością doskonałego angielskiego chronometra.
Zacząwszy od majestatycznéj jego postaci, ubrania, które się nigdy ani sprzeczało z modą, ani ją wyprzedzało — wszystko w nim w doskonałéj harmonji było i nigdy słowo ani ruch żywszy nie zakłócił majestatycznéj powagi téj pańskiéj natury, wycywilizowanéj wedle najdoskonalszéj metody. Wśród tysiąca można w nim było poznać potomka starego rodu, który pamiętał o tém, że nosił imię obowiązujące i należał do pewnéj sfery, z któréj mu się zstąpić do niższych klas nie godziło ani uczuciem, ani słowem, ani namiętnością ludzką, ani słabością człowieczą.
Rozpoczął życie obywatelskie skończywszy uniwersyteckie studja laude cum maxima, wydoktoryzowany jak się należy, od pomniejszych urzędów obywatelskich szedł stopniami coraz wyżéj, zaszczycony zarówno zaufaniem współobywateli i szacunkiem rządu, którego nigdy w niczém najmniejszą chętką opozycji nie podrażnił. W ogóle prezes był ze wszystkimi dobrze, a najlepiéj z tém, co jakąkolwiek siłę i powagę reprezentowało. Nie potrzebujemy nawet objaśniać, iż był konserwatystą najczystszéj wody, legitymistą, gdzie się tylko nim być dało, i czcicielem legalnego status quo — z poza którego w żadnym razie nie wychodził.
Całą energję swego charakteru prezes dobywał w ważnych wypadkach, aby się na tém stanowisku utrzymać. Był téż jak najlepiéj widzianym u dworu, a obywatelstwo, choć popularnym się być nie starał, ceniło go téż wielce.
Doszedłszy tego wieku, gdy ludzie się żenić zwykli, ani za wcześnie, ani za późno zwrócił swe oczy na szczęśliwą dziewicę, znacznego domu córę — a zawczasu wywiedziawszy się, że tam przyjętym będzie, puścił się w prawidłowe konkury. Panna Julja była jedną z najpiękniejszych cór rodziny, która ich miała kilka... Zdało się, że Opatrzność tę istotę idealną własnoręcznie z najczystszéj gliny ulepiła na małżonkę dla takiego prezesa. — Nic nigdy piękniejszego nie wymalował Dubuffe, ani Winterhalter. Wzrost, postać, kibić, twarz czyniły ją najwspanialszym typem arystokratycznym, jaki sobie wyobrazić można... Utalentowana, miła, grzeczna, pełna taktu... zachwycająca wdziękiem wejrzenia i uśmiechu była pychą rodziny, która ją na ręku nosiła. Na kwiatek ten nigdy mroźny nie powiał oddech, nie doświadczyła w życiu żadnéj z tych niespodzianek, które słodki spokój dziewiczéj duszy zakłócić mogą... rozkwitła jak lilia w piękny dzień wiosenny, uśmiechnięta, z czołem jasném, z sercem bijącém w takt ze starym zegarem domowym... Powiedziano jéj, że prezes był człowiek très comme il faut — znalazła go zobaczywszy takim, jakim sobie dostojnego wyobrażała małżonka... mówili z sobą kilka razy... prezes przywiózł kilka przepysznych bukietów — a potém, potém w atłasowéj sukni, oszytéj koronkami brabanckiemi, z wieńcem kwiatów pomarańczowych na białéj skroni, śliczna Julja podała rękę u ołtarza nieposzlakowanie w czarny frak zaszytemu narzeczonemu i żyli z sobą oto już lat pięć — jak aniołowie w raju... Szczęśliwszego i spokojniejszego małżeństwa nie było na świecie. — Z największą, nadludzką prawie sztuką prezes taił tak swe szczęście, jak gdyby nie chciał, aby je oczy ludzkie dośledzić mogły, piękna Żulietta nazajutrz po weselu była tak nieporuszenie tąż samą, co tygodniem wprzódy — jakby jéj ani na chwilę żywiéj nie uderzyło serce...
