Złoty Jasieńko/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złoty Jasieńko
Podtytuł Powieść współczesna
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1869
Druk Drukarnia S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Kamienica pod Byczą Głową, któréj szczęśliwym posiadaczem był okrągły i spokojny pan Sebastyan Zwiniarski na teraz cechmistrz rzeźniczego kunsztu, czy téż bractwa, i z pradziadów mieszczanin sławetny — leżała nieco odlegle od nowszych i paradniejszych ulic, wszakże w środku starego miasta. Postawiona w owych czasach gdy pod sznur nazbyt nie wyciągano budowli i jednakiéj im nie nadawano fizyognomii, przedstawiała się nieco fantastycznie ale bardzo poważnie. Znać w niéj było mury grube, sklepienie silne, a po odrzwiach i futrynach rzeźbionych pewne nawet o powierzchowną piękność staranie.
Ona już sama mogła coś nauczyć o rodzinie posiadaczy, bo mówiła o jéj zamożności mieszczańskiéj i starém osiedleniu. Dziad pana Sebastyana ją stawiał, ojciec i wnuk utrzymali w jak troskliwszéj pieczy. To téż wśród obok stojących, nieco zaniedbanych budowli wyglądała prawie pańsko. Bycza Głowa była niegdyś znakiem rzeźnika, stała się późniéj godłem kamienicy, szlachtuzu ani jatki dawno tu nie było, pan Sebastyan bowiem nie zajmował się drobnostkową sprzedażą, ale raczéj zakupnem wołów hurtowném, które późniéj częściami, na kredyt mniejszym handlarzom odprzedawał. Miasteczko położone na jednym z głównych traktów wiodących z prowincyi w bydło najpiękniejsze obfitujących, parę razy na tydzień ze znacznych partyi wołów ukraińskich i wołyńskich mogło się zaopatrywać. Zwykle téż pan Zwiniarski korzystał z przepędu i znaczniejsze czynił zakupy, handlując potém niemi nietylko w mieście, ale nawet zaopatrując mniejsze osady.
Z rzeźnika, chociaż się tego stanu nie wypierał — wyszedł nieznacznie na spekulanta bydła, z czego miał dochody piękne, bo się znał dobrze i miał oko tak trafne, że wagę wołu, jego łój, wartość skóry i dobroć mięsa mógł z wejrzenia prawie na pewno ocenić. Nie spuszczał się téż na ludzi, w kapocie szaréj, w butach do kolan, podpasany rzemiennym pasem, z trzciną w ręku, szedł regularnie na targ sam, woły opatrywał i kupował co ocenił i wyprobował.
Rzeźnicy wszyscy byliby się za niego posiekać dali, bo dla nich był prawdziwą Opatrznością, dawał im kredyt, w uzyskiwaniu należności był wyrozumiały, z ludźmi łagodny i nie znał co gniew lub niecierpliwość. Wiarę miał téż u ludzi niezmierną, bo był poczciwości nieposzlakowanéj.
Ten spokój który się malował na jego poczciwéj twarzy, panował w sercu.
Mimo znacznéj majętności, którą wziął po ojcu, a w części sam się dorobił, obyczajów był skromnych, życie wiódł nader proste i można powiedziéć że się czuł szczęśliwym. Żonę miał dobrą i gospodarną kobiécinę, trochę gadatliwą, żywą, opryskliwą, ale w gruncie najlepszego serca. Synek dziesięcioletni i dorosła córka Apolonia, poufale Połcia zwana, składali całą rodzinę.
