Wyspa skarbów/Rozdział XXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział trzydziesty.
SŁOWO HONORU.

Obudziłem się — ściślej mówiąc, obudziliśmy się wszyscy, gdyż zobaczyłem, że nawet wartownik drgnął i zerwał się z miejsca, gdzie spoczywał, oparty o węgar drzwi — posłyszawszy wyraźny, dziarski głos, nawołujący nas od rubieży lasu.
— Hola, szałas! Doktór idzie!
Istotnie był to doktór. Choć uradowałem się, słysząc ten głos, jednak moja radość nie była bez domieszki goryczy. Zmieszałem się, wspomniawszy moje nieposłuszeństwo i nieszczerość, a gdy uprzytomniłem sobie, do czego mnie ono przywiodło — pomiędzy jakie towarzystwo i w jakie niebezpieczeństwa mnie wtrąciło — uczułem, że wstydzę się spojrzeć doktorowi w oczy.
Musiał wstać ze snu jeszcze pociemku, gdyż na niebie dopiero świtał dzień, a gdy podbiegłem ku strzelnicy i wyjrzałem przez nią na świat, zobaczyłem go stojącego, jak przedtem Silver, po kolana w unoszącej się mgle.
— Aa, to pan, panie doktorze! Dobry dzionek panu! — zawołał Silver, wyspany i promieniejący dobrym humorem. — Pogodnie i wcześnie, a jakże!
Ranny ptaszek łatwo zdobywa sobie pożywienie, jak mówi przysłowie. Jerzy, wyciągnij-no swoje pedały, mój synku, i pomóż doktorowi Liveseyowi dostać się do nas. Wszystko ma się dobrze... Wszyscy pańscy pacjenci zdrowi i weseli...
Tak trajkotał, stojąc na szczycie wzgórza, wsparty szczudłem pod pachą, jedną rękę trzymając na ścianie stanicy, zupełnie dawny Jan z głosu, układności i wyrazu twarzy.
— Mamy tu dla pana wielką niespodziankę — ciągnął dalej. — Mamy tu małego przybysza... He! he! Nowy okrętnik i domownik, panie szanowny, a wygląda tęgo i raźnie, ten smyk! Spał, jak nadzorca towarów, koło samego Jana... Leżeliśmy, jak dwie kłody, przez całą noc!...
Doktór Livesey przeszedł tymczasem przez palisadę i był już niedaleko od kucharza. Zauważyłem zmianę w jego głosie, gdy zagadnął:
— Czy nie Kuba?
— Kuba... we własnej osobie — odpowiedział Silver.
Doktór stanął jak wryty, ale nic nie mówił i upłynęło kilka sekund, zanim zdawał się już zdolnym do poruszenia się dalej.
— Dobrze, dobrze — odezwał się nakoniec — najpierw obowiązek, a później przyjemność, jakbyś spewnością sam powiedział, Silverze. Obejrzyjmy tych waszych pacjentów.
W chwilę później wkroczył do budynku i skinąwszy mi surowo głową, zajął się chorymi. Nie czuł się zgoła zakłopotany, choć musiał wiedzieć, że życie jego pośród tych zdradzieckich złoczyńców wisiało na włosku. Gawędził ze swymi pacjentami w ten sposób, jakby odbywał zwyczajną zawodową wizytę w spokojnej rodzinie angielskiej. Jego obejście, zdaje mi się, podziałało na łotrzyków, gdyż odnosili się do niego tak, jak gdyby nic nie było zaszło — jak gdyby on był jeszcze lekarzem okrętowym, a oni wiernymi marynarzami, kwaterującymi na przodzie statku.
— Ty już przychodzisz do zdrowia! — rzekł do junaka z obwiązaną głową. — Jeżeli kto, to ty masz jędrną czaszkę; łeb twardy, jak żelazo!... No, Jerzy, jak ci się powodzi? Ładną masz cerę, niema co mówić, ho ho! wątroba nie w porządku. Czy zażywałeś lekarstwo? Ludzie, czy on zażywał to lekarstwo?
— Tak, tak, panie łaskawy, zażywał! — odpowiedział Morgan.
— Bo, widzicie, odkąd jestem lekarzem buntowników, czyli lekarzem więziennym, jak wolę się nazywać, — mówił doktór Livesey z najuprzejmiejszą miną — uważam sobie za punkt honoru nie zmarnować ani jednego człowieka, podległego królowi Jerzemu (niech Bóg ma go w swej opiece!) i kandydującego do szubienicy!