W rok po ślubie państwo prezesowstwo mieli syna... we trzy lata pan Bóg dał córeczkę... Dzieci tych, rozumie się, nikt nigdy nie widywał — i po matce poznać dotąd nie było można pięcioletniéj mężatki... Prezesowa lubiła się stroić, ale to należało do obowiązków jéj stanu i położenia...
Dom téż znakomicie był urządzony... Nigdy w niczém braku, nigdy żadnego zbytku... Ojciec prezesa jeszcze kupił był grunt znaczny w mieście, na którym zbudował pałacykowo wygladajacą kamienicę i zasadził ogród, który teraz był jednym z najpiękniejszych. Kwiaty i krzewy z Erfurtu sprowadzano. — Raz w tydzień przyjmowali prezesowstwo wieczorem... kto przyjść był łaskaw. Oprócz tego częste się trafiały obiady dla przybyłych z daleka wydatniejszych osobistości, które w społeczeństwie zajmowały stanowiska zbliżające je do gospodarzy.
Ponieważ prezesowa była muzykalna, wyjątkowo zapraszano téż artystów europejskiéj sławy, ale tych — pomimo największéj dla nich grzeczności umiano zawsze trzymać w pewném przyzwoitém oddaleniu, aby się nie zapominali i na zbyt nie poufalili. —
Prezes był surowym przestrzegaczem tych barjer dzielących społeczeństwo na stada różnych ras, grubo i cienko wełnistych i nie dopuszczał, aby się to lekkomyślnie na stopie niedorzecznéj równości mięszało... — Nie wdawał się w żadne rozprawy w tym przedmiocie, zbywając pytania surowym wzrokiem i znaczącém milczeniem — lecz czynem popierał niezłomne przekonania swoje.
Słowem był to człowiek, który zaszczyt przynosił krajowi, którego słowo ważyło wiele — a wyraz każdy powiedziany powtarzano z ust do ust, podając sobie jako pełen głębokiego znaczenia.
Tego wieczora prezesowa nad wszelki wyraz piękną była... Płeć jeszcze zachowała dziewiczą, kibić wysmukłą, a że suknie noszono dosyć otwarte, mogli goście podziwiać spadek ramion jakby dłutem Praxytela wytoczony... Uśmiech łagodny igrał po jéj różowych ustach. Miała na sobie suknią blado słomkowego koloru z liliowemi ozdobami, w któréj cudnie jéj było do twarzy. Kilka zielonych liści wodnych roślin stanowiły całe przybranie kruczych warkoczów, nadzwyczaj obfitych i połyskujących... Prezes w czarnym fraku pilnował drzwi, bo był nadzwyczaj grzecznym, uważającym i nigdy ani etykiecie, ani człowiekowi nie chybił.
Prawdziwy człowiek wielkiego świata miał téj grzeczności kilkanaście różnych form, które zastosowywał mistrzowsko — nigdy z fałszywego nie zagrał tonu, każdemu podobać się umiał, wiedział, jak i o czém do kogo przemówić, a mierzył uśmiech, słowo i uścisk ręki, jak dobry kupiec mierzy i odważa towar.
Ktoby był chciał się przypatrzyć, gdy witał swych gości, jak jednemu podawał całą dłoń, wstrząsał nią, ściskał, drugiemu wydzielał kilka palców, niektórym wysuwał jeden lub półtora, innych zbywał ukłonem grzecznym, trzymając ręce pod frakiem lub nagle chwytając chustkę, — byłby mógł całą skalę dostojności, znaczenia wagi tych panów wymierzyć. Prezes nigdy się nie zapomniał, nigdy nie rozgorączkował, nigdy nie dał owładnąć nierozumnemu uczuciu — był zawsze panem siebie i to go nader stawiło wysoko.
Jako jeden z dostojników towarzystwa miłosierdzia chrześciańskiego, które wzięło na siebie pieczę nad ubogimi miasteczka — nie było przykładu, ażeby kiedy prywatnie dał grosz ubogiemu, nie wyegzaminowanemu poprzednio z katechizmu i przebiegu życia. — Nie ma wątpliwości, że nieraz go to wiele musiało kosztować — ale mężnie stał przy zasadach, a prezesowéj téż trzeba oddać tę sprawiedliwość, że choć z większém sercem niewieściém, ściśle szła za jego przykładem.