Życie obojga państwa płynęło jak najregularniéj i bez wielkich wstrząśnień — i byłby może pan Sebastyan nie znał nieprzyjemnych wzruszeń wcale, bo mu ich domowy byt nie dostarczał, gdyby nie sąsiedni dom Paskiewicza. Paskiewiczowie krawcy z powołania, mieli sporą kamienicę dosyć źle utrzymaną obok, ale z ogromnym i pięknym ogrodem. Mówiono, że to był niegdyś pałacyk Ossolińskich, którzy w sąsiedztwie dawniéj znaczne dobra posiadali. W istocie kamienica, mimo zmian, jakim uległa, zachowała w sobie coś pałacowego. Front był okazały, między oknami ukazywały się na pół zbite armatury, w ogrodzie była jakby resztka fontanny, pyszna aleja lipowa i altana z lip starych. Wszystko to od lat kilkudziesięciu w najopłakańszym stanie zaniedbania zostawało, z powodu, iż Paskiewicze nie mogli się podzielić na pięć głów tą posiadłością, żaden spłacić nie był w stanie współsukcesorów, kłócili się i rujnowali. Postanowili sprzedać je; panu Zwiniarskiemu myśl przypadła wielce do smaku, piérwszy raz w życiu zapalił się projektując dwa domy połączyć, a nadewszystko stworzyć sobie ogród śliczny. Uśmiéchało mu się to wielce. Przyszło do targów, zażądano dość wiele, bo półtora kroć. Sebastyan się zgodził. Było sumy klasztornéj na wiecznym procencie piątym pięćdziesiąt tysięcy, gdy przyszło się resztą dzielić na pięć głów, a głowy na pół i ćwierć-główki, okazało się że niektórym z sukcesorów bardzo mało przypadło. Zaczęli podnosić cenę posiadłości, pan Sebastyan się cofnął.
Ale ktoby temu uwierzył.. Nadzieja, którą się bawił kilka tygodni, stracona nagle, zatruła mu jego spokój. W dodatku o kilka łokci ogrodu jeszcze mu proces wytoczono.
O sprawę byłby nie dbał — ale już sobie poczciwy stary wymalował w wyobraźni swoją przyszłą rozległą, cienistą posiadłość, urządzenie altany, zasadzenie kwiatów, kamienne ławy i stoły, bramę piękną od ulicy, sypane żwirem białym ścieżynki, zieloną darń, owocowe drzewa i t. p. a teraz cały ten sen szczęśliwy wyrwano mu i rozproszono. Czuł on że gdyby uległ podwyższeniu ceny, byłby narażony potém na rozliczne pretensye jeszcze, postanowił więc cofnąć się, cofnął, ale bolał.
Chociaż spokojny jak dawniéj, był smutny.
W popołudniowéj jakoś godzinie posłał po Tramińskiego, nie wychodził tego dnia, bo go nieco gardło bolało, zawiązaną miał téż szyję grubą chustą i siedział w oknie zamyślony.
Państwo Zwiniarscy zajmowali piérwsze piętro własnéj kamienicy od frontu, tak jak rodzice niegdyś i nic się tu w tém mieszkaniu od stu lat może nie zmieniło. Było ono bardzo czysto, porządnie utrzymane, ale zbytek i fantazya nie wkradły się tu jeszcze.
Piętro było jak dół sklepione, izby duże, okna głęboko w murze, także w każdéj niszy parę krzeseł stanąć mogło — piece kaflowe polewane, stoły ciężkie, krzesła z wielkiemi poręczami. Sprzęty gospodarskie i narzędzia pracy codziennéj nie kryły się i nie wstydziły z sobą, tu i owdzie krośna, skrzynie, kuchenne nawet naczynie spotkać było można. Nie przyjmowano tu gości chyba swoich, nie myślano odegrywać komedyi wielkiego tonu, ani stosować się do obyczaju klas innych. Pani Sebastyanowa, którą mąż żartobliwie czasem zwał Sebastyanicką, była mała, okrągła jak on, żywa, wesoła i niezmiernie pracowita. Synek chodził do szkół i trzymano go surowo, z Polcią tylko matka, kochając ją może do zbytku, postąpiła nierozważnie. Zamiast ją wychować na gosposię i żonę poczciwego mieszczanina, w prostocie obyczaju dawnego, powoli, sama nawet nie wiedząc jak, zrobiła z niéj panienkę zupełnie domowi obcą i do niego nie przystającą. Polcia była utalentowana, uczyła się łatwo, miała twarzyczkę śliczniuchną, główkę otwartą, jakże jéj nie było uczyć! kształcić i wypieścić to śliczne cacko.
Ale gdy po świetném ukończeniu pensyi na miejscu i wyższych nauk w Warszawie wróciła Polcia do domu — znalazło się, że jakoś z matką zrozumiéć się nie mogły, były sobie jakby obce, i Polcia, w swoim domu była jak nie na swym świecie.
