Wyspa skarbów/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Treasure Island
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


ROBERT  L.  STEVENSON


WYSPA
SKARBÓW
Przełożył z angielskiego

JÓZEF BIRKENMAJER

Wydanie drugie,
przejrzane przez tłumacza
z 5 ilustracjami.
POZNAŃ
WYDAWNICTWO POLSKIE


R. WEGNER  >



ŚWIAT
PODRÓŻY I PRZYGÓD


TOM I.

ROBERT LUDWIK STEVENSON
WYSPA SKARBÓW

Wydawnictwo Polskie R. Wegnera.jpg


DRUKARNIA NARODOWA, KRAKÓW
PRINTED IN POLAND



PANU
S.L.O.
OBYWATELOWI STANÓW ZJEDNOCZONYCH

w podzięce za spędzone z Nim liczne przemiłe godziny i z serdecznem pozdrowieniem, poświęca powieść niniejszą, dostrojoną do Jego klasycznych upodobań,

szczery Jego przyjaciel
AUTOR.







DO WAHAJĄCEGO SIĘ NABYWCY.

Jeśli żeglarskie pieśni i gawędy
Żyją dziś — z przygód przeróżnych się splotłszy,
Jeśli okręty, wyspy, burz zapędy,
Ukryte skarby oraz morscy łotrzy
I wszystkie baśnie, klecone trzy po trzy
Na stary temat — zabawią mądrzejszą
Od starych dziadów młodzież teraźniejszą,
Jak mnie bawiły, kiedy byłem młodszy, —

Niechaj tak będzie!... A jeśli się mylę
I młódź się dawnych swych mistrzów wypiera,
Jeśli zachwytów już nie budzą tyle
Kingston, Ballantyne o niezłomnej sile
Lub morsko-leśne powieści Coopera, —
Niech i tak będzie!... Może spocznę właśnie
Wraz z korsarzami mymi w tej mogile,
Gdzie dawno leżą oni — i ich baśnie...

R. L. S.







CZĘŚĆ PIERWSZA
STARY KORSARZ
Rozdział pierwszy.
STARY WILK MORSKI
W GOSPODZIE „POD ADMIRAŁEM BENBOW“.

Kilka osób, między innemi JW. Pan Trelawney i doktór Livesey, zwracało się do mnie niejednokrotnie z prośbą, żebym spisał od początku do końca wszystkie szczegóły i zdarzenia, odnoszące się do Wyspy Skarbów, nie pomijając niczego oprócz bliższych wyjaśnień co do samej wyspy, a to dlatego, że znajduje się tam skarb dotychczas jeszcze nie wydobyty. Przeto dziś, roku Pańskiego 17... biorę pióro do ręki, rozpoczynając opowiadanie od onego czasu, gdy mój ojciec zarządzał gospodą „Pod Admirałem Benbow“ i gdy pod naszym dachem rozgościł się stary, ogorzały marynarz z blizną na twarzy.
Dokładnie, jakby to było wczoraj, pamiętam tę chwilę, gdy ów człowiek przywlókł się przed drzwi gospody, a za nim przytarabaniła się na wózku ręcznym jego skrzynia marynarska. Ujrzałem mężczyznę rosłego, muskularnego, którego orzechowo-brunatna twarz miała wyraz dziwnie ponury; na barki, przyodziane w brudny, niegdyś błękitny kubrak, spadał harcap, jakby w dziegciu unurzany. Ręce chropawe i popękane kończyły się czarnemi i połamanemi paznokciami, wpoprzek policzka blado przeświecała brudno-sina kresa, widocznie znak od szabli. Dziś jeszcze uprzytomnić sobie jasno mogę jego postać, jak rozglądał się dokoła po zatoce i według swego zwyczaju pogwizdywał z cicha, aż wybuchnął głośno starą piosenką żeglarską, którą później śpiewał tak często:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho-aj-ho! — i butelka rumu! —

Głos miał przeraźliwy, choć trzęsący się od starości; rzekłbyś, że go strojono i stargano na skrzypiącym kołowrocie kotwicy.
Po chwili zapukał do drzwi jakimś podobnym do kłonicy drągiem, którym się podpierał; od ojca, który stanął we drzwiach, szorstkim głosem zażądał szklanki rumu. Gdy mu ją przyniesiono, zaczął pić powoli, jak smakosz, namyślając się nad każdym łykiem, a przytem spozierając na skały wokoło i na szyld naszej karczmy.
— Wygodna zatoka — przemówił wkońcu — a karczma pięknie położona. Wielu miewacie gości, kamracie?
Ojciec odpowiedział, że bardzo niewielu, niestety, i że przydałoby się ich więcej.
— Doskonale! — rzekł przybysz — to wymarzona przystań dla mnie! Hejno, człowieku! — zawołał na tego, który przywiózł jego rzeczy — chodźno ze mną na górę i przytargaj walizę!
I ciągnął dalej:
— Zatrzymam się tu czas jakiś. Jestem człowiekiem skromnych wymagań. Do szczęścia wystarczy mi rum, wędlina i jaja, no i głowa na karku, żebym mógł wypatrywać okręty na morzu. Jak macie mnie tytułować?... Wolno wam nazywać mnie kapitanem. Eech, już widzę, jak wam bardzo chodzi — o to...
Rzucił na próg kilka sztuk złotej monety.
— Kiedy już to wszystko przejem i przepiję... to mi powiedzcie!... — rzekł, spoglądając tak surowo, jakby był naszym zwierzchnikiem.
W istocie, mimo kiepskiego odzienia i niewytwornego sposobu mówienia, nie miał wyglądu ciury okrętowego, lecz znać po nim było szypra czy starszego marynarza, przyzwyczajonego do znajdowania posłuchu lub do walki. Człowiek, który przybył z wózkiem, opowiedział nam, że ów gość poprzedniego dnia wysiadł z dyliżansu przed „Royal George’m“ i wypytywał się, jakie gospody znajdują się na naszem wybrzeżu; ponieważ, jak przypuszczam, o naszej gospodzie mówiono dobrze i wspominano, że leży na uboczu, przeto wybrał ją na miejsce zamieszkania. Tylko tyle zdołałem dowiedzieć się o naszym gościu.
Był to człowiek zazwyczaj spokojny. Po całych dniach przebywał nad zatoką lub na skałach, z mosiężną lunetą w ręce. Co wieczór przesiadywał koło ogniska w kącie pokoju gościnnego i popijał rum rozcieńczony wodą. Przeważnie nie odzywał się, gdy go zagadywano; rzucał wtedy wzrok nagły i surowy i fukał przez nos, jak wiatrówka. Niebawem, jak my, tak i ludzie, którzy bywali w naszym domu, przekonali się, że należy go zostawić w spokoju. Codzień, gdy wracał z włóczęgi, pytał, czy nie przechodził gościńcem jaki podróżnik morski. Zrazu myśleliśmy, że tęskni za ludźmi tego samego pokroju i dlatego wciąż o to pyta; później jednak zauważyliśmy, że właśnie od nich stronił. Ilekroć jakiś marynarz wstąpił pod „Admirała Benbow“ (a czynili to niektórzy, wybierając się do Brystolu drogą nadmorską), kapitan zawsze przyglądał mu się przez zasłonięte drzwi, zanim wszedł do izby gościnnej; w obecności takiego człowieka zawsze siedział cicho jak trusia. Co do tego, przynajmniej ja nie miałem wątpliwości, gdyż do pewnego stopnia sam podzielałem niepokój kapitana. Razu pewnego wziął mnie na ubocze i obiecał, że co miesiąc na pierwszego będzie mi wypłacał srebrne cztery pensy, jeżeli będę czatował na żeglarza z jedną nogą i natychmiast dam mu znać, skoro przybędzie. Dość często, gdy z nadejściem pierwszego dnia miesiąca dopominałem się o swą należność, fukał przez nos i przeszywał mnie wzrokiem pogardliwym; lecz nim upłynął tydzień, już jakby się rozmyślił, przynosił mi cztery pensy i powtarzał zlecenie, bym miał uwagę zwróconą na żeglarza o jednej nodze.
Nie będę długo opowiadał, jak ta tajemnicza osobistość prześladowała mnie nieraz we śnie! W burzliwe noce, gdy wichura usiłowała z posad wyważyć wszystkie cztery węgły domu, a bałwany morskie z hukiem rozbijały się na skałach zatoki, widywałem tę zjawę w tysiącznych postaciach, w coraz to innych grymasach, niby szatańskie mamidła. Raz ów żeglarz miał nogę obciętą w kolanie, to znów w biodrze; kiedyindziej był jakąś przerażającą poczwarą, która miała od urodzenia tylko jedną nogę i to w samym środku ciała. Okropna zmora mnie męczyła, gdy widziałem, jak on skakał, biegał i gonił za mną przez płoty i rowy. Krótko mówiąc, dzięki tym strasznym widziadłom ciężko przychodziło mi zarabiać moje cztery pensy miesięcznie.
Jednakowoż, choć tak mnie trwożyła sama myśl o żeglarzu z jedną nogą, to samego kapitana bałem się o wiele mniej, niż ktokolwiek z tych, którzy go znali. Bywały takie wieczory, że uraczył się nadmierną ilością rumu z wodą, która przechodziła wytrzymałość jego głowy; wtedy zazwyczaj siedział czas dłuższy, śpiewając jakieś warjackie, odwieczne i dzikie pieśni, nie zważając na nikogo. Niekiedy jednak kazał wokoło zastawić szklanki i zmuszał całe zalękłe towarzystwo do słuchania swych gawęd lub wtórowania chórem jego pieśniom. Często słyszałem, jak dom trząsł się od przyśpiewki: „Ho-aj-ho, — i butelka rumu!“ Wszyscy stołownicy z obawy o swe cenne życie przyłączali się do tego chóru i w śmiertelnym strachu starali się zagłuszyć jeden drugiego, byle się nie wyróżniać! W tych wybrykach i dziwactwach kapitan był niepoczytalny. Tłukł ręką w stół, aby uciszyć zebranych, skakał jak opętany, unosząc się gniewem na niewczesne pytanie, albo też odwrotnie, gdy nie zadawano mu pytań; jedno i drugie uważał za dowód, że obecni nie dość uważnie słuchali jego opowieści. Nikomu nie pozwalał opuszczać gospody, póki sam zmorzony trunkiem nie potoczył się do łóżka.
Najwięcej z wszystkiego jednak przerażały nas jego opowiadania. Były to potworne bajania: o wisielcach, o wtrącaniu skazańców w morze, o burzach morskich, o skwarnych Wyspach Żółwich, o okropnych wydarzeniach i dzikich zakamarkach w Zatoce Meksykańskiej. Zmiarkować z tego można było, że musiał spędzać życie pośród największych szaleńców, jakim Bóg zezwolił pływać po morzu; język zaś, w którym opowiadał te wszystkie niestworzone dzieje, przejmował prostaczków wiejskich, niemniejszym dreszczem, jak zbrodnie, które opisywał. Ojciec mój wciąż mawiał, że gospoda nasza zejdzie na psy, — że ludzie zaprzestaną u nas bywać, nie mogąc znieść tej grozy ustawicznej i pomiatania sobą, oraz chcąc mieć sen, niezakłócony lękiem, mnie atoli się wydaje, że bytność kapitana wychodziła nam raczej na korzyść. Ludzie zrazu mieli naprawdę tęgiego pietra, lecz po pewnym czasie upodobali sobie nawet te osobliwości; stanowiły one doskonałą rozrywkę w jednostajnem życiu sielskiem. Pomiędzy młodzieżą znalazło się nawet sporo takich, którzy udawali, że go podziwiają, nazywając go „prawdziwym wilkiem morskim“, „starym wygą“ itp. i utrzymując, że to jeden z owych dzielnych wiarusów, którzy Anglję uczynili postrachem mórz.
Wszakoż pod jednym względem naprawdę ów wilk morski nas rujnował; mieszkał u nas tydzień po tygodniu, miesiąc za miesiącem, aż w końcu pieniądze, które dał zgóry za kwaterę i wikt, dawno się wyczerpały, — a ojciec już i to przebolał, że nie może nic nadto wydębić. Jeżeli kiedy bąknął o należytościach, kapitan parskał przez nos tak głośno, że to parskanie można było za ryk uważać, i przeszywającem spojrzeniem wyświecał go z pokoju. Widziałem, jak po każdej takiej odprawie biedny ojczulek załamywał ręce, i jestem przekonany, że ta zgryzota oraz to życie w ciągłej grozie, niejako z nożem na karku, w znacznej mierze przyspieszyły jego śmierć przedwczesną i nieszczęśliwą.
Przez cały przeciąg swego pobytu u nas kapitan nie zmienił żadnego szczegółu w swej odzieży; raz tylko nabył od przekupnia kilka par pończoch. Gdy jedna poła kapelusza oberwała się i opadła wdół, pozostawił ją w tym obwisłym stanie, choć dawała mu się we znaki na wietrze. Nigdy nie zapomnę widoku jego kubraka, który tak często łatał własnoręcznie w swym pokoju na piętrze, że w końcu łata nakrywała łatę. Listów nigdy nie pisał ani nie otrzymywał, z nikim nie rozmawiał, jak tylko z sąsiadami, i to przeważnie wtedy, gdy wypił za wiele rumu. Wielka skrzynia podróżna niewiedzieć co zawierała, bo nikt nie widział, żeby była otwarta.
Raz tylko ze strony gości spotkać go miał opór; a było to już pod sam koniec, gdy ojciec mój biedny dogorywał z suchot, które zabrały go nam ze świata. Pewnego wieczora, o dość późnej godzinie, przybył do nas doktór Livesey, aby obejrzeć chorego; po oględzinach zjadł coś niecoś z wieczerzy, podanej przez matkę, i udał się do izby gościnnej, by wypalić fajkę, czekając na swego konia, którego miano sprowadzić ze wsi, gdyż gospoda pod starym „Admirałem“ nie miała stajni. Wszedłem za nim i dziś jeszcze pamiętam wrażenie kontrastu, jaki tworzyła postać przystojnego, eleganckiego doktora, o włosach przysypanych śnieżnobiałym pudrem i czarnych, błyszczących oczach, na tle nieokrzesanej karczemnej gawiedzi, a zwłaszcza w zestawieniu z brudnym, kaprawym i z podełba patrzącym dziadygą, który wsparłszy się łokciem na stole, siedział na uboczu, łykając rum nader obficie. Nagle ów — mówię oczywiście o „kapitanie“ — zaczął pogwizdywać swą wiekuistą piosenkę:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho-aj-ho! i butelka rumu!
Djabeł i trunek resztę bandy wzięni. —
Ho-aj-ho! i butelka rumu!

Pierwotnie przypuszczałem, że owa „skrzynia umrzyka“ oznacza nic innego, jak ową wielką skrzynię we frontowym pokoju i myśl ta często kojarzyła się z upiorem żeglarza o jednej nodze. Lecz w tym czasie jużeśmy dawno przestali przywiązywać większą wagę do słów tej pieśni; tej nocy nie była ona już nowością dla nikogo oprócz doktora Liveseya. Zauważyłem, że wywarła na nim nader niemiłe wrażenie; przez chwilę patrzył z gniewem na śpiewającego, poczem znów wdał się w rozmowę z ogrodnikiem, starym Taylorem, o nowym sposobie leczenia reumatyzmu. Tymczasem kapitan coraz bardziej zapalał się w śpiewie, wreszcie grzmotnął ręką w stół, co, jak nam było wiadomo, było znakiem, nakazującym milczenie. Natychmiast wszyscy umilkli, jedynie dr. Livesey głosem dźwięcznym i wyrazistym prowadził w dalszym ciągu rozmowę, poprzednio rozpoczętą, co parę słów pykając prędko fajeczkę. Kapitan wpił w niego źrenice, znów huknął pięścią w stół, spojrzał jeszcze groźniej, a nakoniec bluznął prostackiem, szorstkiem przekleństwem:

— Stulić pysk — tam na międzypokładzie!
— Czy pan do mnie przemawia? — zapytał doktór.
Gdy ów gbur odpowiedział przytakująco i rzucił nowe przekleństwo, doktór mu na to:
— Powiem panu tylko jedno, że jeżeli będziesz pan nadal pił tyle rumu, co teraz, to świat wkrótce pozbędzie się pewnego wstrętnego szubrawca.
Wściekłość starego marynarza nie miała granic. Skoczył na równe nogi, wydobył składany nóż marynarski i, otworzywszy go, począł wymachiwać gołem ostrzem, zamierzając przygwoździć doktora do ściany.
Doktór bynajmniej się nie zmieszał, lecz począł mówić do niego poprzez ramię tym samym głosem co poprzednio — może nieco donośniej, by wszyscy w izbie mogli dosłyszeć, ale zawsze spokojnie i z powagą:
— Jeżeli pan natychmiast nie schowa tego noża, ręczę słowem honoru, że znajdziesz się pan w najbliższym czasie przed sądem przysięgłych.
Czas jakiś krzyżowały się ich spojrzenia jak w pojedynku, lecz wkrótce „kapitan“ spokorniał, złożył broń i usiadł, wydając pomruk podobny do warczenia obitego psa.
— A teraz, mości panie — ciągnął dalej doktór — skoro już wiem, że taki ptaszek znajduje się w moim okręgu, możesz pan być pewny, że z pana nie spuszczę oka ani w dzień ani w nocy. Jestem nietylko doktorem, ale i urzędnikiem; jeżeli więc usłyszę choć najmniejszą skargę na pana, gdyby chodziło nawet o jakie grubijaństwo, jak dzisiaj, powezmę skuteczne środki, aby pana pojmać i wydalić na cztery wiatry. Na tem poprzestanę.
W chwilę potem przyprowadzono konia przed drzwi gospody i doktór odjechał. Owego wieczora i przez wiele następnych kapitan zachowywał się już bardzo przykładnie.



Rozdział drugi.
ZJAWIA SIĘ CZARNY PIES — I ZNIKA.

Nie upłynęło wiele czasu, gdy zaszedł pierwszy z tych tajemniczych wypadków, które nareszcie uwolniły nas od „kapitana“, choć jeszcze nie od spraw, związanych z jego osobą — jak to się poniżej okaże.
Nastała nieznośna, ostra zima, przynosząc nieskończenie długie, ciężkie mrozy i szalone zawieje; od początku było do przewidzenia, że biedny mój ojciec prawdopodobnie nie dożyje wiosny. Z dnia na dzień opadał na siłach, więc matka wraz ze mną wzięła zarząd gospody w swoje ręce; mając czas wciąż zajęty, nie zwracaliśmy zbytniej uwagi na niemiłego gościa.
Pewnego poranku styczniowego, o bardzo wczesnej porze, mróz był przenikliwy i zatoka cała posiwiała lodowym sędziołem. Drobne zmarszczki wody lekko tylko muskały głazy nadbrzeżne. Słońce stało jeszcze nisko, ledwo dotykając wierzchołków wzgórz i jeno w dali słało swój blask na morzu. „Kapitan“ wstał wcześniej niż zwykle i usiadł na wybrzeżu; pod szeroką połą starego błękitnego kubraka chwiał się przywieszony kordelas, pod pachą widać było mosiężną lunetę, kapelusz zwieszał się w tył głowy. Gdy zeszedł ze swej czatowni, widniał jeszcze na tem miejscu jego oddech, nakształt smugi dymu, a ostatnim dźwiękiem, jaki doszedł mnie z jego strony, gdy zwrócił się ku wielkiej skale, było głośne prychanie, świadczące o gniewnem usposobieniu; snadź nie otrząsnął się jeszcze z myśli o doklorze Livesey’u.
Matka bawiła właśnie na piętrze u ojca, a ja zastawiałem stół do śniadania na przybycie kapitana, gdy wtem otworzyły się drzwi izby gościnnej i wszedł mężczyzna, którego dotychczas nigdy nie zdarzyło mi się widzieć. Miał cerę żółtą jak wosk, i brakowało mu dwu palców u lewej ręki; choć miał przy boku kordelas, nie wyglądał jednak na wojownika. Dybałem na żeglarzy, czy to o dwóch nogach czy o jednej, więc człowiek nowoprzybyły wprawił mnie w kłopot. Nie miał w sobie nic z żeglarza, a pomimo to zalatywało od niego morzem.
Zapytałem, czem mogę służyć. Zażądał rumu; atoli gdy zabierałem się do wyjścia z pokoju, chcąc spełnić jego żądanie, rozsiadł się za stołem i skinął na mnie, bym podszedł bliżej. Zatrzymałem się, trzymając pod pachą serwetę.
— Chodźno bliżej, synku! — rzekł nieznajomy — chodźno bliżej!
Postąpiłem krok naprzód.
— Czy ten stół zastawiacie dla mego towarzysza Billa? — zapytał ów, świdrując mnie zezem.
Odparłem, że nie znam jego towarzysza Billa, nakrywam zaś do stołu dla osoby, mieszkającej w naszym domu i zwanej przez nas „kapitanem“.
— Niech mu będzie! — rzekł ów. — Wszystko mi jedno, czy mój towarzysz Bill nazywa się kapitanem czy też nie. Dość, że mój towarzysz Bill ma bliznę na policzku, a przytem bardzo miłe obejście z ludźmi, zwłaszcza w piciu. Jako dowód weźmy więc, że wasz kapitan ma bliznę na policzku — i, jeżeli wasza wola, zaznaczę jeszcze, że jest to prawy policzek... Ach, tak! Już ci o tem mówiłem! Wobec tego czy mój towarzysz Bill znajduje się w tym domu?
Wyjaśniłem, że wyszedł na przechadzkę.
— Gdzie, dokąd, mój synku? gdzie poszedł?
Wskazałem mu skałę i udzieliłem wskazówek, kiedy i jaką drogą „kapitan“ prawdopodobnie będzie powracał, oraz odpowiedziałem na kilka innych pytań. Wówczas przybysz odezwał się:
— No, to już napewno sobie podpiję serdecznie z mym towarzyszem Billem.
W czasie wymawiania tych słów miał minę bardzo rzadką, tak, iż miałem podstawę przypuszczać, że jest w błędzie, jeżeli przypadkiem sądzi, iż zdaje sobie sprawę z tego, co powiedział. Lecz pomyślałem sobie, że nie mam tu nic do roboty, a zresztą sam nie wiedziałem, co wypada począć. Przybysz przylgnął niemal do strony wewnętrznej drzwi wchodowych, wiercąc oczyma po wszystkich kątach, jak kot czyhający na myszkę. Raz już chciałem wyjść na ulicę, lecz natychmiast mnie odwołał; ponieważ zaś nie okazałem się uległy jego zachciankom, zmienił się nagle na twarzy, dotąd trupio-żółtej i zmusił mnie do posłuszeństwa takiem przekleństwem, że aż się wzdrygnąłem. Ledwo się cofnąłem, przybrał znów dawny wyraz i klepiąc mnie nawpół drwiąco, nawpół dobrotliwie po ramieniu, nazywał mnie „poczciwym chłopakiem“ i twierdził, że żywi dla mnie szczerą sympatję:
— Mam syna rodzonego, podobnego do ciebie jak dwie krople wody, który jest moją chlubą... Lecz pierwsza rzecz u chłopca to karność; tak, mój synku, karność... Gdybyś pływał po morzach wraz z Billem, nie kazałbyś sobie niczego dwa razy powtarzać — nie! Nie było to nigdy w zwyczaju Billa ani tych, którzy z nim żeglowali... Ale otóż, ani chybi, kroczy mój kamrat Bill, z lunetą pod pachą! A niechże go! tak, to on!... Chodźno, synku, ze mną do izby i schowajmy się za drzwiami... Zrobimy małą niespodziankę Billowi. A niechże go, powiadam!...
Mówiąc to ów dziwak wycofał się wraz ze mną do izby gościnnej i ustawił mnie poza sobą w kącie w ten sposób, że otwarte drzwi zasłaniały nas obu. Możecie sobie wyobrazić, jak byłem nieswój i przerażony, a strach mój jeszcze się zwiększał, gdy widziałem, że osobliwy gość też nie grzeszył odwagą. Wciąż tarł rękojeść kordelasa i próbował obluźnić brzeszczot w pochwie, a przez cały czas oczekiwania nieustannie coś przełykał, jakby się dławił jakąś ością w gardle.
Wkońcu „kapitan“ wszedł gromkim krokiem do izby, trzasnął drzwiami za sobą i, nie rozglądając się w prawo ani w lewo, zmierzał naprzełaj wprost do miejsca, gdzie oczekiwał nań zastawiony posiłek.
— Bill! — ozwał się nieznajomy głosem, któremu, jak mi się zdawało, usiłował nadać brzmienie silne i stanowcze.
Kapitan wykonał zwrot wtył na pięcie i stanął do nas frontem; twarz jego naraz straciła barwę brunatną i nawet nos mu posiniał. Miał wygląd człowieka, który zobaczył upiora lub djabła lub, o ile to możliwe, jeszcze gorszą stworę; słowo daję, że żal mi się go zrobiło przez chwilę, tak wydał się stary i złamany.
— Chodź, Billu! Wszak mnie poznajesz? Poznajesz napewno starego druha okrętowego? — mówił tymczasem przybysz.
Kapitan jakby drgnął.
— Czarny Pies! — wyszło z jego ust.
— A któżby inny? — żachnął się tamten, nabierając nieco rezonu. — Czarny Pies, ten sam, co zawsze, przybywa, żeby się zobaczyć ze swym starym druhem w gospodzie „pod Admirałem Benbow...“ Ach, Billu, Billu, przeżyliśmy obaj kopę lat od czasu, gdy postradałem te dwa kłykcie — i wzniósł do góry rękę pozbawioną palców.
— Patrzcie-no, — mruknął kapitan. — Takżeś mnie podszedł! Tak, jestem tu we własnej osobie. No, mów, co się stało?
— To o ciebie idzie, — plątał się w odpowiedzi Czarny Pies — musisz to usłyszeć, Billu... Od tego miłego chłopaczka zamówiłem szklankę rumu, bo mi się bardzo pić chce; siądźmy przy sobie, jeżeli sobie tego życzysz, i pogwarzymy, jak starzy kamraci...
Gdy wróciłem z rumem, obaj już siedzieli z obu stron stołu, zastawionego dla kapitana. Czarny Pies siedział na samym rogu bliżej drzwi i zdawało mi się, że jednem okiem spozierał na swego kamrata, a drugiem szukał odwrotu.
Poprosił mnie, żebym wyszedł i zostawił drzwi szeroko otwarte.
— A wara tam podglądać przez dziurkę od klucza, synku! — upominał mnie. Zostawiłem więc ich obu i odszedłem do szynkwasu.
Przez długi czas pomimo wszelkich zabiegów, zmierzających do podsłuchania ich rozmowy, nie zdołałem nic uchwycić prócz przytłumionego mamrotania; lecz wkońcu głosy zaczęły się coraz więcej podnosić i mogłem wyróżnić oderwane wyrazy, przeważnie przekleństwa „kapitana“.
— Nie, nie! nie, nie! z tem trzeba już raz skończyć! — wrzeszczał zajadle, a w chwilę później znów dały się słyszeć słowa:
— Jeżeli chcecie, możecie wszyscy tu przyjeżdżać! Ja jednak nie ustąpię — to wam mówię!
Naraz zgoła niespodzianie nastąpił przerażający wybuch przekleństw i innych hałasów, stół i krzesło rzucono tak silnie, iż poszły w kawałki, dał się słyszeć brzęk stali i okrzyki bólu; w chwilę później zobaczyłem, że Czarny Pies uciekał co sił w nogach, a kapitan ścigał go zapalczywie — obaj mieli w ręku obnażone kordelasy, pierwszemu zaś szła ciurkiem krew z lewego ramienia. Tuż przy samych drzwiach kapitan wymierzył w uciekającego ostatni groźny cios, który strzaskałby mu kość pacierzową, gdyby ostrze nie zawadziło o sążnisty szyld naszego „Admirała Benbow“. Po dziś dzień można oglądać powstałą stąd szczerbę na dolnej krawędzi deski.
Było to ostatnie uderzenie w tej bójce. Czarny Pies, znalazłszy się na ulicy, okazał się, pomimo rany, przedziwnie rączy w nogach, iż w ciągu pół minuty zniknął za rubieżą wzgórza. Natomiast kapitan stanął, jak wryty, wlepiając oczy w deskę szyldu; następnie przetarł kilkakrotnie oczy ręką i zawrócił do domu.
— Kuba! daj mi rumu! — przemówił, a zauważyłem, że się słaniał nieco i jedną ręką próbował uchwycić się ściany.
— Czy pan raniony? — zawołałem.
— Rumu! — powtórzył. — Muszę stąd odejść. Rumu, rumu!
Wybiegłem, by mu przynieść, co żądał, lecz ponieważ byłem wytrącony z równowagi tem wszystkiem, co zaszło, więc stłukłem szklankę i poplamiłem nakrycie; gdy wybierałem się powtórnie po trunek, usłyszałem nagły łoskot w jadalni. Wbiegłszy, ujrzałem kapitana leżącego, jak długi, na posadzce. W tejże chwili matka moja, zaniepokojona wrzawą i zgiełkiem bijatyki, zbiegła z piętra na pomoc. Wspólnemi siłami podnieśliśmy głowę omdlałego. Oddychał głośno, chrapliwie, lecz oczy miał zamknięte, a twarz zmieniła się okropnie.
— O moiściewy! o laboga! — labiedziła matka — jakie to nieszczęście spadło na nasz dom!... A tatulo biedny taki chory!
Wśród tego nie mieliśmy pojęcia, jak przyjść z pomocą kapitanowi, i nie wątpiliśmy ani na chwilę, że otrzymał cios śmiertelny w bójce z nieznajomym. Na wszelki wypadek przyniosłem rumu i usiłowałem wlać mu go do gardła; lecz zęby miał szczelnie zaciśnięte, a szczęki twarde jak z żelaza. Przyszedł nam z pomocą szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż niespodzianie otwarły się drzwi i wszedł doktór Livesey, przybywający w odwiedziny do ojca.
— Ach, panie doktorze! — zawołaliśmy oboje. — Co tu począć? Gdzie on odniósł ranę?
— Ranę? Ech, głupstwo! — rzekł doktór. — Tak raniony, jak wy lub ja. Ten drab miał napad apopleksji, wszak mu to przepowiadałem. A teraz, moja pani Hawkins, niech pani skoczy na górę do swego małżonka! i o ile to możliwe, ani mru-mru o tem, co się stało! Ja ze swej strony uczynię, co w mej mocy, żeby uratować nikczemne życie tego draba; niech Kuba przyniesie mi miednicę!
Gdy powróciłem z miednicą, już doktór rozerwał rękaw kapitana i odsłonił jego potężne i żylaste ramię. Było tatuowane w kilku miejscach. Na przedramieniu znajdowały się ozdobne i wyraźnie wykonane napisy: „Na szczęście“, „Niech wiatr sprzyja“ i „Billy Bones dla fantazji“; powyżej zaś, bliżej łopatki mieścił się rysunek, przedstawiający szubienicę z dyndającym wisielcem — świadczący, jak mi się zdawało, o wielkich zdolnościach rysownika.
— Wieszczy znak! — zauważył doktór, dotykając palcem rysunku. — A teraz, imć panie Billy Bones, jeżeli tak się nazywasz, zobaczymy, jaki kolor ma twoja juszka. Kuba, czy boisz się krwi?
— Nie, panie konsyljarzu — odparłem.
— No dobrze! więc potrzymaj miednicę — i po tych słowach wziął lancet i otworzył żyłę.
Sporo krwi trzeba było upuścić, zanim „kapitan“ otworzył oczy i rozejrzał się mgławo dokoła. Najpierw rozpoznał doktora i zmarszczył brwi z nietajoną niechęcią; następnie jego źrenice spoczęły na mnie i wydawało się, jakby doznał ulgi. Naraz zmienił się na twarzy, próbował się podnieść, krzycząc:
— Gdzie Czarny Pies?
— Niema tu żadnego czarnego psa — odparł doktór — chyba że błąka się w twojej mózgownicy. Zawiele rumu wypiłeś, więc też przyszedł atak, zupełnie jak przepowiedziałem, teraz zaś, prawie naprzekór własnej woli, wyciągnąłem cię za czuprynę z grobu. No, ale, panie Bones...
— To nie moje nazwisko — przerwał ów.
— A ja właśnie takie mam posądzenia — odpowiedział doktór. — Jest to nazwisko pewnego znanego mi opryszka, ja zaś dla zwięzłości tak waszeci nazywam. Lecz chciałem aści powiedzieć, co następuje: jedna szklanka rumu jeszcze waszeci nie sprzątnie ze świata, lecz jeżeli pan wypijesz jedną, zachciewa się ci jeszcze jednej i drugiej i trzeciej, a stawiam w zakład własną perukę, że jeżeli waszeć wkrótce nie zmienisz tego trybu życia, to umrzesz? — rozumiesz — umrzesz pan i pójdziesz na miejsce, dlań przygotowane, jak ów człowiek, o którym mówi Pismo święte. A teraz postaraj się wasze pójść ze mną. Zaprowadzę pana do łóżka.
Wspólnemi siłami, acz z wielkim trudem, udało się wyciągnąć go na piętro i położyć do łóżka; głowa opadła mu na poduszki, jakby stracił zupełnie przytomność.
— A teraz — rzekł doktór — proszę to sobie zapamiętać. Mam czyste sumienie: ostrzegłem waćpana, że rum sprowadzi śmierć pańską!
To powiedziawszy, wziął mnie pod ramię i wyszedł, aby zbadać stan zdrowia ojca. Ledwo zamknął drzwi za sobą, odezwał się o kapitanie:
— Drobnostka, nic mu nie będzie! Wypuściłem mu dość krwi, aby go uspokoić na czas jakiś. Z jaki tydzień przeleży się w łóżku — co i jemu i wam wyjdzie na dobre. Ale powtórny atak przyprawi go o śmierć.



Rozdział trzeci.
CZARNA PLAMA.