Salon zaczynał się napełniać powoli. — Nie widywano w nim nigdy, jak to się gdzieindziéj trafia, téj mięszaniny smutnéj ludzi różnych warstw towarzyskich, przekonań, wychowania i maniery — tu — wybór tylko był i śmietanka.
Mogłeś być pewnym, że nie spotkasz tu barbarzyńca, któryby nie umiał po francuzku, nie widział Paryża, nie należał do jakiego bractwa, nie nosił jakiegokolwiek tytułu, lub tytuliku i nie miał kilku przynajmniéj tysięcy talarów dochodu. — To téż nic milszego nie było w świecie nad salon pani prezesowéj.
Tego wieczora, właśnie gdy już kilkanaście osób należących do najlepszego towarzystwa znajdowało się w salonie, a sam prezes, wedle zwyczaju, w pół jego szerokości wyczekujące zajmował stanowisko — we drzwiach ujrzano figurę tak jakoś od razu nie kwadrującą z prawidłowymi postaciami zebranego kołka, iż prezes, zobaczywszy ją, chwilę stał jakby osłupiały, dopiero zebrawszy myśli (co było można poznać po brwiach ściągnionych mocniéj, niż zwyczajnie) postąpił parę kroków naprzeciw przybywającego.
Ten wsuwał się tak nieśmiało, czarny stary kapelusik trzymając oburącz przed sobą, jakby przepraszał z góry, iż śmie wchodzić w tak dostojne grono. Był to mały, chudy ale rzeźwy staruszek z siwemi zupełnie włosami, z uśmiechniętą twarzą, postępujący małemi, nieśmiałemi kroczkami i zatrzymujący się bojaźliwie. Starego kroju frak granatowy z wysokim kołnierzem i dużemi żółtemi, jawnie dziś na nowo wyczyszczonemi guzikami okrywał go dosyć nieszykownie.... Na szyi miał grubo zawiązaną chustkę białą ze znakomitym fontaziem, kamizelkę pikową krochmalną i spodenki, które długie znać leżenie w szufladzie skróciło tak, iż miedzy poczernionemi butami a niemi skóra naiwnie żółtawa niepotrzebnie się ciekawiła. Koniec pięknéj białej chustki od nosa puszczony z kieszeni fraka, jak zwiędły kwiat lilji spoczywał na obszernych połach. — Stare dewizki od zegarka sztucznie wydobyte z pod fraka na światło dzienne malarski tu czyniły efekt....
Był oryginalny i pocieszny poczciwy profesor Kudełka — ale nikt lat ośmdziesięciu nie nosi bezkarnie...
Prezes poznawszy go, przystąpił doń z miną poważną mecenasa nauk i męża szanującego uczonych; uśmiechnął się dobrotliwie, wyciągnął jedną rękę aż z dwoma palcami i podał ją Kudełce.
— Szanownego profesora! zawołał — a to święto nad świętami — pana dobrodzieja w salonie zobaczyć... Czy znasz moją żonę?
— Miałem honor być prezentowanym! nizko się kłaniając, rzekł cicho bardzo profesor...
— Żono — odezwał się prezes wskazując przybyłego — pan profesor Kudełka...
Prezesowa z uśmieszkiem protekcjonalnym skłoniła głowę.
Profesor jak okradziony, z kapeluszem na piersiach, pozostał wśród salonu niewiedząc, co zrobić z sobą, z rękami i z tym nieszczęsnym kapeluszem... Naostatku i to go mitrężyło, iż czuł a raczéj jasnowidzeniem jakiémś przeczuwał, że cholewy od butów bezwstydnie wyjdą na jaw... Już w drodze używał wszelkich środków mogących do normalnego stanu przyprowadzić okrycie granatowe, w przedpokoju własnoręcznie je poobciągał... tymczasem... czuł, wiedział, był pewnym, ze bunt nastąpi. —
— Musisz się pan profesor cieszyć taką śliczną, kwiecistą wiosną, wtrącił gospodarz widząc zakłopotanie gościa... Cóż to za piękne mamy kwiaty...