Drapichrusty spojrzeli po sobie, lecz przełknęli w milczeniu tę gorzką pigułkę.
— Dick czuje się niedobrze — rzekł jeden.
— Niedobrze? — powtórzył doktór. — Chodźno tu, Dicku, pokaż mi język! Nie, byłbym bardzo zdziwiony, gdyby czuł się dobrze! Jego język mógłby straszyć Francuzów. Znowu febra.
— O, tak! — westchnął Morgan. — Wszystko to poszło ze znieważenia Biblji.
— To poszło z tego, że jesteście skończonemi osłami — zakpił doktór — i macie tak przytępione zmysły, iż nie odróżniacie uczciwego powietrza od zatrutego, a suchego lądu od obrzydliwego, zaraźliwego bagna. Uważam za rzecz wysoce prawdopodobną (lecz to jest jedynie przypuszczenie), że wszyscy pójdziecie do djabła, zanim odwykniecie od przestawania z tą malarją. Obozować na trzęsawiskach... Słyszane rzeczy! Silver, tobie bardzo się dziwię. Jesteś rozsądniejszy od wielu, wziąwszy was wszystkich razem, lecz zdaje mi się, że brak ci początkowego wykształcenia z zakresu higjeny. No, dobrze! — dodał, gdy już każdemu dał jakąś pigułkę, a oni przyjęli jego przepisy ze śmieszną zaiste pokorą, podobni bardziej do chłopców z ochronki, aniżeli do skalanych krwią rokoszan i piratów. — Dobrze, na dziś to wystarczy! A teraz życzyłbym sobie za waszem pozwoleniem porozmawiać z tym chłopcem.
I skinął niefrasobliwie głową w moją stronę.
Jerzy Merry stał w drzwiach, spluwając i mrucząc coś spowodu lekarstwa o niemiłym smaku, lecz na pierwsze słowo propozycji doktora obrócił się wzburzony do głębi, i wrzasnął: „Niee!“ — dorzucając jakieś przekleństwo.
Silver uderzył dłonią w beczkę.
— Mil-czeć! — ryknął z wściekłością, a był w tej chwili podobny do lwa. — Doktorze — mówił dalej, już zwykłym tonem, — właśnie o tem myślałem, wiedząc, jak pan lubi tego chłopca. Jesteśmy panu serdecznie wdzięczni za jego łaskawość, a jak pan widzi, pokładamy w panu ufność i przełykamy te gorzkie leki, niby szklanki grogu. I otóż wiem, jak należy postąpić. Hawkins, czy dasz mi słowo honoru, jako młody kawaler (bo jesteś młodym kawalerem, mimo żeś z ubogiej rodziny!), słowo honoru, że nie uciekniesz?
Chętnie dałem żądaną porękę.
— A więc, doktorze — rzekł Silver — pan teraz wyjdzie poza palisadę, a gdy już pan tam będzie, wtedy przyprowadzę panu chłopca pod sam częstokół z tej strony i sądzę, że będziecie mogli porozmawiać przez tę zaporę. Do widzenia panu!... Wyrazy szacunku dla pana dziedzica i kapitana Smolletta.
Objawy niezadowolenia, utrzymywane dotąd w karbach jedynie srogiemi spojrzeniami Silvera, wybuchły znów z całą siłą, ledwo doktór wyszedł z domu. Jednogłośnie poczęto oskarżać Silvera o podwójną grę — że stara się zawrzeć odrębny pokój na własną rękę — że poświęca interesy swych wspólników i ofiar — słowem o to samo — kubek w kubek, co istotnie czynił. Opór wydał mi się tym razem tak silny, że nie mogłem sobie wyobrazić, jak on zamierza odwrócić od siebie ich zawziętość. Lecz był on conajmniej dwakroć sprytniejszy od pozostałych, a zwycięstwo, uzyskane zeszłej nocy, zapewniło mu ogromną przewagę nad ich umysłami. Zwymyślał ich ostatniemi słowami od głupców i ciemięgów, powiadał, że to rzecz konieczna, bym rozmawiał z doktorem, — powiewał im mapą przed oczyma, zapytywał, czy czują się na siłach, by łamać układ tego samego dnia, w którym mieli wyruszyć na poszukiwanie skarbu...