Około południa udałem się do pokoju „kapitana“, niosąc lekarstwa i chłodzące napoje. „Kapitan“ leżał zupełnie tak samo, jakeśmy go pozostawili, jedynie głowę miał podniesioną nieco wyżej; widać w nim było jednocześnie wycieńczenie i podniecenie.
— Kuba! — odezwał się do mnie. — Jesteś tu jedynym człowiekiem, którego cenię, i wiesz, że zawsze byłem dobry dla ciebie. Nie było miesiąca, żebym ci nie dał srebrnych czterech pensów. Teraz widzisz, braciszku, że kiepsko ze mną i że wszyscy mnie opuścili... Kuba, nie przyniósłbyś mi, brachu, kusztyczka rumu?
— Pan doktór... — zacząłem mówić, ale chory przerwał mi wzmiankę o doktorze, odzywając się głosem słabym, lecz stanowczym:
— Wszyscy doktorzy to partacze, a ten wasz doktór — skąd może się znać na chorobach marynarzy? hę?... Bywałem-ci w krajach, gorących jak smoła, gdzie wiara-kamraci zapadali na żółtą febrę, gdzie biesowska ziemia chybotała się, jak morze — cóżby o tych krajach umiał powiedzieć wasz doktorek? A przecież przeżyłem to wszystko dzięki piciu rumu, mówię szczerą prawdę! To było moje pożywienie, mój napój, mój mąż i żona; gdy nie dostanę rumu, jestem jak stare skołatane pudło okrętu, co nie może odbić od brzegu spowodu przeciwnego wiatru. Krew moja spadnie na ciebie, Kuba, a doktór partacz... — tu przez chwilę posypał się stek przekleństw; po chwili powróciła jakby nuta przeproszenia i usprawiedliwienia:
— Patrz, Kuba, jak mi się palce trzęsą — nie mogę ich utrzymać w spokoju. Nie miałem jeszcze ani kropli w ustach w przeklętym dniu dzisiejszym. Doktór jest głupi, powiadam ci. Jeżeli nie dostanę kapki rumu, Kubusiu, zaraz te straszne widzenia znów dręczyć mnie będą; już widziałem kilku tych ludzi... Tam w kącie widziałem starego Flinta... widziałem go wyraźnie, jak na dłoni... A jeżeli napadną mnie te widziadła, to staję się znów tym człowiekiem, co żył tak okropnie, wówczas budzi się we mnie Kain. Przecież sam wasz doktór powiedział, że jedna szklanka mi nie zaszkodzi. Dam ci, Kubusiu, złotą gwineję za szklankę rumu.
Jego podniecenie wzrastało z każdą chwilą i zacząłem się niepokoić o ojca, który dnia tego czuł się bardzo niedobrze i potrzebował ciszy; zresztą uspokajały mnie słowa lekarza, obecnie znów mi przytoczone, a nadewszystko czułem się dotknięty ofiarowaniem mi łapówki.
— Nie chcę pańskich pieniędzy — zaznaczyłem — z wyjątkiem tego, coś pan winien memu ojcu. Przyniosę panu jedną szklankę, ale na niej kwita — później już ani kropli.
Gdy przyniosłem, schwycił łapczywie trunek i wychylił duszkiem.
— No, no! już mi nieco lepiej, ma się rozumieć! A powiedz mi jeszcze, brachu, czy ten lekarz powiedział, jak długo mam wylegiwać się w tych zapleśniałych betach?
— Conajmniej tydzień — wyjaśniłem.
— Do kroćset piorunów! — wrzasnął. — Tydzień! To niemożliwe! Tymczasem przyślą mi czarną plamę! Łotry już krążą wokoło, by przewąchać o mnie w tej przeklętej chwili!... Łotry!... nie mogą poprzestać na tem, co mają... chcą pazurami wydrzeć cudzą własność!... Doprawdy, niech mi kto powie, czy takie postępowanie można nazwać godnem marynarza!... Lecz ja jestem człowiekiem oszczędnym, nigdy nie przetrwoniłem ani nie zaprzepaściłem lubego grosza, więc i teraz wyprowadzę ich w pole... Nie boję się ich wcale... Skręcę żagle w inną stronę i wystrychnę ich wszystkich na dudków!
Mówiąc to, powstał z łóżka z wielką trudnością, chwyciwszy mnie za ramię tak silnie, że omało co nie krzyknąłem z bólu, i począł sztywnie stawiać kroki. Słowa jego, choć w treści znamionowały uniesienie, zostawały w rażącej sprzeczności z bezdźwięcznym głosem, jakim je wypowiadał. Zatrzymał się, gdy doszliśmy do skrętu, gdzie można było usiąść.
— Ten doktór coś mi zadał — mruczał. — Dzwoni mi w uszach, w głowie mi się mąci. Połóż mnie spowrotem do łóżka.
Zanim zdołałem mu pomóc, upadł znów na dawne miejsce i przez chwilę leżał spokojnie.
— Kuba! — zagadnął nareszcie — widziałeś dziś tego żeglarza?
— Czarnego Psa? — zapytałem.
— Ee! Czarnego Psa! — żachnął się. — To wprawdzie zły człowiek, lecz są jeszcze gorsi, którzy nim się wyręczają. Ale jeżeli w żaden sposób nie będę mógł czmychnąć, a oni przyślą mi czarną plamę, pamiętaj, że idzie im o starą skrzynię marynarską; wtedy dosiędziesz konia — umiesz przecież? hę? A więc siędziesz na konia i popędzisz do — dobrze! tak, niech tak będzie! — do tego partacza doktora i powiesz mu, żeby zagwizdał na swoich piesków — urzędników, policjantów, czy jak tam się zowią — niech wylądują w gospodzie „pod Admirałem Benbow“ — niech capną całą hałastrę starego Flinta, młodych czy starych, wszystko co jeszcze pozostało. Byłem pierwszym majtkiem w załodze, byłem bosmanem starego Flinta i jestem jedynym człowiekiem, który zna owo miejsce. On podał mi je w Savannah, gdy leżał w śmiertelnej chorobie, całkiem jak ja w tej chwili — widzisz?... Lecz nie wypaplaj tego, aż oni przyślą mi czarną plamę, albo aż zobaczysz powtórnie Czarnego Psa lub marynarza z jedną nogą — przedewszystkiem jego, pamiętaj Kuba.
— Lecz cóż to za czarna plama, kapitanie? — zapytałem.
— To ich pozew, kamracie. Powiem ci, gdy przyślą. Lecz proszę cię, Kubo, zwracaj oko pilnie, a podzielę się z tobą po połowie; słowo honoru ci daję.
Przeszedł kawałek dalej, a głos jego stawał się coraz słabszy. Po chwili podałem mu lekarstwo, które przyjął, jak dziecko, zauważywszy przytem:
— Jeżeli kiedy było potrzeba leków marynarzowi, to spewnością mnie...
W końcu zmógł go ciężki sen, podobny do omdlenia, w którym go pozostawiłem. Nie wiadomo, jakbym się zachował, gdyby wszystko szło zwykłym trybem. Prawdopodobnie opowiedziałbym doktorowi całą historję, gdyż byłem w śmiertelnym strachu, że „kapitan“ pożałuje swych zwierzeń i zabije mnie. Lecz gdy to wszystko się działo, nagle tego samego wieczora mój biedny ojczulek rozstał się z tym światem, to zaś usunęło nabok wszystkie inne sprawy. Nasze strapienie i ból, ciągłe odwiedziny sąsiadów, kłopoty związane z pogrzebem oraz równoczesna konieczność zajmowania się gospodą — wszystko to tak mnie pochłaniało, że nie miałem zgoła czasu, żeby myśleć o „kapitanie“, a tem mniej, by się go obawiać.
Jednakowoż nazajutrz rano, jak można się było spodziewać, zszedł on na dół i jak zwykle zabrał się do jedzenia; jadł mało, a zato ponoć nad zwykłą miarę raczył się rumem, gdyż sam dobierał się do szynkfasu, robiąc srogie miny i parskając przez nos, tak iż nikt nie miał odwagi wejść mu w drogę. Wieczorem w przeddzień pogrzebu upił się jak zwykle. W domu żałoby przykro niezmiernie brzmiała nuta jego ohydnej śpiewki marynarskiej, ale pomimo jego słabości czuliśmy wszyscy śmiertelną przed nim trwogę, doktór zaś przebywał właśnie podówczas wiele mil od nas i po śmierci ojca nie zjawił się wpobliżu naszego domu. Powiedziałem, że „kapitan“ był osłabiony; w istocie widać było, że, zamiast odzyskiwać siły, coraz je traci. Z wysiłkiem gramolił się po schodach to na dół to do góry, lub przechadzał się z jadalni do szynkfasu i znów spowrotem, niekiedy zaś wyścibiał nos za drzwi, by zaczerpnąć powietrza morskiego; wtedy trzymał się ściany, jakgdyby szukał oparcia, a oddychał ciężko i powoli, jak człowiek stojący na stromym szczycie górskim. Nigdy nie zwracał się specjalnie do mnie i sądzę, że z pewnością zapomniał o wyznaniach, poczynionych w przystępie szczerości; lecz w usposobieniu stał się więcej dziwaczny i, o ile mu słabość pozwalała, bardziej popędliwy niż dotąd. Gdy był pijany, napędzał nam obecnie strachu w ten sposób, że wyciągał kordelas z pochwy i kładł go przed sobą na stole. W gruncie rzeczy jednak mało zważał na ludzi i był jakby zamknięty w swych myślach, a raczej w swem obłąkaniu. Razu pewnego, ku wielkiemu naszemu zdumieniu, zagwizdał niespodziewanie odmienną melodję, jakby jakiejś sielskiej piosenki miłosnej, której pewno nauczył się w dzieciństwie, zanim zbratał się z morzem.
Nazajutrz po pogrzebie nastał dzień posępny, mglisty i mroźny; była może godzina trzecia popołudniu, gdy, wyszedłszy przed drzwi, pełen żałosnych wspomnień o nieboszczyku ojcu, ujrzałem nieopodal jakiegoś człowieka, wlokącego się drogą. Człek ten był niewątpliwie ślepy, gdyż obmacywał kijem drogę przed sobą, a ponad jego oczyma i nosem zwieszał się wielki zielony daszek; pozatem był zgarbiony jakby wiekiem czy niemocą, a odziany w przydługi i zestrzępiony od starości płaszcz marynarski z kapturem, który nadawał mu wygląd wielce dziwaczny. W życiu swem nigdy nie widziałem okropniejszej poczwary. Zatrzymał się na chwilę przed gospodą i podnosząc głos, tonem jakiejś dziwacznej kantyczki rzucił w przestrzeń te słowa:
— Może jakaś litościwa osoba powie biednemu ciemnemu człowiekowi, który postradał drogocenny dar wzroku w zaszczytnej obronie swej ojczyzny Anglji i miłościwie nam panującego króla Jerzego: gdzie i w jakiej okolicy tego kraju znajduję się w tej chwili?
— Jesteś, dobry człowieku, koło gospody „pod Admirałem Benbow“, nad zatoką Black Hill — przemówiłem.
— Słyszę głos — rzekł ów, — głos młodociany, ale człowieka nie widzę. Mój miły, młody przyjacielu, czy nie podasz mi ręki i nie wprowadzisz mnie do wnętrza gospody?
Ledwie wyciągnąłem dłoń, aliści ta straszna, słodko mówiąca i oczu pozbawiona stwora ścisnęła mi ją nagle jak w kleszczach. Byłem taką odrazą i trwogą przejęty, iż usiłowałem się wyrwać, lecz ślepiec jednym ruchem ręki przyciągnął mnie ku sobie, mówiąc:
— A teraz, mój chłopcze, zaprowadź mnie do kapitana.
— Łaskawy panie, — odrzekłem — słowo daję, że nie mogę się odważyć na to.
— O, cóż znowu?! — zaszydził. — Prowadź mnie natychmiast, albo ci ramię wykręcę.
To mówiąc, dał mi taką sójkę w bok, że aż zawrzasłem z bólu.
— Łaskawy panie — wyjąkałem — mam tu na względzie jedynie pańskie dobro. Kapitan nie jest już tem, czem był niegdyś... Siedzi tam z dobytym kordelasem... Inny człowiek...
— Dalej w drogę, ruszaj! — przerwał mi ów; nie słyszałem nigdy głosu tak okrutnego, przeszywającego i ścinającego krew w żyłach, jak głos tego ociemniałego człowieka. Odczuwałem większy strach niż ból; stałem się uległy woli żebraka, idąc przez drzwi do jadalni, gdzie siedział nasz schorzały stary wilk morski, pijany jak bela. Ślepiec postępował tuż za mną, trzymając ramię moje w swej żelaznej pięści i przytłaczając mnie ciężarem, który zaledwie mogłem wytrzymać.
— Prowadź mnie wprost ku niemu, a gdy mnie spostrzeże, zawołaj: „Oto twój przyjaciel, Billu!“ — Jeżeli tego nie uczynisz, zrobię ci tak — i ścisnął mnie tak mocno, iż myślałem, że omdleję. Takim lękiem przejmował mnie ów ślepy żebrak, iż zapomniałem o strachu przed kapitanem: przeto, otworzywszy drzwi od jadalni, bez wahania, choć drżącym głosem, wykrzyknąłem polecone mi słowa.
Biedny „kapitan“ podniósł oczy; w jednej chwili rum wyszumiał mu z głowy, a wzrok stał się trzeźwy i przytomny. Na twarzy jego uwydatniła się nietyle trwoga, ile jakaś niemoc śmiertelna. Poruszył się, chcąc powstać, lecz zdaje mi się, że zabrakło mu sił.
— No, Billu, siedź spokojnie, nie ruszaj się z miejsca! — mówił żebrak. — Wprawdzie jestem pozbawiony wzroku, lecz słyszę nawet skinienie palca. Interes jest interesem. Wyciągnij lewą rękę, a ty, chłopcze, uchwyć jego lewą rękę w przegubie i przybliż do mojej prawicy.
Obaj spełniliśmy jego rozkaz co do joty i zobaczyłem, że ów straszny dziadyga przesunął coś ze swej ręki, dotąd trzymającej kosztur, na dłoń kapitana, kapitan zaś silnie zacisnął w dłoni ów trzymany przedmiot.
— A więc już wykonane — powiedział ślepiec; poczem natychmiast uwolnił mnie ze swego uścisku i z niewiarygodnym pośpiechem i pewnością siebie wyskoczył z jadalni, a następnie na ulicę. Stojąc jeszcze nieruchomo w miejscu, słyszałem przez pewien czas w oddali miarowe stukanie jego kija.
Wszystko to stało się, zanim my obaj zdołaliśmy zebrać zmysły; wkońcu jednak, i to prawie jednocześnie, ja wypuściłem przegub ręki „kapitana“, który dotychczas jeszcze trzymałem, a „kapitan“ rozwarł dłoń i bystro spojrzał na przedmiot w niej zawarty.
— O dziesiątej! — zawołał. — Sześć godzin! Jeszcze im pokażemy! — i skoczył na równe nogi.
W tejże chwili, gdy to uczynił, chwycił się ręką za gardło, zachwiał się na nogach i wydawszy dziwne rzężenie, runął całym ciężarem na podłogę naprzód twarzą.
Natychmiast przypadłem do niego, krzykiem wzywając matkę. Lecz na nic się nie zdał jej pośpiech. „Kapitan“ zmarł, rażony apopleksją. Jednej rzeczy zrozumieć nie mogę: bezwątpienia nigdy nie byłem przywiązany do tego człowieka, choć ostatnio obudziła się we mnie litość nad nim; atoli, gdy zobaczyłem, że już nie żyje, wybuchnąłem rzewnym płaczem. Była to druga śmierć, którą oglądałem własnemi oczyma, a po pierwszej odczuwałem jeszcze w sercu niezagojoną boleść.



Rozdział czwarty.
SKRZYNIA MARYNARSKA.

Nie tracąc czasu, opowiedziałem matce wszystko, co mi było wiadomo i co zapewne dawno powinienem był jej wyjawić; zrozumieliśmy odrazu, że położenie nasze jest trudne i niebezpieczne. Pewna część pieniędzy kapitana (o ile je ów posiadał), należała się nam, jako wierzycielom; atoli było rzeczą wielce wątpliwą, czy jego towarzysze, a zwłaszcza oba indywidua widziane przeze mnie, tj. Czarny Pies i niewidomy żebrak, zgodziliby się ustąpić część zdobyczy na rachunek długów nieboszczyka. Polecenie „kapitana“, by natychmiast dosiadać konia i jechać po doktora Liveseya, było niewykonalne, gdyż matka zostałaby sama jedna bez opieki. Obojgu nam wydawało się niepodobieństwem dłuższe przebywanie w domu: przesypywanie się węgli w ruszcie kuchennym, ciche tyktanie zegara napełniało nas przerażeniem. Słuch nasz miewał złudzenia, że dokoła domu rozlega się odgłos coraz to bliższych kroków, podobnych do stąpania upiorów... Wobec zwłok „kapitana“ na podłodze jadalni, wobec uporczywej myśli o wstrętnym ślepym żebraku, czyhającym gdzieś niedaleko i mogącym powrócić lada chwilę, przejęty byłem taką zgrozą, że niekiedy miałem chęć, jak to mówią, wyskoczyć ze skóry. Należało czemprędzej coś przedsiębrać; wnet przyszło nam do głowy, by wyjść razem z domu i szukać pomocy w sąsiedniej osadzie; myśl tę odrazu wprowadziliśmy w czyn. Jak byliśmy, z gołą głową, tak pognaliśmy wśród gęstniejącego mroku i przenikającej mgły.
Osada była od nas oddalona o kilkaset jardów, lecz leżała na uboczu, po drugiej stronie sąsiedniej zatoki. Wielkiej otuchy dodawało mi to, że znajdowała się w kierunku przeciwnym temu, skąd pojawił się ślepiec i dokąd przypuszczalnie podążył spowrotem. Byliśmy w drodze ledwo kilka minut, lecz po kilkakroć zatrzymywaliśmy się, aby zrównać się z sobą lub nadsłuchiwać. Jednakże nie doszedł do nas żaden odgłos osobliwy lub niepokojący — słychać jeno było cichy szmer fal i krakanie wron na drzewach.
Gdy dotarliśmy do osady, już tam wszędzie pozapalano światła — nigdy w życiu nie zapomnę tej błogości, jakiej doznałem na widok żółtawego blasku w drzwiach i oknach; lecz, jak się przekonałem, była to jedyna pociecha, jakiej zaznać mogliśmy w tej dziurze. Myślicie może, że ludzie mieli choć trochę wstydu w duszy? — gdzietam!... Nie można było znaleźć litościwej duszy, któraby się zgodziła wracać z nami pod „Admirała Benbow“. Im więcej opowiadaliśmy o swych obawach, tem skwapliwiej każdy, zarówno mężczyzna, jak kobieta czy dziecko, zatrzaskiwał nam drzwi przed nosem. Nazwisko kapitana Flinta, dla mnie obce, było niektórym aż nazbyt dobrze znane i wywoływało nieopisany przestrach. Paru ludzi, którzy pracowali w polu opodal od „Admirała Benbow“, wspominało ponadto, że na gościńcu widzieli kilku drabów nieznajomych, a biorąc ich za przemytników, opatrzyli dobrze drzwi; ktoś tam nawet widział mały lugier[1] w tak zwanej przez nas Pieczarze Kitta. Z tego powodu każdy, kto był towarzyszem „kapitana“, pobudzał ich do śmiertelnej trwogi. Krótko mówiąc, rezultat był taki, że choć znalazło się kilku chętnych, którzy podjęli się jechać do doktora Liveseya, mieszkającego w innej stronie, to jednak nikt nie podjął się wespół z nami bronić gospody.
Mówią, że tchórzostwo jest zaraźliwe: w każdym razie człowiek czuje się lepiej na duchu, gdy komuś bez ogródek wytnie prawdę w oczy. To też, gdy każdy sianem się wykręcał, matka sypnęła ludziom tęgie kazanie, oświadczając, że nie może na pastwę oddać grosza, należącego do jej syna-sieroty.
— Jeżeli wam wszystkim dusza uciekła w pięty, to ja z Kubą okażemy więcej odwagi! Wracamy do domu, tą samą drogą, którąśmy tu przyszli — obejdziemy się bez waszej łaski! Takie dryblasy, chłopy jak dęby, a serca mają jak zające! Otworzymy skrzynię, choćbyśmy mieli za to kipnąć! Pani Crossley, a do paniusi to się umizgnę o tę sakiewkę, żebym miała gdzie wrazić te pieniądze, co się nam z prawa przynależą.
Ma się rozumieć, że powiedziałem, iż chcę iść z matką, a, po prawdzie, wszyscy nam też wymyślali od kiepskich warjatów; niemniej jednak nikt nie zechciał nam towarzyszyć. Poprzestano na wręczeniu mi nabitego pistoletu na wypadek, gdyby nas napadnięto; obiecano również mieć w pogotowiu osiodłane konie na wypadek, gdyby nas ścigano, tymczasem jeden z parobków zabierał się do odjazdu w stronę domu doktora, celem sprowadzenia zbrojnej pomocy.
Mogłem dokładnie rozeznać bicie własnego serca, gdy znaleźliśmy się znów oboje w objęciach zimnej nocy, w obliczu groźnego niebezpieczeństwa. Zaczął właśnie wschodzić księżyc w pełni, przezierając czerwonawą poświatą poprzez górny rąbek mgły; wzmogło to naszą prędkość, gdyż nie ulegało wątpliwości, że zanim dojdziemy do celu, będzie wszędy jasno jak w dzień, a nasza wyprawa wpadnie w oko jakiemuś czatownikowi. Bez szelestu, błyskawicznie prześliznęliśmy się koło opłotków, nie słysząc ani widząc nic takiego, co mogłoby zwiększyć naszą trwogę. Westchnienie ogromnej ulgi wydobyło się z naszych piersi, gdy drzwi gospody „pod Admirałem Benbow“ zamknęły się za nami.
Nie tracąc czasu zasunąłem zawory; na chwilę przycupnęliśmy cicho w ciemności, sam na sam ze zwłokami kapitana. Niebawem jednak matka wydostała świeczkę z kredensu i wkroczyliśmy do jadalni, trzymając się za ręce. Kapitan leżał tak, jakeśmy go porzucili, nawznak, z otwartemi oczyma, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie.
— Spuść zasłony w oknach, Kubo! — wyszeptała matka. — Oni tu mogą podejść i szpiegować nas od dworu!
Gdy uczyniłem to, odezwała się znowu, wskazując na skrzynię:
— A teraz musimy skądciś wytrzasnąć klucz od... tego... Chciałabym wiedzieć, kto go tam znajdzie!
Gdy wymawiała te słowa, w jej głosie brzmiało jakby szlochanie.
Ukląkłem przy zmarłym. Na podłodze tuż przy jego dłoni spoczywał mały zwitek papieru, pomazany na czarno z jednej strony. Nie miałem wątpliwości, że to jest właśnie owa „czarna plama“. Podniósłszy ten świstek, znalazłem na jego odwrotnej stronie wypisane pięknym, czytelnym charakterem następujące zwięzłe zdanie: „Masz czas dzisiaj do dziesiątej wieczorem“.
— Mamo, jemu dali czas do dziesiątej! — powiedziałem, a właśnie w tej samej chwili stary nasz zegar począł wybijać godzinę. Ten nieoczekiwany dźwięk przejął nas dreszczem; jednak uspokoiliśmy się niebawem, gdyż przekonaliśmy się, że jest dopiero szósta.
— Kuba! a ten klucz? — nagabywała matka.
Przetrząsnąłem wszystkie kieszenie nieboszczyka, jedną po drugiej. Kilkoro drobnej monety, naparstek, kłębek nici i parę wielkich igieł, laseczka prasowanego tytoniu, nadgryziona z jednego końca, scyzoryk z zakrzywioną rączką i kubek cynowy — oto wszystko, co się tam zawierało. Byłem bliski rozpaczy.
— Może znajduje się koło szyi — domyślała się matka.
Przemógłszy wielką odrazę, rozchełstałem mu koszulę koło szyi, tam zaś, zgodnie z domysłem, znaleźliśmy klucz, wiszący na brudnej tasiemce, którą przeciąłem własnym kozikiem kapitana. Nabrawszy wielkiej nadziei po tem odkryciu, popędziliśmy cwałem na górę do pokoiku, gdzie „kapitan“ nocował od tak dawna i gdzie jeszcze od dnia jego przybycia stała jego skrzynia.
Jej wygląd zewnętrzny niczem się nie różnił od innych kufrów marynarskich. Na pokrywie widniał monogram „B.“ wypalony żelazem; rogi były poobijane nieco i utarte przez długie używanie oraz niedelikatne obchodzenie się z nią.
— Podaj mi klucz! — rzekła matka. Wprawdzie zamek się zacinał, lecz zdołała go przekręcić i odrzuciła gorączkowo pokrywę.
Silna woń tytoniu i dziegciu wionęła ze środka, lecz na wierzchu było widać jedynie garnitur zupełnie przyzwoitego ubrania, starannie oczyszczony i prasowany. Matka wyraziła przypuszczenie, że kapitan nie miał go jeszcze nigdy na sobie. Pod spodem był istny groch z kapustą: kwadrant, kilka laseczek tytoniu, dwie pary nader pięknych pistoletów, sztaba lanego srebra, stary zegarek hiszpański i wiele innych świecidełek, przeważnie niezbyt wielkiej wartości i wyrobu zagranicznego, para mosiężnych kompasów oraz pięć czy sześć osobliwych muszli z Indyj Zachodnich. Często później zastanawiałem się nad tem, poco on te wszystkie rupiecie nosił z sobą wszędzie w ciągu swego niespokojnego, występnego i niebezpieczeństw pełnego życia.
Dotychczas, oprócz srebra i kilku fatałaszków, nie znaleźliśmy niczego, coby mogło przedstawiać jakąś wartość, a żaden z tych przedmiotów nie stanowił dla nas upragnionego celu. Poniżej znajdował się stary płaszcz żeglarski, wyblakły od soli morskiej. Matka odrzuciła go niecierpliwie i ujrzeliśmy ostatnie przedmioty znajdujące się na dnie w skrzyni: paczkę owiniętą w ceratę i wyglądającą na pęczek papierów oraz worek z płótna żaglowego, który przy poruszeniu ozwał się jakby brzękiem złota.
— Pokażę tym łajdakom, że jestem uczciwą kobietą — oświadczyła matka. — Odbiorę swój dług, a reszta mnie nie obchodzi. Trzymaj sakiewkę pani Crossleyowej! — I zabrała się do odliczania z worka kapitańskiego sumy, którą był nam winien; przeliczone pieniądze przesypywała do sakiewki trzymanej przeze mnie.
Było to zajęcie żmudne i uciążliwe, gdyż pieniądze pochodziły z różnych krajów i były rozmaitej wielkości: były tam i dublony i luidory, gwineje, talary i nie wiem już jakie inne monety, wszystko zmieszane pospołu. Nadomiar złego, gwineje, na których jedynie znała się moja matka, spotykało się prawie że najrzadziej.
Gdyśmy już doszli niemal do połowy, nagle złożyłem rękę na ramieniu matki, gdyż w głuchem, mroźnem przestworzu posłyszałem dźwięk, który ściął mi krew w żyłach — było to miarowe stukanie laski ślepego żebraka na zamarzniętym gościńcu. Odzywało się raz po razu, coraz bliżej, podczas gdyśmy siedzieli z zapartym oddechem. Ktoś począł się dobijać do drzwi gospody, później słychać było, jak przekręcano klamkę i coś chrobotało koło zamku, jakby napastnik próbował się włamać; potem nastała chwila dłuższej ciszy zarówno zzewnątrz, jak i od wewnątrz. Wkońcu rozpoczęło się na nowo kusztykanie laski żebraka i ku niewysłowionej radości naszej i zadowoleniu znów cichło zwolna w miarę oddalania się, aż ucichło zupełnie.
— Mamo! — odezwałem się — weź wszystko i uciekajmy stąd!
Byłem pewny, że zaryglowane drzwi musiały wzniecić podejrzenie, więc ów zbój sprowadzi na nas cały rój os zjadliwych; w każdym razie, jak dziękowałem sam sobie za zaryglowanie drzwi, tego nie potrafi wysłowić nikt, kto nie spotkał się w swem życiu z tym przerażającym ślepcem.
Lecz matka, choć miała tęgiego pietra, nie chciała przystać na to, by wziąć grosz złamany więcej, niż się jej należało, a również stanowczo sprzeciwiała się temu, by poprzestać na mniejszej sumie. Powtarzała ciągle wkółko, że jeszcze niema siódmej, że zna swą powinność i chce ją spełnić itd. Jeszcze spierała się ze mną, gdy wtem rozległo się ciche krótkie gwizdnięcie opodal na wzgórzu. To wystarczyło aż nadto nam obojgu.
— Wezmę to, co mam — powiedziała, zrywając się na równe nogi.
— A ja wezwę tę drobnostkę dla zaokrąglenia rachunku! — dodałem, chwytając ceratową paczuszkę.
W jednej chwili zbiegliśmy nadół, zostawiając świecę przy wypróżnionej skrzyni; otworzyliśmy drzwi i poczęliśmy umykać, co sił w nogach. Nie wybraliśmy się ani o minutę zawcześnie. Mgła rozwiała się doszczętnie, a księżyc zwysoka świecił bardzo jasno na wszystkie strony; jedynie na samem dnie wąwozu i koło drzwi karczmy leżała wąska smuga ciemności, osłaniająca nasze pierwsze kroki. Ale niespełna w połowie drogi do wioski, prawie u stóp pagórka musieliśmy wyjść na przestrzeń, oświeconą księżycem. Nie dosyć na tem; do naszych uszu doszło już tupotanie kilku pędzących ludzi. Gdy spojrzeliśmy w ich stronę, ujrzeliśmy światło, chybotające się tam i spowrotem i zbliżające się coraz bardziej, co świadczyło, że jeden z przybywających miał latarnię.
— Mój kochany — rzekła nagle matka — weź pieniądze i uciekaj. Ja słabnę.
Myślałem, że już niechybnie nadszedł kres nas obojga. O, jakże przeklinałem tchórzostwo sąsiadów! jak wymyślałem w duchu na biedną mateńkę za jej uczciwość i chciwość, za jej dawną niewczesną śmiałość i obecną słabość!.... Na szczęście znajdowaliśmy się koło mostku; przeto słaniającą się i wyczerpaną doprowadziłem do krawędzi belkowania, gdzie, jak przewidywałem, wydała jęk i upadła bez przytomności w moje ramiona. Nie wiem, skąd mi się wzięło tyle sił, aby to wykonać i pewno wykonałem to dość niezdarnie, bądź co bądź jednak udało mi się zaciągnąć ją pod mostek, a nawet ukryć za węgarem. Dalej już nie mogłem jej posunąć, gdyż mostek był niewysoki, iż zaledwie sam zdołałem wczołgać się pod niego. Tak musieliśmy czekać zmiłowania Bożego, oddaleni od karczmy zaledwie na odległość głosu. Matka leżała bez ducha.



Rozdział piąty.
DOKOŃCZENIE OPOWIEŚCI O ŚLEPYM ŻEBRAKU.

Jednakowoż ciekawość przemogła trwogę; nie mogłem wytrzymać na jednem miejscu, lecz wygramoliłem się zpowrotem ku krawędzi mostku, gdzie, chowając się za krzakiem janowca, mogłem przyglądać się drodze, wiodącej koło naszej gospody. Ledwo stanąłem na czatach, już zaczęli się schodzić nasi wrogowie; biegło ich siedmiu lub ośmiu całym pędem, aż tętent ich stóp rozchodził się od czasu do czasu wzdłuż drogi; człowiek z latarnią wyprzedzał ich o kilka kroków. Trzech biegło razem, trzymając się za ręce; pomimo mgły wyobrażałem sobie, że środkowy mężczyzna w tej trójce był to ślepy żebrak. W chwilę później jego głos potwierdził moje domysły.
— Rozwalić wrota! — zawołał.
— Według rozkazu! — odpowiedziało kilka głosów. Dokoła „Admirała Benbow“ powstał zgiełk i hałas, latarnia posunęła się naprzód; naraz zauważyłem, że się zatrzymali, a rozmowa przeszła w przytłumiony pomruk, jak gdyby napastnicy się zdumieli, widząc drzwi otwarte. Lecz przerwa trwała krótko, ponieważ ślepiec znów powtórzył rozkaz. Głos jego brzmiał donośniej i przeraźliwiej, jakby był roznamiętniony zniecierpliwieniem i wściekłością.
— Naprzód, do środka, do środka! — darł się i obrzucał ich przekleństwami za opieszałość.
Czterech czy pięciu z nich posłuchało odrazu, dwóch pozostało na gościńcu wraz ze strasznym dziadygą. Przez chwilę było cicho, potem wydarł się okrzyk zdziwienia, a wreszcie głos jakiś wrzasnął:
— Bill nie żyje!
Ślepiec znów ich złajał za ociąganie się.
— A wy wykrętne łotry! Dalej, bałwany jeden z drugim! Niech go który zrewiduje, a reszta wio! na górę i znieść tę skrzynię.
Słyszałem łoskot ich obcasów na naszych starych schodach; pewno cały dom aż dygotał od tych uderzeń. Za chwilę doleciały do mnie nowe krzyki przerażenia; ktoś w pokoju kapitana wypchnął okno, które spadło z trzaskiem i brzękiem potłuczonego szkła. W blasku księżyca widać było, jak wysunął stamtąd głowę i barki jakiś mężczyzna, który, zwracając się do ślepca stojącego poniżej na ulicy, krzyczał:
— Słuchaj, Pew! tu już był ktoś przed nami! Ktoś przetrząsnął cały kufer i przewrócił w nim wszystko do góry nogami!
— A czy to się tam znajduje? — ryknął Pew.
— Pieniądze są.
Ślepiec zaklął, odsyłając pieniądze do wszystkich djabłów.
— Mówię o piśmie Flinta! — krzyknął.
— W żaden sposób nie możemy go odszukać — odpowiedział tamten.
— Hej, wy na dole! czy nie znaleźliście tego przy Billu? — wołał znów ślepiec.
Na to przybiegł inny drab, widocznie jeden z tych, którzy zostali na dole, żeby obszukać zwłoki kapitana, i stanął w drzwiach, mówiąc:
— Billa już ktoś obmacał! Niema ani krzty!
— Uuch! W tem musieli palce maczać ludzie z tej karczmy!... To sprawka tego chłopca! Och! żebym mógł mu oczy wyłupić! — wył z wściekłości ślepy żebrak Pew. — Oni tu byli niedawno... zaryglowali drzwi, kiedy próbowałem się do nich dostać. Dalej, chłopcy! biegajcie na wszystkie strony i przyłapcie ich!
— Spewnością tu się gdzieś ukryli i siedzą po kątach! — bąknął zbójca stojący w oknie.
— Rozsypcie się na wszystkie strony i szukajcie ich! Przetrząśnijcie cały dom! — powtarzał Pew, waląc kosturem o ziemię.
Hałas ogromny zapanował w całej starej gospodzie; tu, to tam, rozbrzmiewały ciężkie stąpania, przewracano sprzęty, trzaskano drzwiami, aż skały odpowiadały głośnem echem. Nakoniec zbójcy poczęli wychodzić jeden za drugim na ulicę, oznajmiając, że niepodobna nas odnaleźć. Równocześnie ten sam gwizd, który poprzednio spłoszył matkę i mnie w czasie liczenia pieniędzy kapitana, dał się ponownie słyszeć wyraziście w ciszy nocnej, lecz tym razem dwukrotnie. Mniemałem wprzód, iż jest to, że się tak wyrażę, surma bojowa niewidomego dziada, wzywająca całą szajkę do ataku. Teraz jednakże przekonałem się, że świstanie pochodziło ze zbocza pagórka, zwróconego w stronę wioszczyny, sądząc zaś z wrażenia, jakie wywarło na rozbójnikach, było znakiem, który ostrzegał ich przed nadchodzącem niebezpieczeństwem.
— To znowu Dirk![2] — rzekł jeden z nich. — Trzeba zawracać, koledzy!
— Dam ja ci zawracać, baranie! — źlił się Pew. — Dirk był głupcem i tchórzem od urodzenia — nie zważać na niego! Oni tu muszą być niedaleko; nie mogą być daleko! Więc do dzieła! Rozsypać się i szukać, psy jedne! Och, na mą duszę, gdybym miał oczy!...
Rozkaz ten sprawił niejakie wrażenie. Dwaj opryszkowie wzięli się do poszukiwań tam i sam pośród gratów, leżących przy domu, lecz jak mi się zdawało, nie grzeszyli wielką odwagą i spozierali z pod oka w stronę zagrażającego niebezpieczeństwa; reszta stała w zakłopotaniu na gościńcu.
— Czemu tak stoicie, jak głupcy? Macie już krocie pieniędzy prawie w garści, a nie chce się wam powłóczyć nogami! Wiecie, że jeżeli uda się wam to znaleźć, będziecie bogaci, jak królowie, a gapicie się i udajecie zmęczonych! Nie było między wami takiego, któryby się odważył stanąć wobec Billa... i ja to uczyniłem, ja — człowiek niewidomy! I ja też przez was tracę swe szczęście! Zostanę ubogim włóczęgą-żebrakiem, nie mającym nawet za co napić się rumu, chociaż mógłbym jeździć karetą. Jeżelibyście mieli choć tyle serca, co najmniejszy robaczek, jużbyście ich złapali!
— Daj spokój, Pew, zdobyliśmy talary! — zrzędził jeden ze zbójców.
— Oni mogli ukryć tę przeklętą rzecz — rzekł inny. — Chodź, Pew, weź z sobą Jerzego i nie drzyj gęby!
„Darcie gęby“ było tu trafnem wyrażeniem, gdyż wściekłość ślepego Pew wzrosła niebywale wmiarę sprzeciwiań; wreszcie gdy rozjuszenie przeszło wszelkie granice, zaczął ich okładać naoślep w prawo i lewo, a kij jego zadudnił głucho na plecach niejednego z nich.
Ci ze swej strony przekleństwami i obelgami odwzajemniali się ślepemu hultajowi, odgrażając mu się w strasznych słowach, a zarazem nadaremnie usiłowali pochwycić kosztur i wydrzeć go z jego rąk.
Ta sprzeczka była dla nas wybawieniem. Gdy oni jeszcze się spierali ze sobą, nagle od wierzchołka wzgórza w stronie wioski doszedł inny odgłos, a mianowicie tętent galopujących koni. Prawie równocześnie błysło coś koło żywopłotu i rozległ się trzask wystrzału pistoletowego. Było to niewątpliwie ostatniem hasłem niebezpieczeństwa, gdyż piraci natychmiast zwrócili się do ucieczki, rozpraszając się we wszystkich kierunkach, jedni ku zatoce, drudzy naprzełaj przez wzgórze, słowem, gdzie kto mógł; w przeciągu pół minuty nie pozostało ani śladu po nich — pozostał tylko Pew. Opuścili go wspólnicy, niewiadomo czy jedynie z winy popłochu czy też z zemsty za obelgi i razy; dość, że pozostał wtyle, grzmocąc zaciekle laską w stwardniałą grudę, szukając poomacku i nawołując swych kamratów. Wreszcie przybrał mylny kierunek i począł biec ku wsi, mijając mnie o kilka kroków i wrzeszcząc:
— Jasiek!... Czarny Psie!... Dirk!... — tu następowały jeszcze inne imiona i przezwiska. — Chyba nie chcecie porzucić starego Pew — druhowie, nie opuszczajcie starego Pew!
W sam raz wtedy na szczycie pagórka zabębniły kopyta końskie, w blasku miesięcznym wyłoniło się czterech czy pięciu jeźdźców, którzy w pełnym galopie zjeżdżać poczęli po pochyłości. Pew zmiarkował swą omyłkę, więc z krzykiem zawrócił, popędził wprost na rów i stoczył się do niego. W sekundzie jednak był znów na nogach, lecz teraz w szale rozpaczy rzucił się wprost pod pierwszego z nadjeżdżających koni.
Jeździec chciał go ocalić, ale już było zapóźno. Pew powalił się, wydając krzyk, dziko rozbrzmiewający w mrokach nocy; cztery kopyta stratowały i zmiażdżyły nieszczęśnika i przeszły dalej. Upadł na bok, następnie osunął się zwolna twarzą ku ziemi i odtąd już się nie poruszył.
Wyskoczyłem z kryjówki i powitałem jadących. Osadzili konie w miejscu, nieco zaskoczeni mem zjawieniem, więc odrazu ich poznałem. Jeden, który człapał na ostatku, był to ów parobek, który wyprawił się z wioski do doktora Liveseya; resztę stanowili strażnicy celni, których tenże spotkał po drodze i przezornie namówił do wspólnego natychmiastowego powrotu. Trzeba wiedzieć, że pogłoski o statku w grocie Kitta dotarły do nadkomisarza Dance’a, co skłoniło go owej nocy do wyprawy w naszą stronę; tej to okoliczności matka i ja zawdzięczaliśmy ocalenie.
Pew był już martwy, jak kamień. Co się tyczy mojej matki, to gdy zaniesiono ją do wioski i poczęto cucić zimną wodą oraz solami, przyszła wnet do siebie i bynajmniej nie odbił się na jej zdrowiu ani usposobieniu strach niedawny, — conajwyżej nie przestawała narzekać na stratę należnych pieniędzy. Tymczasem komisarz ruszył z kopyta w stronę pieczary Kitta, ludzie jego zaś zaczęli zsiadać z koni i przekradać się do parowu na zwiady, prowadząc, a niekiedy ciągnąc za sobą swe wierzchowce w ciągłej obawie zasadzki. To też nie było wielką niespodzianką, gdy dotarłszy do jaskini, zastali lugier już w drodze, choć w niewielkiej odległości. Komisarz huknął, by się zatrzymali. Jakiś głos zawołał, żeby zszedł im z oczu, bo go poczęstują ołowiem; w tejże chwili kulka świsnęła mu tuż obok ramienia. Lugier zdwoiła swą chyżość i niebawem znikła. Pan Dance stanął bezradny i, jak się wyraził, był podobny do ryby, wyrzuconej z wody; jedyną rzeczą, którą mógł uczynić, było wysłanie jednego ze strażników do B..., ażeby zawiadomić stojący tam kuter.[3]
— I to zresztą — nadmienił — na nic się nie przyda! Dali drapaka i na tem koniec! — Słysząc zaś moją opowieść, dodał:
— Cieszę się przynajmniej, że wreszcie przydeptałem nagniotki sławetnemu Pew.
Powróciłem w jego towarzystwie pod „Admirała Benbow“. Trudno sobie przedstawić obraz większego spustoszenia! Nawet zegar strącili na ziemię ci złoczyńcy w swem zajadłem polowaniu na mnie i moją matkę... Pomimo że nie skradziono niczego oprócz sakiewki kapitana i drobnej ilości srebra w szufladzie komody, to jednak odrazu poznałem, że jesteśmy doprowadzeni do ruiny. Na to już nawet komisarz Dance nie mógł nic poradzić; zdziwiony widokiem, zapytał:
— Przecież znaleźli pieniądze, jak sam mówiłeś?
Powiedz mi przeto, Hawkins, czego tu oni jeszcze szukali? Zapewne jeszcze innych pieniędzy?
— Nie, panie! — odpowiedziałem. — Zdaje mi się, że nie szukali pieniędzy. Jestem przekonany, że przedmiot ich poszukiwań mam w kieszeni za pazuchą, a prawdę powiedziawszy, powinienem go oddać w bezpieczne przechowanie.
— Oczywiście, chłopcze! masz słuszność — odrzekł. — Mogę wzięć, jeżeli pozwolisz.
— Sądzę, że może doktór Livesey... — zacząłem mówić, lecz ów przerwał tonem wesołym:
— Ależ zupełnie słusznie! toż człek dostojnie urodzony i urzędnik! Wszelakoż przyszło mi na myśl, że mógłbym konno prędko tam zajechać i doręczyć jemu albo dziedzicowi. Imci pan Pew zginął po tem całem zajściu; nie żal mi go, lecz ludzie, gdy tylko mogą, ostrzą sobie zęby na urzędnikach celnych Jego Królewskiej Mości i teraz z jego śmierci ukują zarzut przeciwko mnie. Wobec tego wiesz co, mości Hawkins; jeżeli pozwolisz, zabiorę cię z sobą na świadka.
Podziękowałem mu serdecznie za tę usługę i wróciliśmy do wsi, gdzie stały konie. Ledwo zdążyłem opowiedzieć matce o swych zamiarach, już wszyscy strażnicy byli w siodłach.
— Dogger! — rzekł p. Dance do jednego z nich. — Masz dobrego konia, posadź za sobą tego zucha.
Gdy siedziałem już na koniu, trzymając się pasa Doggera, komisarz wydał komendę i oddział pomknął wcwał gościńcem, wiodącym ku domowi doktora Liveseya.



Rozdział szósty.
PAPIERY KAPITANA.