Jest to pewnie jedném z największych nieszczęść na świecie, gdy z jakichkolwiek bądź powodów harmonia w rodzinie, złoty węzeł, co ją łączy potarganym lub nawet tylko zwolnionym zostanie.
Szczęściem dla Polci i dla matki — dziécię z kolébki wyniosło serce poczciwe, charakter łagodny, i pobożność szczérą a głęboką. Nie umniejszyło to jéj miłości dla mateczki, że ją znalazła wróciwszy dziwnie zacofaną, nieświadomą bardzo wielu rzeczy, mającą wyobrażenia fałszywe zupełnie i niekiedy śmiészne. Z pokorą dobrego dziecka wzięła się Polcia do łagodnego nauczycielstwa i nie niecierpliwiąc się, nie okazując swéj wyższości, stała się dla matki źródłem światła.
Ale niemniéj biédne dziewczę musiało się czuć niezrozumianém i osamotnioném w towarzystwie ludzi poczciwych wprawdzie, lecz zacofanych i nieumiejących nic nad to, co nauczyło życie. W takiém otoczeniu bez skarg, bez zżymania, niecierpliwości, z uśmiéchem i rezygnacyą żyć i rosnąć, nie obawiając się przyszłości, mogła tylko tak szczęśliwie obdarzona istota, jaką była Polcia.
Nadto jest może fenomenalnych w powieściach postaci, ale i życie gdy mu się zblizka przypatrzym, gdy zajrzym w jego głębie, ma ich wiele. Do nich młode to dziewczę zaliczyć należało. Był to fenomen jasny i pocieszający, a w domu świéciła ona gwiazdą i była ukochana przez wszystkich. Nie mówiąc już o matce, któréj miłość dochodziła do bałwochwalstwa, ani o ojcu, który w Polcię wierzył jak w wyrocznię, cały dom i wszyscy znajomi się nią zachwycali. Nic to ją wszakże nie psuło, była skromną a cichą, uśmiéchającą się i łagodną. Ale smutek powlekał jéj lice, żyła bowiem, gdy jéj zabrakło tego życia duszy którego w domu nie miała i gdzie ją tylko uczuciem karmiono — żyła książkami. Wybór ich miała sobie saméj zostawiony i choć umysł zbrojnym był przeciwko złemu... nie było w nim może dość siły, aby wszystkie sprzeczności spotykane pogodzić mogła... W życiu czynném nieustannie się nam przedstawia tysiąc zagadek nierozwikłanych kontrastami w książkach, które są odbiciem, często mimowolném a niezupełném żywota, gdzie sprzeczności, jako jeden z processów sztuki umyślnie się uwydatniają, kontrastów więcéj jeszcze i ostrzéj występuje przeciw sobie. Umysł w nich się gubi i chwilami zwątpić musi o sobie. Stan duszy Połci, jéj smutek właśnie pochodził z jéj osamotnienia z książkami. Żywego towarzystwa, widoku na czynne życie zbywało, niewiele daléj oczy jéj sięgały, nad uliczkę i drogę do kościoła, lub ogrodu.
Jakkolwiek Zwiniarski był bardzo majętnym człowiekiem, stosunków nie miał i nie szukał tylko ze swojemi... kółko jego znajomości było nader ograniczone.. Towarzystwo, któreby Polci przystać mogło i było dla niéj pożądaném, oddzielone od niéj względami wielu i trybem życia stawało się niedostępném. Nawet koleżanki z pensyi, należące do rodzin, które weszły już w inne sfery, ledwie ją zdaleka witały i pobieżnie spotkawszy, przemówiły słów kilka.
Tu znowu trzeba było tak dobrego serca i takiéj skromności, jaką miało dziéwczę, aby się ani zżymać na ostracyzm co ją wydzielał i odosobniał. Mówiła sobie spokojnie, że to ją od wielu przykrych zawodów i bolesnych dla rodziców, a ambarasujących dla niéj saméj położeń ratuje. I uśmiéchała się bez żalu w sercu, wracając do matki uścisku i do książek.