— Prawda! odezwał się profesor dobywając z ciężkością głos z piersi, stłumiony zakłopotaniem — boże dziatki radują się słońcu... a tak to buja! buja! a tak się to śmieje, a pachnie... a błyszczy...
— Żebyś widział ogród mojéj żony, dodał prezes, rad się pozbyć profesora i zrzucić go niewieściemu kółku, bo właśnie rozprawiał o nowém towarzystwie kredytowém...
Profesor zwrócił wzrok i ukłon ku prezesowéj, ale się z miejsca nie ruszył.
— To flora aklimatyzowana, nie nasza — rzekł, to są przybysze z różnych stref i z różnych świata części, a ja — najbardziéj lubię nasze kwiateczki, te, co to sobie dziko rosną, gdzie je pan Bóg posiał lub posadził...
Prezesowa odgadłszy męża, odezwała się, chcąc profesora ku sobie odciągnąć...
— A i ja téż mam w ogrodzie nasze kwiatki!
Kudełka się uśmiechnął, lecz został na miejscu jak wkuty... Nie wiadomo, jakby się było to skończyło, — gdyby nowy gość nie ukazał się na progu. Był to przybyły z nadsprejskiéj stolicy dygnitarz, ku któremu gospodarz szybkim krokiem podbiegł niemal do progu, potrąciwszy nawet profesora, za co go nie miał czasu przeprosić... Kudełka zmieszany jeszcze bardziéj, cofnął się kroków parę, powiódł oczyma po przytomnych — nikogo nie znalazł znajomego...
Położenie staruszka było nad wyraz przykre; co żyło, otoczyło dygnitarza, rozmowa wszczęła się po francuzku a profesor, choć ten język umiał doskonałe, mówił nim nie ceremoniując się zbytecznie z wymawianiem.
Zostawiony sam sobie, nie bardzo pewien, czy wypadało mu usiąść, jeszcze mniéj pewny, gdzieby było najprzyzwoiciéj zająć miejsce; w ostatku wpadłszy na smutny tor myśli, iż siadając, może żółtą ową skórę jeszcze więcéj na światło dzienne wyprowadzić — profesor został w smutnéj zadumie nad znikomościami świata tego. Robiło mu się zimno, gorąco; czuł, że mu paliła twarz, że krew po żyłach biegła jak spłoszona, to się nagle zatrzymywała — słowem stan to był tak nieznośny, iż Kudełka całéj siły ducha potrzebował, by dotrwać na stanowisku.
W dodatku do tych nieszczęśliwości profesor nie przybył tu dla zabawki, miał pewny cel i zamiary — chciał sam na sam pomówić kilka słów z prezesem a tu skład towarzystwa najmniejszéj mu nie dawał nadziei, ażeby śród tak dostojnych gości on ubożuchny nauczyciel, mógł do gospodarza przystąpić.
Lecz profesor Kudełka był człowiekiem mężnym, westchnął, zrezygnował się i pozostał, mało się tylko usunąwszy od środka salonu.
Są przecież litościwe serca na świecie, nawet w takich prawidłowo urządzonych domach, w których się im popisywać z tém uczuciem nie dozwala decorum.
W rzędzie pań, za kołem otaczających prezesową, siedziała osoba nie młoda, w czarnéj sukni także nie bardzo świeżéj, skromnie ubrana i bez pretensji. Dosyć otyła, nie piękna wcale, jejmość ta, jakby z obowiązku tu przybyła, siedziała głęboko w fotel wsunięta, ze złożonemi na piersiach rękami, wachlując się od niechcenia... Wzrok jéj błądził po salonie i uszy nie zdawały się śledzić francuzkiéj rozmowy z dygnitarzem.
Spostrzegła ona zakłopotanie Kudełki, uśmiechnęła się łagodnie, wstała powoli i wprost przyszła do niego. Profesor poznał w niej doktorową X. z domu — (wierzcie czy nie wierzcie, jak się wam podoba) hrabiankę W. — To jéj świętéj pamięci hrabstwo dawało wstęp do salonu prezesowéj, któréj była blizką krewną. Zacna doktorowa znała dobrze Kudełkę, litość ją ku niemu przyprowadziła. Profesor zobaczywszy to i zmiarkowawszy, że ku niemu dąży, byłby jéj padł do nóg przez wdzięczność. Doktorowa najzacniejszą w świecie była istotą a razem najprostszą, najserdeczniejszą, i — co jéj w oczach prezesowéj szkodziło bardzo — śmiałą wyznawczynią swych przekonań... czasem excentrycznych i w niebywałe formy ubranych.