Jechaliśmy rączo, więc w niedługim czasie przebyliśmy całą drogę i zatrzymaliśmy się przed bramą domu doktora Liveseya. Całe mieszkanie od frontu pogrążone było w ciemności.
Komisarz Dance poprosił mnie, żebym zeskoczył i zapukał do drzwi, a Dogger podał mi strzemię do zsiadania. Za chwilę służąca otworzyła bramę.
— Czy zastaliśmy doktora Liveseya? — zapytałem.
Odpowiedziała, że niema go w domu: wprawdzie popołudniu wpadł do siebie, lecz później udał się do dworu, gdzie miał zostać na wieczerzy i pogawędzić z dziedzicem.
— A więc jedziemy tam, chłopcy! — zakomenderował p. Dance.
Tym razem, ponieważ odległość była nieznaczna, nie wsiadłem na konia, lecz biegłem przy strzemieniu Doggera; minąwszy bramę wjazdową, znaleźliśmy się w długiej, bezlistnej, księżycem oblanej alei, którą zamykała biała smuga zabudowań dworskich, odcinająca się na tle starego parku, leżącego z obu stron. P. Dance zsiadł z wierzchowca i wziął mnie z sobą do pałacu.
Wpuszczono nas tam na pierwsze słowo. Pokojówka poprowadziła nas przez sień, wysłaną kobiercami, i wskazała nam wkońcu wielką bibljotekę, zastawioną półkami pełnemi książek oraz stojącemi na nich popiersiami. Dziedzic wraz z doktorem Liveseyem siedzieli po dwóch stronach płonącego kominka, kurząc fajki.
Nigdy dotychczas nie widziałem dziedzica z tak bliska. Był on wzrostu słusznego, z jakich sześć stóp wysokości, tęgi był w miarę; miał twarz jowialną i nieco rubaszną, opaloną, stwardniałą i pomarszczoną wskutek długich podróży. Brwi miał nadzwyczaj ciemne, żywo poruszające się, co nadawało mu pozory popędliwości — tylko, broń Boże, nie w ujemnem znaczeniu tego słowa! Chciałem tylko powiedzieć, że nasz pan był niekiedy raptus i gorączka.
— Proszę wejść, panie Dance — powiedział tonem uprzejmym, choć pełnym dostojności.
— Dobry wieczór, mości Dance — przemówił doktór, skinąwszy głową. — I ciebie witam, kochany Kubusiu. Jakież bogi was tu przynoszą?
Komisarz stanął na baczność, jakby kij połknął, i jednym tchem wyrecytował całą historję, jak zadaną lekcję. Warto było widzieć, jak obaj panowie pochylili się wprzód i spozierali po sobie, w zdumieniu i zaciekawieniu, zgoła zapomniawszy o fajce. Gdy posłyszeli, jak moja matka wracała do karczmy, dr. Livesey chlasnął się zlekka dłonią po udzie, dziedzic zaś krzyknął: „Brawo!“ i złamał długi cybuch swej fajki na kracie kominka. Jeszcze zanim się to stało, pan Trelawney (zapewne pamiętacie, że było to nazwisko naszego dziedzica) powstał z krzesła i jął przechadzać się po pokoju, a doktór, jakby chciał lepiej słyszeć, zdjął napudrowaną perukę i siedział tak, wyglądając bardzo śmiesznie z głową pokrytą czarnemi, krótko ostrzyżonemi włosami.
Gdy p. Dance dokończył nareszcie swej opowieści, dziedzic odezwał się:
— Panie Dance, dzielny z pana człowiek! Co się tyczy przejechania tego plugawego, bezczelnego potwora, to panu ów postępek poczytuję za czyn dzielny i chwalebny; niech się panu zdaje, że stratował pan stonogę czy karalucha. A z tego urwisa Hawkinsa, jak się przekonałem, też ćwik nielada. Kubusiu, bądź tak dobry, zadzwoń na sługę. Pan Dance nie pogardzi piwem?
— Słuchaj Kuba — rzekł doktór. — A masz ty ten przedmiot, na który ci łotrzy urządzali obławę?
— Oto jest, panie doktorze! — odrzekłem, podając mu ceratowe zawiniątko.
Doktór obejrzał je z wierzchu, jakby go palce świerzbiały, by otworzyć paczuszkę; jednak zamiast to uczynić, włożył ją najspokojniej w świecie w kieszeń surduta.
— Panie dziedzicu — przemówił — pan Dance, skoro napije się piwa, będzie musiał nas, niestety, pożegnać ze względów służbowych, gdyż jest urzędnikiem Jego Królewskiej Mości. Mam jednak zamiar zatrzymać na nocleg w mym domu przynajmniej Kubę Hawkinsa, a za łaskawem pańskiem pozwoleniem proponuję, by poczęstować go zimnym pasztetem, bo biedakowi pewno porządnie chce się jeść.
— Z miłą chęcią — zgodził się dziedzic. — Hawkins zasłużył dziś na coś więcej, niż na zimny pasztet.
Przyniesiono potężną porcję pasztetu z gołąbków i postawiono na bocznym stoliku; wziąłem się do jedzenia, aż mi się uszy trzęsły, bo zgłodniały byłem, jak sęp. Tymczasem pan Dance słuchał w dalszym ciągu pochwał i uznania, aż wkońcu oddalił się, by pełnić służbę.
— A teraz, dobrodzieju... — rzekł doktór.
— A teraz, doktorze... — rzekł dziedzic, jakby jedną myślą natchniony.
— W tej samej chwili myślimy o tem samem — zaśmiał się doktór Livesey. — Przypuszczam, że pan słyszał o Flincie?
— Czy słyszałem? — oburzył się dziedzic. — Pan się pyta, czy o nim słyszałem? Wszak był to najstraszniejszy opryszek, jaki kiedykolwiek pływał po morzu! Sinobrody był dzieckiem w porównaniu z Flintem. Hiszpanie tak go się strasznie lękali, że, mówię panu, nieraz byłem dumny z tego, iż był on Anglikiem. Na własne oczy widziałem jego żagle, gdyśmy odbili od Trinidad, a ten tchórzliwy opój, który dowodził statkiem, zawrócił... tak, powiadam panu, zawrócił do Port d’Espagne!
— No tak, ja sam nasłuchałem się o nim dosyć nawet w Anglji — rzekł doktór. — Lecz grunt w tem, czy miał on pieniądze?
— Pieniądze! — krzyknął dziedzic. — Czy pan słyszał tę historję przed chwilą? A czegóż, proszę, poszukiwali ci szubrawcy, jak nie pieniędzy? O cóż im kiedy chodziło, jak nie o pieniądze? Dla czegóż narażali swe łajdackie ścierwa, jak nie dla pieniędzy?
— O tem zaraz się dowiemy — odparł doktór. — Ależ pan jest w gorącej wodzie kąpany i taki z pana krzykacz, że nie mogę dojść do słowa. Niech pan posłucha, co powiem. Dajmy na to, że w mojej kieszeni znajdują się pewne wskazówki, gdzie Flint zakopał swoje skarby; otóż pragnąłbym się dowiedzieć, czy ten skarb dochodzi do wielkiej sumy?
— Dochodzi, pan mówi! — wybuchnął dziedzic. — Zaraz panu powiem, czego on dosięga. Jeżeli posiadamy ów klucz, o którym pan mówi, tedy każę zbudować okręt w stoczniach brystolskich, zabieram ze sobą pana i obecnego tu Hawkinsa i znajdę ów skarb, choćby mi przyszło szukać go rok cały.
— Wyśmienicie! — rzekł doktór. — Zatem, jeżeli Kuba pozwala, otworzę tę paczkę.
To powiedziawszy, położył paczkę przed sobą na stole. Była silnie zszyta, więc doktór wydobył skrzynkę z narzędziami i rozciął szwy zapomocą nożyczek chirurgicznych. W paczce zawierały się dwa przedmioty: zeszyt i ćwiartka zapieczętowanego papieru.
— Najpierw zbadamy zeszyt — zauważył doktór.
Dziedzic i ja staliśmy za nim i spoglądaliśmy poprzez jego ramię, gdy otworzył zeszyt, ponieważ doktór Livesey skinął był na mnie uprzejmie, ażebym podszedł bliżej od stołu, gdzie spożywałem wieczerzę, i abym również wziął udział w badaniu. Na pierwszej stronicy było jedynie kilka gryzmołów, jakie mógł nakreślić z nudów lub dla wprawy człowiek mający pióro w ręce. Jeden z napisów był taki sam, jak na tatuowanem ramieniu: „Billy Bones, dla fantazji“; dalej szły słowa „W. Bones, marynarz“, „Ani krzty rumu“, „W Palm Key on dostał tego“ — i kilka innych bazgrot, przeważnie oderwane wyrazy bez związku i sensu. Nie mogłem żadną miarą dojść do zrozumienia, kim był ów ktoś, co „dostał tego“ i co mianowicie on dostał. Może nożem w plecy?... Kto odgadnąć zdoła?
— Niema tu żadnych objaśnień — rzekł dr. Livesey, odwracając kartkę.
Następnych dziesięć czy dwanaście stronic było zapełnionych szeregami dziwnych zapisków. Na początku każdej linijki była data, a na końcu suma pieniężna, jak w zwykłych księgach rachunkowych, lecz pomiędzy jednem a drugiem zamiast wyrazów objaśniających znajdowały się jedynie krzyżyki w najrozmaitszej ilości. Naprzykład pod datą 12 czerwca 1745 roku zanotowano sumę siedmiu funtów, stanowiącą niewątpliwie dług zaciągnięty u kogoś, a ponadto nie było nic, oprócz sześciu krzyżyków, stanowiących jakby dalsze wyjaśnienia. W niewielu wypadkach dodawano zapewne nazwę miejscowości, jak np. „Offe Carraccas“, albo też suchą notatkę o długości i szerokości geograficznej, np. 62° 17′ 20″, 19° 20′ 40″.
Spis obejmował mniejwięcej dwadzieścia lat, a wysokość poszczególnych rachunków wzrastała w miarę czasu; na samym końcu, po pięciu czy sześciu błędnych dodawaniach, umieszczono wynik ogólny oraz słowa: „Bones, jego mienie“...
— Nie mogę tu związać początku z końcem — rzekł doktór Livesey.
— Eee! sprawa jest jasna, jak słońce! — zawołał dziedzic. — Jest to księga rachunkowa tego przeokrutnego złoczyńcy. Te krzyżyki zastępują nazwy okrętów lub miast, które oni złupili; te sumy stanowią zdobycz tego obwiesia, a tam, gdzie obawiał się dwuznaczności, widzicie, że dodał bliższe objaśnienie. Naprzykład: „Offe Carraccas“; do tych wybrzeży łotrzy przyholowali jakiś nieszczęsny statek. Boże, bądź miłościw tym biednym duszom, które przed laty wysadzone na tej koralowej skale...
— Ma pan rację! — rzekł doktór. — Co to znaczy być podróżnikiem! Trafnieś pan odgadł! A widzi pan, jak sumy rosną, im więcej kolumn mają cyfry!
Ponadto nie było już nic ważnego w całym zeszycie, conajwyżej na czystych stronicach przy końcu znajdowało się kilka wzmianek o różnych miejscowościach, tudzież tabela zamiany pieniędzy francuskich, angielskich i hiszpańskich na walutę obiegową.
— A to ci kutwa! — zawołał doktór. — Takiego to niełatwo w pole wywieść!
— Teraz zabierzemy się do drugiego dokumentu! — rzekł dziedzic.
Papier był w kilku miejscach zapieczętowany, a zamiast pieczątki użyto naparstka; może był to ten sam naparstek, który znalazłem w kieszeni kapitana. Doktór z wielką ostrożnością przełamał pieczęcie, a ze środka złożonej ćwiartki wypadła mapa jakiejś wyspy, z podaniem długości i szerokości geograficznej, mielizn i głębi, nazw wzgórz, zatok i przystani, słowem ze wszystkiemi szczegółami potrzebnemi do bezpiecznego wylądowania na jej brzegach. Wyspa ta miała około dziewięciu mil wzdłuż i pięć wszerz, a kształt jej, rzec można, przypominał opasłego smoka w postawie stojącej; były tam dwie przystanie bardzo dogodne, bo zamknięte dokoła, a pagórek w samym środku nosił nazwę „Lunety“. Było jeszcze kilka dopisków z daty późniejszej, lecz przedewszystkiem były tam trzy krzyżyki nakreślone czerwonym atramentem — dwa w północnej części wyspy, a jeden na południu, koło nich zaś tym samym czerwonym atramentem i drobnem pięknem pismem, wielce odmiennem od koślawych kulfonów kapitana, wypisano słowa następujące: „Tu wyładowano skarb“.
W górze na odwrotnej stronie ta sama ręka wypisała dalsze objaśnienia:
— „Wysokie drzewo, cypel Lunety, kierując się na Pn. od strzałki kompasu Pn. Pn. W.
„Wyspa Szkieletów W. Pd. W. i przez Wsch.
„Dziesięć stóp.
„Sztaby srebra są w północnej skrytce; można je znaleźć, idąc w kierunku wschodniej grani, dziesięć sążni na południe od czarnej skały, zwróciwszy się twarzą ku niej.
„Broń można łatwo znaleźć na piaskowem wzgórzu, kierunek Pn. od przylądka północnej zatoki, zwrot na W. i ćwierć Pn.

J. F.

Było to wszystko; lecz objaśnienia, acz zwięzłe i niezrozumiałe dla mnie, napełniły radością dziedzica i doktora Liveseya.
— Mości Livesey — rzekł dziedzic — dasz pan już spokój swej utrapionej praktyce lekarskiej. Jutro odjeżdżam do Brystolu. W ciągu trzech tygodni — co mówię, trzech tygodni! — dwóch tygodni — dziesięciu dni — będziemy mieli najlepszy statek i najlepszą załogę w Anglji. Hawkins pójdzie z nami, jako chłopiec okrętowy; będziesz, Imć Hawkinsie, świetnym chłopcem okrętowym. Waszmość, panie doktorze, będziesz lekarzem naszej załogi, a ja będę dowódcą okrętu. Weźmiemy z sobą Redrutha, Joyce’a i Huntera. Będziemy mieli pomyślne wiatry, szybką jazdę i niewiele trudności w znalezieniu owej miejscowości, a za to dosyć grosza, by dobrze sobie podjeść, zaprószyć głowę i zagrać w gąskę i gąsiora.
— Panie Trelawney — wtrącił doktór. — Ja pojadę z panem i ręczę, że i Kuba tego samego sobie życzy; bądźmy więc dobrej myśli co do naszego przedsięwzięcia. Boję się tylko jednego człowieka...
— Któż to taki! — krzyknął dziedzic. — Proszę mi powiedzieć imię tego niegodziwca!
— Mówię o panu — odpowiedział doktór — gdyż nie umiesz trzymać języka za zębami. Nie jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy wiedzą o tym papierze. Ci hultaje, którzy napadli dziś w nocy na karczmę (bezwątpienia zuchwali i nie mający nic do stracenia rębacze!) i inni, którzy znajdowali się na pokładzie wiadomego statku (a śmiem przypuszczać, że jest ich więcej wpobliżu), spiknęli się wszyscy na to, żeby zdobyć te pieniądze. Musimy się nieco rozłączyć aż do czasu, gdy przyjdzie nam odpłynąć na morze. Kuba musi narazie pozostać u mnie; pan weźmie Joyce’a i Huntera i odjedzie do Brystolu, a od początku do końca nie wolno nikomu z nas pisnąć ani słowa o tem, cośmy odkryli.
— Panie doktorze! — rzekł dziedzic — masz pan zawsze słuszność w takich wypadkach. Będę milczał, jak grób.



CZĘŚĆ DRUGA
KUCHARZ OKRĘTOWY
Rozdział siódmy.
PRZYBYWAM DO BRYSTOLU.

Wbrew przypuszczeniom dziedzica, sporo wody upłynęło, zanim byliśmy gotowi do żeglugi; przytem nie ziścił się po naszej myśli żaden z pierwotnych zamiarów, nawet zamiar doktora Liveseya, by mnie zatrzymać przy sobie. Doktór musiał wyjechać do Londynu, żeby tam spełniać obowiązki swego zawodu; dziedzic miał wiele pracy w Brystolu, ja zaś mieszkałem w dworze pod opieką starego Redrutha, leśnika dworskiego. Tu prowadziłem życie pustelnicze, ale pełne marzeń o morzu oraz najrozkoszniejszych domysłów i rojeń o nieznanych wyspach i przygodach. Godzinami całemi dumałem o mapie, której wszystkie szczegóły pamiętałem dokładnie. Siedząc przy kominku w pokoju ochmistrzyni, zbliżałem się wyobraźnią moją do tej wyspy coraz to z innej strony; zwiedzałem każdą piędź jej powierzchni, wdrapywałem się po tysiące razy na ów wysoki pagórek, zwany „Lunetą“, a z jego wierzchołka podziwiałem najczarowniejsze i zmieniające się widoki. Niekiedy wyspa była zaludniona przez dzikusów, z którymi staczaliśmy walki; kiedyindziej roiła się od drapieżnych zwierząt, które nas ścigały. Pomimo to we wszystkich tych majaczeniach nigdy nie zdarzyło mi się nic tak dziwnego i strasznego, jak przygody, które nam przyszło przeżywać na jawie.
Mijał tydzień po tygodniu, aż pewnego pięknego poranku nadszedł list, adresowany do doktora Liveseya i opatrzony uwagą: „W razie jego nieobecności otworzy Tom Redruth lub młody Hawkins“. Stosując się do tego polecenia, znaleźliśmy — ściśle mówiąc, znalazłem ja, gdyż leśnik był nietęgi w piśmie i znał się jedynie na literach drukowanych — następujące ważne nowiny:

„Brystol, gospoda pod Starą Kotwicą,
1 marca 17...
Kochany Liveseyu!
Ponieważ nie wiem, gdzie waćpan się obracasz, czy w dworze, czy w Londynie, przeto posyłam list niniejszy w dwu egzemplarzach w oba miejsca.
Okręt już kupiony i wyporządzony. Stoi na kotwicy, gotów do drogi. Pewno sobie pan nie wyobrażał nigdy piękniejszego szonera — dziecko mogłoby na nim żeglować. Pojemność dwieście ton; nazywa się Hispaniola.
Nabyłem ten statek za pośrednictwem starego przyjaciela, Blandly’ego, który sam wypróbował należycie to zachwycające cacko. Czcigodny wiarus wprost zaprzedał się w mą służbę i mogę powiedzieć, że wszyscy w Brystolu prześcigają się w uprzejmości dla mnie; skoro tylko doczekamy się wiatru, pozwalającego na odbicie od lądu, wyruszymy, jak mniemam, na — poszukiwanie skarbów!“.

— Panie Redruth! — odezwałem się, przerywając czytanie — doktór Livesey nie będzie zadowolony. Jaśnie pan wszystko wygadał...
— No, no, kto ma racyją — burknął leśnik. — Zdaje mi się, że byłoby to rzeczą dziwną, gdyby jaśnie pan nie wygadał wszystkiego doktorowi Liveseyowi.
Słysząc to, już nie kusiłem się o komentarze, lecz czytałem jednym tchem dalej:

„Sam Blandly wynalazł Hispaniolę i dzięki zadziwiającemu sprytowi nabył ją za bajecznie niską cenę. W Brystolu nie brak ludzi, zażarcie uprzedzonych do Blandly’ego. Ci nie wahają się mówić mi w oczy, że to chłopisko poczciwe z kościami dopuściło się szalbierstwa, jako że Hispaniola była jego własnością, a on sprzedał mi za cenę, wyśrubowaną do niemożliwości — wszystko to nikczemna potwarz. Nikt z nich w każdym razie nie śmie odmówić okrętowi wielkich zalet.
Aż dotąd nie miałem trudności. Wprawdzie robotnicy — cieśle okrętowi i jak się tam jeszcze zowią — marudzili wstrętnie przy pracy, jednak czas zrobił swoje. Kłopot mi sprawiało jedynie zdobycie załogi.
Chciałem mieć liczną drużynę — na wypadek spotkania z krajowcami, z korsarzami lub szelmami Francuzami. Gotów już byłem iść choćby do samego djaska, żeby znaleźć z pół tuzina wiarusów, gdy wtem nadzwyczajny zbieg okoliczności nastręczył mi człowieka, jakiego mi było potrzeba.
W rozmowę z nim wdałem się przypadkowo, bawiąc w stoczni. Dowiedziałem się, że był marynarzem, obecnie zaś jest właścicielem szynku i zna wszystkich marynarzy w Brystolu. Pobyt na lądzie oddziaływa niekorzystnie na jego zdrowie, więc stary wilk morski chciałby otrzymać miejsce kucharza na okręcie, aby znów pojeździć po odmętach. Przywlókł się tu rano na kulach, żeby, jak mówi, poczuć zapach słonego powietrza.
Wzruszyło mnie to niezmiernie — i sądzę, że pan również byłby przejęty — więc ze szczerego współczucia zwerbowałem go prosto z mostu na kucharza okrętowego. Nazywa się Długi Jan Silver i jest pozbawiony jednej nogi, co wszakże uważam za chlubę, gdyż postradał ją w służbie ojczyzny pod dowództwem nieśmiertelnego admirała Hawke. Za swe zasługi nie otrzymuje zgoła wynagrodzenia; wyobraź sobie pan, kochany panie Livesey, jaka to czarna niewdzięczność cechuje wiek i społeczeństwo, w którem żyjemy.
No, mociumpanie, myślałem, żem znalazł tylko kucharza... aliści wnet potem jak z pod ziemi wyrosła mi cała załoga! Przy pomocy Silvera zebrałem w ciągu dni kilku zastęp starych marynarzy, najwytrawniejszych, jakich można sobie wyobrazić; na pierwszy rzut oka mogą się nie podobać z wyglądu, lecz z twarzy poznać można chłopców wzorowych, krzepkich i nieulękłych.
Długi Jan odprawił także dwu majtków z liczby sześciu czy siedmiu, których umówiłem poprzednio. Dowiódł mi, że są to nowicjusze, nieobeznani z wodą morską, którzy w razie poważnego niebezpieczeństwa byliby nam jeno kulą u nogi.
Jestem w pełni zdrowia i dobrej myśli. Jem jak wół, sypiam twardo jak kamień; jednego mi tylko braknie do szczęścia, a mianowicie bym już nareszcie posłyszał turkot podnoszonej kotwicy i dreptanie moich marynarzy po pokładzie. Hej, na morze! Co mi tam skarby! sława morska nęci mnie więcej niż one! Dalej więc, mości Liveseyu, przybywaj corychlej i nie trać ani godziny, jeżeli żywisz respekt dla mnie!
Młody Hawkins niech zaraz pod opieką Redrutha pójdzie pożegnać się z matką, następnie niech obaj stawią się w Brystolu.
Jan Trelawney.

Post-scriptum. Nie wspomniałem jeszcze, że ów Blandly, który, mówiąc nawiasem, obiecał przysłać nam w odwodzie drugi okręt, jeżeli nie wrócimy z końcem sierpnia — wyszukał nam doskonałego szypra, który jest wprawdzie człowiekiem małomównym, czego żałuję, ale pod innemi względami jest nieocenionym nabytkiem. Długi Jan Silver wytrzasnął skądś biegłego i doświadczonego sztormana nazwiskiem Arrow. Mam bosmana, który jest namiętnym fajczarzem, co was pewno ucieszy, kochany panie Livesey. W ten sposób nasza miła Hispaniola będzie się prezentowała, niczem okręt wojenny.
Zapomniałem opowiedzieć panu, że Silver jest człowiekiem majętnym, a przekonałem się, że ma nieprześcigniony zmysł kupiecki. Zostawia żonę, aby w jego zastępstwie prowadziła szynk; ponieważ jest to kobieta kolorowa, przeto takim dwóm starym kawalerom, jak pan i ja, można wybaczyć przypuszczenie, że go ta żona, w równym stopniu jak i zdrowie, skłania do ponownej włóczęgi.
J. T.

Post-scriptum. Hawkins może spędzić całą dobę u matki.
J. T.

Możecie sobie wyobrazić podniecenie, jakiemu uległem po odczytaniu tego listu. Nie posiadałem się z radości i niemal odchodziłem od zmysłów; jeżeli czułem kiedy dla kogokolwiek wzgardę, to dla starego Tomasza Redrutha, który umiał tylko zrzędzić i narzekać. Niejeden z leśniczych zazdrościł mu jego losu i chętnieby się z nim pomieniał; cóż jednak zrobić, że tak właśnie rozporządził jaśnie pan, a wola jaśnie pana była dla nich prawem. Nikt też z wyjątkiem starego Redrutha nie miał nawet tyle odwagi, by sarkać lub utyskiwać.
Nazajutrz rano w towarzystwie leśnika wyruszyłem piechotą pod „Admirała Benbow“, gdzie zastałem matkę w dobrem zdrowiu i usposobieniu. „Kapitan“, który tak długo był powodem wielu naszych zgryzot, odszedł już tam, gdzie nawet największe zawalidrogi stają się pokorni i cisi. Dziedzic kazał ponaprawiać to i owo, przemalować pokoje gościnne i tablicę, a nawet podarował nieco sprzętów — zwłaszcza prześliczny fotel dla mojej matki, który dziś stoi w szynkowni. Wynalazł jej również chłopaka do posług, tak iż miała wyrękę podczas mej nieobecności.
Patrząc na tego chłopaka, uprzytomniłem sobie po raz pierwszy własne położenie. Dotychczas myślałem wyłącznie o nadchodzących przygodach, a wcale nie o domu, który miałem opuścić; teraz na widok tego niezdarnego przybłędy, który miał zająć moje miejsce przy matce, łzy puściły mi się z oczu... Mam wyrzuty sumienia, że zanadto dokuczałem temu chłopcu, traktując go jak kundla podwórzowego; był on jeszcze niewprawny w robocie, więc nie zaniedbałem żadnej sposobności, by go strofować i popychać.
Przeszła noc, a na drugi dzień po obiedzie znów obaj z Redruthem puściliśmy się pieszo w drogę. Powiedziałem: do widzenia! matce i zatoce, nad którą żyłem od urodzenia, i staremu drogiemu „Admirałowi Benbow“, który już mi mniej był drogi, odkąd go przemalowano. Jedną z ostatnich mych myśli było wspomnienie o „kapitanie“, który tak często wałęsał się po wybrzeżu w swym wystrzępionym kapeluszu stosowanym, ze starą mosiężną lunetą pod pachą, z policzkiem, pokiereszowanym od szabli. Niebawem minęliśmy zakręt drogi i strony rodzinne znikły mi z oczu.
Już się zmierzchało w pustkowiu, gdy wsiedliśmy do dyliżansu przy zajeździe „pod królem Jerzym“. Wcisnąłem się między Redrutha i otyłego, podeszłego już w leciech jegomościa; pomimo szybkiej jazdy i nocnego chłodu musiałem zrazu tęgo zadrzemać, a następnie chrapnąć snem kamiennym, podczas gdyśmy mijali góry, doliny i postój za postojem — skoro bowiem, szturchnięty przez kogoś w żebra, obudziłem się i przetarłem powieki, zobaczyłem, że jesteśmy przed wielkim gmachem w ulicy jakiegoś miasta, a słońce świeci już wysoko na niebie.
— Gdzie jesteśmy? — zapytałem.
— W Brystolu — usłyszałem głos Tomasza. — Wyłaź, ospalcze!
Pan Trelawney zakwaterował się w odległej gospodzie, aż koło stoczni, aby mógł doglądać roboty na statku. Zwróciliśmy tam swoje kroki. Ku wielkiej mej uciesze droga nasza wiodła wzdłuż nabrzeża, gdzie sterczał istny las okrętów, przeróżnych kształtów i wielkości i należących do wszelkich narodów. Na jednym z nich żeglarze śpiewali przy pracy, na drugim wysoko nad mą głową wdrapywali się ludzie po linach, które wydawały się cienkie, jak nitki pajęcze. Choć całe życie dotychczas spędziłem nad morzem, to jednak miałem wrażenie, że nigdy nie znajdowałem się tak blisko morza, jak wówczas. Woń smoły i soli była dla mnie jakby nowością. Widziałem tu najosobliwsze istoty ludzkie, przybywające z najodleglejszych krain za oceanem. Widziałem również wielu starych marynarzy z kolczykami w uszach, z bokobrodami trefionemi w kędziory i z zasmolonemi harcapami, idących niezgrabnie, chwiejnym krokiem, z rozkraczonemi nogami; dalibóg nie zachwycałbym się więcej, gdybym widział tłum królów czy arcybiskupów!
I ja sam też wybierałem się na morze... na statku, gdzie był bosman, kurzący fajkę, i marynarze z harcapami na głowie, śpiewający swe przedziwne pieśni... Wybierałem się w drogę ku nieznanej wyspie na poszukiwanie zakopanych skarbów!...
Gdy jeszcze oddawałem się tym błogim marzeniom, doszliśmy już do dużej karczmy i ujrzeliśmy pana Trelawneya, ubranego w grubą błękitną kurtę oficera marynarki, uśmiechniętego i zdążającego ku nam przepysznym krokiem żeglarskim.
— Witam was, witam! — zawołał. — Doktór również przybył tej nocy z Londynu. Brawo! załoga okrętowa stawiła się co do jednego!
— Panie łaskawy! — wykrzyknąłem. — Kiedy odjeżdżamy?
— Kiedy odjeżdżamy? — powtórzył. — Jutro podnosimy kotwicę!



Rozdział ósmy.
SZYLD „POD LUNETĄ“.

Gdy zjadłem śniadanie, dziedzic wręczył mi pismo, adresowane do Jana Silvera w karczmie „pod Lunetą“, i objaśnił, że znajdę łatwo to miejsce, idąc wzdłuż stoczni i wypatrując małej karczmy, mającej za godło wielką mosiężną lunetę. Ruszyłem w drogę, uradowany sposobnością bliższego przyjrzenia się okrętom i żeglarzom, i począłem przeciskać się między gawiedzią ludzką, wózkami, taczkami i pakami, gdyż była to pora, gdy w stoczni panuje ruch najbardziej ożywiony.
Wreszcie znalazłem karczmę, o którą chodziło; było to małe, lecz schludne siedlisko rozrywek. Wywieszka była świeżo malowana, w oknach wisiały przyzwoite różowe firanki, podłogę wysypano czystym piaskiem. Po obu stronach ciągnęła się ulica i drzwi otwarte były naprzestrzał, dzięki czemu, mimo kłębów dymu tytuniowego, można było dokładnie przyjrzeć się obszernej, choć niskiej świetlicy.
Gośćmi byli przeważnie marynarze, którzy rozmawiali głosem tak podniesionym, że zatrzymałem się w drzwiach, prawie lękając się wejść. Gdy się tak wahałem, z bokówki wyszedł człowiek, w którym na pierwszy rzut oka poznałem Długiego Jana. Miał nogę lewą uciętą pod samem biodrem, a pod lewą pachą trzymał szczudło, którem posługiwał się z nadzwyczajną zręcznością, skacząc na niem, jak ptaszek. Był niezmiernie wysoki i tęgi, twarz miał wydłużoną, jak udo, wprawdzie nieprzystojną i bladą, lecz rozsądną i uśmiechniętą. Zdawało się doprawdy, że ma nader wesołe usposobienie, gdyż wciąż chodził pośród stołów, pogwizdywał, tego i owego obdarzył żartobliwem słowem lub poklepał po ramieniu, jeżeli był to który z ulubieńszych gości.
Prawdę mówiąc, skoro wyczytałem pierwszą wzmiankę o Długim Janie w liście JWPana Trelawneya, zrodziła się we mnie obawa, że może to być ten sam żeglarz o jednej nodze, na którego tak długo czatowałem pod starym „Benbow“. Lecz dość było jednego spojrzenia na człowieka przede mną, bym wyzbył się mych podejrzeń. Widziałem przecież „kapitana“ i Czarnego Psa i ślepego Pew, więc zdawało mi się, że wiem, jak wygląda rozbójnik morski... Według mego zdania, korsarz musiał być istotą wręcz odmienną od tego przyzwoitego i dobrodusznego obywatela.
Zebrałem się na odwagę, przestąpiłem próg i skierowałem się wprost do tego człowieka, który stał wsparty na szczudle, rozmawiając z jednym z klientów.
— Wszak mówię z panem Silverem? — zapytałem, trzymając w ręce pismo.
— Tak jest, mój chłopcze — odparł ów — rzeczywiście tak się nazywam. A kimże ty jesteś?
Skoro obejrzał list dziedzica, wykonał ruch taki, jak gdyby chciał podskoczyć, i rzekł głośno, wyciągając rękę:
— No, teraz to już wiem! Jesteś naszym nowym chłopcem okrętowym. Bardzo mi przyjemnie cię poznać!
I ścisnął mą dłoń w swej szerokiej, silnej garści.
Właśnie w tej samej chwili porwał się z miejsca jeden z gości, siedzących opodal, i zmierzał ku drzwiom. Znajdowały się tuż niedaleko, więc niezwłocznie wypadł na ulicę. Pośpiech jego ściągnął na siebie mą uwagę, to też poznałem zbiega za pierwszem spojrzeniem. Był to tenże człowiek o pociągłej twarzy, pozbawiony dwóch palców, który niegdyś przybył pod „Admirała Benbow“.
— Chwytajcie go! — krzyknąłem — zatrzymajcie! To Czarny Pies!
— Nic mnie to nie obchodzi, kim on jest — zawołał Silver — ale on nie zapłacił rachunku! Harry, biegnij za nim i złap go!
Jeden z tych, którzy siedzieli najbliżej drzwi, skoczył na ulicę i zaczął ścigać uciekającego.
— Choćby to był sam admirał Hawke, musi mi zapłacić swą należność! — krzyczał Silver, a potem, wypuszczając mą dłoń, zapytał:
— Jak go asan nazwałeś? Czarny...?
— Czarny Pies, proszę pana! Czy pan Trelawney nie opowiadał panu nigdy o korsarzach? Ten człowiek był jednym z nich.
— Tak?! — rozjątrzył się Silver. — W moim domu?! Ben, biegnij z pomocą Henrykowi!... To był jeden z tych szachrajów!... Morgan, czy to ty z nim piłeś? Chodźno tu, bratku!
Mężczyzna nazwany Morganem, stary, szpakowaty, smagły marynarz, wysunął się naprzód, spoglądając głupkowato i kręcąc w palcach garstkę tytoniu. Długi Jan spojrzał nań surowym wzrokiem i rzekł:
— Morgan, powiedz mi szczerze, czy widziałeś kiedy przedtem tego Czarnego... Czarnego Psa?
— Nigdy, mój panie — odrzekł Morgan z ukłonem.
— A czy znałeś to nazwisko?
— Nie, mój panie!
— Na miły Bóg, Tomaszu Morganie, twoje szczęście! — zawołał gospodarz. — Gdybyś się wdawał w komitywę z takim hultajem, to nie dopuściłbym, żeby twoja noga postała w moim domu... za to ci ręczę!... Ale cóż on mówił do ciebie?
— Nie wiem dokładnie, mój panie! — odpowiedział Morgan.
— Cóż to? czy nie masz głowy na karku, czy też masz kurzą ślepotę na mózgu? — obruszył się Długi Jan. — Nie wiesz, co mówił do ciebie? Może nie miałeś przyjemności wiedzieć, kto do ciebie mówi? hę?... No, wyśpiewaj wszystko, o czem on gadał — o żegludze, kapitanach, okrętach?... Co to było?
— Opowiadał o spuszczaniu statku na wodę — odpowiedział Morgan.
— O... spuszczaniu statku na wodę? Rzecz nader ważna i mogłeś na to uważać. Wracaj na miejsce, nie ujawniłeś zbytniego rozsądku, Tomaszu.
Gdy Morgan potoczył się na swoje miejsce, Silver szepnął do mnie tonem poufałym, który mi się wydał czemś w rodzaju pochlebstwa:
— Ten Tomasz Morgan jest człowiekiem uczciwym, lecz głupim.
Poczem głośno mówił dalej:
— Ale czy dowiemy się czegoś o tym... Czarnym Psie? Nie, doprawdy nie znam tego nazwiska, nigdy go nie słyszałem... Jednak świta mi coś w głowie... przecież ja widziałem już tego powsinogę. Przychodził tu nieraz ze ślepym żebrakiem...
— Tak, ma pan słuszność, on chodził z tym dziadem. Znam nawet tego ślepca. Nazywał się Pew.
— Właśnie, właśnie! — zawołał Silver, zupełnie już rozgorączkowany. — Pew! Tak się nazywał spewnością! Wyglądał na wielkiego szubrawca, tak, tak!... Jeżeli dogonimy tego Czarnego Psa, to będzie miła niespodzianka dla kapitana Trelawneya! Ben biega wspaniale, mało który marynarz biega lepiej od niego. Powinien go dogonić, chwycić ptaszka do garści, jak mi Bóg miły!... On opowiadał o spuszczaniu statku na morze! Hejże, ja mu też spuszczę!!...
Przez cały czas, gdy wykrzykiwał te zdania, podrygiwał na szczudle po całej karczmie, walił ręką po stołach i tak wyraziście okazywał swe oburzenie, jakgdyby chciał przekonać sędziego Trybunału Najwyższego lub policjanta z Bow Street. W każdym razie spotkanie się z Czarnym Psem „pod Lunetą“ obudziło we mnie znów dawne podejrzenia, więc bacznie odtąd śledziłem naszego kucharza; był on jednak zanadto powściągliwy, zręczny i przebiegły, żebym mógł go nawskroś przeniknąć. Tymczasem wpadło do izby dwóch zdyszanych ludzi, opowiadając, że w tłumie zgubili ślad i że ich przezywano złodziejami, więc ja powinienem zaświadczyć o niewinności Długiego Jana Silvera.
— Popatrz-no, mości Hawkins — odezwał się tenże — przeklęta sprawa postawiła mnie w ciężkiem położeniu, prawda?... Co sobie o mnie pomyśli pan kapitan Trelawney? Ten śledź holenderski, wywłoka z pod ciemnej gwiazdy, siedział pod moim rodzonym dachem, pił mój własny rum!... Ty przybywasz tu i mówisz mi otwarcie, co się święci... a ja, niedołęga, pozwoliłem mu czmychnąć wobec nas wszystkich... w moich oczach!... Mości Hawkins, musisz mnie usprawiedliwić przed kapitanem. Jeszcze jesteś małym brzdącem, ale jużeś przebiegły i zręczny, jak szczupak w wodzie. Odrazu to zmiarkowałem, skoroś tu zawitał... No, ale sam powiedz: cóż mogłem zrobić, mając kawał drewna zamiast nogi?... Gdybym był jeszcze młodym marynarzem, jak ongi, dopędziłbym tego łajdaka, usiadłbym mu na karku i obwiesiłbym go na pierwszej linie okrętowej... ale teraz...
W tem urwał, stanął w miejscu, a twarz mu sposępniała, jakby sobie coś przypomniał; nagle wybuchnął:
— Mój rachunek!... Trzy szklanki rumu! Niech piorun mnie trzaśnie, przecież zapomniałem o rachunku!...
I osunąwszy się na ławę, począł się śmiać, aż łzy mu spłynęły po policzkach. Śmiech ten i mnie się udzielił, a zwolna przyłączyli się do niego i inni, aż cała karczma rozbrzmiewała echem.
— No, ale też ze mnie istne cielę morskie! — rzekł wkońcu karczmarz, obcierając policzki. — Mości Hawkins, obadwaj musimy oprzytomnieć, gdyż, dalibóg, jeszcze mnie nazywać będą chłopcem okrętowym. Lecz chodź, trzeba coś tu poradzić, tak być nie może. Obowiązek to obowiązek, kamraci! Wdziewam stary kapelusz stosowany i idę wraz z tobą do kapitana Trelawneya, by złożyć mu raport o całej sprawie. Bo trzeba ci wiedzieć, młody Hawkinsie, że to sprawa poważna; ani ty ani ja nie powinniśmy zbytnio dufać swej odwadze... Ani ty, ani ja, mówię ci — nie wystarczy tu nawet przebiegłość nas obu! O, do kroćset! jak on mnie oszukał z tym rachunkiem!...
Zaczął się znów śmiać tak serdecznie, że choć w całem zdarzeniu nie widziałem nic dowcipnego, musiałem powtórnie przyłączyć się do jego wesołości.
Podczas niedługiej przechadzki wzdłuż bulwarów zabawiał mnie rozmową w sposób niezmiernie zaciekawiający; opowiadał mi o najróżnorodniejszych okrętach, któreśmy mijali, o ich ożaglowaniu, pojemności i przynależności politycznej; objaśniał roboty, które się odbywały na statkach, ładowanie, wyładowanie i przygotowania do odjazdu. Co pewien czas wtrącał jakąś niedługą anegdotę marynarską, albo powtarzał jakiś zwrot z gwary okrętowej, póki go sobie nie przyswoiłem. Rychło upewniłem się, że był to jeden z najlepszych marynarzy, jakich można sobie wyobrazić.
Gdy przybyliśmy do gospody, dziedzic i doktór Livesey siedzieli przy stole, dopijając ćwiartki piwa i wznosząc toast na cześć naszego statku; właśnie wybierali się na pokład szonera, aby obejrzeć cały jego oporząd.
Długi Jan opowiedział całe zdarzenie od początku do końca, nadzwyczaj barwnie, choć trzymając się ściśle prawdy; po kilkakroć w ciągu opowiadania zwracał się ku mnie:
— Prawda, Hawkins, że tak było, jak mówię? — a ja zawsze potwierdzałem prawdziwość jego słów.
Obaj panowie bardzo żałowali, że Czarny Pies zdołał umknąć, lecz zgodziliśmy się na to, że na to nie da się nic poradzić. Długi Jan, wysłuchawszy pochwały, wziął szczudło i oddalił się.
— Cała drużyna ma się stawić na pokładzie dziś o czwartej popołudniu — wołał za nim dziedzic.
— Według rozkazu, panie!... — odkrzyknął kucharz, idąc dalej.
— No, mój panie, — odezwał się doktór Livesey — naogół nie mam wielkiego zaufania do pańskich odkryć, jednak przyznać muszę, że ten Jan Silver podoba mi się.
— To stary ćwik! — zawyrokował dziedzic.
— Wracając do rzeczy, — dodał doktór — czy Kuba może nam towarzyszyć na pokład?
— Ma się rozumieć, że może — zgodził się dziedzic. — Bierz kapelusz, Hawkinsie, pójdziemy obejrzeć okręt.



Rozdział dziewiąty.
BROŃ I PROCH.