Polcia odebrała była wychowanie tak świetne i tak ono szczęśliwie do niéj przystało, mówiąc po prostu — iż mogłaby była jeśli nie w najświetniejszém towarzystwie zajaśniéć — bo tego jéj skromny bronił charakter — to przynajmniéj wszędzie znaléźć się na swojém miejscu. Umiała dobrze kilka języków, była doskonałą muzyczką, a nałóg czytania i potrzeba, aż nadto daleko zaprowadziły ją w naukach.
Poczciwa matka wziąwszy się w boki, nieraz posłuchawszy Polci, mówiła sobie odchodząc pocichu: Jestem jak kura co wysiedziała kaczęta, patrzę z brzegu jak pływają, ale z niemi płynąć nie mogę.
I śmiała się dobrodusznie z téj biedy, z któréj wszakże była szczęśliwą.
Tego wieczora pan Sebastyan znudzony bólem gardła, siedział w oknie podparty na ręku — czekał na Tramińskiego i wzdychał. Przez pokój w którym się robiło ciemnawo, niekiedy przesuwała się jejmość, stawała na chwilę przed mężem, pytała troskliwie, czy mu czego nie potrzeba, czyby po doktora nie posłać, czyby jajko nie ubić, czyby synapizmów nie położyć, a odbiérając tylko półsłówkiem odpowiedzi przeczące, szła daléj.
Polcia w drugim pokoju grała na fortepianie; ale z oka nie spuszczała ojca.
Tramiński się spóźniał. Naostatek biédaczysko zasapany, jak zawsze odziany licho, zawstydzony niedostateczną toaletą, dla któréj może umyślnie wybiérał godzinę zmroku — wsunął się z nieodstępnemi papierami pod pachą.
Sebastyan wstał na jego spotkanie. Polcia przestała grać, zafrasowany Tramiński rzuciwszy okiem po pokojach, zbliżył się do gospodarza.
— Spóźniłeś mi się — rzekł Sebastyan.
— Ale na uczciwość miałem robotę — nie mogłem, przepraszam, czy jest co pilnego?
— Nie, nie ma nic, tylko mi oto gardło spuchło, — odezwał się gospodarz, — nie mogę wyjść, chciałem pogadać.
Tramiński się rozśmiał ruszając ramionami i pocałował go ściskając oburącz.
— A toś dobry, mój dobrodzieju, mnie sobie na gawędę zawołałeś? Człowiecze, od tylu lat mnie znasz, wiész, że próżnować mnie nie wolno, weź-że sobie kogo innego co jak waszeć może siedziéć z założonemi rękami.
— Ale ba, kiedy mi kto inny nie do smaku.
— Pochlebco ty jakiś — zawołał Tramiński, co ci ze mnie starego? Ja już i gadać się oduczyłem pisząc.
— No! no! szara godzina, szkody ci nie zrobię, możesz ją staremu przyjacielowi darować.
— Polciu — moje kochanie — dodał Sebastyan, każ nam przynieść piwa.
Polcia przybiegła żywo. Tramiński skuliwszy się jeszcze bardziéj przed nią ze wstydu za ubranie, pokłonił się jéj pokornie.
— Jakto? odezwała się — tatko w zapaleniu gardła będzie piwo pił?
— W jakiém zapaleniu? u ciebie się w głowie pali! Mnie po prostu sobie boli gardło, a na to kufel piwa przecie zaszkodzić nie może...
Pocałował ją w czoło.
— Każ dać dwa kufle bawara, ale jak najlepszego. Tramińskiego wiész jak kocham, dałbym mu wina, ale on go nie lubi, ani ja.
— Tatku, ale ty nie pij!
— Ale daj-że mi pokój, już przecie nie taka jestem panienka jak ty, ale stary rzeźnik. Każ dawać bawara i słuchaj ojca rozkazu, choć jesteś od niego rozumniejsza.
— Pani moja! zawołał Tramiński — ja z panem Sebastyanem gotów jestem pić rumianek.
Zaczęli się śmiać, ale bawara podano i Sebastyan któremu w gardle paliło, nie wahał się nim ochłodzić.
— No, rzekł zasiadając w oknie z Tramińskim — co słychać?