— Nie, u licha! — krzyczał — zerwiemy układ wtedy, gdy przyjdzie stosowna pora. Aż do tego czasu muszę mamić tego doktora, jeżeli mam go całkiem skaptować...
Poczem rozkazał im zapalić ognisko i wykulał się na szczudle z domu, trzymając rękę na mem ramieniu. Towarzyszów swoich pozostawił w kłótni, raczej uciszonych jego zręcznością, aniżeli przekonanych.
— Pomału, mój chłopcze, pomału — rzekł do mnie. — Oni mogą w mgnieniu oka zwrócić się przeciw nam, jeżeli zobaczą, że się tak kwapimy.
Szliśmy więc bardzo ostrożnie naprzełaj przez piasek aż do tego miejsca, gdzie po drugiej stronie palisady czekał na nas doktór. Gdy już byliśmy w takiej odległości, że można było z łatwością rozmawiać, Silver zatrzymał się i przemówił:
— A więc, panie doktorze, proszę teraz słuchać, a ten chłopak opowie panu, jak ocaliłem jego życie i nawet za to zostałem usunięty... może pan być tego pewny... Panie doktorze, gdy kto tak daleko się zagalopował, jak ja... gdy, rzec można, bawi się w chowanego ze śmiercią... pan chyba nie sądzi, że zbyt wielką łaską dlań będzie jedno życzliwe słowo? Niech pan będzie łaskaw zważyć, że teraz chodzi nietylko o moje życie... bo oto w zakład jest dane życie tego chłopca... Niech więc pan, panie doktorze, mówi dobrze o mnie i udzieli mi choć promyka nadziei... przez litość!...
Silver zmienił się nie do poznania, ledwo oddalił się od budynku i odwrócił się plecami do swych towarzyszy. Policzki jak gdyby mu się zapadły, głos stał się drżący — nie widziałem nigdy człowieka równie przerażonego.
— Cóż to, Janie, czy się boisz? — zapytał doktór Livesey.
— Doktorze, nie jestem tchórzem; nie, nie — nie jest tak źle! — i strzyknął palcami. — A gdybym się bał, nigdybym tego nie powiedział. Lecz ja mam wisieć!... czuję już drgawki wisielcze! Pan jest dobrym i prawdomównym człowiekiem... nigdy nie widziałem lepszego! Pan nie zapomni, co uczyniłem dobrego... a niemniej pan zapomni, co zrobiłem złego. Ja już odejdę nabok... niech pan patrzy... i zostawię pana z Kubą sam na sam. A pan niech to policzy na moją korzyść, gdyż jestem teraz w wielkiej niedoli!
Tak mówiąc, poszedł nieco wtył, aż znalazł się w takiej odległości, gdzie już nie dochodził głos naszej rozmowy. Tu usiadłszy na kłodzie drzewnej, począł gwizdać, kręcąc się raz po raz w tę lub ową stronę, przyczem kierował wzrok to na doktora i na mnie, to znów na swych niesfornych prostaków, uwijających się po piasku między ogniskiem, które gorliwie rozdmuchiwali, a budynkiem, z którego wynosili wciąż wędlinę i suchary, by przyrządzić śniadanie.
— Tak, Kubo — przemówił doktór smutno. — Tu się znalazłeś! Jakiegoś piwa sobie nawarzył, takie teraz musisz wypić, mój chłopcze! Bóg mi świadkiem, że nie mam serca, żeby cię łajać. Powiem ci tylko jedną rzecz, mniejsza o to, czy miłą, czy nie miłą: gdy kapitan Smollett był zdrów, nie odważyłeś się odejść, a gdy był ranny i nie mógł ci nic zrobić, na świętego Jerzego, postąpiłeś sobie zgoła po tchórzowsku!
Przyznam się, że w tej chwili zacząłem płakać.
— Doktorze — odezwałem się — mógłby pan mnie oszczędzać! Sam już dość sobie czyniłem wyrzutów; życie moje jest bądź co bądź narażone na szwank i jużbym teraz nie żył, gdyby Silver nie stanął w mej obronie. A wierz mi pan, panie doktorze, że mogę umrzeć... powiem, że na to zasłużyłem... ale boję się tortur... Jeżeli oni zechcą mnie męczyć...
— Kubo — przerwał doktór, a głos mu się całkiem zmienił. — Kubo, ja na to nie mogę pozwolić. Przejdź na tę stronę i uciekniemy stąd...
— Doktorze — odpowiedziałem — dałem słowo honoru.