Hispaniola znajdowała się w pewnem oddaleniu, więc musieliśmy przechodzić wśród tłumu ludzi i po rufach wielu innych okrętów, których liny już to ocierały się o wręgi, już to zwieszały się nad naszemi głowami. Wreszcie jednak dotarliśmy do celu i wstąpiliśmy na pokład, gdzie nas powitał sztorman, nazwiskiem Arrow — stary, opalony żeglarz z kolczykami w uszach i z zezowatem spojrzeniem. Był on z dziedzicem na stopie zażyłej i poufałej, a wkrótce zauważyłem, że zgoła odmienny był wzajemny stosunek p. Trelawneya do szypra.
Szyper był człowiekiem o przenikliwem spojrzeniu, a jak się zdawało, z niczego na statku nie był zadowolony; wkrótce dowiedzieliśmy się o przyczynie tego skwaszenia, gdyż ledwośmy weszli do kajuty, nadszedł marynarz z meldunkiem:
— Kapitan Smollet prosi, by mógł się rozmówić z panem.
— Jestem zawsze na rozkazy kapitana. Proszę go poprosić do mnie — rzekł dziedzic.
Kapitan znajdował się tuż za swoim posłańcem, więc wszedł natychmiast, zamykając starannie drzwi za sobą.
— Proszę bardzo, kapitanie Smollet, co waćpan mi powiesz? Spodziewam się, że wszystko w porządku? Okręt zdatny i gotów do drogi?
— Łaskawy panie — rzekł kapitan — sądzę, że najlepiej będzie, gdy powiem bez ogródek, nie obwijając prawdy w bawełnę, nawet choćbym miał pana obrazić! Nie podoba mi się ta wyprawa, nie podobają mi się ludzie i oficerowie mej załogi. Tyle tylko mam do powiedzenia... dla naszego miłego spokoju.
— Może się panu i okręt nie podoba? — uniósł się dziedzic, wielce podrażniony.
— Nie mogę wypowiedzieć zdania w tym względzie, nie wypróbowawszy okrętu — odparł kapitan. — Zdaje mi się, że to świetny statek; więcej nie mogę powiedzieć.
— A może panu nie podoba się zwierzchnik, hę? — z przekąsem rzekł dziedzic, lecz doktór Livesey przerwał:
— Niech się pan trochę pohamuje! Takie pytania nie prowadzą do niczego, rodzą jedynie nieprzyjaźń. Kapitan powiedział albo za wiele, albo za mało i mam prawo żądać od niego wyjaśnienia tych słów. Pan wyraził się, że mu się nie podoba ta wyprawa. No, proszę, dlaczego?
— Zawarłem z tym oto panem umowę, na co mam dokument opatrzony pieczęcią, że poprowadzę okręt tam, gdzie zechce mój chlebodawca — rzekł szyper. — Aż dotąd wszystko w porządku. Ale teraz przekonywam się, że pierwszy lepszy z czeladzi okrętowej więcej wie niż ja. Czy tak się godzi? czy to pan nazywa właściwem postępowaniem?
— Nie! — zaprzeczył doktór Livesey — nie nazywam.
— Niedawno — ciągnął dalej szyper — dowiedziałem się, że wyprawiamy się po skarby... Wyobraźcie sobie, mości panowie, że słyszałem to od moich podkomendnych. No, skarby to rzecz łakoma! Nie lubię wszelkiego rodzaju poszukiwania skarbów, nadewszystko zaś nie lubię, gdy rzecz trzymaną jest w tajemnicy, a tajemnicę (przepraszam pana, panie Trelawney) opowie ktoś papudze...
— Czy papudze Silvera? — zapytał dziedzic.
— Mówię to w przenośni — wyjaśnił kapitan. — Chciałem powiedzieć, że ktoś wszystko wypaplał. Mam przekonanie, że żaden z was, moi panowie, nie wie, co się koło was święci; lecz powiem, co o tem sądzę: Trzeba wybierać śmierć lub życie, i niema czasu do stracenia.
— To wszystko jasne i (rzec się godzi) zupełnie prawdopodobne — odrzekł doktór Livesey. — Prawda, że wiele ryzykujemy, jednak nie jesteśmy tak nieprzezorni, jak się panu zdaje. Ale pan powiedział, że mu się nie podoba nasza załoga. Czyż to nie dzielni marynarze?
— Nie podobają mi się — powtórzył kapitan Smollet. — Mniemam, że sam powinienem był dokonać doboru załogi... o ile panowie do tego się biorą...
— Spewnością do pana to należało — przyznał doktór. — Pewnie, że mój przyjaciel powinien był pana wziąć z sobą, gdy zabierał się do werbunku; w każdym razie zlekceważenie pana, jeżeli o niem mówić można, było nieumyślne i bezwiedne. Czy panu się nie podoba Arrow?
— Nie podoba mi się, wyznam panu. Nie przeczę, że jest to dobry marynarz, lecz jest zanadto poufały z załogą, ażeby być dobrym oficerem. Starsi marynarze powinni trzymać się razem, a nie pospolitować się pijaństwem z ciurami okrętowymi.
— Uważa go pan za pijanicę? — zawołał dziedzic.
— Nie, łaskawy panie — odparł kapitan, — tylko zanadto się wdaje z hołotą.
— No dobrze, a teraz krótko i węzłowato, kapitanie, powiedz nam waćpan, czego sobie życzysz — rzekł doktór.
— Otóż, moi panowie, czy niezłomnie trwacie w zamiarze udania się na tę wyprawę?
— Jest to nasze żelazne postanowienie... i nieodwołalne — odpowiedział dziedzic.
— Doskonale — rzekł szyper. — Ponieważ słuchaliście mnie, panowie, bardzo cierpliwie, mówiąc mi o różnych rzeczach, których nie mogłem sprawdzić, przeto bądźcie łaskawi wysłuchać jeszcze kilka słów. Po pierwsze: oni ładują broń i proch w przedniej komorze statku. Wszak jest stosowne miejsce pod kajutą! Czemu oni tego tam nie składają? Powtóre: pan przyprowadził z sobą czterech własnych ludzi, a tymczasem opowiadają mi, że niektórych spośród nich umieszczono na przodzie okrętu. Czemu nie wyznaczono im miejsc do spania koło kajuty? Chciałbym to wiedzieć.
— I cóż jeszcze? — zapytał pan Trelawney.
— Jeszcze jedno — rzekł szyper. — Tu ktoś zawiele plotkuje.
— O, naprawdę zawiele — potwierdził doktór.
— Powiem panu, co sam na własne uszy słyszałem — ciągnął dalej kapitan Smollett — mianowicie, że waszmość posiadasz mapę jakiejś wyspy, na tej mapie są krzyżyki oznaczające, gdzie ukrywa się skarb, wyspa zaś leży... — tu podał dokładnie jej szerokość i długość geograficzną.
Dziedzic zerwał się, jak oparzony:
— Przecież tego nie opowiadałem żywej duszy!
— Jednak majtkowie o tem już wiedzą — zauważył kapitan.
— Doktorze, to pewno pan, albo Hawkins! — krzyczał dziedzic.
— Mniejsza o to, kto to był — odciął się doktór. Spostrzegłem, że ani on, ani kapitan nie zwracali wielkiej uwagi na odżegnywanie się dziedzica, ja też byłem daleki od posądzeń. Wprawdzie nasz pan był niepowściągliwym gadułą, atoli w tym przypadku byłem przekonany, że mówi zupełną prawdę i że nikt z nas nie wygadał położenia wyspy.
— Dobrze, szanowni panowie, — mówił dalej kapitan — nie wiem nawet, kto posiada tę mapę, lecz stawiam warunek, żeby utrzymano tajemnicę nawet przede mną i p. Arrow. W przeciwnym razie proszę o zwolnienie mnie ze służby.
— Rozumiem — rzekł doktór. — Pan chcesz, żebyśmy zaciemnili całą sprawę, następnie, żeby w tylnej części okrętu utworzyć warownię, obsadzoną gwardją przyboczną mego przyjaciela i zaopatrzoną we wszystką broń i proch strzelniczy. Innemi słowy, pan boi się buntu.
— Szanowny panie — rzekł kapitan Smollett — nie chcę pana obrazić, ale nie pozwolę na wkładanie mi w usta jakichkolwiek słów. Żaden kapitan nie mógłby puszczać się na morze, gdyby wolno mu było mówić coś podobnego. Co się tyczy Arrow’a, uważam go za człowieka uczciwego; tak samo i niektórych z załogi, jednak za innych nie dałbym dwóch groszy. Jestem przecie odpowiedzialnym za bezpieczeństwo okrętu i za życie każdego żeglarza na jego pokładzie. Widzę, że nie wszystko tu dzieje się tak, jak zdaniem mojem dziać się powinno, dlatego też proszę pana o powzięcie pewnych środków ostrożności, lub o uwolnienie mnie od moich obowiązków. Tyle tylko chciałem powiedzieć.
— Kapitanie Smollett — zaczął doktór z uśmiechem — czy słyszał pan kiedy bajkę o górze i myszy? Proszę się na mnie nie gniewać, ale doprawdy, przypomniał mi pan tę bajeczkę. Gdyś tu wchodził, daję w zakład moją perukę, że zanosiło się na jakąś poważniejszą wiadomość.
— Doktorze — rzekł kapitan — z pana jest człowiek dowcipny. Kiedy tu wchodziłem, spodziewałem się, że będę odprawiony z kwitkiem; nie miałem nadziei, że pan Trelawney zechce wysłuchać choć jedno słowo.
— Nie chcę już więcej słuchać — nadąsał się dziedzic. — Gdyby nie obecność Liveseya, dawnobym pana odesłał do djaska. Ale stało się, wysłuchałem pana. Uczynię tak, jak sobie pan życzy, ale stracił pan wiele w moich oczach.
— Jak się panu podoba — zauważył kapitan. — Przekona się pan, że spełniam swą powinność.
To powiedziawszy, skłonił się i odszedł.
— Trelawney! — rzekł doktór — pomimo wszelkich uwag, sądzę, że zdobyłeś sobie na statku dwóch uczciwych ludzi: tego człowieka i Jana Silvera.
— Silver, i owszem! — zawołał dziedzic — jednak odnośnie do tego nudnego świszczypały, oświadczam wręcz, że uznaję jego postępowanie za nielicujące z godnością mężczyzny, żeglarza, a nadewszystko Anglika.
— No, no! — rzekł doktór — przekonamy się jeszcze.
Kiedyśmy wyszli na pokład, majtkowie właśnie wzięli się do przenoszenia broni i prochu, pokrzykując przy pracy; kapitan i Arrow stali zboku, mając nadzór nad całą robotą.
Nowe urządzenie bardzo mi się podobało. Cały statek był już wyporządzony; w rufie okrętu ustawiono sześć tapczanów, przylegających do tylnej ściany komory głównej. Przedział ten łączył się z kuchnią i przodem okrętu jedynie wąskim korytarzykiem po obu bokach. Pierwotnie było w projekcie, że te tapczany zająć mieli: kapitan, Arrow, Hunter, Joyce, doktór i dziedzic. Teraz dwa z nich przeznaczono dla Redrutha i dla mnie, zaś kapitan i Arrow postanowili spać w budce na pokładzie, którą rozszerzono ze wszystkich stron tak, iż można było ją nazwać wartownią. Było tam wprawdzie dość nisko, lecz wystarczyło miejsca na rozwieszenie dwóch hamaków, a sztorman był nawet zadowolony z kwatery. Przypuszczaliśmy, że i on żywi jakieś podejrzenia co do załogi, lecz, jak się dowiecie poniżej, niebawem poznaliśmy jego przekonania.
Byliśmy wszyscy pilnie zatrudnieni przenoszeniem prochu i tapczanów, gdy od brzegu podpłynęło kilku spóźnionych ludzi, między którymi był i Długi Jan. Kucharz wspiął się z małpią zręcznością po zrębie statku, a skoro zobaczył, co się wyrabia, krzyknął:
— Hola! marynarze, cóż to takiego?
— Przenosimy proch — odpowiedział jeden.
— Nacóż to, do kroćset! — wrzasnął Długi Jan. — Jeżeli będziemy się tem bawić, to napróżno stracimy dzień czasu!
— Mój rozkaz! — rzekł krótko kapitan. — Mój drogi, idź proszę do kuchni; wiara już głodna, czeka na wieczerzę.
— Według rozkazu, panie kapitanie — odpowiedział kucharz i dotykając dłonią czupryny, znikł natychmiast w stronie kajuty.
— To porządny człowiek, kapitanie — zauważył doktór.
— Bardzo możliwe — burknął kapitan Smollett, a podbiegając ku okrętnikom, którzy przerzucali paki z prochem, począł ich łajać:
— Lekko stawiać, ostrożnie... ludzie!
W tem spostrzegłszy, że stoję bezczynnie i przyglądam się długiej mosiężnej śmigownicy, znajdującej się na środku okrętu, huknął na mnie:
— Hej chłopcze, precz od tego! Ruszaj do kucharza i pomagaj mu w pracy!
Gdy przebiegałem, słyszałem, jak mówił głośno do doktora:
— Nie uznaję darmozjadów na okręcie!
Zapewniam was, że byłem odtąd tego samego zdania, co dziedzic, i znienawidziłem kapitana z kretesem.



Rozdział dziesiąty.
PODRÓŻ.

Przez całą noc panował wielki rwetes, gdyż wszystko ustawiano na swojem miejscu, a nadto wciąż nadjeżdżały łodzie z przyjaciółmi dziedzica, jak Blandly i inni, którzy przybywali, aby życzyć mu pomyślnej podróży i szczęśliwego powrotu. Nie miewałem nocy spokojnych i pod „Admirałem Benbow“, a przecież tam było o połowę mniej krzątaniny, niż tutaj; byłem zziajany, jak pies, gdy nieco przed świtem bosman zadął w świstawkę, a załoga poczęła roić się na pomoście kotwicznym. Mogłem być dwakroć tak znużony, a jeszczebym nie zszedł z pokładu w tej chwili; wszystko było dla mnie tak nowe i ciekawe — te wartkie komendy, te przeraźliwe tony świstawki i ci ludzie uwijający się przy świetle latarń okrętowych.
— A teraz, Patelnia, zanuć jaką piosnkę! — zawołał jakiś głos.
— Tę naszą starą! — krzyknął drugi.
— Dobrze, dobrze, kamraci — odezwał się Długi Jan, który stał nieopodal, trzymając szczudło pod pachą. I naraz huknął pieśnią, której słowa i melodja były mi tak dobrze znane:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni.

Cała załoga zawtórowała chórem:

Ho-aj-ho! i butelka rumu!

Owo drugie „ho!“ odbiło się gromko od burty. W tym pełnym wrażenia momencie przeniosłem się na chwilę myślą do starego „Admirała Benbow“, bo miałem złudzenie, że w tym zespole słyszę głos „kapitana“. Lecz niebawem kotwica zaczęła się wydobywać z wody, a wkrótce potem ociekając, zawisła u krawędzi statku; zaraz i żagle poczęto rozwijać, a na lądzie i sąsiednich statkach powiewano już rękoma i chustkami na pożegnanie... Zanim zdążyłem uciąć sobie godzinną drzemkę, już Hispaniola rozpoczęła podróż ku Wyspie Skarbów.
Nie mam zamiaru opisywać drobiazgowo tej podróży; była przedziwnie pomyślna. Statek dowiódł swej sprawności i innych zalet, załoga składała się z pojętnych żeglarzy, a kapitan był doskonale obeznany ze swym zawodem. Lecz zanim przycumowaliśmy wreszcie do Wyspy Skarbów, zdarzyło się kilka wypadków, które zasługują na poznanie.
Przedewszystkiem sztorman Arrow okazał się człowiekiem gorszym nawet, niż się tego obawiał kapitan. Nie miał najmniejszej stanowczości i powagi wobec załogi, wskutek czego każdy robił z nim, co mu się żywnie podobało. Lecz o to jeszcze mniejsza; nadomiar złego jął na pokładzie pokazywać się z zamglonemi oczyma, czerwonemi policzkami, splątanym językiem i innemi oznakami nietrzeźwości. Z dniem każdym wpadał w większą niełaskę u władzy. Niekiedy przewracał się, nabijając sobie sińce i guzy, kiedyindziej wylegiwał się przez dzień cały na małej ławeczce w swojej izdebce; czasem jednak przez dzień lub dwa był prawie trzeźwy i spełniał swe obowiązki przynajmniej znośnie.
Nie mogliśmy nigdy dociec, skąd on czerpie ten trunek; była to tajemnica statku, której nie mogliśmy rozwiązać pomimo nieustannego szpiegowania. Gdyśmy go zapytywali, wtedy albo się śmiał nam w twarz, jeżeli był pijany, albo, o ile był przytomny, zaklinał się na wszystkie świętości, że nie brał do ust nic prócz wody.
Nie dość, że był złym oficerem i dawał gorszący przykład swym ludziom, lecz budził obawę, że się to wszystko źle skończy. To też nikt się nazbyt nie zdziwił, ani też nie zmartwił, gdy pewnej ciemnej nocy, gdy morze było wzburzone, sztorman nagle przepadł, jak kamień w wodę. Odtąd nikt go nie widział na oczy.
— Spadł z pokładu! — domyślił się kapitan. — To i dobrze, szanowni panowie, bo ocaliło to tego warchoła od zakucia w kajdanki!
Mimo wszystko, byliśmy pozbawieni sztormana; wynikła stąd konieczność mianowania kogoś na jego miejsce. Bosman Job Anderson był najodpowiedniejszym do tego człowiekiem, więc, choć zachował dawny tytuł, przypadło mu spełniać poniekąd obowiązki sztormana. Pan Trelawney bywał już dawniej na morzu, a jego doświadczenie bardzo było przydatne, gdyż często sam osobiście pełnił służbę podczas przyjaznej pogody. A podsternik Izrael Hands był to sumienny, wytrawny, stary i doświadczony marynarz, na którym można było polegać pod każdym względem nawet w najcięższych opałach.
Był on w zażyłych stosunkach z Długim Janem Silverem, więc wzmianka jego nazwiska skłania mnie do powiedzenia słów kilku o naszym kucharzu okrętowym, noszącym powszechnie przydomek „Patelnia“.
Na okręcie nosił on szczudło na taśmie uczepionej dokoła szyi, ażeby mieć o ile możności obie ręce swobodne. Warto było widzieć, jak wścibiał kulawą nogę między stos drzewa i oparty na niej, nie zważając na kołysanie okrętu, z taką pewnością zajmował się gotowaniem, jakgdyby stał na lądzie. Jeszcze dziwniejsze było go widzieć kroczącego po pokładzie w czasie największej zawieruchy. Żeby ułatwić sobie przejście na dłuższych przestrzeniach, założył kilka pętlic, które przezwano kolczykami Długiego Jana, i mógł o własnych siłach przedostawać się z jednego miejsca na drugie, raz posługując się szczudłem, to znów wlokąc je za sobą na taśmie, z taką szybkością, że dorównywał w kroku innym ludziom. Kilku ludzi, którzy poprzednio odbywali z nim podróże morskie, wyrażało ubolewanie, że już wyszedł z dawnej wprawy, którą mieli sposobność podziwiać.
— Patelnia nie jest człowiekiem pierwszym z brzega! — zwierzał mi się podsternik. — Przeszedł on dobrą szkołę w młodości i umie mówić mądrze, jak z książki, a jaki chwat! Lew jest niczem w porównaniu z Długim Janem! Widziałem, jak złapał raz czterech i potrzaskał im łby jeden o drugi... chociaż był bezbronny.
Cała załoga poważała go niezmiernie, a nawet słuchała we wszystkiem. Do każdego umiał stosownie przemówić i każdemu wyświadczył jakąś szczególną przysługę. Dla mnie był uprzejmy, aż do uprzykrzenia i zawsze chętnie mnie widział w kuchni, którą utrzymywał jak cacko w wielkiej czystości i porządku; garnki i misy wisiały wypolerowane, jak nowe, a w kącie tuliła się klatka z papugą.
— Chodźno, Hawkins — mawiał zwykle — chodź pogawędzić z starym Janem. Nikogo tu nie witam z taką radością, jak ciebie, mój synku. Usiądź i posłuchaj nowości. Oto kapitan Flint... nazwałem papugę kapitanem Flintem na pamiątkę sławnego korsarza... więc oto kapitan Flint przepowiada nam powodzenie i szczęśliwą podróż. Nieprawdaż, kapitanie?
A papuga powtarzała pospiesznie:
— Talary! Talary! Talary! — dopóki Jan nie zarzucił chustki na klatkę.
— Czy ty wiesz, Hawkins — mawiał kucharz — ten ptak liczy sobie pewno ze dwieście lat życia! Papugi żyją długo. Ale jeżeli kto widział większego zawadjakę, musiał być to chyba sam bies wcielony. Ona rozbijała się po świecie wraz ze sławnym korsarzem, kapitanem Anglją. Była na Madagaskarze, w Malabarze, w Surynamie, w Providence, Portobello. Była przy wyławianiu rozbitych okrętów ze skarbami. Tam właśnie nauczyła się wołać: „Talary! talary!“ — nic dziwnego: było tego piętnaście tysięcy trzysta — wyobraź sobie, Hawkins! Była przy wylądowaniu wicekróla Indji w Goa; a patrząc na nią, powiedziałbyś, że to dziecko! Ale ty już wąchałeś proch... prawda, kapitanie?
— Bądź gotów do dzieła! — skrzeczała papuga.
— Ach, co to za mądra bestyja! — powiadał kucharz, dając jej kawałek cukru, wyciągnięty z kieszeni, a ptak dziobał pręty i obrzydliwie klął z całego gardła, jak oszalały; Jan dodawał wtedy na usprawiedliwienie:
— Nie gorsz się, chłopcze; można bezpiecznie brnąć w tem błocie i nie powalać się. Ten stary ptak jest bardzo cnotliwy, tylko ma skłonność do przekleństw, podobnie jak ja, wskutek nazbyt bujnego temperamentu; pozatem w świecie niema lepiej wychowanej istoty, możesz być tego pewny! Stara papla klęłaby tak samo, że tak powiem, przed księdzem na spowiedzi.
Mówiąc to, Długi Jan wedle swego zwyczaju brał się z powagą za czuprynę, chcąc wywołać we mnie przekonanie, że jest najlepszym człowiekiem pod słońcem.
Tymczasem dziedzic i kapitan Smollet trzymali się zawsze zdala od siebie. Dziedzic nie przejmował się wcale tym rankorem i lekceważył sobie kapitana. Kapitan ze swej strony nigdy się nie odzywał, chyba, że musiał odpowiedzieć na czyjeś zapytanie — ale i wtedy przemawiał zwięźle, głosem oschłym i opryskliwym, nie tracąc ani słowa napróżno. Dał się raz pociągnąć za język i przyznał, że mylił się w swem mniemaniu co do załogi, gdyż niektórzy z okrętników byli tak sprawni, jak tego wymagał, i wszyscy zachowywali się przyzwoicie. W statku był wprost zakochany.
— Ta nawa,[4] mości panie tak mnie słucha, jakby mi przysięgła przed ołtarzem wiarę i posłuszeństwo, — wyrażał się o nim, co nie przeszkadzało mu dodawać:
— Bądź co bądź, wyznam szczerze, że nie powrócimy do domu i że mi się nie podoba ta wyprawa!
Na to dziedzic odwracał się i przechadzał się z zadartą głową po pokładzie, mówiąc:
— Jeszcze jedno słówko z ust tego człowieka, a wpadnę w pasję!
Mieliśmy kilka burz, które jedynie ujawniły zalety Hispanioli. Majtkowie czuli się weseli i zadowoleni i musieliby być wielkimi wybrednisiami, gdyby było inaczej, gdyż mojem zdaniem, od czasów Noego nie było jeszcze drużyny okrętowej, którejby tak dogadzano, jak naszej. Za lada sposobnością wydawano podwójną porcję grogu. Raz po razu mieliśmy dzień jakiś uroczysty, zwłaszcza ilekroć tylko dziedzic usłyszał o czyichś urodzinach. W korytarzu zawsze stała beczka pełna jabłek, z której mógł korzystać każdy, kto miał ochotę.
— Nic dobrego stąd nie wyniknie — mówił kapitan do doktora Liveseya. — Psujecie tych zatraconych hultajów i robicie z nich djabłów wcielonych. Takie jest moje zdanie!
Lecz, jak się przekonacie, z beczki jabłek wynikło coś dobrego, bo gdyby jej nie było, nie bylibyśmy w porę przestrzeżeni i moglibyśmy zginąć wszyscy z rąk zdrajców. I otóż jak do tego przyszło.
Po chwilowem zejściu z drogi, mającem na celu uzyskanie wiatru w kierunku wyspy, która była naszym celem — nie wolno mi mówić wyraźniej — jęliśmy znowu zdążać prosto ku niej, wytężając uwagę dniem i nocą. Był to, według najdokładniejszych obliczeń, ostatni dzień naszej podróży: jeszcze tej nocy, albo conajwyżej nazajutrz rano, mieliśmy ujrzeć Wyspę skarbów! Przybraliśmy kierunek Pd. .Pd. Z. Morze było spokojne, lekkie podmuchy wiatru gnały nasz statek. Hispaniola płynęła równo, zanurzając raz po raz dziób i z szumem rozpryskując wodę, wspinając się na grzbiety fal i znów opadając spowrotem. Każdy z nas był w jak najlepszem usposobieniu, gdyż zbliżał się koniec pierwszego okresu naszych przygód.
W sam raz po zachodzie słońca, ukończywszy robotę, wybierałem się właśnie na spoczynek, gdy wtem przyszła mi oskoma na smaczne jabłuszka. Wybiegłem na pokład. Wszystkie straże stały na przodzie okrętu, patrząc w kierunku wyspy. Sternik przyglądał się wzdętemu żaglowi i pogwizdywał sobie zcicha; był to jedyny głos, oprócz szemrania fal pod burtą okrętu.
Wlazłem cały wraz z nogami do beczki i znalazłem tam już zaledwie ostatnie pozostawione jabłko. Siedząc w ciemności na dnie, wśród jednostajnego pluskotu wody i kołysania okrętu, zdrzemnąłem się, czy też bliski byłem zdrzemnięcia, gdy wtem z ciężkim łoskotem usiadł koło beczki jakiś człowiek. Wszystkie klepki zatrzeszczały, gdy oparł się o nią plecami, więc chciałem już wyskoczyć z mego ukrycia, gdy ów człowiek rozpoczął rozmowę; poznałem głos Silvera. Jeszcze nie usłyszałem tuzina słów, a już za żadne skarby świata nie wylazłbym z beczki. Przycupnąłem cicho jak trusia, drżąc i wsłuchując się w rozmowę z ogromną trwogą i ciekawością zarazem, gdyż z tych kilku słów zmiarkowałem, że życie wszystkich uczciwych ludzi na statku zależy jedynie ode mnie.



Rozdział jedenasty.
CO PODSŁUCHAŁEM W BECZCE OD JABŁEK.

— Nie, to nie ja! — mówił Silver. — Kapitanem naszym był Flint; ja z tą drewnianą nogą byłem jedynie kwatermistrzem. W tej samej bitwie, w której postradałem nogę, Pew utracił wzrok. Nielada majstrem był ten łapiduch, który odciął mi moje gnacisko; skończył uniwersytet i jeszcze tam coś. Niewiele mu to pomogło, bo powiesili go, jak psa, i uwędzili na słońcu, jak i innych, w Corso Castle. Ludzie Robertsa to zrobili, tak, tak! Ich okręty przezwano „Królewskie Szczęście“ i tak dalej. Skoro ochrzczono który okręt, zaraz powiadam, wio na morze! Tak było z „Kasandrą“, która przewoziła nas cało z Malabaru do domu, skoro kapitan Anglja pojmał wicekróla Indyj, tak też było ze starym „Koniem morskim“, wypróbowanym statkiem Flinta, który widziałem zbryzgany krwią czerwoną i omal nie zatopiony wraz ze złotem.
— Ach! — odezwał się inny, widocznie pełen podziwu głos, w którym poznałem najmłodszego z majtków — Flint był chlubą swej załogi!
— Dawis też był niebylejakim człowiekiem — rzekł Silver. — Z nim nie miałem sposobności żeglować; najpierw u kapitana Anglji, potem u Flinta — oto całe moje dzieje. Teraz prowadzę, jak to mówią, interes na własną rękę. Uciułałem sobie dziewięćset u kapitana Anglji, a dwa tysiące pod Flintem. To niezgorsza sumka dla prostego okrętnika — a wszystko złożone w banku. Niełatwo byłoby teraz tyle uzbierać nawet przy największej oszczędności, możecie mi wierzyć. A gdzież są dzisiaj wszyscy wiarusi kapitana Anglji? Nie wiem... A gdzie towarzysze Flinta? Co prawda, najwięcej ich przebywa na tym okręcie i cieszy się, że ma wszystkiego wbród — bo niedawno niejeden z nich chodził po prośbie. Stary Pew, gdy utracił wzrok i gdy mógł się już ustatkować, wydawał tysiąc dwieście funtów rocznie, niczem lord w parlamencie. Gdzie on teraz? Hej, umarł i ziemię gryzie, lecz przez dwa lata przed śmiercią — niech piorun mnie trzaśnie — biedak przeszedł porządną głodówkę. Żebrał i kradł i podrzynał gardła, a mimo wszystko przymierał głodem — niechże to djabli wezmą!
— No, ale w każdym razie niebardzo to było mu potrzebne! — rzekł młody majtek.
— Nie było to bardzo potrzebne głupcom, możesz dodać... tak nie inaczej — krzyknął Silver. — Ale posłuchaj i zastanów się: jesteś młody, gracki — jak malowanie. Widzę to, gdy patrzę na ciebie i chcę z tobą mówić, jak z człowiekiem...
Możecie sobie wyobrazić moje uczucie, gdy słyszałem, jak obrzydliwy stary łupieżca zwracał się do kogoś innego w tych samych pochlebnych słowach, któremi się posługiwał zazwyczaj w stosunku do mnie. Myślę, że gdyby to było możliwe, byłbym go dźgnął poprzez beczkę. Tymczasem on ciągnął dalej, nie podejrzewając, że go ktoś podsłuchuje.
— Mówię tu o panach szczęścia. Wiodą dziki żywot, pełen niebezpieczeństw, lecz jedzą i piją, jak walczące koguty, a kiedy wyprawa się powiedzie — hej! wtedy w kieszeni zamiast stu groszy mają setki funtów! Wtedy przeważna część grosiwa idzie na rum i na grę w kości, a gdy się człek spłócze do koszuli, wtedy dalejże znów na morze! Ale, mojem zdaniem, to sposób niewłaściwy. Ja składam sobie wszystko, trochę tu, trochę tam, a nigdzie za wiele, aby uniknąć podejrzeń. Mam już pięćdziesiąt lat, rozważ to sobie; gdy jeszcze raz powrócę z tej wyprawy, będę już poważnym jegomościem. Kawał czasu, powiesz mi na to. Ale żyłem wspaniale przez ten cały czas, nie odmawiałem sobie nigdy niczego, miałem, czego dusza zapragnie, spałem wygodnie i jadłem smacznie zawsze, nawet na morzu. A od czego zacząłem? Od prostego ciury okrętowego, jak ty teraz!
— Dobrze! — rzekł tamten — lecz tamte twoje pieniądze przepadną. Przecież nie odważysz się po tem wszystkim ukazać się w Brystolu?
— Co znowu? Jak przypuszczasz, gdzie one się znajdują? — zapytał Silver drwiąco.
— W Brystolu, w bankach i innych miejscach — odpowiedział jego towarzysz.
— Były tam, — rzekł kucharz — były, gdyśmy podnosili kotwicę, lecz w chwili obecnej wzięła wszystko moja stara baba. Karczmę „pod Lunetą“ już sprzedałem razem z dzierżawą, klientelą i sprzętami, a moja stara już wyprawiła się w drogę w to miejsce, gdzie ma mnie spotkać. Powiedziałbym ci, gdzie to nastąpi, bo mam do ciebie zaufanie, ale między marynarzami mogłoby to wzbudzić zazdrość.
— A czy masz zaufanie do swej baby? — zapytał tamten.
— Panowie szczęścia — odrzekł kucharz — zwykle niedowierzają sobie nawzajem i mają słuszność, bądź tego pewny. Ale mam na wszystko sposoby. Jeżeli który marynarz (oczywiście z tych, co mnie znają) znajdzie karteczkę przywiązaną do swej liny, to już nie będzie żył na tym samym świecie, na którym żyje stary Jan. Byli tacy, co bali się Pew, i tacy co bali się Flinta, ale sam Flint bał się mnie. Bał się mnie i był z tego dumny. Załoga okrętu Flinta była najdzikszą załogą, jaka pływała po morzach; sam djabeł lękałby się iść z nią na morze. Ale powiadam ci, że nie jestem człowiekiem zarozumiałym i sam widzisz, jak łatwo zawieram z kimś przyjaźń; lecz kiedy byłem kwatermistrzem, nikt starych korsarzy Flinta nie przezywał baranami. Możesz być pewny siebie na okręcie starego Jana.
— No, powiem ci — rzekł młokos, — że nie podobało mi się ani trochę to przedsięwzięcie, póki nie wdałem się w rozmowę z tobą, Janie. Lecz podaję ci oto rękę w tej sprawie.
— Jesteś dzielnym chłopcem i zgrabnym do tego — odpowiedział Silver, potrząsając jego dłońmi tak serdecznie, że aż beczka zadygotała — i masz postawę na pana szczęścia! Zwąchałem to oddawna.
W tym czasie zacząłem domyślać się znaczenia ich wyrażeń. Pod „panem szczęścia“ rozumieli poprostu ni mniej ni więcej, jak pospolitego opryszka, a mała scena, którą podsłuchałem, była ostatnim aktem przekupywania jednego z uczciwych marynarzy — może ostatniego, jaki jeszcze pozostał. Lecz w tym względzie mogłem rychło się pocieszyć, gdyż Silver gwizdnął zcicha, a na to hasło trzeci człowiek wysunął się i usiadł koło nich.
— Dick już przystał do nas — rzekł Silver.
— O, wiedziałem, że Dick się zbrata z nami — odpowiedział głos podsternika, Izraela Handsa. — Dick nie jest głupi.
Wyciągnął fajkę z ust, splunął i mówił dalej:
— Lecz słuchaj, czego się chcę dowiedzieć, Patelnio: Dokądże to będziemy się włóczyć tędy i owędy, jak kiepski statek prowjantowy? Już mam po uszy tego kapitana Smolleta; już mi on dawno obmierzł, do pioruna! Chciałbym iść do tej kajuty! Chciałbym skosztować ich sałatek i wina!
— Izraelu! — rzekł Silver — głowa twoja nie jest ani też nigdy nie była wiele warta, lecz sądzę, że możesz posłuchać, bo przynajmniej uszy masz dość duże. Otóż chcę ci powiedzieć jedno: będziesz spał na przodzie okrętu, pracował ciężko, odzywał się grzecznie i przestrzegał trzeźwości, dopóki ci nie wydam rozporządzenia; pamiętaj o tem, mój synu!
— Dobrze, dobrze, nie sprzeciwiam się — zżymał się podsternik. — Pytam się tylko, kiedy to nastąpi. O to jedno się pytam.
— Kiedy, do kroćset! — wrzasnął Silver. — Dobrze, jeśli chcesz wiedzieć, to ci powiem, kiedy. W ostatniej chwili mogę wydać rozporządzenie — otóż kiedy... Mamy tu doskonałego żeglarza, kapitana Smolleta, który prowadzi dla nas ten przepiękny statek; jest tu ten doktór i ten jasny pan z mapą i tem wszystkiem — a czyż ja wiem, gdzie się to wszystko znajduje? Sam też więcej nie wiesz... powiedz sobie to otwarcie! Dlatego sądzę, że ten jasny pan i doktór znajdą cały skarb i pomogą nam załadować go na statek, niech mnie piorun trzaśnie! Wtedy zobaczymy. Gdybym mógł na was wszystkich polegać, zatracone śledzie holenderskie, pozwoliłbym kapitanowi Smollettowi przewieźć nas pół drogi spowrotem, zanimbym uderzył na niego.
— Na cóż to? Zdaje mi się, że wszyscy znamy się na żeglarstwie — rzekł młody Dick.
— Wszyscyśmy psa warci, wiedz o tem — przerwał Silver. — Umiemy wprawdzie sterować, lecz kto tu umie rozkazywać? Wszyscybyście partaczyli, moi panowie, od pierwszego do ostatniego. Jeżeli mi się uda, zmuszę kapitana Smolletta, żeby nas przynajmniej naprowadził na właściwą drogę spowrotem; wtedy nie będziemy narażeni na znalezienie się pewnego pięknego poranku pod wodą. Lecz ja znam się na was. Z nimi skończę na wyspie, skoro tylko ładunek znajdzie się na pokładzie; tyle mojego dla nich miłosierdzia. Lecz ty nigdy nie jesteś zadowolony... o ile nie jesteś pijany. Doprawdy, wiele zdrowia mnie kosztuje jazda z takimi, jak ty!
— Powoli, powoli, Długi Janie! — zawołał Izrael. — Któż ci staje okoniem?
— No powiedz, co myślisz, ile ja już widziałem okrętów rozbitych? a ilu chłopców, dzielnych i żwawych, sczerniałych od słońca na placu kaźni? — krzyczał Silver — a wszyscy zginęli przez tę gorączkowość i jeszcze raz gorączkowość! Co nagle, to po djable, słyszysz? Już widziałem niejedną rzecz na morzu, tak, widziałem! Jeżeli będziesz pilnował tylko kierunku drogi i wiatru, a o nic więcej się nie troszczył, będziesz jeździł powozem, zobaczysz. Ale do tego pewno nie dojdzie, bo znam cię, jak własną kieszeń. Nazajutrz urżniesz się rumem, jak bydlę, i pójdziesz na szubienicę.
— Każdy wie, że jesteś, Janie, jakby wyrocznią, — rzekł Izrael — lecz nie brak było takich, którzy potrafiliby kierować i dowodzić tak dobrze, jak ty. Oni woleliby nieco pohulać. Nie byli tak wytworni i wyrachowani, lecz odrazu urządzali sobie zabawę, jak na dobrych towarzyszów przystało.
— Tak? — skrzywił się Silver. — A gdzież-to oni teraz wszyscy? Pew był jednym z nich... no, i umarł w nędzy. Flint był też taki... i dobił go rum w Savannah. Ach, byli to zacni kamraci... ale gdzie oni teraz?
— Ale powiedzcie mi, proszę — zaciekawił się Dick, — co zrobimy z tymi ludźmi, skoro wysadzimy ich na brzeg?
— To mi człowiek w moim guście! — zawołał kucharz z podziwem. — Odrazu do rzeczy przystępuje! No, więc jakie masz zdanie co do tego? Czy zostawić ich na lądzie, jak zesłańców? To byłby sposób kapitana Anglji. A może zarżnąć ich jak wieprze? To byłoby w duchu Flinta albo Billy Bonesa.
— Billy miał ten zwyczaj — przytwierdził Izrael. — Często mawiał: zdechły pies nie kąsa. No i sam tera zdechł nieborak! Sam się teraz przekonał o prawdzie swych słów: jeżeli mówią, że kto mieczem wojuje, od niego zginie, to ziściło się to na Billu.
— Masz rację, — rzekł Silver — ostre i cięte powiedzenie. Atoli chciej jedno zrozumieć. Mówisz, że jestem pobłażliwy i łagodny, że zanadto się cackam. Ależ teraz chodzi o rzecz poważną! Obowiązek to obowiązek, kamraci. Głosuję za śmiercią. Kiedy będę członkiem Parlamentu i jeździć będę w karecie, niebardzo pożądaną będzie rzeczą, aby któryś z tych morskich kauzyperdów, co siedzą tam w kajucie, wlazł mi w paradę nieoczekiwanie, jak Piłat w Credo. Powiadam jeszcze raz, że trzeba zaczekać do czasu, ale, gdy nadejdzie pora, na cóż się wówczas jeszcze oglądać?
— Janie? — krzyknął podsternik. — Z ciebie walny chłop!
— Powiesz to, Izraelu, gdy zobaczysz — rzekł Silver. — Dla siebie żądam tylko jednej rzeczy: żądam Trelawneya! Oderwę jego barani łeb od ciała temi oto rękami, Dicku!
A uciąwszy nagle swe pogróżki, dodał:
— Bądź tak uprzejmy, wydrap się tam i przynieś mi jedno jabłuszko, bo chciałbym odświeżyć gardło.
Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie w tej chwili. Gdybym czuł się na siłach, wyskoczyłbym z ukrycia i uciekł czemprędzej, lecz i nogi i umysł równocześnie odmówiły mi posłuszeństwa. Słyszałem, jak Dick zaczął się wspinać, gdy wtem jakby go ktoś przytrzymał, a głos Handsa zawołał:
— Zostaw to! Co tam będziesz, Janie, żarł jabłka z tej kadzi! Postaw tu nam lepiej gąsioreczek rumu!
— Dicku! — rzekł Silver — mam do ciebie zaufanie, a wiedz, że mam miarkę na beczce. Oto klucz: napełnij dzbanek i przynieś go tutaj!
Aczkolwiek byłem przejęty niewymowną trwogą, to jednak nie mogłem się opędzić od myśli, że wśród podobnych okoliczności niewątpliwie sztorman Arrow dostał się na fale, które go pochłonęły.
Dick oddalił się na chwilę, a podczas jego nieobecności Izrael szeptał coś do ucha kucharzowi. Zdołałem uchwycić zaledwie parę słów, ale i w nich zawierały się ważne wiadomości, gdyż oprócz innych urywków, obracających się dokoła tej samej sprawy, było słychać całe zdanie: „Zresztą żadnemu z nich nie pisnę ani słówka“. Widocznie byli jeszcze wierni ludzie między załogą.
Gdy Dick powrócił z dzbanem, pokolei wszyscy z tej sławetnej trójki brali napitek i wznosili toasty — jeden: „Na zdrowie!“, drugi: „Za zdrowie starego Flinta“, a Silver wygłosił, jakby półśpiewem:

— „Hej, w ręce wasze, żagle natężcie!
Niechaj nam sprzyja zdobycz i szczęście!“

Właśnie w tej chwili jakiś blask oświecił wnętrze beczki, tuż obok mnie. Spojrzawszy do góry, spostrzegłem, że wstał księżyc, osrebrzając głowicę bezanmasztu i odbijając się białym odblaskiem od fokżagla. Prawie jednocześnie z bocianiego gniazda rozległo się hasło: „Ziemia!“



Rozdział dwunasty.
NARADA WOJENNA.