Obawiano się doktorowéj w towarzystwie, bo choć zwykle aż do zbytku była milczącą, gdy jéj jaka urzędowa niedorzeczność dopiekła — brała na kieł i mówiła rzeczy, od których piękne uszy więdły...
— Co téż ty tu, mój biedny profesorze, robisz? jakeś ty się tu zabłąkał? na miłość Boga! zawołała witając go — a to coś osobliwszego jegomości zobaczyć na woskowanéj posadzce...
— Pani dobrodziejko — uśmiechnął się Kudełka — to prawda — wyznaję, wybrałem się wedle niemieckiego przysłowia... jak osieł na lód tańcować... ale niemieckiemu osłowi, wedle tegoż dyktu zbiera się na taniec, gdy mu bardzo dobrze... a mnie...
Nie dokończył.
Doktorowa mrugnęła nań — Chodź no, chodź, siądziemy sobie starych dwoje na uboczu i pogawędzimy...
Profesor o butach zapomniawszy posunął się za doktorową — hrabiną. W kącie oddalonym salonu była kanapka i krzesło... Pani zajęła miejsce na niéj i chciała przy sobie posadzić Kudełkę, ale ten skromnie zajął miejsce obok na krześle... Ogromny ficus zimnemi swemi liśćmi botanika ocieniał. Doktorowa patrzała na staruszka, którego lubiła bardzo, i uśmiechała się ciągle. — On w niéj znał też złote serce... miał ufność zupełną. — Mówił sobie, że mu ją Opatrzność zesłała...
— Kochany profesorze, ty co zwykle w téj godzinie — lub wcześniéj z kurami idziesz na spoczynek — poczęła jejmość, ty, co po salonach bywać nie lubisz... powiedz mi, ale szczerze, co cię tu mogło sprowadzić. — Bo to, nie bez kozery.
Westchnął stary.
— Zgadłaś pani — nie bez kozery, chciałem na osobności... tak... tego... mieć zręczność pomówić z prezesem...
Doktorowa ramionami ruszyła.
— Widzę, że to dziś nie będzie łatwo, dużo gości, mówił profesor — a tak w inne dni i inne pory dnia do prezesa lokaje nie dopuszczą.
— Czybyś potrzebował czego od niego?
— A! nie! nie! — wyparł się Kudełka tak chciałem pomówić...
— Mów bo prawdę...
— Szczerze mówię... ale...
— Cóż to — sekret jaki? wtrąciła pani. —
— Nie, nie, żadnego nie mam, prosta ciekawość.
— Może też i jabym ją zaspokoić mogła? a ze mną sprawa łatwiejsza — dodała doktorowa — poczciwy nasz prezes, okrutnie krochmalny...
Profesor ręką zaprotestował... Namyślał się głęboko... nareszcie począł przysunąwszy się bliżéj.
— Prosta to jest niedorzeczność z mojéj strony — Widzi pani dobrodziejka, stary pedagog, stary kawaler bezdzietny mam ten zwyczaj że mnie moi uczniowie i losy ich obchodzą... Otóż jednego z nich... który — który — który się w domu staréj prezesowéj, wychował — (wyrzucił nagle Kudełka patrząc bojaźliwie na twarz doktorowéj) losy mi są zupełnie niewiadome... Był to chłopak...
— Któż!... może Todzio Murmiński... jakby przestraszona, po cichu przerwała pani. —
Profesor głową dał znak potakujący...
— Na miłość Boga — otóżeś się wybrał — człowiecze... zawołała zasłaniając się wachlarzem... Cóż ci się stało!! W tym domu tego nazwiska wyrzec się nie godzi! To szczęście i łaska Boża, żeś się przyznał przedemną... Ani słowa o nim! ani słowa...