— Dopieroś mnie zagadnął. — Cóż ty chcesz żebym ja słyszał oprócz szelestu przewracanych kart?
— Jeśli nic nowego nie wiész, to skomponuj.
— Dalipan, panie Sebastyanie, ty dziś odemnie dzikich rzeczy wymagasz.
— Bom chory i zły.
— Ty? zły? a to coś nowego.
— Zły, jak mnie widzisz, zły na Paskiewiczów. Nie chcą sprzedać, i nie chcą.
— Nie chcą?
— Sprzedaliby, ale już mówią o stu siedemdziesięciu.
— Nie możesz dać?
— Wstydzę się, umowa była.
— Warto, czy nie?
— Kto go tam wié co dom w mieście wart, gdy niewiadomo nigdy co samo miasto warto? Jutro może się co zmienić i to co dziś sto warto, spadnie do dwudziestu.
— Już nie wiem co ci radzić! — westchnął Tramiński, ale ba! — wykrzyknął nagle aż się pan Sebastyan zadziwił — ale ba! mam dla waszeci nowinę, i nic nie gadam.
— Widzisz jakiś niepoczciwy!
— Alem wierutnie zapomniał, — dodał kancelista. — Mój Boże, jak to my jesteśmy względem ludzi niesprawiedliwi, biję się w piersi, ja, ja, zgrzeszyłem okrutnie — mea culpa.
— Wystaw sobie, wszak to ja na tego mecenasa Szkalmierskiego com nie wygadywał — a co nie myślałem! Tak mi ta jego krescytywa w oczy kłuła żem sam goły. Ale bo tak — dodał widząc że pan Sebastyan ramionami rusza — niesłuszniem go posądzał o dumę; o, o, wszystko złe.
— A cóż? okazało się, że święty człowiek.
— Święty! ba! niema świętych na ziemi, a przynajmniéj ich mało — ale to uczciwy człowiek i ma serce. A i to coś znaczy.
— No — no, ale jakżeś się o tém przekonał?
Tramiński z największemi szczegółami począł opowiadać swe spotkanie, rozmowę, przyjęcie, uprzejmość, serdeczność któréj doznał.
Pan Sebastyan słuchał, należał on téż do tego rodzaju ludzi którzy niechętnie posądzają drugich o fałsz i chytrość, a woleliby ich uczciwemi sądzić, zdanie przytém Tramińskiego było u niego wielkiéj wagi, nie zaprzeczył więc bynajmniéj, ale się zdumiał.
— Proszę, proszę, — odezwał się — jakże mnie to cieszy. Ja, prawdę rzekłszy, tak znowu bardzo o nim źle nie sądziłem nigdy, a że zdatny to zdatny, głowa porządna, co się zowie.
— Ale wystaw sobie o czém się między nami zgadało przy śniadaniu, dodał stary, o tobie.
— O mnie! a to jak?
— Ale bo zdaje mi słyszał coś o projektowaném kupnie kamienicy Paskiewiczowskiéj. Ztąd o tém, że u ciebie leżących jest z półtora kroć.
Pan Sebastyan się uśmiechnął skromnie, ale ten uśmiech milczący wart był jeszcze z jakich pięćdziesiąt tysięcy wyżéj nad taksę.
— Cóż on na to? co on na to? — zapytał biorąc się do kufla, w którym już nic nie było.
— Ba! powiada, jak to ci ludzie nie umieją piéniędzy używać. I to to leży w kuferku, a nie robi nic, gdy dobrze obrócone dałoby piętnaście może procentów bez narażenia kapitału. Potém mi zaczął opowiadać, jak on to dla swoich znajomych i przyjaciół, dla Simsona, dla Bartkowskiego ich kapitalikami robi.
— Cóż to? czy umizga się do moich pieniędzy?
— Ale gdzie zaś! powiada że gdyby tylko chciał, miałby ich więcéj niż potrzeba, on to tylko dla dobrych przyjaciół robi. Tłumaczył mi nawet tę manipulacyę. Szlachcic kończy korzystnie interes, trzeba na gwałt grosza, zarabia pięćdziesiąt, gotów bez uszczerbku dać dziesięć i więcéj. Miarkujesz jak się tak parę razy w rok obróci.