Zaroiło się na pokładzie, rozległo się szurgotanie nóg. Usłyszałem, jak poczęto się tłoczyć, wybiegać z kajuty i z pod pokładu przedniego. Bez namysłu wyczołgałem się z beczki, przesmyknąłem się za fokżaglem, dałem susa na rufę i po pewnym czasie wyszedłem na otwarty pokład, gdzie natknąłem się na Huntera i doktora Liveseya, spieszących ku przodowi okrętu.
Zebrała się już tam cała załoga. Pasemko mgły podniosło się prawie współcześnie ze wschodem księżyca. W kierunku południowo-zachodnim ujrzeliśmy dwa niewysokie wzgórza, oddalone od siebie nawzajem o kilka mil; za jednym z nich wznosiło się trzecie, wyższe wzgórze, którego szczyt nurzał się jeszcze we mgle. Wszystkie trzy miały zarys ostry i stożkowaty.
Tyle tylko widziałem, niby przez sen, bo jeszcze nie ochłonąłem z okropnego strachu, którego doznałem przed kilku minutami. Naraz usłyszałem głos kapitana Smolletta, wydającego rozkazy. Hispaniola odchyliła się o kilka stopni pod wiatr, tak iż teraz jej bieg powinien był ominąć wyspę w sam raz po stronie wschodniej.
— Hej, chłopcy, — rzekł szyper, gdy już skręcono liny żaglowe — czy który z was widział już kiedy ten ląd przed nami?
— Ja widziałem — rzekł Silver — nabieraliśmy tu wody, gdy byłem kucharzem na statku kupieckim.
— Zdaje mi się, że rejda jest na południe, za małą wysepką, — wywiadywał się kapitan.
— Tak, szanowny panie, nazywają ją Wyspą Szkieletów. Była to niegdyś siedziba piratów, a okolicznościowo dowiedzieliśmy się na owym statku o wszystkich nazwach tej miejscowości. Wzgórze na północy nazywają Fokmasztem; są tam bowiem, panie szanowny, trzy wzgórki następujące kolejno po sobie ku południowi: Fokmaszt, Grotmaszt i Bezanmaszt. Lecz Fokmaszt (ten duży, zasłonięty obłokiem) nazywają pospolicie „Lunetą“ ze względu na czatownię, jaką oni tam mieli podczas wyładowywania okrętów w przystani, gdyż za przeproszeniem pana, w tem miejscu właśnie oczyszczali swoje okręty.
— Mam tu mapę — rzekł kapitan Smollett. — Zobacz, czy to jest owo miejsce.
Janowi oczy zapałały, gdy wziął do rąk mapę, lecz za pierwszem spojrzeniem na papier zauważyłem, iż uległ rozczarowaniu. Nie była to ta mapa, którąśmy znaleźli w kufrze Billa Bonesa, lecz jej wierna podobizna, najdokładniejsza we wszystkich szczegółach: nazwach, pomiarach wysokości i głębin itp. — Brakowało jedynie czerwonych krzyżyków i objaśniających przypisów. Pomimo że niepokój Silvera musiał być pewno wielki, miał on jednak tyle przytomności umysłu, że zdołał go zamaskować.
— Panie szanowny — odezwał się. — Ani chybi, to ta sama miejscowość, a bardzo pięknie wyrysowana. Zachodzę w głowę, kto ją sporządził? Korsarze, jak mi się zdaje, byli na to za ciemni i mało uczeni. Tak, tak! to tutaj: „Zatoka kapitana Kidda“ — tak samo nazwał ją mój towarzysz okrętowy. Tam jest silny prąd, płynący od strony południowej, a następnie na północ wzdłuż zachodniego wybrzeża. Dobrze pan zrobił, zbaczając z kierunku wiatru i opływając wyspę zukosa. Przynajmniej, jeżeli miał pan zamiar wpłynąć do przystani i zawrócić, to nie znalazłby pan lepszego miejsca po temu na tych wodach.
— Dziękuję ci, mój zuchu — rzekł kapitan Smollett. — Będę jeszcze później prosił cię o radę. Możesz odejść.
Byłem zdumiony spokojem, z jakim Jan przyznał się do znajomości wyspy, a co się mnie samego tyczy, przeraziłem się niemało, gdy zobaczyłem, że podchodzi on ku mnie. Nie wiedział spewnością, że podsłuchałem w beczce jabłek jego knowania; atoli takiego wówczas nabrałem wstrętu do jego okrucieństwa, obłudy i siły, że zaledwo mogłem powstrzymać się od dreszczu, skoro złożył mi rękę na ramieniu, mówiąc:
— Ach, to rozkoszna miejscowość, ta wyspa — a takiemu bębnowi, jak ty, wielką uciechę sprawi dostanie się znów na ląd. Będziesz się kąpał, łaził po drzewach, polował na kozy i sam będziesz uganiał, jak koziołek, po tych pagórkach. Ejże! mnie samemu młode lata się przypomną i gotówem jeszcze zapomnieć, że chodzę o kuli... Hej, miło to być junakiem, mieć dziesięć palców u nóg, sam to przyznasz! Jeżeli chcesz się nieco puścić na wycieczkę po wyspie, powiedz odrazu staremu Janowi, a on ci zaraz przyrządzi jakąś zakąskę na drogę.
I poklepawszy mnie jak najprzyjaźniej po łopatce, powlókł się dalej i zszedł pod pokład.
Kapitan Smollett, dziedzic i doktór Livesey stali rozmawiając na półpokładzie, a chociaż ponosiła mnie niecierpliwość, by opowiedzieć im wszystko, nie śmiałem jednak zaczepiać ich w miejscu widocznem. Gdy właśnie się namyślałem, jaki stosowny pretekst mam wynaleźć, doktór Livesey przywołał mnie do siebie, ponieważ zostawił fajkę na dole, a będąc namiętnym palaczem, chciał, żebym mu ją przyniósł. Skoro znalazłem się tak blisko, że mogłem mówić bez świadków, wypaliłem wręcz:
— Panie doktorze, mam coś do powiedzenia. Niech pan ściągnie kapitana i dziedzica do kajuty, a potem niech pan wymyśli powód, by mnie przywołać. Mam straszne nowiny.
Doktorowi na chwilę zrzedła mina, lecz opanował się niezwłocznie.
— Dziękuję ci, Kubo — rzekł zupełnie głośno — to wszystko, czego się chciałem dowiedzieć od ciebie!
Udawał, że pytał mnie się o coś.
Potem obrócił się na pięcie i przystąpił do tamtych obu. Chwilę jeszcze rozmawiali, a choć żaden z nich ani nie drgnął, ani nie podniósł głosu, a niemniej też nie prowadzili rozmowy szeptem, pojąłem wmig, że doktór Livesey zawiadomił obu panów o mojej prośbie. Wkrótce bowiem usłyszałem, jak kapitan wydał zlecenie Jobowi Andersonowi i na głos gwizdka cała załoga stanęła do zbiórki na pokładzie.
— Chłopcy! — przemówił kapitan Smollett. — Chcę wam powiedzieć słów parę. Ta ziemia, którą spostrzegliśmy, jest celem naszej żeglugi. Pan Trelawney, który, jak wiecie, jest człowiekiem bardzo hojnym, wypytywał się właśnie o wasze sprawowanie. Gdy mu szczerze powiedziałem, że każdy marynarz spełnił jak najlepiej swą powinność, czy na pokładzie, czy na maszcie, i że jestem z was zadowolony, wtedy pan odpowiedział, że pójdzie ze mną i z doktorem do kajuty, by wypić za wasze zdrowie i powodzenie, a wy otrzymacie porcję grogu, by wypić za nasze zdrowie i pomyślność. Powiem wam, co o tem myślę: bardzo mi się to podoba! Jeżeli jesteście jednego ze mną zdania, wznieście wraz ze mną okrzyk na cześć łaskawego pana!
W istocie huknął wiwat, a brzmiał on tak serdecznie i głośno, iż trudno mi było uwierzyć, że ci sami ludzie knują spisek na nasze życie.
— Jeszcze jeden wiwat na cześć kapitana Smolletta! — krzyknął Długi Jan, skoro pierwszy okrzyk ucichł.
Gruchnęło po raz wtóry: „Niech żyje!“ — z niemniejszą siłą, jak poprzednio.
Gdy krzyk ustał, trzej panowie udali się pod pokład, a niezadługo z ust do ust podano, że Kubę Hawkinsa wzywają do kajuty.
Zastałem ich wszystkich trzech siedzących przy stole, na którym stała butelka wina hiszpańskiego i talerz rodzynków. Doktór ćmił fajkę, a perukę trzymał na brzuchu, co, jak wiedziałem, świadczyło o jego podnieceniu. Okno na rufie było otwarte i widać było poświatę księżycową, mieniącą się na kilwaterze okrętu.
— No, Hawkins — rzekł dziedzic. — Miałeś coś nam oznajmić. Mów więc.

Uczyniłem zadość prośbie i jak najzwięźlej i najtreściwiej opowiedziałem wszystkie szczegóły z
... opowiedziałem wszystkie szczegóły z rozmowy Silvera
(str. 104)
rozmowy Silvera. Nikt ze słuchających mi nie przerywał ani nawet nie poruszył się; przez cały czas opowiadania wlepiali oczy uważnie we mnie.

— Kubo! — rzekł doktór Livesey — siądź tu koło nas.
Posadzili mnie przy stole obok siebie, podali mi szklankę wina, nasypali mi w garście rodzynków, a potem kolejno jeden po drugim, kłaniając się, pili moje zdrowie i wyrażali swą wdzięczność za moją odwagę i szczęście.
— No, kapitanie — rzekł dziedzic — pan miał słuszność, a ja byłem w błędzie. Okazałem się osłem, więc czekam na pańskie rozkazy.
— Takim samym osłem byłem i ja — odparł kapitan. — Nie słyszałem nigdy o załodze, która miała zamiar się buntować i nie okazała tego po sobie zawczasu, iżby człowiek, który ma oczy w głowie, nie poznał się na ich występnych przedsięwzięciach i nie powziął odpowiednich kroków. Ale ta załoga umiała wyprowadzić mnie w pole.
— Kapitanie — rzekł doktór — za pańskiem pozwoleniem, wszystko to sprawa Silvera. To łepak nielada! Człowiek osobliwy!
— Wyglądałby osobliwiej na jakiej linie masztowej — nastroszył się szyper. — Ale taka pogawędka nie prowadzi do niczego. Mam trzy albo cztery punkty do omówienia, a jeżeli mości pan Trelawney mi pozwoli, wyłuszczę wszystkie pokolei.
— Pan tu jest dowódcą. Do pana należy omawianie planu — rzekł pan Trelawney z powagą.
— Punkt pierwszy — jął mówić pan Smollett. — Musimy brnąć dalej, gdyż nie możemy się cofnąć. Gdybym rzekł choć słowo o powrocie, zbuntowaliby się odrazu. Punkt drugi: mamy jeszcze czas przed sobą... przynajmniej do odkrycia tego skarbu. Punkt trzeci: są tu jeszcze marynarze, na których można polegać. Prędzej czy później, łaskawy panie, dojść musi do bitwy, a ja radzę, ażeby, jak to mówią, łapać sposobność za włosy i pewnego pięknego poranku, kiedy najmniej będą się spodziewali, zadać im cios dotkliwy. Przypuszczam, że możemy liczyć na waszych osobistych służących, panie Trelawney?
— Jak na mnie samego! — zapewnił dziedzic.
— Trzech — rachował kapitan — to razem daje nas siedmiu, wliczając w to Hawkinsa. A jak się przedstawia sprawa z uczciwymi marynarzami?
— Prawdopodobnie są to ludzie Trelawneya — domyślał się doktór — czyli ci, których dobrał sobie sam, zanim wyręczał się pomocą Silvera.
— Nie! — sprzeciwił się dziedzic. — Hands był jednym z moich ludzi!
— Ja sam myślałem, że można ufać Handsowi — wtrącił kapitan.
— I pomyśleć sobie, że to Anglicy! — rozsierdził się dziedzic. — Panie, jestem gotów nawet wysadzić okręt w powietrze.
— Moi państwo — rzekł kapitan — najlepsza rada, jaką podać mogę, jest bardzo prosta. Musimy mieć się na baczności i pilnie śledzić wszystko. Prawda, że będzie to próba cierpliwości i o wiele byłoby przyjemniej przystąpić wprost do uderzenia. Lecz trudno tu coś poczynać, dopóki nie znamy swoich ludzi. Mieć się na ostrożności i węszyć, skąd wiatr wieje, oto moja rada.
— Kuba może nam tu przysłużyć się więcej, niż ktokolwiek inny — rzekł doktór. — Marynarze wobec niego się nie krępują, a Kuba ma niezwykły zmysł spostrzegawczy.
— Hawkins, jestem pełen dziwnej wiary w ciebie — dorzucił dziedzic.
Na to ogarnęła mnie prawdziwa rozpacz, gdyż czułem się zgoła bezradnym; bądź co bądź, wskutek dziwnego zbiegu okoliczności, istotnie mnie zawdzięczali swoje bezpieczeństwo. Narazie jednak, mówcie co chcecie, spośród dwudziestu sześciu osób, znajdujących się na okręcie, było tylko siedem takich, na których mogliśmy polegać z całą pewnością; ponadto jeden z tych siedmiu był chłopięciem, tak iż po naszej stronie było sześciu dorosłych ludzi naprzeciw dziewiętnastu.



CZĘŚĆ TRZECIA.
MOJE PRZYGODY NA LĄDZIE
Rozdział trzynasty.
JAK SIĘ ROZPOCZĘŁY MOJE PRZYGODY NA LĄDZIE.

Gdy rano wyszedłem na pokład, wyspa przedstawiała już zupełnie odmienny widok. Chociaż wiatr osłabł bardzo, to jednak przebyliśmy w nocy sporą przestrzeń i znajdowaliśmy się już mniejwięcej o pół mili na Pd. W. od niskiego wybrzeża wschodniego. Zielone lasy pokrywały znaczną część powierzchni wyspy. To jednostajne tło przerywały smugi żółtych ławic piaskowych w części nizinnej oraz wysokie drzewa z rodzaju sosen, wybujałe ponad inne — bądź pojedyńcze, bądź w skupieniach; zresztą krajobraz był naogół ponury i mało urozmaicony. Pagórki odcinały się wyraziście od podszycia roślinności wierzchołkami nagiemi i skalistemi. Wszystkie miały kształty dziwaczne, a najwyższy z nich, Luneta, wznoszący się na wysokość trzystu lub czterystu stóp ponad wyspą, miał niewątpliwie układ najosobliwszy, gdyż zbocze jego opadało stromo prawie jednakowo ze wszystkich stron, a wierzchołek jego był ucięty, niby podstawa, na której miano wznieść posąg.
Hispaniola lawirowała po wezbranym oceanie, wychlupując wodę szpygatami. Drążki żaglowe szarpały się na blokach, rudło steru miotało się tam i spowrotem, a cały statek skrzypiał, huczał, łomotał i dygotał, jak młyn. Musiałem silnie uchwycić się za linę boczną, bo świat cały wirował i mącił mi się przed oczyma. Byłem wprawdzie już dość zaprawiony do żeglugi, lecz to stanie w miejscu i obracanie się wkółko, nakształt butelki, było czemś takiem, czego nigdy nie umiałem przetrzymać bez zawrotu głowy lub czegoś podobnego, zwłaszcza rano przy pustym żołądku.
Może to stąd pochodziło — ale może powodem mej słabości był widok wyspy z jej zielonemi, posępnemi lasami, dzikiemi szczytami skalnemi i kłębowiskiem fal, którego spieniony war ze zgiełkiem rozbijał się o urwisty brzeg; słowem — choć słońce świeciło jasno i przygrzewało mocno, choć ptactwo nadbrzeżne nurkowało i świegotało dokoła nas i choć należałoby przypuszczać, że każdy powinien się rozweselić, widząc ziemię po tak długiem kołataniu się na morzu, to jednak mnie dusza, jak to mówią, uciekła w pięty i od pierwszego spojrzenia znienawidziłem nawet samą myśl o Wyspie Skarbów.
Mieliśmy tego poranku ciężką pracę przed sobą, gdyż wiatru nie było ani śladu, przeto trzeba było spuścić czółna napełnione ludźmi i holować okręt trzy czy cztery mile dokoła cypla wyspy i przez cieśninę do zatoki poza Wyspą Szkieletów. Zgłosiłem się na jedną z łodzi, gdzie, prawdę mówiąc, nie miałem nic do roboty. Upał był nieznośny, a marynarze dąsali się i sarkali na swój trud. Anderson dowodził mojem czółnem, a zamiast trzymać w karbach swoich podwładnych, zrzędził, jak mógł najgłośniej.
— Dobrze, — rzekł, rzuciwszy przekleństwo — że nie zawsze tak będzie!
Uważałem to za bardzo zły znak, gdyż aż do tego dnia ludzie szli żwawo i chętnie do swych zajęć, lecz sam widok wyspy już zdołał rozluźnić węzły karności.
Podczas całej przeprawy Długi Jan stał koło sternika i wskazywał kierunek jazdy. Znał cieśninę, jak dłoń własną, a chociaż pomiar głębokości wykazał wyższy stan wody, niż oznaczono na mapie, to jednak Jan nie miał żadnych wątpliwości.
— Bywają tu silne przypływy — objaśnił — a ta cieśnina jest niby rydlem przekopana, jak to mówią.
Przybiliśmy do tego miejsca, gdzie na mapie była uwidoczniona kotwica, mniejwięcej o trzecią część mili od obu wybrzeży, mając z jednej strony ląd główny, a Wyspę Szkieletów z drugiej. Dno było piaszczyste i przeźrocze. Plusk kotwicy spłoszył czeredy ptactwa, które z wrzawą poczęły krążyć nad lasem, lecz za chwilkę znów przysiadły i wszystko się uspokoiło.
Miejsce to było całkowicie zamknięte lądem i osłonięte lasami, których drzewa dochodziły w sam raz do linji największego przyboru wody; brzegi były przeważnie płaskie, a otaczały je wzgórza, wznoszące się tu i owdzie stopniami w półkręgu. Dwie małe rzeczułki, lub raczej kałuże, przesączały się do tego limanu, jak można było nazwać zatokę, a liście z tej strony wybrzeża miały jakiś niezdrowy i odurzający połysk. Z okrętu nie mogliśmy dojrzeć żadnego domu czy obwarowania, gdyż wszystko zakrywały drzewa, a gdyby nie istniała mapa w kajucie kapitańskiej, zawierająca wszystkie szczegóły, możnaby mniemać, że jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy tu zarzucili kotwicę od czasu, gdy wyspa wyłoniła się z głębiny morskiej.
Najmniejszy powiew nie poruszał powietrza. Panującej tu ciszy nie mącił dźwięk żaden, oprócz szmeru bałwanów skłębionego morza na wybrzeżu i skałach o pół mili stąd. Woń bagienna, powstająca z gnijących liści i butwiejących pni drzewnych, napełniała całą przystań. Zobaczyłem, że doktór począł krzywić nosem, jak gdyby wąchał zgniłe jaje.
— Nie wiem, czy są tu skarby — rzekł — ale daję w zastaw perukę, że panuje tu febra.
Jeżeli zachowanie się marynarzy już na łodzi było niepokojące, to stało się wprost wyzywające, gdy weszli na okręt. Porozwalali się na pokładzie, wiodąc rozmowę pełną utyskiwań. Najlżejsze zlecenie przyjmowano złowrogiem spojrzeniem, a spełniano niechętnie i niedbale. Nawet uczciwi okrętnicy snadź zarazili się złym przykładem, gdyż na okręcie nie było ani jednego człowieka, któryby skarcił opieszałych. Było rzeczą jasną, że rokosz wisiał w powietrzu, niby chmura gradowa.
Ale nietylko my, w naszym apartamencie, odczuwaliśmy grozę położenia. Długi Jan uwijał się znojnie, przechodząc od jednej gromady do drugiej, nie szczędząc dobrych rad i osobiście świecąc jak najlepszym przykładem. Sam siebie prześcignął w uprzejmości i wykwincie, wszystkich dokoła obdarzał uśmiechem. Ilekroć wydano jakiś rozkaz, Jan natychmiast pojawiał się na swem szczudle i z najsłodszym w świecie wyrazem oblicza umizgał się: „Słucham, słucham, jaśnie panie!“ Kiedy zaś nie było nic do roboty, wywodził jedną śpiewkę za drugą, jak gdyby chciał zatuszować niezadowolenie swych współtowarzyszów.
Z wszystkich przykrych szczegółów tego posępnego popołudnia najbardziej przygniatającym był ten niesamowity niepokój Długiego Jana.
Odbyliśmy naradę w kajucie.
— Panie łaskawy, — rzekł kapitan — jeżeli wydam jeszcze jaki rozkaz, będziemy mieli po uszy złorzeczeń całego okrętu. Sami panowie widzą, co się święci. Każde z mych żądań spotka się z grubijańską odpowiedzią! Jeżeli więc powtórzę rozkaz, zwrócą ostrze buntu prędzej przeciwko nam; jeżeli tego nie uczynię, Silver domyśli się, że się pod tem coś ukrywa, i cała sprawa przegrana! Mamy teraz jednego tylko człowieka, na którym możemy polegać.
— Któż to taki? — zapytał dziedzic.
— Silver, mój panie; — odparł kapitan — jest on tak zaniepokojony, jak pan i ja, iż się sprawa psuje. To tylko chwilowe dąsy; wkrótce rozmówi się z nimi, skoro nadarzy się sposobność, a ja właśnie podaję wniosek, by dać mu tę sposobność. Pozwólmy ludziom wyjść na ląd na całe pół dnia. Jeżeli pójdą wszyscy, to napewno zawładniemy całym okrętem. Jeżeli nie pójdzie nikt, zgoda, wtedy zatarasujemy się w kajucie, a Bóg niech broni słusznej sprawy. Jeżeli pójdzie kilku, niech pan zapamięta sobie moje słowa, że Silver przyprowadzi ich spowrotem na okręt, potulnych, jak baranki.
Tak też postanowiono. Nabite krucice przygotowano dla wszystkich pewnych ludzi; Huntera, Joyce’a i Redrutha dopuściliśmy do wszystkich poufnych wiadomości, które przyjęli z mniejszem zdziwieniem i większą odwagą, niż spodziewaliśmy się. Kapitan wyszedł na pokład i odezwał się do załogi:
— Chłopcy! mieliśmy dzień gorący, jesteśmy zmęczeni i markotni. Wycieczka na ląd nie utrudzi nikogo, czółna są już na wodzie, więc wsiadajcie i kto chce, może całe pół dnia spędzić na lądzie. Na godzinę przed zachodem słońca wypalę z działa.
Słowa te miały wpływ czarnoksięski. Durni spiskowcy, oszołomieni nadzieją skarbów, chcieli snadź łamać sobie nogi zaraz po wylądowaniu, bo wmig poniechali fochów i wydali okrzyk, który odbił się echem od dalekiego wzgórza i znów pobudził ptactwo do latania z wrzawą nad przystanią.
Kapitan był zanadto przezorny, żeby miał pozostawać na miejscu; natychmiast zszedł z oczu, pozwalając Silverowi na zebranie drużyny, a mam wrażenie, że postąpił zupełnie trafnie. Gdyby pozostał na pokładzie, nie mógłby dłużej udawać, jak dotąd, że nie rozumie, na co się zanosi. Było to jasne jak słońce. Silver był dowódcą i miał za sobą silną, zbuntowaną watahę. Uczciwi marynarze — a wkrótce miałem sposobność przekonać się, że byli i tacy — byli zapewne bardzo głupimi ludźmi. Skłonniejszy jednak jestem do przypuszczenia, że wszyscy żeglarze ulegli gorszącemu przykładowi hersztów — jedni mniej, drudzy więcej, kilku zaś w gruncie rzeczy niezłych ludzi nie dało się już dalej prowadzić ani pociągnąć w przepaść. Wszak to zgoła co innego być leniwym i niesfornym, a co innego zdobywać okręt i zabijać niewinnych bliźnich.
Nakoniec jednak drużyna się zgromadziła. Sześciu majtków miało pozostać na okręcie, a trzynastu innych, wliczając w to i Silvera, zaczęło schodzić do łodzi.
Wówczas przyszedł mi do głowy pierwszy z tych szalonych pomysłów, które tak bardzo się przyczyniły do ocalenia naszego życia. Gdyby sześciu ludzi wybrał sobie Silver, oczywiście nasze stronnictwo nie mogłoby opanować okrętu walką, ale ponieważ tylko sześciu pozostało, było rzeczą jasną, że moja obecność w kajucie nie była narazie konieczna. Przyszła mi chętka, by iść na ląd. W mgnieniu oka ześlizgnąłem się z boku okrętu i stoczyłem się na przednią ławę najbliższego czółna, w tej samej zaś chwili odbiło ono od statku.
Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, jedynie pierwszy wioślarz mruknął: „To ty, Kubo? Schyl głowę!“ Lecz Silver dostrzegł mnie swym jastrzębim wzrokiem z drugiej łodzi i zawołał na mnie, by się upewnić, czy to ja jestem. Od tej chwili począłem żałować tego, co zrobiłem.
Łodzie pędziły na wyścigi ku wybrzeżu, ale ta, w której ja się znajdowałem, miała lepszy rozpęd, była lżejsza i prowadzona przez lepszych wioślarzy, tak iż pozostawiła daleko wtyle swą towarzyszkę; niebawem jej krawędź otarła się o drzewa, rosnące na brzegu. Wtedy bez zwłoki uchwyciłem się gałęzi, wdrapałem się na nią i dałem nura w najbliższą gęstwinę, gdy Silver i reszta jadących była jeszcze o sto sążni poza mną.
— Kuba! Kuba! — usłyszałem jego nawoływania.
Łatwo zgadnąć, że nie zwracałem na to uwagi. Skacząc, czołgając się i przedzierając przez gąszcze, póki nie zbrakło mi tchu, umykałem prosto przed siebie.



Rozdział czternasty.
PIERWSZY CIOS.

Byłem tak uradowany wyratowaniem się z rąk Długiego Jana, iż rychło nabrałem pewności siebie i zacząłem z niejaką ciekawością rozglądać się po nieznanej krainie, w której się znalazłem.
Przebyłem grząską żuławę, zarosłą wierzbami, sitowiem i cudacznemi, zamorskiemi drzewami błotnemi, i znajdowałem się obecnie na rubieży odsłoniętego skrawka sfalowanej wydmy piaskowej, ciągnącej się bezmała milę, a nakrapianej tu i owdzie kępkami sosen lub gromadkami pokrzywionych drzew, rozmiarami nieco przypominających dęby, lecz bladem ulistnieniem podobniejszych do wierzb. Na dalekiej krawędzi tej polany sterczało jedno ze wzgórz o dwu skalistych, dziko poszarpanych szczytach, lśniących w słońcu.
Wtedy to po raz pierwszy odczułem radość poszukiwań. Wyspa była niezamieszkała; towarzyszy okrętowych zostawiłem daleko za sobą, a przede mną nie było żywej istoty oprócz niemych zwierząt i ptaków. Rozpocząłem wałęsać się pośród drzew. Tu i owdzie widziałem kwitnące rośliny, zgoła mi nieznane, gdzieindziej zaś w słońcu grzały się węże; jeden z nich nawet podniósł głowę nad upłaz skalny i syknął na mnie, wydając zarazem dźwięk, nieco podobny do brzęczenia kręcącej się frygi. Nie domyślałem się bynajmniej, że był to najjadowitszy z gadów, a ów dźwięk pochodził z owej osławionej grzechotki.
Przybyłem następnie do długiego gaju, złożonego z tych drzew, naśladujących dęby — dowiedziałem się później, że nazywają się dębami żywemi lub wiecznie zielonemi; rosły one nisko nad piaskiem, niby ostrężyny, miały konary dziwnie rosochate i pogięte, a listowie gęste, jak strzecha. Gaj ciągnął się od wierzchołka jednego z usypisk piaskowych, a w miarę zapuszczania się wgłąb rozprzestrzeniał się i stawał się coraz wyższy, aż dosięgnął brzegów szerokiego, zarosłego rokitą trzęsawiska, przez które przeciekał ku zatoce jeden ze wspomnianych strumyków. Wskutek skwaru słonecznego wydzielały się z nad moczaru opary, skroś których niewyraźnie się rysowała, niby drżąca we mgle, skalista krawędź Lunety.
Ni stąd ni z owąd wszczął się niezwykły harmider w sitowiu; wyleciała z kwakaniem jedna cyranka, za nią druga i trzecia, a wrychle nad całą powierzchnią grążeli wzbiła się istna chmara ptactwa, wydzierając się w niebogłosy i kołując w powietrzu. Odrazu odgadłem, że to pewno kilku mych towarzyszy okrętowych przeciąga nad brzegiem trzęsawiska. Nie omyliłem się w domysłach, gdyż usłyszałem niebawem oddalony jeszcze i przytłumiony dźwięk głosu ludzkiego, który im dłużej nadsłuchiwałem, stawał się bliższy i donośniejszy.
Ogarnął mnie ogromny strach, więc wpełznąłem pod osłonę najbliższego „żywego dębu“ i przyczaiłem się czujnie i cicho, jak mysz pod miotłą.
Skolei inny głos zaczął odpowiadać. Potem ozwał się znów głos pierwszy, po którym poznałem Silvera, i płynął przez długą chwilę, jak rwący potok, zaledwie raz czy dwa przerwany przez głos drugi. Sądząc z brzmienia, musieli rozmawiać poważnie, a czasami nawet z gniewem, lecz ani jedno zrozumiałe słowo nie doszło do mych uszu.
Wkońcu rozmawiający snadź się zatrzymali, a może usiedli, gdyż nietylko gwar ich rozmowy przestał się przybliżać, ale nawet ptaki uspokoiły się nieco i poczęły wracać do swych gniazd na trzęsawisku.
Wtedy uświadomiłem sobie, że zaniedbuję swoją powinność; boć jeżeli okazałem się tak nierozsądny, że ośmieliłem się iść na wybrzeże w towarzystwie tych rzezimieszków, tedy zdobyć się mogłem przynajmniej na podsłuchanie ich knowań, przeto najwyraźniejszem zadaniem mojem w chwili obecnej było podejść ku nim jak najbliżej, pod dogodną zasłoną płożących się drzew.
Kierunek, w którym znajdowali się rozmawiający, oznaczyć można było dokładnie nietylko na podstawie dźwięków ich głosu, ale i po zachowaniu się kilku ptaków, które jeszcze z niepokojem krążyły nad głowami niepożądanych natrętów.
Pełznąc na czworakach, podkradałem się ku nim zwolna lecz wytrwale. Wreszcie, podnosząc głowę do szpary między liśćmi, mogłem widzieć wyraźnie małą, zasłoniętą drzewami kotlinę wbok od moczaru, gdzie Długi Jan Silver i jeden z załogi stali, zwróceni do siebie nawzajem twarzami w rozmowie.
Słońce rzucało na nich swe skwarne promienie. Silver odrzucił wbok na ziemię kapelusz, a swą pociągłą, układną, jasną twarz, błyszczącą od rzęsistego potu, zadarł nieco ku górze, jakby wydawał jakieś polecenie drugiemu mężczyźnie.
— Kamracie! — mówił doń — cenię cię, jak prawdziwy skarb! Możesz mi wierzyć... jak prawdziwy skarb! Gdybym nie przylgnął do ciebie, jak smoła, czy myślisz, że byłbym cię teraz ostrzegał? Już klamka zapadła, stało się: już nie można niczemu zapobiec ani nic naprawić. To, co mówię, to tylko w tym celu, abyś miał całą głowę na karku, bo jeżeli który z tych rozbójników dowie się, to co z sobą pocznę, Tomaszu? Sam powiedz, co zrobię, gdzie się podzieję?...
— Silver! — odezwał się drugi mężczyzna, a spostrzegłem, że był nietylko czerwony po uszy, lecz mówił głosem chrapliwym, jak gawron, i trzęsącym się, jak napięta lina. — Słuchaj, Silver! Jesteś stary i uczciwy, a przynajmniej uchodzisz za takiego. Masz poddostatkiem grosiwa; jesteś bogatszy od wielu, wielu marynarzy, a jeżeli się nie mylę, masz w sobie wiele siły i odwagi. I ty mi mówisz, że chcesz wdawać się w tę brudną sprawę z czernią łotrów? Nie, to chyba nieprawda! Jak mnie tu Bóg widzi, wolę rękę postradać, niż do tego przystąpić! Jeżeli złamię swą powinność...
Nagły jakiś hałas przerwał jego słowa. Miałem przed sobą jednego z uczciwych marynarzy, a w tejże chwili doszła mnie wieść o drugim. Opodal za mokradłem rozległ się nagle głos jakiś, niby krzyk oburzenia, następnie zaś drugi ztyłu poza nim, a zaraz potem przeraźliwy, przeszywający i przeciągły wrzask. Opoki Lunety po kilkakroć odpowiedziały echem, całe zastępy ptactwa błotnego pierzchły znów z ogromnym trzepotem i wrzawą, zacieniając niebo; dopiero po upływie dłuższego czasu, gdy ten śmiertelny, nieludzki krzyk dzwonił mi jeszcze w uszach, cisza znów zapanowała w przestworzu i jedynie szelest ptaków ciągnących spowrotem i pomruk oddalonych fal morskich zakłócały senność popołudnia.
Tomasz poderwał się na krzyk, jak rumak, ugodzony ostrogą, natomiast Silver nawet nie mrugnął okiem, lecz stał, gdzie przedtem, opierając się zlekka na szczudle i wpatrując się czujnie w swego towarzysza, jak żmija, zanim rzuci się na zdobycz.
— Janie! — rzekł żeglarz, wyciągając dłoń.
— Ręce do góry! — krzyknął Silver, odskakując na pewną odległość wtył, doprawdy z rączością i wprawą wyćwiczonego skoczka.
— Owszem, ręce do góry, Janie Silverze — rzekł tamten. — Nieczyste sumienie każe ci się mnie obawiać! Ale, na miłość Boską, powiedz mi, co to było.
— Co? — odparł Silver, uśmiechając się bardziej znacząco niż kiedykolwiek, tak iż oko jego zdawało się jakby główka od szpilki w jego olbrzymiem obliczu, ale połyskiwało, niby okruch szkła. — Co to było? O, tak mi się zdaje, że to pewno Alan.
— Alan! — wzdrygnął się ów. — Wieczny odpoczynek jego duszy, bo był to wierny marynarz! A co się tyczy ciebie, Janie Silverze, długo byłeś mi przyjacielem, ale już nim nie jesteś! Niech sczeznę jak pies, ale dotrzymam obowiązku! To ty zabiłeś Alana! Zabij i mnie, jeśli możesz. W każdym razie ci nie ulegnę!
To powiedziawszy, dzielny okrętnik odwrócił się plecami od kucharza i począł zmierzać ku wybrzeżu. Lecz nie było mu danem odejść daleko. Jan, ryknąwszy z wściekłości, uchwycił się za gałąź drzewa, wyrwał szczudło z pod pachy i rzucił tym niezwykłym pociskiem, który warknął w powietrzu i ugodził biednego Tomasza z ogromną siłą, samem okuciem, pomiędzy łopatki w środek grzbietu.
Nieszczęśliwiec rozwarł ramiona i upadł z jękiem. Trudno powiedzieć, czy poniósł większe obrażenie, atoli, sądząc z jęku, pewno miał krzyże zgruchotane doszczętnie. Lecz już nie było czasu na sprawdzenie tych przypuszczeń. Silver, choć bez nogi i szczudła, błyskawicznie, z małpią zręcznością, znalazł się przy leżącym i dwukrotnie zatopił nóż aż po rękojeść w ciele bezbronnego. Z mej kryjówki słyszałem, jak dyszał głośno przy zadawaniu razów.
Nie wiem dokładnie, co znaczy omdlenie, lecz wiem, że w onej chwili cały świat zawirował przede mną i zaszedł mgłą: Silver, ptaki i wyniosły szczyt Lunety — wszystko to zatoczyło jakiś piekielny taniec w moich oczach, a w uszach odezwało się niby huczenie dzwonów i gwar zmąconych głosów.
Gdy oprzytomniałem, już zbrodniarz zabierał się do odejścia, włożywszy szczudło pod ramię, a kapelusz na głowę. Tuż przed nim na murawie leżał nieruchomo Tomasz, lecz zabójca nie troszczył się oń ani troszkę, ocierając zbroczony nóż przygarścią trawy. Pozatem nic się nie zmieniło: słońce wciąż świeciło nielitościwie nad zionącem oparzeliskiem i nad strzelistemi wierzchołkami gór... Ledwo mogłem uwierzyć, że dopiero co dokonał się rozlew krwi i że przed chwilą zgładzono w okrutny sposób życie ludzkie...
Lecz Jan w tejże chwili włożył rękę do kieszeni, wyciągnął świstawkę i wydał kilka modulowanych dźwięków, które rozbrzmiały daleko w skwarnem przestworzu. Wprawdzie nie rozumiałem znaczenia tego hasła, w każdym razie jednak wzbudziło ono we mnie natychmiast lęk niepomierny. Mogło nadejść więcej ludzi, mogli mnie odnaleźć. Właśnie zabili dwóch uczciwych ludzi — po Tomaszu i Alanie może na mnie miała przyjść kolej?
Bez namysłu począłem wydobywać się z gąszczy i poczołgałem się jak najspieszniej i najciszej spowrotem ku najbardziej odsłoniętej części lasu. Zaledwie to uczyniłem, posłyszałem tu i tam odzewy i odhukiwania starego korsarza i jego wspólników — te głosy oraz świadomość niebezpieczeństwa jakby mi przypięły skrzydła. Skoro tylko wydostałem się z zarośli, popędziłem tak chyżo, jak jeszcze nigdy przedtem, nie myśląc wcale o kierunku ucieczki, byle tylko odbiec jak najdalej od złoczyńców, a kiedym tak pędził, strach rósł i rósł we mnie... ażem już był bliski szaleństwa.
Bo też, biorąc rzecz ściśle, czyż był kto w cięższej opresji, niż ja? Gdy posłyszę strzał armatni, jakoż odważę się zejść do łodzi pomiędzy tych przestępców, zwalanych świeżem morderstwem? Czyż pierwszy z nich, który mnie zobaczy, nie ukręci mi szyi, jak bekasowi? Czyż sama moja nieobecność nie będzie dla nich jawnym dowodem mej trwogi, a co zatem idzie, i mych wiadomości, tak fatalnych? Już po wszystkiem, myślałem sobie, bywaj zdrowa, Hispaniolo! bywajcie zdrowi, panie dziedzicu, panie doktorze i kapitanie! Nic mi nie pozostało, jak umrzeć z głodu lub z rąk rokoszan!
Biegłem i biegłem przed siebie, aż, nie zdając sobie z tego sprawy, dotarłem do stóp niewielkiego wzgórza o dwu wierzchołkach i znalazłem się w części wyspy, gdzie żywe dęby rozrastały się szerzej, przybierając wygląd i rozmiary drzew leśnych. Gdzieniegdzie mieszały się z niemi zrzadka sosny, dochodzące do pięćdziesięciu, a bywało że i do siedemdziesięciu stóp wysokości. Powietrze miało woń bardziej orzeźwiającą i czystsze było, aniżeli nad bajorem.
Wtem nowe niepokojące zjawisko osadziło mnie w miejscu. Stanąłem osłupiały, a serce tłukło we mnie jak młotem.



Rozdział piętnasty.
MIESZKANIEC WYSPY.