Profesor zbladł, głowę pochylił, a szeroki kołnierz starego fraka jakby go chciał utulić podniósł mu się aż do uszów... On sam trwożliwie z pod niego wejrzał ku siedzącéj przy nim doktorowéj, która żywiéj coraz wachlarzem rzucała, spoglądając na staruszka z rodzajem politowania.
— Ależ to był prawie jak syn przybrany? jakby dziecię domu? szepnął profesor — Czy co zbroił? czy mu miano do zarzucenia? dla czegożbym nie miał choć zapytać o niego — mówił daléj. — Ja przecie nic nie wiem... nic...
Doktorowa ramionami ruszyła zniecierpliwiona, pochyliła się ku niemu i poczęła po cichu.
— Jesteś stare dziecko, mój profesorze. Zkąd ci tak nagła mogła przyjść ciekawość? Ten Todzio był podobno w ostatnich... ruchach... potém się okrutnie zaawanturował... Prezesowa czując swój zgon kazała go powołać.., ale go znaleść nie mogli... Prezes go znieść nie może...
— Ja pytam pani dobrodziejki — czy na nim cięży jako plama, dodał stary.
Znowu doktorowa ruszyła ramionami.
— O żadnéj plamie nie wiem... ale wiem, że go tu nie cierpią, że tu jego nazwiska wspomnieć nie wolno, że prezes się rumieni z gniewu, gdy kto go przypomni... Człowiek tak wytrawny... a w tym jednym razie opuszcza go zwykła powaga... coś więc być musi...
Prezesowa nie przyznając się, ażeby co wiedziała, uśmiechała się ironicznie, dziwnie jakby tylko nie chciała lub powiedzieć nic — nie mogła, poczciwy Kudełka nic nie rozumiał.
— Moja mościa dobrodziejko, odezwał się po długim namyśle — przecież mnie nie zabiją, gdy spytam a zapytać muszę, bo — bo mnie los tego chłopca obchodzi.
— Chłopiec ten, żywiéj poczęła pani — wedle wszelkiego podobieństwa nawet już pewno nie żyje... Przybył tu na chwilę po zgonie swéj opiekunki... nie wiem co wówczas między nim a prezesem zaszło...
Poprawiła się zaraz pospiesznie.
— Nie wiem nawet czy co zaszło — nic niewiem... ale znikł... powiadają że czy do Jndji czy do Chin się najął na statku i jak w wodę wpadł...
Nastąpiło milczenie długie — profesor się zamyślił, lecz odzyskał zwykły swój spokój i równowagę ducha. Doktorowa która ciągle się przypatrywała, dostrzegła, że mu się twarz rozjaśniała.
— A więc złego o nim nie ma nic — dodał — to chwała Bogu! Chwała Bogu...
— Cóż on cię obchodzi! spytała schylając się stara... czy cię doszły jakie o nim wiadomości?
— Obchodzi mnie, wymijając drugą część zapytania rzekł profesor — no — jako dawny mój uczeń nic więcéj... Bądź co bądź grzecznie spytam prezesa, byle się nastręczyła zręczność? Jużciż się pogniewać nie może...
— Pogniewa się niezawodnie i zrobisz mu przykrość! przestrzegła doktorowa chwytając go za rękę... proszę cię — daj temu pokój.
— Ale — muszę!.., muszę! zimno odpowiedział stary... jestem uparty...
Nie było co dłużéj z nim dysputować — całą pociecha dosyć niespokojnéj doktorowéj było to tylko, że wedle wszelkiego podobieństwa, profesor nie znajdzie sposobności rozmówienia się z prezesem... W chwili, gdy jeszcze miała dalszą prowadzić rozmowę, głos srebrny pięknéj Żuljetty odezwał się powołując ją na świadka w jakiejś sprawie. Doktorowa musiała wstać, ale odchodząc ścisnęła rękę staruszka i szepnęła żywo.
— Daj temu pokój, daj pokój...