— Wiem, wiem — zawołał. — Nie możemy na to nic poradzić teraz, mój Kubusiu! Ale biorę to na swą głowę, było nie było, i hańbę i naganę, mój chłopcze... ale przejdź tutaj, nie mogę cię opuścić. Umykaj! Jeden skok, a oddalimy się i będziemy uciekać, jak antylopy.
— Nie! — odparłem. — Pan sam nie dopuściłby się czegoś podobnego — niemasz w tem wątpliwości... ani pan, ani dziedzic, ani kapitan — tem mniej ja... Silver mi zaufał, dałem słowo, więc powrócę. Lecz, mości doktorze, pan nie dał mi skończyć... Jeżeli zechcą mnie męczyć, mogę się zdradzić mimowoli, gdzie znajduje się okręt... albowiem zdobyłem nasz okręt, poczęści dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a poczęści dzięki ryzykownym trudom... Statek znajduje się w Zatoce Północnej, na wybrzeżu południowem, a obecnie zalany jest przypływem. Podczas odpływu musi być widoczny na powierzchni...
— Okręt! — zawołał doktór.
Opowiedziałem mu w krótkości swoje przygody. On słuchał mnie w milczeniu, a gdy skończyłem mówić, zauważył:
— Jest w tem jakieś zrządzenie losu. Na każdym kroku ocalasz nasze życie... Czy możesz przypuszczać, że cokolwiek się zdarzy, możemy pozwolić na twą zgubę? Byłaby to nikczemność z naszej strony, mój chłopcze. Ty odkryłeś sprzysiężenie, ty odnalazłeś Benjamina Gunna... są to najlepsze uczynki, jakich dokonałeś w swem życiu, lub dokonasz, choćbyś dożył dziewięciu krzyżyków. A gdy już mowa o Benjaminie Gunnie... na Jowisza! cóż to za dziwo wcielone!... Silver! Silver! — zawołał nagle donośnym głosem, a gdy kucharz podszedł bliżej, mówił dalej spokojnie:
— Dam ci, Silver, dobrą radę. Nie spiesz się zanadto do tego skarbu!
— Owszem, panie łaskawy, uczynię, co w mej mocy... cokolwiek będzie — zapewnił Silver. — Jednak, za pozwoleniem, poszukując tego skarbu, mogę jedynie uratować życie własne i tego chłopca... A jakże!
— Dobrze, Silverze — odpowiedział doktór — wobec tego pójdę o krok dalej: wystrzegaj się krzyków, kiedy go znajdziesz.
— Szanowny panie — rzekł Silver, — mówiąc między nami, jest to zawiele i zamało. Naprawdę teraz nie wiem, co pana skłoniło do tego, by opuścić stanicę i dać mi tę mapę? A jednak z zamkniętemi oczyma wykonałem pańskie polecenie i nie otrzymałem ani słowa nadziei! Lecz nie, to zanadto! Jeżeli pan nie chce powiedzieć otwarcie i wyraźnie, co pan ma na myśli... niech pan to wyzna odrazu, a dam za wygraną.
— Nie! — odpowiedział doktór, zamyślając się. — Nie mam prawa powiedzieć nic nadto. Widzisz, Silver, nie jest to moja tajemnica... inaczejbym ci powiedział, daję ci słowo! Lecz pójdę z tobą tak daleko, pokąd mi wolno, a nawet krok dalej... bo, jeżeli się nie mylę, kapitan zmyje mi porządnie perukę! Otóż po pierwsze, daję ci promyk nadziei! Silver, jeżeli my obaj wyjdziemy cało z tej wilczej nory, dołożę wszelkich starań, aby cię uratować... przyrzekam ci to święcie!
Silverowi twarz się rozjaśniła i zawołał:
— Nie potrzebuje pan mówić nic więcej. Ufam panu, jak rodzonej matce.
— Dobrze, to pierwsze ustępstwo z mej strony — dołożył doktór. — Drugie zastrzeżenie będzie czemś w rodzaju rady. Miej chłopca zawsze przy sobie, a jeżeli będziecie potrzebowali pomocy, zawołajcie na nas. Wyruszę wówczas, by sprowadzić wam pomoc... to samo ci dowiedzie, czy mówię napróżno. Do widzenia, Kubo!
To rzekłszy, doktór Livesey uścisnął mi ręce poprzez parkan, ukłonił się Silverowi i szybkim krokiem podążył w głąb lasu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.