Ze strony wzgórza, które tu było sciosane i kamieniste, zsunął się kłąb żwiru i z szelestem, koziołkując, wpadł między drzewa. Odruchowo zwróciłem oczy w tym kierunku i ujrzałem jakąś postać, wyskakującą z rozmachem z poza pnia sosny. Żadną miarą rozpoznać nie mogłem, co to było za dziwo, czy niedźwiedź, czy człowiek, czy też małpa. Było to coś ciemnego i kosmatego — nic więcej nie zdołałem wyróżnić. W każdym razie groza nowego zjawiska przygwoździła mnie do ziemi.
Byłem teraz, jak mi się zdawało, odcięty z obu stron: za mną byli rozbójnicy, a przede mną jakaś nieokreślona, czająca się poczwara. W pierwszej chwili przeniosłem niebezpieczeństwo, które było mi już znane, nad to, którego jeszcze nie znałem. Sam Silver we własnej osobie wydał mi się mniej straszny w zestawieniu z tym leśnym potworem; odwróciłem się więc i, oglądając się pilnie poza siebie, począłem umykać w stronę łodzi.
Naraz postać owa znów się zjawiła i, zataczając wielki krąg, zaczęła zachodzić od przodu. Byłem już i tak porządnie zmęczony, ale nawet gdybym czuł się tak rzeźki jak po rannem wstaniu, przekonałbym się, że daremnym trudem było współzawodnictwo w chyżości z takim przeciwnikiem. Ten dziwny stwór przemykał się od pnia do pnia, jak zwierz drapieżny, biegając na dwóch nogach nakształt człowieka; atoli zginał się niemal wpół podczas biegu, co go czyniło niepodobnym do jakiejkolwiek istoty ludzkiej, jaką zdarzyło mi się spotkać. Ostatecznie jednak zmiarkowałem, że był to niewątpliwie człowiek!
Przypomniało mi się, co słyszałem o ludożercach, i o mały włos nie zawołałem o pomoc. Lecz już sam ten fakt, że był to człowiek, choć dziki, dodał mi nieco otuchy, a potrochu zaczął się we mnie znów budzić strach przed Silverem. Stanąłem więc spokojnie i rozglądałem się za jakimś sposobem ocalenia; wśród tych rozmyślań zaświtała mi w głowie myśl o krucicy, którą miałem przy sobie. Gdy przypomniałem sobie, że nie jestem bezbronny, odwaga wstąpiła mi do duszy, odwróciłem się śmiało twarzą do mieszkańca wyspy i postąpiłem raźnie w jego stronę.
Tymczasem ów ukrył się za jednem z drzew, lecz widocznie śledził mnie z uwagą, gdyż ledwo skierowałem się ku niemu, już się znów ukazał i wyszedł na spotkanie. Naraz zawahał się, postąpił wtył, znów wystąpił naprzód, a wkońcu, ku memu zdziwieniu i zakłopotaniu, padł na kolana i podniósł błagalnie złożone dłonie.
Zatrzymałem się powtórnie na ten widok.
— Kto ty jesteś? — zapytałem.
— Benjamin Gunn — odpowiedział, a głos jego brzmiał chrapliwie i zacinał się, jak klucz w zardzewiałym zamku. — Jestem nieszczęśliwy Ben Gunn i już przez trzy lata nie rozmawiałem z żadną chrześcijańską duszą.
Mogłem teraz przypatrzeć się, że był to biały człowiek, jak ja, a nawet rysy miał dość przystojne. Skóra, gdzie przeglądała, była spalona od słońca, wargi miał niemal czarne, a jego jasne oczy wprost niesamowicie odbijały od sciemniałego lica. Nigdy w życiu nie widziałem ani sobie nie wyobrażałem podobnego obdartusa. Był odziany w strzępy starego płótna żaglowego i zetlałego ubrania żeglarskiego, a ta niezwykła łatanina trzymała się razem jedynie dzięki kombinacji najróżnorodniejszych i niezgadzających się z sobą wiązadeł, mosiężnych guzików, małych patyczków i okrawków zasmolonego powroza. Na lędźwiach miał stary pas skórzany z mosiężną sprzążką, który był jedyną niezestrzępioną rzeczą w całem jego odzieniu...
— Trzy lata! — zawołałem. — Czy jesteś rozbitkiem?
— Nie, przyjacielu, — odrzekł — maroonem.
Słyszałem już dawniej to słowo i wiedziałem, że oznacza rodzaj strasznej kary, dość pospolitej wśród korsarzy, a polegającej na tem, że winowajcę wysadza się na pustej i ustronnej wyspie z garstką prochu i kul i pozostawia się go tam samotnego.
— Zesłany jestem od trzech lat — mówił w dalszym ciągu ów człowiek — żywiłem się dziczyzną, jagodami i ostrygami. Myślę, że człowiek, gdziekolwiek się znajdzie, potrafi się wyżywić jako tako. Jednakże, mój przyjacielu, zacniło mi się już za strawą chrześcijańską. Może masz przypadkiem przy sobie kawałek sera? Nie? Och w ciągu wielu długich nocy śniłem o serze... zwłaszcza o zapiekanym serze... i ocknąwszy się, znajdowałem się znów tutaj...
— O ile uda mi się kiedykolwiek dostać znów na okręt, będziesz miał sera po samo gardło — powiedziałem.
Przez ten cały czas obmacywał materjał mej kurtki, gładził moje ręce, przypatrywał się moim trzewikom i wogóle w przestankach mowy okazywał dziecinną radość z obecności pokrewnego sobie stworzenia. Atoli podczas mych słów końcowych wyprostował się, jakby się czegoś przeraził, — i spojrzał przebiegle.
— Jeżeli uda ci się kiedykolwiek dostać na okręt? — powtórzył. — Tak powiedziałeś? Cóż to, któż ci stoi na zawadzie?
— Nie ty, ma się rozumieć — uspokajałem go.
— Masz rację! — zawołał. — No, a teraz ty... jak się nazywasz, kamracie?
— Kuba — odpowiedziałem.
— Kuba, Kuba! — powtarzał, widocznie bardzo zadowolony. — A więc dobrze, Kubusiu, wiedz, że prowadziłem życie tak straszne, że zapłonisz się, gdy usłyszysz o niem! Ale ty, na ten przykład, patrząc na mnie, nigdybyś nie pomyślał, że miałem kiedyś bogobojną matkę?
— Dlaczegóżby nie? Ani mi przez głowę nie przeszło wątpić o tem — odrzekłem.
— Ach tak! — westchnął ów człowiek. — Miałem matkę nadzwyczaj pobożną. Ja też byłem łagodnem, bogobojnem dzieckiem i umiałem recytować katechizm tak prędko, że ledwobyś przez ten czas zdołał przejść od słowa do słowa. I oto do czego doszło, Kubo... a rozpoczęło się to od gry w pliszkę na poświęcanych kamieniach grobowych! Od tego to się zaczęło... no, i poszło dalej. Moja matka mówiła mi o tem i przepowiadała mi wszystko, tak!... Cnotliwa to była niewiasta!... Ale Opatrzność tu mnie przysłała. Często o tem myślałem na tej odludnej wyspie i nawróciłem się na drogę dawnej bogobojności. Nie przyłapiesz mnie już na nadmiernem upijaniu się rumem... choć coprawda przy pierwszej sposobności łyknę jeden kieliszek za nasze szczęście! Zobowiązałem się, że będę dobrym człowiekiem, i znam drogę do tego...
Tu obejrzawszy się dokoła i zniżając głos, szepnął:
— Bo wiedz, Kubusiu, że jestem bogaty.
W tej chwili nabrałem niezbitej pewności, że ten biedak w swej samotni popadł w obłąkanie. Prawdopodobnie wrażenie to odbiło się na mej twarzy, gdyż Gunn powtórzył gorąco swe zapewnienie:
— Bogaty, bogaty, powiadam ci! I jeszcze jedno ci powiem: wykieruję cię na człowieka, Kubusiu. Ach, Kubusiu, będziesz błogosławił niebu, oj będziesz, żeś był pierwszym człowiekiem, który mnie tu odnalazł!
Naraz spochmurniał, pochwycił mnie silnie za rękę i wzniósł groźnie przed memi oczyma palec wskazujący:
— Kubo, powiedz mi prawdę: to nie jest okręt Flinta?
Te słowa natchnęły mnie jasną myślą, gdyż pojąłem, że znalazłem sprzymierzeńca, więc odparłem bez wahania:
— To nie okręt Flinta, a Flint już nie żyje, lecz na pytanie odpowiem ci otwarcie: na okręcie znajduje się kilku ludzi Flinta... na nieszczęście dla pozostałych...
— Niema tam człowieka... z jedną... nogą? — jęknął ów.
— Silvera? — zapytałem.
— Tak, Silvera! tak się nazywał!...
— Jest kucharzem... a zarazem hersztem...
Wyspiarz trzymał jeszcze mą rękę w przegubie, a usłyszawszy ostatnie wyrazy, przydusił mi ją i rzekł:
— Jeżelibyś był nasłany przez Długiego Jana, musiałbym być głupi, jak cielęce nogi... Przecież umiem się poznać na tem! Ale czy wiesz, gdzie się znajdowałeś?
Skupiłem odrazu myśli i, odpowiadając na pytanie, przedstawiłem mu całą historję naszej wyprawy i odmalowałem ciężkie położenie, w jakiem znajdowaliśmy się. Słuchał mnie z naprężoną uwagą, a gdy skończyłem, pogłaskał mnie po głowie, mówiąc:
— Jesteś dobrym chłopakiem, Kubo! Oj, wpadliście wszyscy w porządne tarapaty, a co? No, no, nie bój się, zaufaj tylko Benjaminowi Gunn... Ben Gunn da już temu radę! Ale czy uważasz to za rzecz możliwą, że wasz dziedzic okaże się hojny i wspaniałomyślny w razie wyratowania się z nieszczęścia... jeżeli sam znajduje się w opresjach, o których wspominałeś?
Oznajmiłem, że dziedzic jest najwspaniałomyślniejszym człowiekiem pod słońcem. Ale Ben Gunn pokręcił głową.
— Tak, tak, ale chciej mnie zrozumieć. Nie chodzi mi o to, żeby mnie mianował swoim odźwiernym, ubrał mnie w swoją liberję i tak dalej... na tem mi nie zależy, Kubusiu. Mam to na myśli, czy on zezwoli chętnie na zabranie, dajmy na to, tysiąca funtów z tych pieniędzy, które są już prawie jego własnością?
— Jestem przekonany, że pozwoli — zapewniłem go. — Według pierwotnego zamiaru, wszyscy marynarze mieli otrzymać pewną część skarbu.
— A co będzie z... moim powrotem? — rzucił pytanie, patrząc badawczo.
— Co sobie myślisz? — zawołałem. — Dziedzic jest człowiekiem szlachetnym, a zresztą straciwszy tylu innych, będziemy potrzebowali twojej pomocy, gdy pożeglujemy do ojczyzny.
— Ach, to tak zrobicie! — odetchnął zesłaniec z widoczną ulgą, po chwili zaś mówił dalej:
— Teraz ci coś powiem... tylko tyle, nic nadto. Byłem na okręcie Flinta, gdy ten zakopał swe skarby... on i sześciu innych... sześciu tęgich marynarzy. Oni byli na lądzie prawie cały tydzień, my zaś znajdowaliśmy się opodal na starym „Koniu Morskim“. Pewnego pięknego dnia odezwał się sygnał... Nadjechał Flint sam w małej łódce, a głowę miał przewiązaną skrwawioną chustą. Słońce właśnie wschodziło i z trupią bladością spozierało na poradlone fale... Wyobraź sobie... jeden powrócił, a sześciu już nie żyło... już byli nieżywi i pogrzebani. Jak się to stało, żaden z okrętników nie mógł dociec. Była jakaś bitwa, morderstwo, nagła śmierć... w każdym razie jeden na sześciu... Billy Bones był bosmanem, a Długi Jan kwatermistrzem... i pytali się go, gdzie się podziewa skarb. Powiedział: „No! możecie sobie iść na ląd, jeśli chcecie, i pozostać tam! lecz okręt popłynie dalej, aby zdobywać nowe skarby, do kroćset piorunów!“ Tyle tylko powiedział... I otóż trzy lata temu... płynąłem na innym okręcie... i ujrzeliśmy wyspę... „Chłopcy! — odezwałem się — tu spoczywa skarb Flinta; wylądujmy i odnajdźmy go“. Kapitan skrzywił się na to, lecz moi współokrętnicy byli jednego zdania ze mną i wylądowali. Dwanaście dni strawiliśmy na poszukiwaniach, a z każdym dniem towarzysze moi więcej zżymali się na mnie, aż pewnego pięknego poranku dali drapaka na okręt, mówiąc do mnie na odchodnem: „Mamy tu dla ciebie, Benjaminie Gunn, muszkiet, łopatę i kilof. Możesz tu pozostać i dokopać się skarbów Flinta“... Wyobraź sobie, Kubusiu, przeżyłem tu trzy lata i nie miałem w ustach od owego dnia aż po dziś dzień ani kęsa chrześcijańskiej strawy. Spójrz-no tu, spójrz na mnie. Czy wyglądam na prostego smolucha, ciurę okrętowego? Nie, sam przyznasz, że nie... a dodam też, że nigdy nim nie byłem.
Mówiąc to, pokiwał głową i uszczypnął mnie mocno, poczem ciągnął dalej:
— Zapamiętaj sobie słowa, jakie masz powiedzieć swemu panu, Kubusiu! Czy go spotkamy, czy nie... mówię ci to na wszelki wypadek. Otóż powiesz tak: ten człowiek spędził trzy lata na wyspie, we dnie i w nocy, czy pogoda czy słota; często myślał o pacierzu (tak powiesz) i często myślał o swej starej matce, jak gdyby jeszcze żyła... Ale większą część czasu (i to mu powiesz), większą część czasu musiał Gunn spędzać na innych zajęciach. A potem uszczypnij swego starego tak, jak ja ciebie w tej chwili.
I uszczypnął mnie znowu w sposób nader poufały, mówiąc dalej:
— Potem wstaniesz i tak powiesz: „Gunn jest dobrym człowiekiem... tak powiesz... a względem kosztowności ma więcej zaufania (względem kosztowności, zapamiętaj to sobie!) do pana z panów, aniżeli do tych panów szczęścia, z których jednym sam był niedawno...
— Dobrze — odpowiedziałem — nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co powiedziałeś. Ale to mnie ani grzeje ani ziębi... o to chodzi: jak mam dostać się na okręt?
— Istotnie — rzekł zesłaniec. — W tem sęk! Ale ja tu mam łódkę, którą własnoręcznie wydłubałem. Ukryłem ją pod tą białą opoką. W ostatecznym razie możemy jej spróbować, gdy zapadnie zmierzch. Hej! — uciął nagle — cóż to takiego?
Właśnie w tej chwili, chociaż do zachodu słońca pozostały jeszcze ze dwie godziny, przebudziły się wszystkie echa na wyspie i odpowiedziały rykiem na huk działa.
— Walka się rozpoczęła! — krzyknąłem. — Chodź za mną!
I zacząłem pędzić w kierunku przystani, zapomniawszy zgoła o strachu, natomiast zesłaniec biegł tuż obok mnie w swych skórkach koźlich lekko i bez pośpiechu.
— Wlewo, wlewo! — przemówił — trzymaj się lewej strony, miły Kubo! Szust pod drzewa! W tem oto miejscu zabiłem pierwszego kozła. One już tu nie przychodzą teraz, ale gnieżdżą się na górach ze strachu przed Benjaminem Gunnem. O, a tutaj jest smyntarz — (zapewne to oznaczało cmentarz). — Widzisz te wały? Tu często przychodziłem i modliłem się, gdy mi się zdawało, że musi już być niedziela. Nie było tu kościoła, ale to miejsce wygląda jakoś bardziej uroczyście i odświętnie... Zresztą, jak widzisz, Ben Gunn nie miał żadnej wyręki ani przyborów do nabożeństwa... ani duchownej osoby, ani nawet Biblji czy chorągwi...
Tak gwarzył, biegnąc wraz ze mną, nie oczekując ani nie otrzymując żadnej odpowiedzi.
Po dość znacznej przerwie zagrzmiał znów wystrzał armatni wraz z grzechotaniem rusznic i samopałów.
Znów nastąpiła pauza, a niezadługo niespełna o ćwierć mili przed sobą ujrzałem narodową banderę Wielkiej Brytanji, powiewającą w powietrzu nad lasem.



CZĘŚĆ CZWARTA
WAROWNIA
Rozdział szesnasty.
CIĄG DALSZY OPOWIEDZIANY PRZEZ DOKTORA:
JAK OPUSZCZONO OKRĘT.

Było mniejwięcej wpół do drugiej po południu — „trzy dzwonki“ wedle wyrażenia żeglarskiego — gdy dwie szalupy odpłynęły od Hispanioli, zmierzając ku wybrzeżu. Kapitan, dziedzic i ja zeszliśmy do kajuty, by omówić sytuację. Gdyby był choć najlżejszy wiatr, wpadlibyśmy na sześciu buntowników, którzy pozostali z nami na okręcie, zwinęlibyśmy liny i hejże na ocean! Ale wiatru nie było, a nadomiar nieszczęścia nadszedł Hunter z wieścią, że Kuba Hawkins zeskoczył na jedną z łodzi i pojechał z innymi na ląd.
Nikomu z nas przez głowę nie przeszło, by nie ufać Kubie Hawkinsowi, a jednak zaniepokoiliśmy się o jego bezpieczeństwo. Wobec takiego usposobienia, jakie okazali owi ludzie, wydawało się nam, że jedynie dzięki cudownemu zbiegowi okoliczności moglibyśmy znów kiedyś zobaczyć naszego chłopaka. Wybiegliśmy na pokład. W szczelinach spojeń smoła kipiała od skwaru, a wilgotny zaduch tej okolicy przyprawiał mnie o mdłości — jeżeli gdzie, to chyba w tej plugawej przystani można było nawąchać się febry i czerwonki. Sześciu obwiesiów siedziało pod żaglem na przednim kasztelu, swarząc się i klnąc okrutnie. Przy wybrzeżu widać było obie szalupy, przycumowane w tem miejscu, gdzie strumyki wpadały do morza, a w każdej z nich siedział jeden człowiek. Jeden z nich w sposób dający dużo do myślenia pogwizdywał „Lillibullero“.
Oczekiwanie było dręczące, więc uchwaliliśmy, że Hunter i ja udamy się w łódce na brzeg, by zbadać stan rzeczy.
Łodzie zwrócone były na prawo, ale ja z Hunterem zdążaliśmy prosto przed siebie w kierunku warowni, oznaczonej na mapie. Owi dwaj ludzie, którzy mieli powierzoną pieczę nad łodziami, byli jakby zakłopotani naszem pojawieniem się, gdyż „Lillibullero“ naraz umilkło i ujrzałem, jak ta dwójka naradzała się, co należy uczynić. Gdyby zawrócili i opowiedzieli o tem Silverowi, wszystko możeby przybrało inny obrót, lecz jak przypuszczam, musieli mieć jakieś zlecenia, więc postanowili siedzieć spokojnie na swojem miejscu i nadsłuchiwać odzewu „Lillibullero“.
W wybrzeżu było małe wygięcie, a ja sterowałem w ten sposób, żeby znalazło się ono między nami a nimi, przeto w sam raz przed wylądowaniem straciliśmy z oczu łodzie. Wyskoczyłem i podszedłem tak daleko, jak mogłem, mając pod kapeluszem wielką chustkę jedwabną dla ochłody, a w ręce w celu obrony, parę pistoletów, świeżo podsypanych prochem.
Przebywszy niespełna sto sążni, doszedłem do warowni. Oto, co tam zastałem: pod samym szczytem nasypu ziemnego biło źródło czystej wody. Na tym nasypie i dokoła źródła stał budynek zbity z potężnych okrąglaków, zdolny do pomieszczenia czterdziestu ludzi i opatrzony ze wszech stron w strzelnice dla muszkietów. Dokoła niego była wykarczowana znaczna przestrzeń, wszystko zaś otaczała palisada wysoka na sześć stóp, bez drzwi lub otworu, zbyt silna, by można ją było obalić bez nakładu czasu i trudu, a zanadto odsłonięta, by mogła dawać ukrycie oblegającym; ludzie zamknięci w warowni mogli ich zewsząd dosięgnąć: wystarczyło stać spokojnie w ukryciu, by wystrzelać ich, jak kuropatwy. Potrzeba im było tylko dobrych czat i żywności, ale o ile nie zostali zupełnie znienacka zaskoczeni, mogli stawić czoło nawet całemu pułkowi.
Co szczególnie mnie tu zachwyciło, to źródło. Chociaż bowiem mieliśmy wszystkiego poddostatkiem w kajucie Hispanioli, zarówno broni i amunicji, jak żywności i wspaniałych win, zapomnieliśmy o jednej rzeczy — nie mieliśmy wody. Właśnie o tem myślałem, gdy ponad wyspą rozbrzmiał krzyk śmiertelnie ugodzonego człowieka. Nagła śmierć nie była dla mnie nowością — wszak służyłem pod rozkazami Jego Królewskiej Mości Księcia Cumberland i otrzymałem nawet ranę pod Fontenoy — lecz wiem, że w tej chwili serce bić mi poczęło przyspieszonem tętnem i krew uderzyła mi do głowy.
— Kuba Hawkins zginął — przyszło mi na myśl.
Dużo to znaczy być starym żołnierzem, ale jeszcze więcej — być lekarzem. W naszym zawodzie niema czasu na wałkonienie się i długie rozmyślania, więc wkrótce odzyskałem przytomność umysłu i nie tracąc czasu, powróciłem na brzeg i wskoczyłem do łodzi.
Na szczęście Hunter był wyśmienitym wioślarzem, przeto mknęliśmy po wodzie jak strzała; niebawem łódź przybiła do statku i weszliśmy na pokład.
Jak łatwo się domyśleć, zastałem wszystkich w wielkiem poruszeniu. Dziedzic siedział blady jak ściana, myśląc o niedoli, w którą nas wpędził... Poczciwiec! Jeden z sześciu marynarzy na pokładzie przednim czuł się niewiele lepiej.
— Oto mamy nowego sprzymierzeńca w naszem przedsięwzięciu! — rzekł kapitan, wskazując na niego. — O mało nie omdlał, skoro usłyszał krzyk. Jeszcze jedno poruszenie steru, a człowiek ten przejdzie na naszą stronę!
Przedstawiłem kapitanowi swój plan i wspólnie omówiliśmy jego wykonanie.
Wysłaliśmy starego Redrutha do korytarza między kajutą i pokładem przednim z trzema czy czterema nabitemi muszkietami oraz siennikiem dla zasłony. Hunter podprowadził łódź pod rufę, a Joyce i ja poczęliśmy napełniać ją puszkami prochu, muszkietami, pakami sucharów, połciami wędliny; beczkę koniaku i moją nieocenioną skrzynkę z przyborami lekarskiemi wzięliśmy również.
Tymczasem dziedzic i kapitan wyszli na pokład, a drugi z nich wezwał podsternika, który był najstarszy stopniem między marynarzami pozostałymi na pokładzie.
— Panie Hands — przemówił — jest nas tu dwóch, każdy z parą pistoletów w ręce. Jeżeli ktokolwiek z was sześciu da jakikolwiek sygnał, padnie trupem na miejscu.
Cofnęli się znacznie wtył, a po krótkiej naradzie wszyscy co do jednego szurnęli pod kajutę przednią, pewno myśląc, że zajdą nas ztyłu. Skoro jednak zobaczyli Redrutha przyczajonego w zatarasowanym korytarzu, rozbiegli się po okręcie i jedna głowa ukazała się znów na pokładzie.
— Na dół, psie! — krzyknął kapitan.
Głowa znów znikła i narazie nie słyszeliśmy więcej o tych sześciu struchlałych marynarzach.
Wśród tego, pomimo całego zamieszania, naładowaliśmy łódź, ile się dało. Joyce i ja wydostaliśmy się przez rufę i popędziliśmy znów ku wybrzeżu, co sił w wiosłach.
Ta druga wyprawa zaniepokoiła strażników na wybrzeżu. Znów zabrzmiało „Lillibullero“ i jeszcze zanim straciliśmy ich z oczu za małym przylądkiem, jeden z nich wybiegł na brzeg i zniknął. Już przychodziło mi na myśl, by zmienić plan i zniszczyć ich czółna, ale obawiałem się, że Silver z towarzyszami mógł znajdować się w pobliżu i że wszystko pójdzie wniwecz przez nadmierną zuchwałość.
Zawinęliśmy wnet do brzegu w tem samem miejscu, gdzie poprzednio i zaczęliśmy zaopatrywać warownię w broń i żywność. W pierwszą stronę odbyliśmy drogę wszyscy trzej, ciężko objuczeni i przerzuciliśmy pakunki przez częstokół, następnie zaś pozostawiliśmy Joyce’a na warcie przy rzeczach (jeden człowiek, co prawda, ale miał przy sobie pół tuzina muszkietów!), a Hunter wraz ze mną powrócił do łodzi i we dwóch zabraliśmy się do wyładowywania. Tak pracowaliśmy bez wytchnienia, aż cały ładunek był już przeniesiony; wówczas obaj słudzy zajęli stanowiska w twierdzy, a ja, co sił starczy, popłynąłem znów do Hispanioli.
To, że odważyliśmy się naładować drugą łódź, wydaje się większą śmiałością, niż było wistocie. Przeciwnicy nasi mieli wprawdzie przewagę liczebną, to prawda, ale myśmy byli silniejsi orężnie. Żaden z ludzi na wybrzeżu nie miał przy sobie muszkietu, a zanim mogli podejść na odległość strzału pistoletowego, pochlebialiśmy sobie, że zdołamy zadać tęgiego bobu przynajmniej sześciu opryszkom.
Dziedzic czekał na mnie przy oknie rufy; wytrzeźwiał już zupełnie ze swej słabości. Uchwycił i zaczepił rzuconą linę, poczem wzięliśmy się wszystkiemi siłami do napełnienia łodzi. Ładugę stanowiły wędliny, proch i suchary, ponadto po jednym muszkiecie i kordelasie do boku: dla dziedzica, dla mnie, Redrutha i kapitana. Resztę broni i prochu zrzuciliśmy z okrętu w głębokości półtrzecia sążnia pod wodę, tak iż mogliśmy widzieć jasny połysk stali, odbijającej się od słońca — pod nami na czystem, piaszczystem dnie.
W tym czasie nastąpiła zmiana przypływu morza, a okręt kolebał się na kotwicy. W stronie czółen ozwały się niewyraźnie głosy nawoływań i choć uspokoiło to nasze obawy o Joyce’a i Huntera, którzy byli dobrze na wschód, to jednak dodało nam bodźca do jak najprędszego odjazdu.
Redruth zeszedł ze swego stanowiska w korytarzu i zbiegł do łodzi, którą podprowadziliśmy do przeciwnej strony okrętu, aby kapitanowi Smollettowi było bliżej.
— Hej, ludzie — zawołał kapitan — czy słyszycie?
Na przodzie okrętu nikt nie odpowiedział.
— Abrahamie Gray’u! to do ciebie... do ciebie.
Jeszcze nikt nie odpowiadał.
— Gray! — powtórzył p. Smollett nieco głośniej. — Opuszczam okręt i rozkazuję ci iść za swym kapitanem. Wiem, że jesteś zgruntu dobrym człowiekiem, a rzec mogę, że żaden z waszej zgrai nie jest tak zły, jak się zdaje. Trzymam zegarek w ręce... daję ci trzydzieści sekund czasu do połączenia się z nami.
Nastała chwila ciszy.
— Chodź, zacny druhu — podjął znów kapitan — nie namyślaj się i nie zwlekaj tak długo. Z każdą sekundą narażam życie swoje i tych zacnych ludzi.
Powstał nagle zgiełk utarczki i odgłos ciosów. Na pokład wypadł Abraham Gray raniony nożem przez policzek i przybiegł do kapitana, jak pies na gwizdnięcie.
— Jestem z wami, łaskawy panie! — jęknął.
Za chwilę on i kapitan spuścili się na pokład łodzi, odbiliśmy od statku i puściliśmy się w drogę.
W ten sposób opuściliśmy okręt — jednak jeszcze nie byliśmy w warowni.



Rozdział siedemnasty.
CIĄG DALSZY OPOWIADANIA DOKTORA:
OSTATNIA WYPRAWA NASZEJ ŁODZI.

Ta piąta wyprawa była zgoła odmienna od poprzednich. Przedewszystkiem ta mała łódka (a raczej tygielek), w której siedzieliśmy, była zanadto obciążona. Pięciu dorosłych ludzi, z których trzech, t. j. Trelawney, Redruth i kapitan, przechodziło miarę sześciu stóp wysokości, już to był ciężar większy od tego, na jaki obliczona była łódka; do tego dodać należy proch, wędlinę i paki sucharów. Muszkiety przeważały tył łódki. Kilkakrotnie wchlupywała się do nas woda, tak iż moje spodnie i poły surduta przemokły nawskroś, jeszcze zanim przebyliśmy sto sążni. Kapitan polecił nam zrównoważyć ciężar łodzi i udało się nam ją istotnie nieco wyprostować. Niemniej jednak lęk aż nam dech zapierał w piersiach.
Nadobitkę właśnie rozpoczął się odpływ morza: silny, rozchwiejny prąd ruszył zrazu na zachód wpoprzek zalewu, a następnie na południe ku morzu wzdłuż cieśniny, przez którą wpłynęliśmy rano. Same już fale zagrażały niebezpieczeństwem naszej przeładowanej łodzi, lecz co gorsza, prąd zniósł nas z właściwej drogi daleko od miejsca lądowania za przylądkiem. Gdybyśmy dali się porwać prądowi, wylądowalibyśmy koło czółen, gdzie piraci mogli się zjawić każdej chwili.
— Nie mogę nakierować łodzi ku twierdzy — odezwałem się do kapitana, gdyż sam sterowałem, a on i Redruth, obaj ludzie wypoczęci, wiosłowali. — Odpływ znosi łódkę wdół. Czy waszmość nie mógłby nieco wiosłować?
— Nie mogę, bo naraziłbym łódkę na zatonięcie — odparł ów. — Musi pan wytrzymać... wytrzymać, a zobaczysz pan, że uda się...
Wytężyłem siły, ale stwierdziłem, że odpływ znosił nas w kierunku zachodnim, podczas gdy ja kierowałem łódkę dokładnie na wschód czyli na prawo wskos od tej drogi, którą powinniśmy byli przejeżdżać.
— W ten sposób nigdy nie dostaniemy się do lądu! — oświadczyłem.
— Jeżeli jest to jedyna droga, którędy możemy płynąć, mości panie, to już tędy musimy płynąć — odpowiedział kapitan. — Musimy płynąć pod prąd. Sam pan widzi, że jeżeli zboczymy od miejsca lądowania, trudno powiedzieć, gdzie przybijemy do lądu, nie mówiąc już o możliwości zatrzymania nas przez czółna... W każdym razie w tym kierunku, gdzie zdążamy, prąd musi osłabnąć, a wtedy możemy cofnąć się wzdłuż wybrzeża.
— Prąd już się zmniejsza, panie! — rzekł marynarz Gray, siedzący na przedniej ławce — pan może się trochę z niego wyswobodzić.
— Dziękuję ci, mój człowieku — odrzekłem zupełnie tak, jakgdyby nic nie zaszło, gdyż wszyscy w milczeniu zgodziliśmy się, by uważać Graya za jednego ze swoich.
Naraz kapitan znów się odezwał, a wydawało mi się, że głos mu się nieco zmienił:
— Armata!
— Myślałem o niej — rzekłem, będąc przekonany, iż miał na myśli bombardowanie twierdzy. — Ale oni nie potrafią przewieźć działa na ląd, a nawet gdyby potrafili, to nigdy nie przeciągną go przez knieję.
— Niech pan spojrzy poza siebie, doktorze — rzekł kapitan.
Zapomnieliśmy zupełnie o długiej śmigownicy, a właśnie koło niej ku naszemu przerażeniu uwijało się pięciu łotrów, zdejmując z niej „kaftan“, jak nazywano spowijający ją twardy pokrowiec z żaglowego płótna. Nie dość na tem: w tejże chwili zaświtało mi w głowie, że proch i kule armatnie pozostały w dolnym składzie okrętowym, a jedno uderzenie siekiery mogło je oddać w ręce tych szubrawców.
— Izrael był puszkarzem Flinta — rzekł Gray chrapliwym głosem.
Na wszelki wypadek zwróciliśmy bieg łodzi wprost na miejsce lądowania. Przez ten czas oddaliliśmy się od prądu na tyle, że nawet przy powolnem z konieczności wiosłowaniu można było sterować, więc prowadziłem łódź już prosto do celu. Miało to jednak tę słabą stronę, że zdążając w tym kierunku, odwróciliśmy się bokiem, zamiast rufą, do Hispanioli i przedstawialiśmy wyborny cel, jak wrota stodoły.
Mogłem słyszeć i widzieć zarazem, jak ten opój Izrael Hands staczał kulę armatnią po pokładzie.
— Kto tu jest najlepszym strzelcem? — zapytał kapitan.
— Pan Trelawney ma oko niemylne w strzelaniu — odrzekłem.
— Panie Trelawney, bądź pan łaskaw trzepnąć jednego z tych drabów, o ile możności Handsa — rzekł kapitan.
Trelawney był zimny, jak stal; obejrzał panewkę swego samopału.
— A teraz — zawołał kapitan — niech pan ostrożnie się obchodzi z tą strzelbą, jeżeli nie chce pan zatopić łodzi. Gdy huknie strzał, niech wszyscy będą gotowi utrzymywać w równowadze czółno!
Dziedzic podniósł samopał, zaprzestaliśmy wiosłowania i oparliśmy się w drugą stronę, aby zapobiec kołysaniu; wszystko powiodło się tak wspaniale, że nie nabraliśmy do łodzi ani jednej kropli wody.
Tymczasem tamci obrócili armatę na lawecie, wskutek czego Hands, który ze stemplem do ładowania stał przy wylocie lufy, był najbardziej wystawiony na cel. Wszakoż nie mieliśmy szczęścia; w chwili gdy p. Trelawney wypalił, ów łotr zbiegł pod pokład, tak iż kula świsnęła nad nim i ugodziła jednego z czterech pozostałych.
Krzyk padającego powtórzyli nietylko jego towarzysze na okręcie, lecz równocześnie i wiele innych głosów na lądzie. Spojrzawszy w tę stronę, spostrzegłem resztę rozbójników, wysuwających się spośród drzew i zajmujących z pospiechem dawne miejsca w czółnach.
— Czółna nadjeżdżają — oznajmiłem.
— Przyspieszmy więc biegu! — zawołał kapitan. — Nie myślmy już, czy zatopimy łódkę. Jeżeli nie zdołamy wydostać się na ląd, wszystko przepadło.
— Tylko jedna z łodzi jest obsadzona ludźmi — dodałem — prawdopodobnie załoga drugiej podąża wzdłuż wybrzeża, by odciąć nam drogę.
— Będą musieli rączo pędzić — zauważył kapitan. — Pan wie, że marynarz na lądzie rusza się jak kaczka. O nich się nie troszczę, chodzi mi teraz o tę kulę armatnią. Będzie to istna gra w kręgielki! Ale nasza łódka zginąć nie może. Pan dziedzic nas ostrzeże, gdy zobaczy tę zabawkę, a wtedy postaramy się, żeby nas woda nie zalała.
Pośród tego posuwaliśmy się naprzód z dość wielką prędkością, jak na łódź tak obładowaną jak nasza, i wcale niewiele wody dostało się na dno podczas całej przeprawy. Byliśmy już niedaleko: jeszcze trzydzieści łub czterdzieści uderzeń wiosła i powinniśmy byli przybić do brzegu, gdyż odpływ odsłonił już wąski pas piaszczysty poniżej rosochatych drzew. Pościgu czółna nie należało się już obawiać, bo przylądek zakrył je już zupełnie przed naszemi oczyma. Ten sam prąd, który tak bezlitośnie nas powstrzymywał, wynagradzał nam teraz zwłokę poprzednią, powstrzymując naszych napastników. Jedynem źródłem niebezpieczeństwa była armata.
— Jeżeliby to było możliwe — odezwał się kapitan, — zatrzymałbym się i jeszcze jednego nicponia położyłbym trupem!
Było jednak rzeczą jasną, że tamci bynajmniej nie zamierzali ociągać się ze strzałem. Nie zważali wcale na przestrzelonego towarzysza, choć ów jeszcze nie umarł i widziałem, że usiłował się czołgać.
— Gotów! — krzyknął dziedzic.
— Stój! — zawołał kapitan bezpośrednio, jak echo, i obaj wraz z Redruthem zarżnęli się wiosłami w miejscu tak silnie, że tył łodzi znalazł się pod wodą. W tejże samej chwili huknął strzał. Był to pierwszy z tych, które usłyszał Kuba, gdyż strzał dziedzica nie doszedł do niego. Nikt z nas nie wiedział dokładnie, gdzie przeszła kula, lecz przypuszczam, że musiała przelecieć nad naszemi głowami i że pęd powietrza przez nią wywołany przyczynił się do naszej katastrofy.
Cokolwiekbądź, łódź powoli poszła na dno od strony rufy, pogrążając się w głębokości trzech stóp wody, tak iż jedynie kapitan i ja zdołaliśmy się utrzymać na nogach, twarzą nawzajem zwróceni do siebie. Trzej inni dali nurka głową wprzód i wydobyli się na powierzchnię przemokli i ociekający wodą.
Jak dotąd nie było wielkiej szkody. Nikt nie stracił życia i mogliśmy bezpiecznie dobrnąć do brzegu. Nie mniej jednak wszystkie nasze zapasy poszły na dno, a co najgorsza, z pięciu samopałów jedynie dwa pozostały zdatne do użytku. Ja moją strzelbę zdążyłem instynktownie zerwać z kolan i wznieść nad głową, a kapitan, jako człek przezorny, przewiesił swoją przez ramię na taśmie, zamkiem do góry. Trzy inne zatonęły wraz z łodzią.
Jakby nie dość było naszych strapień, usłyszeliśmy głosy rozbrzmiewające coraz to bliżej w lesie na samem wybrzeżu. Niepokoiło nas nietylko niebezpieczeństwo, że w tym opłakanym stanie możemy być odcięci od twierdzy, ale i obawa, czy Hunter i Joyce będą mieli tyle przytomności i odwagi, by stawić opór w razie, gdyby ich napadło pół tuzina opryszków. Wiedzieliśmy, że Hunter jest człowiekiem hartownym i wytrwałym, ale co do Joyce’a mieliśmy wątpliwości — był to człowiek miły, ogładzony, doskonały do posług lokajskich i czyszczenia ubrań, ale niezupełnie zdatny na wojownika.
Mając to wszystko na myśli, brodziliśmy jak najspieszniej do brzegu, zostawiając poza sobą nieszczęsną łódź i więcej niż połowę naszej amunicji i żywności.



Rozdział osiemnasty.
CIĄG DALSZY OPOWIADANIA DOKTORA:
KONIEC WALKI DNIA PIERWSZEGO.