Kudełka, posiedziawszy chwilę na kanapie zadumany, poruszył się późniéj, lecz wbrew radzie doktorowéj z mocném postanowieniem zagadnięcia gospodarza, jeśliby się tylko trafiła zręczność po temu.... W téj chwili do niego i do stolika przysiadł się dawny uczeń — dziś ogorzały obywatel wiejski, człek dobrego humoru i serca.... Zaczęli się śmiać przypominając studenckie czasy. — Obywatel zapraszał dawnego profesora na ekskursję do siebie. Tak upłynął kwadrans czasu, podano herbatę... pili ją razem u tego oddalonego stolika. Kudełka nie widział, zagadawszy się, że często niespokojny wzrok doktorowéj śledził jego ruchy i czynności. Po herbacie mężczyźni zasiedli do gry w pierwszym salonie i bocznym gabinecie, gospodynię wielbiciele jéj talentu uprosili, aby grała. Fortepian stał w bocznym saloniku... obywatela odciągnięto do whista. Gospodarz, który jako gospodarz nie grał, znalazł się tak jak sam na sam z profesorem.... Zbliżył się więc i usiadł przy nim.
Kudełce twarz rozpromieniała.
— Teraz — rzekł w duchu — teraz albo nigdy; ale trzeba rzecz zręcznie naprowadzić, jak gdyby sama z siebie przyszła.
Rozmowa poczęła się obojętnie. — Prezes był wesół i uprzejmy — mówiono o dawnych czasach, o wieku, o starości....
— Otóż to — odezwał się prezes — jak to pięknie, przykładnie spędzone życie wypłaca się miłą, zdrową, czerstwą starością. Pan dobrodziej jesteś tego najlepszym przykładem. Wszystkie zachowałeś władze i taką młodzieńczą świeżość ducha... ja panu zazdroszczę....
— A! mości prezesie dobrodzieju — dalipan, nie ma czego — westchnął profesor. Natura dała człowiekowi to władz jego osłabienie w dobroczynnym celu, ażeby mu zgon uczynić mniéj bolesnym. Traci się pamięć, zmysły, żywość wrażeń i powoli, stopniowo przechodzi w ten stan spoczynku, po za którym... królestwo śmierci i rzeczy zagadkowych.
Prezes spojrzał, widocznie mu się zagadkowe rzeczy jako dowodzące sceptycyzmu nie podobały.
— Kochany profesor żyć nam będziesz więc bardzo długo, boś jeszcze przy wszystkich, dzięki Bogu, władzach i w sile.
— Tak, po troszę coś mi zostało — rzekł stary — najbardziéj się cieszę, że mi Pan Bóg pamięć zachował, bo utrata jéj byłaby dla mnie najprzykrzejszą. Czy uwierzy pan prezes, że ja moich dawnych uczniów wszystkich, ale to wszystkich, tak pamiętam z twarzy, mowy, miny, jakbym ich widział wczoraj.
Doktorowa znać niespokojna o rozmowę, przysunęła się w téj chwili do stolika, lecz prezes poprosił ją, żeby żonie pomogła przy gościach. Rada nie rada, rzuciwszy wejrzenie na starego, oddaliła się ociągając.
— Ja takiéj pamięci nie mam — dodał prezes.
— Ale — choć może nie w miejscu, lecz w związku z tą moją pamięcią, która jest razem pociechą i utrapieniem mojém — wszak ci to w domu i pod opieką pani prezesowéj matki wychował się niejaki Teodor Murmiński....
Profesor mówił zwolna i chłodno, patrząc w oczy prezesowi... lecz z już w pół niedokończonego frazesu postrzegł, iż lepiéjby był może zrobił, usłuchawszy rady doktorowéj. Prezes, który siedział nieco zgięty na kanapie, począł się prostować, twarz oblała mu się purpurą, oczy zaogniły i niespokojne wpiły w twarz mówiącego, usta drgały, czoło się fałdowało — słowem, wrażenie nagłe, którego pohamować nie miał czasu ani siły, wybiło się tak wyraziście w jego rysach, że Kudełka zalękniony — umilkł. Prezes téż, choć obowiązany do odpowiedzi, długo milczał, znać szukał takiéj, ażeby wszelką dalszą rozprawę o niemiłym mu człowieku zamknęła.
— Nie wiem — rzekł — co się z nim stało.