— A zapewne, rzekł Sebastyan — ale, ale, to się tam trzeba z niemi znać. Ja, wiész to dobrze, na wielkie zyski nie poluję. Dla tych dwojga dzieci co ich mam, starczy tego co jest. Kamienicę i mój handel przekażę Jurasiowi, a Polci pod poduszkę jak dam półtora kroć, będzie dosyć.
— O mój Boże — zawołał Tramiński, pannie Apolonii i bez tegoby na świecie znalazły się partje świetne.
— Może, ale z tém, rzekł żartobliwie pan Sebastyan — jeszcze bezpieczniéj.
Wszakże zamyślił się pan Zwiniarski widocznie nad temi dwunastu czy piętnastu procentami.
— Proszę ciebie — rzekł — otóż to jak oni robią majątki. Taki Szkalmierski, dajmy na to, gdy szlachcicowi pilno, może dostać za pięć a da mu na dziesięć, i jeszcze podziękują.
— A! no, i toć przecie handel, dobroduszny odpowiedział Tramiński, musi piéniędzy szukać, dostać, kłopotać się i powinien zarobić.
— Zapewne, zapewne — mruczał gospodarz wciąż pochylając próżny kufel a nie śmiejąc dopomniéć się już o drugi — ale tych dwanaście, piętnaście nie wyłazi mi z głowy. Wiész asan, że na innym handlu i z wielką ryzyką, trudno więcéj zrobić. A tu gładziuteńko.
— On tak mówi.
— A juściż po cóżby kłamał, piéniędzy, jak sam powiada, nie potrzebuje.
— Mówi, że się opędzić nie może.
— To cały sekret jego krescytywy, dodał pan Sebastyan.
— Ze szlachtą ma stosunki. Szlachta bywa goła, o! bywa goła, frymarczy majątkami, robią się wielkie interesa, a przy każdym gdy się coś upiecze...
Tramiński potakiwał.
— Po prostu handel.
Sebastyan się zamyślał.
— A jakże się téż o mnie odzywał? czy z przekąsem?
— Uchowaj Boże.
— Bo to my się znamy i nie znamy. W domu u mnie nie był nigdy. I bałbym się go do kata — dodał ciszéj — bo to ładny chłopak i szykowny a i Polcia niczego.
Tu uderzył się w usta śmiejąc, i spojrzał w stronę, gdzie córka w drugim pokoju siedziała.
— Wyobraź że sobie jeszcze co — rzekł Tramiński, zaprosił mnie formalnie żebym u niego rankami bywał na gawędce.
— No! no! no! no! zawołał Sebastyan toście się poprzyjaźnili.
— Proszeż cię jakiby on mógł miéć w tém interes, gdyby nie poczciwe serce?
— Oczewiście. Ale — cóż słychać o prezesie, o prezesównie, bo chodziły wieści że się o nią starał.
— Nic nie wiem, to pewna, że gdyby i tak było, posądzać się go nie godzi o interesowność, bo prezes ostatkami goni i w bardzo jest złych interesach.
— Masz tobie! przerwał Sebastyan — dosyć że oni chyba wszyscy pobankrutują! Prezes? zkąd że ty to wiész?
— Z przypadku. Kazano mi wyciąg zrobić z ksiąg hipotecznych, widać dla sądu, czy nie wiem dla kogo, ale z dyspozycyi notaryusza, zrobiłem go. Majątek oszacowany na przeszło milion, a z towarzystwem jest na niém ciężarów dziewięć kroć. Teraz że, jeśli ludziom wierzyć, są długi po za hipoteką, i ileż mu zostanie?
— Prezes! proszę was! wszak to byli niedawno jedni z najzamożniejszych u nas.
Tramiński ruszył ramionami i oba westchnęli.
— Polciu! zawołał pan Sebastyan do córki, miej litość jeśli nie nademną to nad poczciwym Tramińskim. Każ dać drugi kufelek! mnie ten piérwszy tak pomógł na gardło, ale już nie upominam się, tylko dla niego.
Panna Apolonia uśmiéchnęła się do ojca, i przyniesiono jeszcze dwa kufelki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.