Co tchu przedarliśmy się przez skrawek lasu, który oddzielał nas od warowni; za każdym krokiem słyszeliśmy coraz bliżej rozlegające się krzyki korsarzy. Niebawem usłyszeliśmy i tupot stóp biegnących i trzeszczenie krzaków, przez które torowali sobie drogę. Zobaczyłem, że musimy wziąć się ostro do rzeczy, przeto obejrzałem panewkę i kurek.
— Kapitanie — odezwałem się. — Pan Trelawney jest niezrównanym strzelcem. Daj mu waszmość swoją strzelbę, bo jego jest nie do użycia.
Wymienili między sobą strzelby, a pan Trelawney — milczący i chłodny, jakim był od początku rokoszu — zatrzymał się na chwilę, aby zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Ja ze swej strony, widząc, że Gray jest nieuzbrojony, wręczyłem mu swój kordelas. Dobrze na nas podziałało, gdyśmy zobaczyli jak nasrożył brwi, wyciągnął dłoń i ze świstem śmigał ostrzem w powietrzu. Z każdego rysu jego postaci można było poznać, że nasz nowy sojusznik jest dzielnym wojakiem i nie da się zjeść w kaszy.
O czterdzieści kroków dalej doszliśmy do krawędzi lasu i spostrzegliśmy twierdzę przed sobą. Poczęliśmy się dobijać do ogrodzenia mniejwięcej w środku południowej ściany, a prawie jednocześnie siedmiu rokoszan z bosmanem Jobem Andersonem na czele z wrzaskiem pojawiło się koło południowo-zachodniego narożnika.
Zatrzymali się, jakby zaskoczeni, a zanim mieli czas coś przedsięwziąć, nietylko dziedzic i ja, ale również Hunter i Joyce z warowni mieli czas wystrzelić. Cztery strzały były wprawdzie raczej salwą odstraszającą, ale i tak nie pozostały bez skutku: jeden z wrogów istotnie padł, a inni bez wahania obrócili się i przepadli między drzewami.
Nabiwszy broń powtórnie, przeszliśmy wzdłuż zewnętrznej ściany palisady, aby przyjrzeć się poległemu nieprzyjacielowi. Leżał martwy jak głaz — kula przebiła mu serce.
Jużeśmy się radowali z powodzenia, gdy niespodzianie w zaroślach rozległ się trzask pistoletu i kulka świsnęła mi tuż nad uchem, a biedny Tomasz Redruth jęknął i padł jak długi na ziemię. I dziedzic i ja wypaliliśmy w odwet, lecz ponieważ nie mieliśmy żadnego wyraźnego celu, prawdopodobnie tylko zmarnowaliśmy proch. Następnie nabiliśmy znów strzelby i zajęliśmy się troskliwie biednym Tomaszem.
Kapitan i Gray już go oglądali, a ja za pierwszem spojrzeniem przekonałem się, że już jest po wszystkiem. Zdaje mi się, że gotowość, z jaką oddaliśmy powtórną salwę, zmusiła buntowników znowu do rozsypki, gdyż, nie napotykając dalszych przeszkód, zdołaliśmy przenieść jęczącego i okrwawionego leśnika przez częstokół i złożyć go w twierdzy.
Biedny starowina nie wyrzekł ani słowa zdziwienia, skargi, strachu czy nawet pociechy od samego początku naszych tarapatów aż do tej chwili, gdy złożyliśmy go konającego w warowni. Jak zuch, czatował w korytarzu za siennikiem, wypełniał każdy rozkaz w milczeniu, wiernie i dokładnie, był najstarszy wiekiem w naszej partji... i oto nagle ten stary, całą duszą oddany sługa miał odejść od nas... na wieki...
Dziedzic ukląkł koło niego i całował go po rękach, łkając jak chłopię nieletnie.
— Czy już umrę, panie doktorze? — zapytał Tomasz.
— Tomaszu, przyjacielu mój drogi — odpowiedziałem. — Powracasz do ojczyzny...
— Chciałbym, żebym przedtem mógł puknąć do nich ze strzelby — rzekł on na to.
— Tomaszu — odezwał się dziedzic — powiedz, czy mi przebaczasz?
— Czy tak się godzi mówić, jaśnie panie? wszak zawsze winienem respekt... — brzmiała odpowiedź. — Cokolwiek mnie czeka, niech i tak będzie, amen!
Po krótkiej chwili milczenia poprosił, ażeby ktoś odczytał modlitwę.
— Taki mam zwyczaj — dodał, jakby się usprawiedliwiał.
Niedługo potem, nie mówiąc już ani słowa, wydał ostatnie tchnienie...
Tymczasem kapitan, który, jak zauważyłem, dziwnie miał opchane kieszenie i piersi, począł wydobywać przeróżne drobiazgi, jako to: sztandar Wielkiej Brytanji, Biblję, kłębek tęgiego powroza, pióro, atrament, dziennik okrętowy i kilka funtów tytoniu. Znalazłszy w ogrodzeniu dość długą żerdź świerkową, ociosaną i obłupaną z kory i gałązek, z pomocą Huntera zatknął ją na rogu warowni, gdzie przyciesie krzyżowały się z sobą, tworząc węgieł. Następnie wdrapawszy się na kalenicę, własnoręcznie rozwinął i przymocował flagę.
To widocznie napełniło go otuchą. Wszedł znów do domu i zaczął przeliczać zapasy, jak gdyby ponadto nic go nie obchodziło. Mimo wszystko zwrócił jednak uwagę na zgon Tomasza, bo skoro się już wszystko dokonało, wystąpił wprzód z inną flagą i z czcią rozpostarł ją na jego zwłokach.
— Nie martw się waszmość! — rzekł, ściskając dłoń dziedzica. — Jemu już nic złego się nie przytrafi! Czegóż ma się obawiać sługa, który poległ spełniając powinność względem swego kapitana i chlebodawcy? Niedobry to pewno dla nas prognostyk, ale niestety, co się stało, już się nie odstanie!
Powiedziawszy to, wziął mnie nabok.
— Panie doktorze — zagadnął — za ile tygodni należy się spodziewać przybycia okrętu konwojowego?
Wyjaśniłem, że może tu być mowa nie o tygodniach, lecz o miesiącach: jeżelibyśmy nie powrócili z końcem sierpnia, Blandly miał wysłać okręt na poszukiwania... ale ani prędzej, ani później...
— Może pan sobie obliczyć — dodałem.
— Tak, tak... — odparł szyper, skrobiąc się w głowę. — Nawet licząc na wielką łaskę Opatrzności Bożej, muszę powiedzieć, że jesteśmy w bardzo ciężkiem położeniu...
— Co waćpan masz na myśli? — zapytałem.
— Myślę, iż wielka szkoda, mości panie, żeśmy stracili tę drugą łódź! — odrzekł kapitan. — Prochu i kul nam jeszcze wystarczy, ale zapasy żywności są bardzo szczupłe... tak szczupłe, panie doktorze, że kto wie, czy to nie dobrze, iż mamy do wyżywienia o jedną gębę mniej...
I pokazał na zwłoki, przykryte flagą.
W sam raz w tej chwili z hukiem i świstem kula armatnia przeleciała wysoko nad dachem strażnicy i z głuchym łoskotem zapadła się gdzieś daleko w lesie.
— Oho! — odezwał się kapitan. — Pukajcie sobie dalej! Macie już dość mało prochu, moi chłopcy!
Drugi strzał był celniejszy, gdyż kula wpadła w obręb warowni, rozsypując kłąb kurzawy, lecz nie wyrządzając zresztą żadnej szkody.
— Kapitanie — napomknął dziedzic — przecież domu wcale nie widać z okrętu. Niewątpliwie flaga służy im za cel. Czy nie lepiej byłoby ją zwinąć?
— Zwinąć mój sztandar?! — krzyknął kapitan. — Nie! nigdy tego nie uczynię!
Ledwo te słowa wyrzekł, jużeśmy wszyscy byli z nim zgodni. Był to bowiem nietylko objaw niezłomnego, szczerego żeglarskiego męstwa, ale i wielkiej roztropności, gdyż pokazaliśmy wrogom, że nic sobie nie robimy z ich strzelaniny.
Przez cały wieczór grzmocili bez przerwy. Pocisk za pociskiem przelatywał nad nami, albo upadał wpobliżu lub nawet uderzał w piasek wewnątrz ogrodzenia, ale zmuszeni byli strzelać tak wysoko, że kula traciła rozpęd i zagrzebywała się w miękkim piasku. Nie potrzebowaliśmy więc obawiać się odłamków, a chociaż jedna kula przebiła dach strażnicy i utkwiła w podłodze, to jednak niebawem oswoiliśmy się z podobnemi psotami i nie przejmowaliśmy się niemi wcale — uważając, iż jest to zwykła sobie gra w kręgle.
— Przedewszystkiem mamy jedno ważniejsze zadanie — zauważył kapitan. — Las przed nami jest prawdopodobnie przejrzysty. Odpływ trwa już dość długo, a nasze zapasy pewno są niezakryte. Niech pójdzie kto na ochotnika i przyniesie wędliny.
Gray i Hunter pierwsi zgłosili się, iść na tę wyprawę. Dobrze uzbrojeni wykradli się z warowni, lecz wyprawa okazała się bezcelowa. Buntownicy byli zuchwalsi niż przypuszczaliśmy, albo też ponad miarę ufali celności armatnich strzałów Izraela, gdyż czterech czy pięciu z nich krzątało się koło zatopionej łódki, wydobywając nasze zapasy i przenosząc je do jednego z czółen, które znajdowało się nieopodal, widocznie utrzymując się ruchem wioseł przeciw prądowi. W tyle czółna stał Silver, wydając rozkazy, a każdy z rabusiów zaopatrzony był w muszkiet, z jakiegoś tajnego ich schowka wydobyty.
Kapitan usiadł nad dziennikiem okrętowym i taki był początek jego notatek:
— „Aleksander Smollett, szyper, Dawid Livesey, lekarz okrętowy, Abraham Gray, pomocnik cieśli, Jan Trelawney, właściciel okrętu, Jan Hunter i Ryszard Joyce, słudzy tegoż, wieśniacy — jedyni ludzie, którzy pozostali wierni z całej załogi okrętu — z zapasami na dziesięć dni w razie zmniejszenia porcyj dziennych — tego dnia wylądowali i zatknęli sztandar Wielkiej Brytanji w twierdzy na Wyspie Skarbów. Tomasz Redruth, sługa właściciela, wieśniak, zabity przez rokoszan; Jakób Hawkins, chłopiec okrętowy...“
W tejże chwili zdumieniem przejął mnie dziwny los biednego Kuby Hawkinsa. Od strony lądu doszło nas wołanie.
— Ktoś nas wzywa — rzekł Hunter, który stał na straży.
— Doktorze! panie dziedzicu, panie kapitanie! Hej, Hunter, to ty? — słychać było wyraźnie.
Gdy podbiegłem do drzwi, zobaczyłem Kubę Hawkinsa, żywego i zdrowego, przełażącego przez palisadę.



Rozdział dziewiętnasty.
DALSZY CIĄG OPOWIADANIA KUBY HAWKINSA:
OBLĘŻENIE WAROWNI.

Gdy Ben Gunn ujrzał flagę, zatrzymał się, pochwycił mnie za ramię i przysiadł.
— To z pewnością twoi przyjaciele! — przemówił.
— Sądzę, że raczej buntownicy!... — odparłem.
— Co znowu! — zawołał ów. — Bądź pewny, że w takiem miejscu, gdzie nikt nie zawita prócz panów szczęścia, Silver niechybnie wywiesiłby banderę korsarską!... Nie, to są twoi przyjaciele!... Tam rozpoczęła się bitwa... zdaje mi się, że twoi przyjaciele osiągnęli w niej przewagę, a teraz znajdują się na lądzie, w starej warowni, którą przed wielu, wielu laty zbudował Flint. O, nasz Flint miał olej w głowie! Wyłączając nadmierną skłonność do rumu, był to człek naschwał, jakich nadarmo szukać! Nie bał się nikogo, nie!... jedynie Silvera... Ale Silver był to filut!...
— Dobrze, dobrze! — powiedziałem. — Wierzę ci w zupełności i nie chcę już gawędzić na ten temat. Czas nagli, przeto powinienem biec co tchu, żeby się połączyć z mymi przyjaciółmi!
— Nie, nie kamracie! — rzekł Benjamin Gunn. — Wydajesz mi się dobrym chłopcem, ale koniec końcem jesteś tylko chłopcem... No, ale Ben Gunn ucieka... Nawet rum nie poprowadzi mnie tam, gdzie idziesz... nawet rum... póki nie zobaczę twojego czcigodnego pana i nie dostanę słowa honoru. A nie zapomnijno moich słów: „Względem kosztowności (tak powiesz), względem kosztowności... więcej zaufania...“ a potem uszczypnij go... ot tak...
I z tą samą filuternością uszczypnął mnie po raz trzeci, mówiąc:
— A jeżeli wam będzie potrzeba Benjamina Gunna, wiesz, Kubo, gdzie możesz go znaleźć? Tam, gdzie znalazłeś go dzisiaj. A ten, kto przyjdzie, powinien mieć coś białego w ręce i powinien przyjść sam jeden. Aha! i jeszcze to powiesz: „Ben Gunn (powiesz) ma w tem swoją rację“.
— Dobrze — odrzekłem — zdaje mi się, że pojąłem, o co idzie. Chcesz coś oznajmić i życzysz sobie, byś mógł się widzieć z naszym dziedzicem lub doktorem, a znaleźć cię można tam, gdzie cię spotkałem. Czy to wszystko ?
— A może jeszcze zapytasz, kiedy? — dodał. — Owszem, mniejwięcej od południa do szóstego dzwonka.
— Dobrze, dobrze. Czy mogę już odejść?
— Czy nie zapomnisz? — badał mnie niespokojnie. — „Względem kosztowności... i ma swoją rację...“ Tak powiesz. „Swoją rację...“ to najważniejsze... „Jak człowiek z człowiekiem“. Więc dobrze, — mówił, trzymając mnie wciąż jeszcze — myślę, że możesz już odejść, mój Kubo... Ale, Kubusiu, jeżeli zobaczysz Silvera, nie zdradź wtedy Ben Gunna? Nikt z ciebie tego, com ci mówił, nie wyciągnie? Nie, dajesz mi słowo? A jeżeli piraci obozują na lądzie, Kubo, czy wtedy nie powiesz, że rano...
Dalsze słowa przerwał mu ogłuszający łoskot; kula armatnia przedarła się przez drzewa i ugrzęzła w piasku niespełna o sto sążni od miejsca, gdzieśmy rozmawiali. W jednej chwili odwróciliśmy się plecami do siebie i daliśmy drapaka w dwie przeciwne strony.
Przez dobrą godzinę ustawiczne grzmoty wstrząsały wyspą, a kule z trzaskiem zaszywały się w ostępie. Przebiegałem w coraz to inne ukrycia, zawsze ścigany, jak mi się zdawało, przez te przerażające pociski. Wkońcu atoli strzelanina osłabła. Wówczas, choć nie mogłem się odważyć na podejście w stronę warowni, gdzie kule padały najgęściej, jednakże w pewnej mierze odzyskałem pewność siebie i po długiem kołowaniu na wschód przyczołgałem się między drzewa rosnące na wybrzeżu.
Słońce właśnie zaszło, powiew morski szeleścił, buszując po lasach oraz marszcząc szarą powierzchnię przystani; przypływ już zupełnie opadł i wielkie smugi piasku leżały nieosłonięte. Powietrze ostygło i po upale dnia chłód przenikał mnie skroś kurtki.
Hispaniola stała jeszcze w tem samem miejscu, gdzie zarzucono kotwicę, lecz na szczycie masztu widniał już niestety „Wesoły Robert“ czarna bandera kaperska.[5] Gdy mu się przyglądałem, zerwał się jeszcze jeden krwawy błysk i jeszcze jeden huk, któremu odklasły wszystkie echa górskie i leśne... i jeszcze jedna kula działowa zaświstała w powietrzu. Był to już koniec kanonady.
Leżałem czas jakiś, śledząc ożywiony ruch, który powstał po natarciu. Kilku ludzi rozbijało coś siekierami na wybrzeżu niedaleko od warowni; jak się później dowiedziałem, była to nieszczęśliwa łódka. Dalej, w pobliżu ujścia rzeki płonęło wśród drzew wielkie ognisko; między tem miejscem a statkiem kursowało tam i spowrotem czółno, a ludzie, których widziałem poprzednio w tak ponurem usposobieniu, pokrzykiwali wesoło, jak dzieci. Z brzmienia ich głosu można było wnosić, że są zalani rumem.
Wkońcu pomiarkowałem, że mogę już podążyć ku twierdzy. Byłem od niej dość daleko, na niskim piaszczystym przesmyku, który zamyka przystań od wschodu, a przy małym stanie wody łączy się z Wyspą Szkieletów. Gdy powstałem na równe nogi, spostrzegłem w przedłużeniu przesmyka, ale w pewnej odległości, odosobnioną skałę dość wysoką i odznaczającą się nadzwyczaj białym kolorem. Przyszło mi na myśl, że jest to zapewne owa Biała Skała, o której wspominał Ben Gunn, i że kiedyś może potrzeba nam będzie łodzi, a wtedy będę wiedział, gdzie jej szukać.
Następnie przemykałem się borem, aż przedostałem się na tyły warowni, czyli na jej stronę lądową, gdzie niebawem zostałem gorąco powitany przez wiernych przyjaciół.
Opowiedziałem pokrótce swe przejścia i począłem się rozglądać dokoła. Stanica była zbudowana z nieociosanych dyli sosnowych — zarówno powała, jak ściany i podłoga. Ostatnia wznosiła się gdzieniegdzie na stopę lub półtora nad poziom nasypu piaskowego. Przy drzwiach był ganek, a pod tym gankiem tryskało małe źródełko, spływając do sztucznego zbiornika, dość osobliwego — jako że był to, prawdę mówiąc, wielki kocieł okrętowy z dziurawem dnem — i wsiąkało w piasek, gdzie miało „swój port“, jak się wyrażał kapitan.
Oprócz gołych ścian niewiele było w tej budowli; jedynie w jednym rogu spoczywała płytka kamienna, pewnie podkład pod ognisko, oraz stary zardzewiały żeleźniak do przechowywania zarzewia.
Stoki wzgórza i cały obręb warowni były ogołocone z drzewa, zużytego na budowlę, a po rozmiarach belek można było poznać, jak piękny i niebotyczny las tu wyrąbano. Większą część poręby wykarczowano lub wypalono po uprzątnięciu drzew; jedynie tam, gdzie upust wody wyciekał z kotła, grube podścielisko mchu oraz kilka paproci i pnących krzewów zieleniło się na tle piasku. W niedalekim od twierdzy obwodzie — ponoś za blisko, jak dla celów obrony — wystrzelał bór wyniosły i gęsty, wyłącznie jodłowy od strony lądu, a ku morzu mający znaczną przymieszkę żywych dębów.
Chłodny wzwiew wieczorny, o którym wspominałem powyżej, wnikał przez szczeliny grubo ciosanej budowli i zasypywał podłogę nieustannym deszczem drobnego piasku. Mieliśmy piasek w oczach, w zębach, w potrawach, piasek kłębił się w źródle na dnie kotła, niby kasza zaczynająca się gotować. Za dymnik służył nam czworokątny otwór w dachu, przez który wydostawała się na zewnątrz tylko nieznaczna część dymu, reszta zaś rozchodziła się po całym domu, gryząc nas w oczy i zmuszając do ciągłego kaszlu. Dodajmy do tego, że Gray, nasz nowy sojusznik, miał twarz obwiązaną bandażem ze względu na ranę, którą otrzymał, gdy uciekał od buntowników, oraz że biedny stary Tomasz Redruth, jeszcze niepogrzebion leżał pod ścianą, nieruchomy i ostygły, spowinięty w sztandar Wielkiej Brytanji...
Gdyby nam pozwolono siedzieć z założonemi rękoma, rychłobyśmy wpadli w czarną melancholję. Ale kapitan Smollett nie znosił bezczynności. Zwołał całą drużynę i podzielił nas na dwie zmiany warty: na jedną przeznaczył doktora, Graya i mnie, a na drugą dziedzica, Huntera i Joyce’a. Aczkolwiek byliśmy znużeni, dwóch wyprawiło się po jedlinę, dwaj drudzy zajęli się kopaniem grobu dla Redrutha, doktór awansował na kucharza, ja stanąłem na posterunku przy drzwiach, a kapitan osobiście przechodził od jednego do drugiego, dodając otuchy i przykładając ręki, gdzie tego zaszła potrzeba.
Od czasu do czasu doktór podchodził do drzwi, aby zaczerpnąć nieco powietrza i dać wytchnienie oczom, które z czadu i swędu wyłaziły mu niemal nawierzch, a ilekroć podszedł, zawsze rzucił mi jakieś słówko, naprzykład:
— Ten Smollett to człowiek lepszy ode mnie. Nie mówię tego na wiatr, mój Kubusiu!
To znów podszedł i przez chwilę milczał, poczem przechylił głowę, spojrzał na mnie i zagadnął:
— Czy ten Benjamin Gunn jest pewnym człowiekiem?
— Nie wiem, panie doktorze — odrzekłem. — Nie mam pewności, czy jest on zdrów na umyśle.
— Rozproszę twą niepewność i powiem ci, że jest on zdrów — zapewnił mnie doktór. — Człowiek, który przebył trzy lata na bezludnej wyspie, gryząc palce z rozpaczy, nie może wydawać się człowiekiem do rzeczy, jak jeden z nas; nie leży to w naturze ludzkiej. Wszak mówił ci, że tęskni za serem?
— Tak jest, panie doktorze, za serem — odpowiedziałem.
— Wyśmienicie, Kubo! — rzekł doktór. — Zobaczno, jak to pomyślnie się składa, że właśnie mam słabość do sera. Widziałeś moją tabakierę?... Spewnością. Ale nigdy nie widziałeś, bym zażywał tabakę. Powód w tem, że w tabakierze noszę zawsze kawałek parmezanu... smacznego sera, wyrabianego we Włoszech. Ofiaruję go Benjaminowi Gunnowi.
Nim zasiedliśmy do wieczerzy, zagrzebaliśmy w piasku zwłoki starego Tomasza i z obnażonemi pomimo wiatru głowami czas jakiś staliśmy w milczeniu nad jego mogiłą. Zebraliśmy stos jedliny, nie zaspokoiło to jednakże kapitana: potrząsnął głową i zapowiedział, że jutro musimy nieco gorliwiej zakrzątnąć się koło tej pracy. Gdy spożyliśmy porcję mięsa i zakropili ją szklanką tęgiego grogu, trzej wodzowie zebrali się w kącie na naradę.
Niebardzo ponoś starczyło im konceptu co do dalszego działania. Zapasy były tak szczupłe, że głód mógł nas zmusić po poddania się, zanimby nadeszła odsiecz. Zgodzono się jednak, że jedyną deską ratunku będzie strzelanie bez pardonu do opryszków, póki nie zwiną swej bandery, albo nie uciekną wraz z Hispaniolą. Z dziewiętnastu liczba ich uszczupliła się do piętnastu, dwóch odniosło rany, jeden zaś — ów trafiony koło działa — o ile nie zabity, był przynajmniej ciężko raniony. Każdej chwili mogliśmy uderzyć na nich i przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności wyszlibyśmy cało z potyczki. Ponadto mieliśmy dwóch możnych sprzymierzeńców: rum i klimat.
Co się tyczy pierwszego z nich, to choć byliśmy oddaleni przeszło pół mili, słyszeliśmy jednak wrzaski i pijackie śpiewy piratów; zasię co do drugiego doktór „stawiał w zakład perukę“, że gdy będą obozowali wśród trzęsawiska niezaopatrzeni w lekarstwa, tedy połowa ich wyginie jeszcze przed upływem tygodnia.
— To też — dodał — o ile nas wpierw nie powystrzelają, to niech się cieszą, jeżeli uda się im wsiąść na pokład szonera, którym zawładnęli. Bądź co bądź jest okręt, na którym znów będą mogli uprawiać swe zbójeckie rzemiosło!...
— Pierwszy okręt, jaki straciłem! — westchnął kapitan Smollett.
Łatwo sobie wyobrazić, iż byłem przejściami swemi piekielnie zmęczony. To też ledwo położyłem się na spoczynek (co nastąpiło po wielu zataczaniach się), zasnąłem twardo, jak kłoda.
Już towarzysze moi byli dawno na nogach, zjedli śniadanie i powiększyli stos paliwa jodłowego bezmała o połowę dotychczasowej wysokości, gdy ocknąłem się, przebudzony jakiemś poruszeniem i gwarem głosów.
— Biała chorągiew! — ktoś mówił, a zaraz potem rozległ się krzyk zdumienia:
— Silver parlamentarzem!
Usłyszawszy to, zerwałem się na równe nogi, przetarłem powieki i podbiegłem do strzelnicy, wyciętej w ścianie budynku.



Rozdział dwudziesty.
POSELSTWO SILVERA.

W rzeczy samej tuż pod warownią stało dwóch mężczyzn, z których jeden powiewał białą płachtą, drugim zaś był we własnej osobie Jan Silver, nieruchomy i spokojny.
Było jeszcze bardzo wcześnie, a poranek był najzimniejszy z wszystkich, jakie pamiętam w ciągu podróży: chłód przenikał do szpiku kości. Niebo było jasne i bezchmurne, a wierzchołki drzew lśniły rosą w słońcu, lecz tam, gdzie stał Silver ze swym adjutantem, wszystko było jeszcze zanurzone w cieniu, tak, iż obaj brnęli po kolana w przyziemnym, białym tumanie, który przez noc wysnuł się z nad oparzeliska. To zimno i te wyziewy, razem wzięte, zdradziły mi historję tej nieszczęsnej wyspy. Była to poprostu miejscowość wilgotna, malaryczna i zabójcza dla zdrowia.
— Pozostańcie wewnątrz domu — rozkazał kapitan. — Zakładam się, jeden przeciw dziesięciu, że to podstęp.
I zawołał na korsarza:
— Kto idzie? Stój, bo strzelamy!
— Biała chorągiew! — zawołał Silver.
Kapitan stał na ganku, mając się na baczności przed zdradzieckim strzałem, który mógł być zamierzony. Odwrócił się i rzekł do nas:
— Warta doktora zajmie stanowiska obserwacyjne. Panie doktorze Livesey, bądź pan łaskaw stanąć od strony północnej, Kuba od wschodniej, Gray na zachodniej. Reszta w pogotowiu na dole, wszyscy z nabitemi muszkietami. Żywo i ostrożnie, moi ludzie!
Poczem znów zwrócił się do opryszków:
— I czegóż wy chcecie z tą białą chorągwią?
Tym razem odpowiedział drugi człowiek.
— Kapitan Silver chce przyjść do was, panie, i zawrzeć układ.
— Kapitan Silver! Nie znam takiego! Któż to taki? — zawołał kapitan, a usłyszeliśmy, jak mruknął pod nosem: — Kapitanem został? To ci dopiero awans!
Długi Jan odpowiedział we własnem imieniu.
— To ja, panie łaskawy. Ci biedni chłopcy obrali mnie kapitanem po pańskiej dezercji — na słowie „dezercji“ położył szczególny nacisk. — Jesteśmy gotowi się przeprosić, o ile dojdziemy do ugody i już tak jakby między nami nic nie było. Przedewszystkiem proszę pana, kapitanie Smollett, o danie mi słowa, że wypuścicie mnie żywo i zdrowo z tej oto warowni i dacie mi chwilkę czasu do zejścia z pola strzału, zanim wypali pierwszy muszkiet.
— Mój człowieku — odparł kapitan Smollett — nie pragnę bynajmniej rozmawiać z tobą. Jeżeli ty sobie życzysz mówić ze mną, to daję ci na to pozwolenie. Jeżeli kryje się tu jakiś podstęp, to chyba z waszej strony i niech Bóg ma cię w Swej opiece.
— To wystarczy, kapitanie — odkrzyknął Długi Jan, mizdrząc się przypochlebnie. — Mogę poprzestać na pańskiem słowie. Znam pana jako człowieka uczciwego... niech pan mi wierzy!
Widzieliśmy, jak człowiek, niosący białą chorągiew, usiłował zatrzymać Silvera; nie było w tem nic dziwnego, zważywszy jak rycerska była odpowiedź kapitana. Lecz Silver zaśmiał się głośno i poklepał kamrata po plecach, jak gdyby sama myśl o niepokoju była niedorzeczna, następnie podszedł do częstokołu, przerzucił przezeń szczudło, podniósł nogę i począł z wielką zręcznością i zwinnością przełazić przez zaporę, aż osunął się po drugiej stronie.
Przyznam się, że zanadto byłem zaciekawiony tem, co się stało, bym mógł choć przez chwilę spełniać swą służbę na posterunku, to też opuściłem wschodnią strzelnicę i wczołgałem się za kapitana, który siedział na progu, oparłszy łokcie na kolanach, głowę wmiesiwszy w dłonie i utkwiwszy wzrok w wodzie, przesączającej się z bulgotem ze starego żelaznego kotła w piasek; pogwizdywał sobie przytem piosenkę: „Pójdźcie, chłopcy i dziewczęta“.
Silver miał twardy orzech do zgryzienia z wygramoleniem się na pagórek. Wobec spadzistości zbocza, grubych pniaków drzewnych i grząskiego piasku był ze swem szczudłem tak bezradny, jak okręt porwany trąbą morską. Lecz przełamał wszelkie przeszkody mężnie i w milczeniu, aż nakoniec doszedł do kapitana i pozdrowił go bardzo uprzejmie. Był przyodziany w najlepsze ubranie; ogromna błękitna bluza, ozdobiona mosiężnemi guzami, zwieszała mu się prawie do kolan, a na głowie miał piękny kapelusz z galonem, przekrzywiony na bakier.
— Aha, jesteś, braciszku! — rzekł kapitan, podnosząc głowę. — Możesz usiąść!
— Czy waszmość, panie kapitanie, nie masz zamiaru wpuścić mnie do środka? — żalił się Długi Jan. — Jest dziś siarczysty przymrozek, mości panie, i na piasku trudno wysiedzieć.
— I owszem, Silverze — ozwał się kapitan — gdybyś wolał być uczciwym człowiekiem, siedziałbyś teraz w swej ciepłej kuchni. To jest twoje właściwe miejsce i zajęcie. Albo jesteś moim kucharzem okrętowym... i wtedy obejdę się z tobą pobłażliwie... albo też kapitanem Silverem, zwykłym buntownikiem i łupieżcą, a wtedy możesz pójść na szubienicę.
— Dobrze, dobrze, mości kapitanie — odpowiedział kucharz, siadając według polecenia na piasku — waszmość chcesz mi podać rękę do zgody... ot wszystko! Ale macie tu doskonałą siedzibę... A, otóż i Kuba! Dzień dobry, Jakóbku! Moje uszanowanie, panie doktorze! No, no! jesteście tu wszyscy, że tak powiem, jakby w gronie rodzinnem!
— Jeżeli masz mi coś powiedzieć, mój człowieku, lepiej powiedz odrazu — przerwał kapitan.
— Ma pan słuszność, kapitanie Smollett — odrzekł Silver. — Zapewne, obowiązek to obowiązek! Ale patrzcie-no, powiódł się wam plan wczoraj wieczorem!... Nie przeczę, że dobry był podstęp. Ktoś z was sprytnie bardzo się urządził... jakiś człowiek kuty na cztery nogi! I tego nie będę obwijał w bawełnę, że niektórzy z moich ludzi byli zaniepokojeni... może nawet wszyscy... może nawet ja sam... Kto wie, czy nie dlatego właśnie przybyłem tu na układy!... Ale zapamiętaj pan sobie, kapitanie, że po raz drugi już to się nie uda, do pioruna! Roześlę widety i patrole i nikomu nie pozwolę wziąć do ust ani kropli rumu. Pewno pan sądzi, że nikt z nas nie czuwał. Lecz mówię panu, że byłem trzeźwy... byłem jedynie zmęczony, jak pies... Ale gdybym się obudził o sekundę wcześniej, przyłapałbym was na gorącym uczynku... o tak! Nie byłby on już trupem, skoro do niego przyszedłem... nie, nie!...
— Tak? — wycedził kapitan Smollett z chłodnym spokojem.
Wszystko, co Silver powiedział, było dla niego zagadką, lecz niktby się tego nie domyślił z jego głosu. Natomiast ja począłem domyślać się potrochu. Przyszły mi na myśl ostatnie słowa Ben Gunna. Zacząłem domyślać się, że złożył on wizytę korsarzom, gdy leżeli pijani dokoła ogniska, i z radością obliczałem, że mamy teraz do czynienia tylko z czternastu nieprzyjaciółmi.
— Tak, przystępuję teraz do sedna sprawy — rzekł Silver. — Chcemy mieć skarb i musimy go mieć. Taki jest nasz warunek! Wy, zdaje mi się, chcecie czemprędzej ocalić swe życie... Taki jest wasz warunek. Macie tę mapę, prawda?
— Możliwe — odparł kapitan.
— O, wiem dobrze, że macie — mówił dalej Długi Jan. — Nie potrzebuje pan mydlić oczu... na nic się to nie przyda, zapewniam pana. Chodzi nam o tę mapę — jej się domagamy. Ja osobiście nie mam do pana żadnej urazy...
— Moja osoba tu nie należy do rzeczy — przerwał kapitan. — Wiemy dokładnie, co zamierzałeś uczynić i nie lękamy się, a teraz sam widzisz, że nic nie wskórasz.
Popatrzał na niego spokojnie i w dalszym ciągu napychał fajkę tytoniem.
— Jeżeli Abe Gray... — wybuchnął Silver.
— Nie trać słów napróżno! — krzyknął Smollett. — Gray nic mi nie opowiadał, ani też ja o nic się jego nie pytałem; co więcej, wolałbym, żebyś ty z nim i całą tą wyspą wpierw się zapadł pod wodę! Takie jest zdanie moje o tobie i o tem wszystkiem!...
Ten mały wybuch gniewu ostudził nieco zapalczywość Silvera. Przed chwilą ten hultaj okazał podrażnienie — teraz znów się pohamował i odezwał się:
— Oczywiście, trudno mi określać, czy czyjeś zapatrywania są godne żeglarza, czy też nie. Widząc wszakże, że pan jest zajęty napychaniem fajki, ośmielę się pójść za waszmości przykładem, panie kapitanie.
Nabił fajkę i zapalił ją. Siedzieli tak obaj przez dobrą chwilę, ćmiąc fajki w milczeniu, to patrząc sobie w oczy, to przyduszając tytoń, to pochylając się, by splunąć. Zabawnie było patrzeć na nich. Po pewnym czasie Silver znów podjął rozmowę:
— A teraz do rzeczy. Oddacie nam mapę, żebyśmy mogli znaleźć skarb, i zaniechacie strzelania do biednych okrętników oraz deptania im po głowach, gdy śpią. Gdy to uczynicie, tedy damy wam do wyboru: albo pojedziecie wraz z nami na okręcie, gdy skarb już będzie załadowany, a ja dam wam zobowiązanie na piśmie, poręczone słowem honoru, że wysadzę was gdziekolwiek cało na ląd. Jeżeli to wam nie dogadza, jako że niektórzy z moich ludzi są ludźmi szorstkich obyczajów i mają z wami dawne porachunki, w takim razie możecie tu pozostać. Podzielimy się z wami zapasami, głowa w głowę, a ja dam wam poprzednio zobowiązanie na piśmie, że zaczepię pierwszy napotkany okręt i przyślę go tu, ażeby was wziął na pokład. Będziecie mi wdzięczni za tę radę; nie można było okazać wam większej wyrozumiałości. I spodziewam się — tu podniósł głos — że wszyscy, znajdujący się tu w stanicy, wezmą pod rozwagę moje słowa, gdyż to, co mówiłem do jednego, tyczyło się wszystkich.
Kapitan Smollett powstał z siedzenia i wytrząsł popiół z fajki na dłoń lewej ręki.
— Czy to wszystko? — zapytał.
— Ostatnie słowo, niech mnie piorun trzaśnie! — krzyknął Jan. — Jeżeli to odrzucicie, wtedy zakończeniem rozmowy będą kulki muszkietów!
— Doskonale! — rzekł kapitan. — A teraz posłuchaj mnie. Jeżeli przyjdziesz do mnie jeszcze raz sam na sam, bez broni, to postaram się zakuć cię w kajdanki i zawieźć do Anglji, ażebyś tam za swe sprawki stanął przed sądem. Jeżeli sobie tego nie życzysz, tedy pamiętaj, że nazywam się Aleksander Smollett, rozwinąłem tu sztandar mojego króla i władcy, a was wszystkich mam za psów! Nie znajdziecie skarbu! Okrętu nie zabierzecie... pomiędzy wami niema nikogo, ktoby się znał na prowadzeniu okrętu! Nie pokonacie nas: ten oto Gray wydarł się z rąk pięciu waszych ludzi! Wasz okręt jest uwięziony, znajdujecie się na brzegu, wystawionym na wiatr przeciwny... Musicie tu pozostać, panie Silver. To ci mówię, jak stoję przed tobą... są to ostatnie życzliwe słowa, jakie słyszysz ode mnie, bo, jak Bóg na niebie, wsadzę ci kulkę w plecy, gdy cię jeszcze spotkam. Umykaj, bracie. Zwijaj się, proszę, co rychlej i przyspiesz kroku!
Silver mienił się na twarzy, oczy niemal na wierzch mu wyskakiwały z wściekłości. Wytrząsnął ogień z fajki.
— Dać mi rękę! — krzyknął.
— Ani mi się śni! — mruknął kapitan.
— Kto mi poda rękę? — ryczał Silver.
Nikt z nas ani się ruszył. Miotając najplugawsze złorzeczenia, straszny kuternoga poczołgał się po piasku, aż dowlókł się do ganku i mógł znów oprzeć się na szczudle. Wówczas splunął do źródła.
— Patrzcie! — wrzasnął — oto, co myślę o was! Zanim przejdzie godzina, zmiażdżę waszą budę, jak antałek rumu! Śmiejcie się, śmiejcie, do pioruna! Nim przejdzie godzina, będziecie inaczej się śmiali! Ci, którzy zginą, będą szczęśliwi!
I cisnąwszy straszne przekleństwo, upadł, powlókł się po piasku, aż wreszcie przy pomocy człowieka niosącego białą chorągiew udało mu się po kilku nieudałych próbach przedostać poza ogrodzenie. W chwilę później znikł w gęstwinie drzew.



Rozdział dwudziesty pierwszy.
NATARCIE.