W głosie czuć było gniew; oczyma zdawał się szukać w twarzy starego, czy wzmianka ta przyszła w istocie przypadkowo, czy może była obrachowaną, umyślną, uczynioną dla dotknięcia go boleśnie. Kudełka siedział niewinny i spokojny.
— Szkoda chłopca — odezwał się — był żywy do zbytku, roztargniony, ale zdolny....
Ironiczny uśmiech rozlał się po ustach prezesa, który drżał cały jakby ze źle tamowanego gniewu. Zdawało się, że chciał coś powiedzieć, zagryzł usta, rzucił na profesora surowym, pełnym wyrzutów wzrokiem i chciał wstawać. Kudełka miał wolę żelazną i w ważniejszych sprawach odwagę daleko większą niż wchodząc do salonu.
— Może to nie dyskrecja będzie z méj strony, począł chłodno, ale staremu to darowane, że o losie dawnego ucznia chce wiedzieć. Wiadomo to powszechnie, iż ś. p. prezesowa żywo się tym wychowańcem zajmowała. — Państwo też zapewne tę świętą po niéj przejęliście spuściznę. Dla czegóż tak znikł.... co się z nim stało? czy co zawinił?
W prezesie widocznie wrzał gniew co raz do stłumienia trudniejszy.
— Mój profesorze — odezwał się tonem pańskim i imponującym — nie pytaj mnie proszę i nie przywodź przykrych wspomnień. Chłopak nie wiele zasługiwał na tę opiekę, jaką mu dano.... Zbrodni nie popełnił, lecz rad jestem, żeśmy się go pozbyli. — Jest to zwykły tryb rzeczy ludzkich, że się za dobrodziejstwa odbiera w zapłacie najczarniejszą niewdzięczność.
To mówiąc prezes wstał, wyprostował się dumnie, otarł czoło, oczyma powiódł po sali, skierował je na zdumionego profesora i już odchodząc zwrócił się jeszcze....
— Czybyś pan co o nim wiedział? spytał przystępując do niego.
Kudełka miał w życiu za zasadę, nawet gdy szło o rzeczy najdrobniejsze na pozór, nigdy nie kłamać. Dla niego było to zadaniem godności człowieka i sumienia. — Pomyślał nieco.
— Właśnie dla tego, że o jego przeszłości nie wiedziałem, chciałem pana prezesa prosić o objaśnienie.
Zadowolniony tą odpowiedzią, nie biorąc ściślej wyrazu — o przeszłości — prezes się oddalił, widocznie mocno wzruszony.
Doktorowa, która z drugiego pokoju czatowała na koniec rozmowy, usiłując ją odgadnąć z twarzy i ruchów dwóch tych panów — wysunęła się zaraz i, nim Kudełka miał czas, zabrawszy z kanapy swój kapelusz i umieściwszy go na piersiach, wyśliznąć się z salonu, przyszła pospiesznie do niego.
— Mówiłeś co z prezesem o nim? zapytała żywo.
— A jakże — odparł stary.
— Cóż ci odpowiedział?
— Dał mi do zrozumienia, że mu tamten coś zawinić musiał — niewdzięcznością....
— Twój upór czy stałość — przerwała doktorowa — dowodzi mi, że pytanie prostą ciekawością nie było.... Jeżeli co o nim wiesz, mam ci jedną przyjacielską radę do dania. Nie mięszaj się do tego.
— Ja się nigdy w cudze sprawy nie mięszam — spokojnie rzekł Kudełka — i kłaniając się myślał odchodzić.
Doktorowa zastąpiła mu drogę.
— Nie ustąpię — kochany profesorze, musisz do mnie jutro przyjść na objad... koniecznie.
Zamyślił się stary — chwyciła go za rękę spoczywającą na kapeluszu.
— Jutro, o godzinie drugiéj... koniecznie.
Profesor się skłonił milczący... doktorowa ustąpiła zwolna, a on ogladając się do koła... powoli wysunął sie za drzwi.
Niespokojny wzrok prezesa stojącego w głębi sali poszedł za nim i ramiona poruszyły mu się gwałtownie. Widocznie potrzebował na uboczu stojąc przyjść do siebie, tak go niezręczne wspomnienie staruszka ubodło i dotknęło.

∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.