Skoro Silver zniknął, kapitan, który śledził go uważnie, odwrócił się do wnętrza domu i spostrzegł, że oprócz Graya nikt nie stał na swem stanowisku. Po raz pierwszy zdarzyło się nam ujrzeć go w pasji.
— Na miejsca! — huknął wściekle, a gdy chyłkiem powróciliśmy na stanowiska, odezwał się:
— Gray, twoje nazwisko zapiszę w księdze okrętowej, bo spełniłeś swój obowiązek, jak prawdziwy marynarz. Panie Trelawney, tego się po panu nie spodziewałem. Panie doktorze, zdawało mi się, że waćpan nosiłeś niegdyś mundur wojsk Króla Jegomości! Jeżeli pan w ten sposób służył pod Fontenoy, panie szanowny, to lepiej było pozostać u siebie za piecem!
Warta doktora stanęła przy swoich strzelnicach, reszta zajęła się nabijaniem niewielu muszkietów, a każdy (łatwo zgadnąć) zarumienił się po uszy ze wstydu — niby go pchła ugryzła za uchem, jak to mówią.
Kapitan patrzył przez chwilę w milczeniu, poczem jął przemawiać:
— Chłopcy! dałem Silverowi tęgą odprawę i umyślnie dopiekłem mu do żywego, przeto zanim przejdzie godzina, jak on mówił, napadną na nas te psubraty. Nie potrzebuję wam mówić, że jesteśmy słabsi liczebnie, ale walczymy z ukrycia, a chwilę temu powiedziałbym, że walczymy karnie. Nie wątpię bynajmniej, że możemy ich rozbić — od was to tylko zależy.
Poczem obszedł stanowiska i stwierdził (jak się wyraził), że wszystko jest w porządku.
W dwu krótszych ścianach domu, wschodniej i zachodniej, były tylko po dwie strzelnice, od strony południowej, gdzie wznosił się ganek, były również dwie, a w ścianie północnej aż pięć. Muszkietów była dostateczna liczba dla nas siedmiu; z jedliny ustawiono cztery stosy — niby stoły — po jednym w środku każdego boku, a na każdym z tych stołów złożono pewną ilość amunicji i po cztery muszkiety gotowe do użycia przez obrońców. Na środku złożono kordelasy.
— Zgasić ogień — rozkazał kapitan — chłód już przeszedł i niepotrzebnie dym gryzie nas w oczy.
Pan Trelawney wyrzucił na dwór całą fajerkę, a żar zagasł w piasku.
— Hawkins jeszcze nie jadł śniadania. Hawkins, przynieś sobie śniadanie i wracaj na swoje stanowisko. Tutaj je spożyjesz! — mówił dalej kapitan Smollett. — Żwawiej, mój chłopcze. Potrzeba się posilić, zanim weźmiesz się do roboty! Hunter, puść-no wkolej wódkę! Napijemy się wszyscy!
Podczas, gdy spełniano jego rozkazy, kapitan uzupełniał sobie w myśli plan obrony.
— Panie doktorze, waćpan obsadzisz drzwi. Zważaj pan na wszystko i nie wychylaj się; proszę pozostać wśrodku i strzelać przez ganek! Hunter, zajmij stronę wschodnią... ot tam! Joyce, staniesz po stronie zachodniej, mój drogi. Panie Trelawney, pan jest najlepszym strzelcem — więc pan i Gray zajmie tę długą ścianę północną, gdzie jest pięć strzelnic; z tej strony zagraża największe niebezpieczeństwo. Jeżeli uda się im podejść i ostrzeliwać nas przez nasze własne strzelnice, to będziemy szpetnie wyglądali. Hawkins! Ani ty ani ja niebardzo się rozumiemy na strzelaniu; będziemy więc ładować broń i podawać ją walczącym.
Miał rację kapitan; chłód już przeszedł. Gdy słońce wzbiło się nad rąbek drzew, promienie jego z całą mocą spadły na gołoborze i wmig wyssały z powietrza wszelką wilgotność. Niebawem piasek począł parzyć nam stopy, a żywica poczęła topnieć i kapać z tramów stanicy. Zrzuciliśmy z siebie kurtki i kamizelki, rozpięliśmy rękawy do ramion. Tak staliśmy, każdy na swoim posterunku, rozgorączkowani upałem i niepokojem.
Godzina przeszła.
— U licha! — odezwał się kapitan. — To tak głupie, jak zabawa w ciuciubabkę. Gray, zobaczno, skąd wiatr wieje.
W tej samej chwili przyszła pierwsza zapowiedź napadu.
— Uprzejmie proszę łaskawego pana, — rzekł Joyce — jeżeli którego z nich zobaczę, czy mam strzelać?
— Przecież ci powiedziałem — krzyknął kapitan.
— Dziękuję łaskawemu panu — odpowiedział Joyce z jednakową uprzejmością.
Przez chwilę nic nie zaszło, lecz ta wzmianka pobudziła nas do czujności; wytężyliśmy wzrok i słuch, muszkieterzy ważyli samopały w dłoniach. Kapitan stanął na środku szałasu, zacisnąwszy usta i nasępiwszy oblicze.
Upłynęło kilka sekund — naraz Joyce podniósł muszkiet i dał ognia. Ledwo strzał ucichł, gdy odpowiedziały mu od zewnątrz inne, bijące salwą ciągłą, ogniem pojedyńczym, podobnym do gęgania gęsi, ze wszystkich stron ogrodzenia. Kilka kul ugodziło w budynek, ale ani jedna nie wpadła do środka, a skoro dym rozwiał się i znikł, zarówno warownia jak i bór dokoła wydawały się tak ciche i opuszczone, jak poprzednio. Nie dygotała żadna gałązka ani najmniejszy błysk lufy muszkietu nie zdradzał obecności naszych wrogów.
— Czy trafiłeś tego człowieka? — zapytał kapitan.
— Nie, panie — odparł Joyce — zdaje mi się, że nie.
— Przynajmniej dobrze, że mówisz prawdę — burknął kapitan Smollett. — Nabij mu strzelbę, Hawkins. Wielu mogło być na pańskiej stronie, doktorze?
— Wiem dokładnie — odparł doktór Livesey. — Z tej strony padły trzy strzały. Widziałem trzy błyski: dwa koło siebie, a trzeci opodal nieco na zachód.
— Trzy! — powtórzył kapitan. — A ile od pańskiej strony panie Trelawney?
Nie tak łatwo było odpowiedzieć. Z północy uderzyło ich najwięcej — siedem według obliczeń dziedzica, a osiem lub dziewięć podług Graya. Od wschodu i z zachodu były tylko pojedyńcze strzały. Nie ulegało wątpliwości przeto, że napad rozwinie się od strony północnej i że z trzech innych stron jedynie pozorne siły nieprzyjacielskie nas niepokoiły. Mimo to jednak kapitan Smollett nie zmienił bynajmniej zarządzeń, dowodząc, że jeżeli rokoszanom powiedzie się wedrzeć w obręb warowni, wtedy opanują jedną z niestrzeżonych strzelnic i wystrzelają nas jak szczury, w naszem własnem gnieździe oporu.
Nie pozostało nam zresztą wiele czasu do namysłu. Z gęstwiny po stronie północnej wyskoczyła nagle z głośną wrzawą garstka piratów i popędziła wprost na warownię. W tejże chwili otwarto ogień ponownie od strony lasu i jedna kulka bzyknęła w drzwiach, rozbijając na drzazgi muszkiet doktora.
Napastnicy poczęli przełazić, jak małpy, przez ogrodzenie. Dziedzic i Gray wypalili dwukrotnie; trzech ludzi spadło: jeden w obręb palisady, a dwaj nawznak poza częstokół. Atoli jeden z nich był widocznie raczej ogłuszony, niż raniony, gdyż zdołał znów stanąć na nogach i wraz znikł między drzewami.
Dwóch napastników już gryzło ziemię, jeden drapnął, czterech wtargnęło już na dobre do wnętrza naszej pozycji obronnej... tymczasem z poza osłony boru siedmiu czy ośmiu ludzi, każdy zapewne uzbrojony w kilka muszkietów, podtrzymywało bez przerwy silny, choć bezskuteczny, ogień na stanicę.
Czterej, którzy się wdarli, zmierzali z krzykiem wprost ku budowli, a ich kamraci, pochowani wśród drzew, nawoływali ich, dodając im odwagi. Padło kilka strzałów z naszej strony, lecz taka była gorączkowość strzelców, że prawdopodobnie ani jeden strzał nie osiągnął skutku. W jednej chwili czterej korsarze przebyli nasyp ziemny i znaleźli się naprzeciw nas. Głowa bosmana Joba Andersona pojawiła się w środkowej strzelnicy.
— Wszyscy na nich, kamraci... Wszyscy! — ryczał piorunowym głosem.
Jednocześnie inny opryszek uchwycił muszkiet Huntera za lufę, wyrwał mu go z ręki, wytknął odwrotną stroną przez strzelnicę i jednym ogłuszającym strzałem powalił nieszczęśliwego bez zmysłów na ziemię. Tymczasem trzeci, biegnąc bez szwanku dokoła domu, ukazał się nagle w drzwiach i wpadł ze sztyletem na doktora.
Nasze położenie znacznie się pogorszyło. Jeszcze przed chwilą mogliśmy z ukrycia ostrzeliwać nieosłoniętego przeciwnika, teraz natomiast sami byliśmy odsłonięci i nie mogliśmy się odstrzeliwać.
Wnętrze budynku było pełne dymu, czemu zawdzięczaliśmy swoje względne bezpieczeństwo. Krzyki i zamieszanie, błyski i huk strzałów pistoletowych, oraz głośne jęczenie — wszystko to rozdzierało mi uszy.
— Na dwór, chłopcy, na dwór!... Wygnać ich na miejsce otwarte! Nożami! — krzyczał kapitan.
Porwałem jeden ze sztyletów, leżących na kupie, a współcześnie ktoś porywając inny zadał mi draśnięcie w łydkę, które ledwo odczułem. Wybiegłem przez dźwierze i wydostałem się na światło dzienne. Ktoś był tuż za mną, sam nie wiem kto. Na prawo przede mną doktór ścigał swego napastnika po pochyłości wzgórza, a właśnie wtedy, gdy moje oko spoczęło na nim, obalił zapaśnika, który padł całą długością nawznak, z twarzą szpetnie pokiereszowaną.
— Naokoło domu! chłopcy! naokoło domu! — krzyczał kapitan, a pomimo całego zamętu zauważyłem zmianę w jego głosie.
Odruchowo usłuchałem, zwróciłem się ku wschodowi i podniósłszy kordelas, biegiem okrążałem załom budynku. Naraz niespodzianie znalazłem się w obliczu Andersona. Ów ryknął z całego gardła i wzniósł nad głową tasak, połyskujący w słońcu. Nie miałem czasu na trwogę, lecz gdy cios już miał spaść na mnie, odskoczyłem jednym susem wbok i pośliznąwszy się w grząskim piasku stoczyłem się głową naprzód po pochyłości.
W sam raz gdy wypadłem przez drzwi, reszta rozbójników już czepiała się częstokołu, aby zrobić koniec z nami. Jeden z nich ubrany w czerwoną szlafmycę, trzymając sztylet w zębach, wylazł na szczyt i przesadził nogę na drugą stronę. Otóż tak szybko się to odbyło, że skoro wstałem na nogi, wszystko było niemal jeszcze w tej samej pozycji; drab w czerwonej szlafmycy był dopiero w połowie drogi, a drugi już wystawiał głowę przez krawędź ogrodzenia. Mimo to właśnie w tej chwili walka się przesiliła, a zwycięstwo stało się naszym udziałem.
Gray, który postępował tuż za mną, zwalił z nóg olbrzymiego bosmana, zanim ów miał czas zdać sobie sprawę z chybionego ciosu. Drugi, właśnie gdy dawał ognia wgłąb domu, został zabity przy strzelnicy, a teraz leżał w drgawkach śmiertelnych, jeszcze z dymiącym pistoletem w dłoni. Trzeciego, jak widziałem, doktór jednem rąbnięciem wyprawił na tamten świat. Z czterech, którzy przeleźli byli przez palisadę, tylko jeden został nietknięty, a i ten, porzuciwszy kordelas na placu bitwy, w śmiertelnej trwodze gramolił się spowrotem.
— Strzelać! strzelać z domu! — krzyczał doktór. — A wy, zuchy, spowrotem do schroniska!
Lecz słów tych nie wzięto pod uwagę, gdyż nie padł ani strzał, tak iż ostatni z napastników umknął w najlepsze i zniknął z innymi w lesie. W trzy sekundy później nie było już nikogo z nacierającej partji, oprócz pięciu poległych, czterech w obrębie warowni, a jednego poza częstokołem.
Doktór, Gray i ja pobiegliśmy co rychlej do zagrody. Wrogowie, jacy jeszcze pozostali przy życiu, powinni byli wkrótce dotrzeć znów do miejsca, gdzie pozostawili muszkiety i każdej chwili mogła się znów rozpocząć strzelanina.
Tymczasem dym, zalegający wnętrze stanicy, nieco się rozproszył, więc mogliśmy ocenić, jakiemi stratami okupiliśmy zwycięstwo. Hunter leżał nieprzytomny koło swej strzelnicy, koło niego zaś Joyce z przestrzeloną głową... niestety, nigdy już nie miał powstać. Dziedzic, siedząc pośrodku izby, podtrzymywał kapitana, a obaj byli zarówno bladzi...
— Kapitan raniony — rzekł pan Trelawney.
— Czy uciekli? — zapytał pan Smollett.
— Tak jest, uciekł kto zdołał! — odparł doktór. — Ale pięciu z nich już nigdy nie ucieknie!...
— Pięciu! — krzyknął kapitan. — Tem-ci lepiej! Pięciu na trzech!... Zatem zostaje nas czterech przeciwko dziewięciu. Lepsze szanse, niż na początku! Było nas siedmiu na dziewiętnastu, tak przynajmniej nam się zdawało... i sprawa była ciężka![6]



CZĘŚĆ V.
MOJE PRZYGODY MORSKIE
Rozdział dwudziesty drugi.
JAK ROZPOCZĘŁY SIĘ MOJE PRZYGODY MORSKIE.

Buntownicy nie powrócili już, ani nie dawali znaku życia. Z głębi lasu nie padł ani strzał. Kapitan przypuszczał, że rozdawali dzienną porcję żywności. Byliśmy więc panami placu i mieliśmy czas spokojny na przeniesienie rannych oraz przyrządzenie obiadu. Dziedzic z moją pomocą pomimo niebezpieczeństwa zajął się gotowaniem jadła na dziedzińcu. Jednakże nawet w tem oddaleniu niewysłowioną zgrozą przejmowały nas dochodzące tu głośne jęki pacjentów doktora.
Z ośmiu ludzi, którzy padli w tej rozprawie, tylko trzech jeszcze dyszało: jeden z piratów, zraniony przy strzelnicy, Hunter i kapitan Smollett. Spośród nich dwaj pierwsi byli tak jakby nieżywi: korsarz istotnie skonał pod nożem doktora, a Hunter, pomimo wszelkich zabiegów z naszej strony, nigdy nie odzyskał już przytomności. Leżał przez dzień cały, sapiąc głośno, jak niegdyś stary opryszek w naszym domu podczas napadów apopleksji, lecz żebra miał strzaskane uderzeniem i czaszkę zgruchotaną przez upadek. W jakiś czas później następnej nocy, nie dawszy żadnego głosu ani znaku, odszedł na łono Stworzyciela.
Co się tyczy kapitana, jego rany były rzeczywiście bolesne, ale nie niebezpieczne. Żadna część ciała nie była poważnie uszkodzona. Kula Andersona — gdyż to Job pierwszy go postrzelił — przebiła mu łopatkę i zadrasnęła płuca, zresztą nieszkodliwie. Druga jedynie przerwała i naruszyła kilka ścięgien w łydce. Wedle orzeczenia doktora, mógł niewątpliwie łatwo przyjść do siebie, lecz narazie i w ciągu najbliższych tygodni, o ileby chciał się wylizać, nie wolno mu było chodzić, ani poruszać ramieniem, ani też wiele mówić.
Moje przypadkowe zadraśnięcie było jak ukąszenie komara. Doktór Livesey zalepił je plastrem i zaprzęgnął mnie do roboty.
Po obiedzie dziedzic i doktór siedzieli przez chwilę koło kapitana, naradzając się. Już pod wieczór, kiedy się nagadali dosyta, doktór wziął kapelusz i pistolety, przypasał kordelas, włożył mapę do kieszeni, a muszkiet przez ramię, przeszedł palisadę od strony północnej i pospiesznie począł przedzierać się przez gęstwinę.
Siedzieliśmy obaj, Gray i ja, w najgłębszym kącie budynku, tak iż byliśmy oddaleni na odległość głosu od naradzających się naszych dowódców. Gray wyjął fajkę z ust i zapomniał włożyć ją znowu; takiem zdumieniem napełniło go to, co ujrzał.
— Co, u choroby! — przemówił. — Czy doktór Livesey dostał bzika?
— Co to, to nie! — odpowiedziałem. — Ręczę, że jemu chyba ostatniemu z nas wszystkich przytrafiłoby się coś podobnego!
— Dobrze druhu... — rzekł Gray. — Może on i nie ma bzika... ale w takim razie, to ja już napewno skapcaniałem... wierz mi...
— Jestem pewny, — odparłem — że doktór ma jakiś plan sekretny. O ile się nie mylę, poszedł spotkać się z Benjaminem Gunnem.
Później się okazało, że miałem słuszność. Tymczasem, ponieważ w stanicy panował nieznośny upał, a niewielki skrawek piasku w obrębie palisady, rozgrzany słońcem południowem, parzył mi stopy, ułożyłem sobie w głowie nowe postanowienie, które nie w każdym względzie było rozsądne. Zacząłem zazdrościć doktorowi, że wędrował w chłodnym cieniu kniei, pośród śpiewu ptaszęcego i rozkosznego zapachu sosen, gdy ja tu siedziałem bezczynnie, przyklejając się ubraniem do roztopionej żywicy; dokoła mnie tyle było rozlanej krwi i leżało tyle nieszczęsnych trupów, że miejsce to przejmowało mnie odrazą, graniczącą z lękiem.
Gdy sprzątałem wnętrze domu, a następnie przybory i resztki obiadu, ów wstręt i zazdrość rosły i potęgowały się we mnie, aż nakoniec znalazłszy się w pobliżu skrzyni z pieczywem i korzystając z tego, że nikt na mnie nie zważał, uczyniłem pierwsze przygotowanie do ucieczki: mianowicie napełniłem sobie obie kieszenie kurtki sucharami.
Byłem nierozsądny, z tem się zgodzę, i niewątpliwie przedsięwziąłem czyn zuchwały i nieprzemyślany, jednak postanowiłem wykonać go z zachowaniem wszelkich możliwych środków ostrożności. Te suchary, gdyby mi się coś przydarzyło, miały mnie ocalić od śmierci głodowej przynajmniej do dnia następnego.
Drugą rzeczą, którą zabrałem z sobą, była para krucic, a że miałem już przy sobie rożek z prochem i kulki, przeto czułem, że jestem należycie uzbrojony.
Plan, jaki miałem w głowie, nie był sam przez się najgorszy. Miałem dojść do ławicy piaskowej, która oddziela przystań po stronie wschodniej od otwartego morza, znaleźć białą opokę, którą spostrzegłem poprzedniego wieczoru, i wybadać, czy tam, czy też gdzieindziej Ben Gunn ukrył swą łódkę. Po dziś dzień jestem przekonany, że przedsięwzięcie to warte było zachodu. Widziałem jednakże, że nie dostanę pozwolenia na opuszczenie zagrody, dlatego też zamierzałem pożegnać się „po francusku“[7] i drapnąć, gdy nikt nie będzie pilnował. Ten zaś postępek był wielce nieodpowiedni i pogorszył całą sprawę. Bądź co bądź, byłem wówczas mocno smarkaty, a w pomysłach swoich równie mocno uparty!
Nakoniec znalazłem dla planów mych dogodną sposobność, gdy dziedzic i Gray zakładali nowy opatrunek kapitanowi, a cały plac był pusty. Wówczas przeskoczyłem przez częstokół i dałem nura między najbardziej zwarte gąszcza, a zanim spostrzeżono mą nieobecność, oddaliłem się na donośność wołania mych towarzyszy.
Było to drugie moje zuchwalstwo, o wiele gorsze od pierwszego, jako, że na straży domu zostawiłem jedynie dwóch ludzi. Jednakże ono właśnie, podobnie jak poprzednie, przyczyniło się do uratowania nas wszystkich.
Skierowałem swe kroki wprost ku wschodniemu wybrzeżu wyspy. Umyślnie obrałem sobie drogę wzdłuż morza, aby nie wpaść komu w oko od strony przystani. Było już dobrze popołudniu, niemniej jednak słońce przygrzewało setnie. Gdy przebojem szedłem przez bujny las, dochodził mnie z oddali nietylko nieustanny grzmot bałwanów morskich, lecz i niezwykły szum liści oraz skwirczenie drzewnych konarów, co wskazywało mi, że wicher rozhulał się więcej, aniżeli zazwyczaj. Niebawem chłodny ciąg powietrza doszedł i do mnie; przeszedłszy jeszcze kilka kroków, wydostałem się na odsłonięty skraj lasu i ujrzałem morze, błękitne i słoneczne aż po widnokrąg, tudzież wełnę wód, kłębiącą się i roztrącającą kłąb piany na zrębie wybrzeża.
Nie pamiętam, by toń morska przy Wyspie Skarbów była kiedy zupełnie spokojna. Choćby słońce prażyło, choćby w powietrzu nie było żadnego tchnienia, choćby roztocz pełnego morza była gładka i błękitna, zawsze jeszcze te potężne fale tłoczyły się wzdłuż rąbka lądu, grzmiąc i hucząc dniem i nocą, a zdaje mi się, że na całej wyspie niema ani piędzi ziemi, dokądby nie doszedł ich hałas.
Z wielką ulgą przeszedłem obok odmętu, poczem przypuszczając, że oddaliłem się dość znacznie na południe, dostałem się pod osłonę gęstwy grubych krzewów i podpełzłem ostrożnie do grzbietu wydmy.
Za mną był przestwór wodny, przede mną przystań. Wiatr morski, jak gdyby chciał jak najprędzej wydmuchać z siebie moc swego tchnienia, już zwolna przycichał. Zastąpiły go lekkie, zmienne wzwiewy z południa i południowego wschodu, niosąc powłóczyste zwoje mgły. Przystań, z nawietrznej strony Wyspy Szkieletów, była cicha i barwy ołowianej, jak wtedy, gdyśmy tu przybyli po raz pierwszy. Hispaniola od kabestanu aż po ostatnią linę odbijała się wyraziście w tem niezmąconem zwierciadle. Na szczycie masztu zwieszała się czarna bandera korsarska.
Obok okrętu stało jedno z czółen. U dzioba łodzi siedział Silver — jego jednego tylko mogłem rozpoznać — a gromadka ludzi opierała się o burty; jeden z nich był w czerwonej szlafmycy — był to drab, którego przed kilku godzinami widziałem przełażącego przez palisadę. Widocznie rozmawiali i śmiali się, choć doprawdy w tej odległości — przeszło milowej — trudno było posłyszeć choć słowo z tego, co mówili. Nagle ni stąd ni zowąd rozległo się wielce przeraźliwe, nieludzkie skrzeczenie, które początkowo przejęło mnie dreszczem. Wkrótce jednak rozpoznałem głos „kapitana Flinta“ i przypomniałem sobie, jak to nieraz brałem ptaka za migotliwe pióra, gdy siadał na ręce swego pana.
Wkrótce potem łódź odpłynęła, zmierzając w stronę wybrzeża, a człowiek w czerwonym fezie oraz jeden z jego kamratów zeszli do kajuty oficerskiej.
Około tego czasu za Lunetą zaszło słońce, a ponieważ mgła nagle gęstniała, przeto robiło się już zgoła ciemno. Widziałem, że nie powinienem marudzić, o ile jeszcze tego wieczora mam odnaleźć łódkę Gunna.
Biała skała, dość uwydatniająca się nad zaroślami, była jeszcze o niecałą milę ode mnie, licząc drogę wzdłuż przesmyku. Szedłem jeszcze sporą chwilę, zanim do niej dotarłem, pełznąc, często na czworakach, wśród rozdołów i krzewin. Noc już prawie nastała, gdy dłoń ma oparła się o chropowate urwisko. Tuż pod niem znajdowało się wgłębienie, wysłane zieloną murawą, a zakryte usypiskami i gęstemi krzakami, sięgającemi powyżej kolan i rosnącemi tam w wielkiej obfitości. W środku tego parowu znajdował się mały namiot z koźlej skóry, podobny do tych, jakie cyganie wożą z sobą w Anglji.
Zbiegłem w wądół, podniosłem skrzydło namiotu i znalazłem tam łódź Benjamina Gunn — domorosłą i zrobioną jak najniezgrabniej: niekształtna, o sękatych bokach dłubanka z surowego drewna, powleczona wyściółką ze skóry koźlej, włosem do wewnątrz. Cały ten sprzęt był okropnie mały, nawet dla mnie i trudno mi było uwierzyć, że mógł w niej jeździć dorosły człowiek. Było tam jedno siedzenie poprzeczne, niskie jak tylko być może, rodzaj podnóżka z przodu łodzi i dwa wiosła do poruszania.
Nie widziałem wprawdzie dłubanek, jakie robili starożytni Brytowie, ale wówczas ujrzałem chyba taki właśnie rodzaj łódki i nie mogę dać wam lepszego wyobrażenia o łódce Benjamina Gunn, jak mówiąc, że była to najpierwotniejsza i najlichsza „topiduszka“, jaką kiedykolwiek wyrobiono. Miała jednak ona spewnością tę wielką zaletę, że była nadzwyczaj lekka i zdatna do przenoszenia.
Zapewne przypuszczacie, że gdy już znalazłem łódkę, miałem narazie już dość włóczęgi. Tymczasem w mej szalonej głowie powstała myśl, którą byłem tak zachwycony, że wykonałbym ją, napewno nawet wtedy, gdyby mi przyszło się narazić na gniew kapitana Smolletta. Postanowiłem podkraść się pod osłoną nocy, odciąć Hispaniolę i puścić ją na los szczęścia, żeby dobiła do lądu gdzie jej się spodoba. Nabrałem przekonania, że po porażce, doznanej rano, buntownicy nie mieli gorętszego pragnienia, jak podnieść kotwicę i popłynąć na morze, mojem zdaniem, należało zamiar ten uprzedzić a ponieważ widziałem, że strażnicy, których postawili, nie posiadają łodzi, sądziłem, że można to uskutecznić z niewielkiem narażeniem swej skóry.
Przysiadłem, oczekując na zupełną ciemność, i posiliłem się sucharami. Była to noc jakby wybrana z dziesięciu tysięcy innych dla wprowadzenia w czyn mych zamysłów. Mgła zakryła już całe niebo. Ostatnie promyki światła dziennego rozproszyły się i znikły, a nieprzerwany czarny mrok zalał Wyspę Skarbów. Gdy spożywszy wieczerzę, wziąłem na plecy „topiduszkę“ i potykając się co krok wyszedłem z kotliny na wyższe miejsce, jedynie dwa punkciki były widoczne nad całą przystanią.
Jednym z nich było na wybrzeżu wielkie ognisko, koło którego odparci korsarze rozłożyli się, ucztując wśród trzęsawiska. Drugie światełko, pełgające nikle w pomroczy, wskazywało miejsce, gdzie na kotwicy stał okręt. Rozcieki fal obracały nim wokoło, tak iż dziób statku zwrócony był ku mnie. Jedyne światła na okręcie mogły być w kajucie, zatem to, co widziałem, było poprostu na tle mgły odbiciem silnego blasku, który płynął z okna na rufie.
Odpływ trwał już od pewnego czasu, tak iż musiałem brnąć przez długi smug grząskiego piasku, gdzie kilkakrotnie zapadłem się po kostki, zanim doszedłem do kresu cofających się fal, a brodząc jeszcze w nich przez chwilę, ze znacznym wysiłkiem i zręcznością, spuściłem wreszcie moją „topiduszkę“ na powierzchnię wody.



Rozdział dwudziesty trzeci.
ODPŁYW MORZA.

Jeszcze zanim zrobiłem użytek z mej dłubanki, już miałem sposobność stwierdzić, że była to łódka nader bezpieczna dla osoby mego wzrostu i wagi, zarówno spławna, jak obrotna, jednakowoż spowodu niekształtnej budowy i sękatych boków było ogromnie trudno nią kierować. Naprzekór wszelkim usiłowaniom, zawsze zbaczała pod wiatr i najlepszym sposobem jej prowadzenia było ciągłe kołowanie. Nawet sam Benjamin Gunn przyznawał, że „trudno ją było sprawować, dopóki nie poznało się jej sposobów“.
Oczywiście, nie znałem jej „sposobów“. Zwracała się we wszystkich kierunkach z wyjątkiem tego jednego, w którym powinienem był zdążać; po większej części płynąłem wpoprzek i zdawało mi się, że nigdy nie dosięgnę okrętu, chyba płynąc z prądem. Dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności czy wiosłowaniu, jak wolałem przypuszczać, prąd już mnie znosił. — Hispaniola leżała dokładnie na mym szlaku, że niemal nie mogłem jej ominąć.
Zrazu majaczyła przede mną, niby jakaś plama jeszcze czarniejsza od mroku, później jej kadłub i omasztowanie zaczęły nabierać kształtów, a w niewielką chwilę później, (gdyż im dalej się posuwałem, tem bardziej rączy stawał się prąd odpływu) stanąłem koło cumy i zatrzymałem się.
Cuma była naprężona jak cięciwa — tak silnie wyciągnęła się na kotwicy. W około kadłuba w ciemności zwełniony prąd bełkotał i gwarzył, jak zdrój górski. Jedno cięcie mego noża żeglarskiego — i Hispaniola winna była z szumem pomknąć za nurtem odpływu.
Aż dotąd wszystko dobrze; zaraz jednak uprzytomniłem sobie, że napięta lina, nagle przecięta jest czemś tak niebezpiecznem, jak wierzgający koń. Było dziesięć szans przeciw jednej, że jeżeli okażę się natyle zuchwały, by odciąć Hispaniolę od kotwicy, wtedy sam wraz z moją „topiduszką“ dostanę się na dno.
To zmusiło mnie do zastanowienia, a gdyby los mi powtórnie nie był sprzyjał, musiałbym poniechać swego przedsięwzięcia. Owe lekkie wzwiewy, które początkowo nadciągały z południowego wschodu i południa, z nastaniem nocy skręciły na południowy zachód. Właśnie gdy się namyślałem, nadbiegł silniejszy powiew, ogarnął Hispaniolę i pchnął ją przeciw prądowi. Ku wielkiej mej radości odczułem, że lina nieco pofolgowała mi w garści, a dłoń, w której ją trzymałem, zanurzyła się na mgnienie w wodę.
Wówczas opamiętałem się, wydobyłem nóż, otworzyłem go w zębach i zacząłem przecinać jedną skrętkę po drugiej, aż okręt cały oparł się na dwu strzępach liny. Wtedy dałem spokój dalszej robocie, odkładając rozerwanie dwóch ostatnich powróseł do czasu, gdy lina będzie jeszcze raz rozprężona tchnieniem wiatru.
Przez cały ten czas słyszałem dźwięki głośnej rozmowy, dochodzące z kajuty; prawdę powiedziawszy jednak miałem głowę tak całkowicie zaprzątniętą czem innem, że zaledwie wytężałem ucho. Teraz wszakoż, gdy już nic nie miałem do roboty, zacząłem uważniej nadsłuchiwać.
W jednym z głosów rozpoznałem podsternika Izraela Handsa, który był ongiś puszkarzem Flinta. Drugim z rozmówców był, ani chybi, mój znajomek w czerwonej szlafmycy. Obaj mieli już dobrze w czubie, a mimo to pili zawzięcie, ponieważ w tym czasie gdy nadsłuchiwałem, jeden z nich z pijackim okrzykiem otworzył okno i wyrzucił coś, co, jak mi się zdaje, było próżną butelką. Byli jednak nie tylko podchmieleni, ale niewątpliwie też zajadle rozjuszeni. Przekleństwa sypały się jak grad, a raz po raz następował taki ich nawał, iż sądziłem, że niechybnie skończy się na bójce. Lecz za każdym razem sprzeczka ustawała i głosy przechodziły na chwilę w pomruk, póki nie nadeszło przesilenie, nie pociągające za sobą żadnych skutków.
Na lądzie widziałem blask wielkiego ogniska obozowego, przeświecającego jaskrawo poprzez kępy drzew nadbrzeżnych. Ktoś tam śpiewał jednostajną, starą, chrapliwą pieśń marynarską, nagłym, łamiącym się trelem na końcu każdego wiersza, — pieśń która, rzekłbyś, nie skończy się wcale, chyba że już nie starczy cierpliwości śpiewającemu. Słyszałem ją niejednokrotnie podczas podróży i zapamiętałem te słowa:

Jeden ocalał z całej załogi,
Choć siedmdziesięciu ruszyło do drogi...

Pomyślałem sobie, że ta śpiewka aż nadto niestety stosować się mogła do drużyny, która poniosła tak okrutne straty rankiem dnia onego. W rzeczywistości wszakże, z tego co widziałem, wszyscy ci piraci byli tak mało wrażliwi, jak morze, po którem żeglowali.
Wkońcu nadciągnął wiatr. Szoner poszedł wbok, a jego sylweta stała się bliższą w ciemności. Jeszcze raz odczułem, jak lina pofolgowała, a wtedy jednem silnem pociągnięciem przerwałem ostatnie włókna.
Wiatr nieznacznie tylko oddziaływał na moją łódź, ale i tak prawie natychmiast znalazłem się naprzeciw dzioba okrętu. W tejże chwili Hispaniola poczęła obracać się wkoło, lawirując zwolna wpoprzek prądu.
Harowałem jak sam djabeł, gdyż każdej chwili oczekiwałem zatonięcia, a odkąd się przekonałem, że nie zdołam prowadzić łódki w prostym kierunku, odbiłem nazad ku rufie. Wreszcie uwolniłem się od mego niebezpiecznego sąsiada, a właśnie gdy brałem ostatni rozpęd, dłonie moje napotkały lekką linkę, zwisającą z pokładu poprzez parapet rufy. Pochwyciłem ją wmig.
Nie umiem powiedzieć, czemu to uczyniłem. Spoczątku powodował mną jedynie instynkt; gdy jednak miałem linę już w ręku, postanowiłem zajrzeć do okna kajuty.
Przekładając rękę na rękę, wdrapałem się po lince, a kiedy uznałem, że jestem już dostatecznie blisko, podniosłem się, pomimo wielkiego ryzyka, do połowy swej wysokości i zobaczyłem pułap oraz odcinek wnętrza kajuty.
Podczas tego żaglowiec wraz ze swą maluchną towarzyszką chyżo mknął z wodą; zrównaliśmy się już z ogniskiem na wybrzeżu. Okręt „gadał“, jak mówią żeglarze, głośno, prując niezliczone fale i rozbryzgując nieustannie wełnistą wodę, dlatego też gdy przytknąłem oko do szybki okna, nie mogłem pojąć, czemu strażnicy nie byli zgoła zaniepokojeni. W każdym razie wystarczyło mi jedno przelotne spojrzenie, — jedyne, jakie mogłem rzucić z mej chwiejnej łódki. Ujrzałem Handsa i jego towarzysza zwartych ze sobą w śmiertelnych zapasach... Jeden wpił się dłonią w gardło drugiego.
Ześlizgnąłem się spowrotem do łódki, bynajmniej nie zawcześnie, gdyż omal nie straciłem jej z pod stóp. Przez chwilę nic nie widziałem przed oczyma, jak tylko te dwa rozjadłe, krwią nabiegłe oblicza, nachylone ku sobie wzajem pod kopcącą lampą; przymknąłem oczy, aby się oswoić z ciemnością.
Nieustająca śpiewka dobiegła wreszcie końca, a cała — tak już nieliczna — drużyna korsarska przy ognisku zanuciła chórem pieśń, którą słyszałem tak często:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho!-aj-ho! i butelka rumu!
Trunek i djabli resztę ich stąd wzięni!
Ho!-aj-ho! i butelka rumu!

Myślałem sobie właśnie, jak to djabli wespół z trunkiem gościli w tę chwilę w kajucie Hispanioli, gdy wtem zaskoczył mnie nagły ruch mej łódki. Ni stąd ni zowąd szarpnąwszy silnie, poczęła zmieniać kierunek, zdwajając swą chyżość.
Otwarłem oczy. Otaczały mnie drobne fale, załamujące się ostrym, syczącym poszumem i połyskujące słabym blaskiem. Hispaniola, od której kilwateru[8] oddaliłem się, lawirując już o kilka sążni, wahała się w swym biegu, a zrąb jej słabo rysował się na tle nocnej ciemności; wmiarę, jak się jej przyglądałem, nabierałem przekonania, że płynęła również na południe.
Spojrzałem wtył poza siebie i serce podskoczyło mi w piersiach. Tuż za mną biła łuna ogniska obozowego. Prąd skręcał pod kątem prostym, obracając zarówno wysmukły szoner, jak i nikłą, harcującą łódeczkę. Coraz bardziej przyspieszając biegu, coraz wyżej się piętrząc, coraz głośniej pomrukując, przedzierał się skłębiony bełt przez cieśninę ku pełnemu morzu.
Nagle statek przede mną wykonał nagły zwrot, obracając się o jakieś dwadzieścia stopni, a prawie jednocześnie nastąpiły, jeden po drugim, dwa okrzyki. Usłyszałem dudnienie stóp po schodach kajuty, z czego wniosłem, że dwaj pijacy zaprzestali nakoniec swatów i do pewnego stopnia uprzytomnili sobie grożące im niebezpieczeństwo.
Położyłem się nawznak na dnie mego zwarjowanego czółenka i pobożnie polecałem Bogu duszę. Byłem pewny, że na końcu mej drogi wpadnę niechybnie w zaporę rozszalałych bałwanów, gdzie rychło ustaną wszystkie me troski i zmartwienia... ale choć zapewne zniósłbym spokojnie śmierć, nie mogłem znosić widoku nadchodzącego przeznaczenia...
Musiałem tak leżeć godzinami, nieustannie tam i nazad miotany falami, raz po raz zraszany mżącemi bryzgami wody i nie przestając ani na chwilę oczekiwać śmierci przy pierwszem lepszem zanurzeniu. Stopniowo napadała mnie coraz większa ociężałość, a nawet pośród tej grozy umysł mój podlegał oszołomieniu i odrętwieniu. Wreszcie zmorzył mnie sen. Długo tak spoczywałem w swej „topiduszce“ podrygującej po roztoczy, śniąc o domu rodzinnym i o starym „Admirale Benbow“.



Rozdział dwudziesty czwarty.
WĘDRÓWKA „TOPIDUSZKI“.

Gdy się przebudziłem, był już dzień w całej pełni. Rozglądając się wokoło, zmiarkowałem, że ocieram się o południowo-zachodni cypel Wyspy Skarbów. Słońce było już wysoko, lecz ukrywało się jeszcze przed mym wzrokiem za potężną bryłą Lunety, która z tej strony dochodziła prawie do morza w potwornie najeżonych uskokach skalnych.
Wbok ode mnie znajdował się szczyt Wielkiej Liny i wzgórze Bezan-Masztu. Wzgórze było nagie i ciemne, a szczyt obramowany skałami wysokiemi na czternaście lub piętnaście stóp i nastroszony rumowiskiem oberwanych głazów. Byłem oddalony niespełna o ćwierć mili od brzegu; pierwszą przeto mą myślą było skierować tam wiosła i wylądować.
Myśl tę wkrótce porzuciłem. Wśród zwalonych głazów wełny morskie wrzały i kotłowały się z łoskotem. Głośne uderzenia, ciężkie zwały wód rozciekłe i zapadające się wgłąb następowały jedne po drugich z sekundy na sekundę. Widziałem, że jeżeli podjadę bliżej, będę zdruzgotany na śmierć przy zjeżonym brzegu lub nadaremnie zmarnuję swe siły na sterczących pionowo krzesanicach.
Nie dosyć na tem. Na brzegu obaczyłem olbrzymie, oślizgłe potwory — podobne do ślimaków bezskorupnych nieprawdopodobnej wielkości — czołgające się po gładkich płytach skalnych lub wskakujące do morza z głośnym pluskiem, zawsze po dwa lub trzy razem. Ich szczekanie obudziło echa wśród skał.
Odtąd już wiedziałem, że są to „lwy morskie“, zwierzęta zgoła nieszkodliwe. Jednakże ich widok, dodawszy do niego niedostępność wybrzeża i wysoko pnące się bałwany, wystarczał aż nadto, by mnie zniechęcić do lądowania w tem miejscu. Wolałem cierpieć głód na morzu, niż zetknąć się z podobnemi niebezpieczeństwami.
Tymczasem miałem przed sobą lepsze warunki, niż przypuszczałem. Na północ od Szczytu Wielkiej Liny ląd wydłużał się, pozostawiając podczas odpływu długie pasmo żółtego piasku. Na północ od niego znowu był inny cypel — Przylądek Leśny, jak go oznaczono na mapie — schowany wśród zieleni gonnych jodeł, które dochodziły aż do krawędzi roztoczy.
Pamiętałem, co Silver opowiadał o prądzie, który w kierunku północnym obiega całe zachodnie wybrzeże Wyspy Skarbów. Wnosząc zaś ze swojego położenia, że już znajduję się w pasie jego działania, wolałem zostawić za sobą Szczyt Wielkiej Liny i zachować swe siły na później, gdy miałem się pokusić o wylądowanie na przystępniejszym pono Przylądku Leśnym.
Morze było zlekka rozkołysane, jak okiem sięgnąć. Ponieważ wiatr niezmiennie i łagodnie dmuchał z południa, przeto nie było żadnych niesnasek między nim a prądem — fale podnosiły się i opadały bez załamań.
Gdyby nie to, dawno już byłoby po mnie. Jednakże w danych okolicznościach łatwość i pewność, z jaką płynęła moja drobna i leciuchna łódka, przejmowała mnie zdumieniem. Często, gdy kładłem się na dnie, poprzestając jedynie na spoglądaniu ponad dziób „topiduszki“, spostrzegałem spory wzgórek błękitny, wzdymający się tuż koło mnie, — ale łódź moja tylko trochę się podrywała, podskakiwała, jak na sprężynach i osadzała się w zagłębieniu po drugiej stronie, zwinnie niby ptaszek.
Po krótkim czasie ośmieliłem się dotyla, iż zachciało mi się próbować zręczności w wiosłowaniu. Wszakże nawet najmniejsza zmiana w rozkładzie ciężaru powodowała gwałtowne zmiany w zachowaniu się dłubanki. Zaledwie popchnąłem naprzód łódkę, powstrzymując raptownie jej łagodnie falujący ruch, nadbiegł słup wody tak spiętrzony, że obalił mnie i wbił przód „topiduszki“ głęboko w bok następnej fali, kropiąc obficie pianą.
Byłem zmoknięty i nastraszony więc położyłem się w dawnej pozycji, dzięki czemu dłubanka jakby znowu odnalazła swą drogę, niosła mnie lekko, jak przedtem, po wygięciach nurtu. Nie ulegało wątpliwości, że należało zdać się na jej wolę... atoli nie mogąc mieć żadnego wpływu na bieg łodzi, jakąż mogłem mieć nadzieję, że dobiję do lądu?
Ciarki przechodziły po mnie, mimo wszystko jednak nie straciłem głowy. Najpierw, poruszając się z całą ostrożnością, wychlustywałem potrosze czapką marynarską wodę z łodzi, następnie zaś patrząc ponownie nad jej przodek, zacząłem badać, czemuto ona przemyka się tak spokojnie przez fale.
Przekonałem się, że każda fala, która z brzegu lub z pokładu statku wydaje się wielką, z lekka połyskującą górą, jest naprawdę jakby łańcuchem wzgórz na lądzie stałym, z mnóstwem wierzchołków, przełęczy i dolin. Łódź, pozostawiona sama sobie, zwracała się to w jedną to w drugą stronę, torowała sobie, że tak powiem, drogę przez owe kotlinki, unikając stromych spływów oraz wyższych, zachłannych wzniesień fali.
— No, dobrze! — myślałem sobie. — Muszę, rzecz jasna, leżeć w miejscu i nie utrudniać równowagi, lecz również jest rzeczą oczywistą, że mogę wysunąć wiosło z boku i od czasu do czasu, w miejscach łagodniejszych, dać jej jedno lub dwa pchnięcia w stronę lądu.
Co pomyślałem, uczyniłem natychmiast. Układłem się na łokciach w postawie nader uciążliwej i raz po raz zadawałem jedno lub dwa lekkie pchnięcia, aby skierować bieg łódki ku brzegowi.
Była to praca niezmiernie żmudna i powolna, jednak niemylnie osiągałem swój cel; kiedy zbliżyłem się do Przylądka Leśnego, to choć widziałem, że bezwątpienia nie utrafię w ten punkt, w każdym razie zboczyłem już o kilkaset sążni na wschód. Byłem już naprawdę bardzo niedaleko od lądu. Rozpoznawałem chłodne, zielone wierzchołki drzew, chwiejące się z wiatrem i nabrałem pewności, że niezawodnie dostanę się do najbliższego przylądka.
Był już wielki czas, gdyż zaczęło mnie nękać pragnienie. Pożoga słońca nad głową, jego tysiąckrotne odbłyski na falach, woda morska, która spadała i wysychała na mnie, piekąc solą nawet moje wargi — wszystko to składało się na to, że w gardle paliło mnie okrutnie, a głowa pękała z bólu. Widok drzew, tak niedalekich, wzniecił we mnie niemal chorobliwą tęsknotę. Lecz prąd zniósł mnie wkrótce za cypel, a skoro otwarła się nowa przestrzeń morza przede mną, ujrzałem nowy widok, który doszczętnie przenicował moje zamysły.
Wprost przed sobą, mniej jak o pół mili, ujrzałem Hispaniolę z rozwiniętemi żaglami. Byłem pewny wprawdzie, że nie mogę być przyłapany; tak mnie jednak nękało pragnienie, że nawet nie wiedziałem czy mam się cieszyć, czy trapić ową myślą. To też, zanim doszedłem do jakichkolwiek postanowień, zdumienie tak niepodzielnie owładnęło umysłem, iż przez długi czas jedyną rzeczą, na jaką mogłem się zdobyć, było szerokie wytrzeszczanie oczu.
Hispaniola miała rozwinięty grotżagiel i dwa kliwry, a piękne białe płótna lśniły w słońcu, jako śnieg lub srebro. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, wszystkie jej żagle były wzdęte, a statek podążał na północny zachód, z czego wnosiłem, że marynarze płyną spowrotem dokoła wyspy ku przystani. Obecnie okręt jął coraz bardziej skręcać ku zachodowi, tak, iż myślałem, że mnie spostrzegli i puścili się w pogoń. Wkońcu jednak wpadła Hispaniola na wiatr przeciwny, cofnęła się nieco nazad i przez chwilę stała w miejscu bezradna, łopocąc żaglami.
— Och niedołęgi! niezdary! — zawołałem. — Muszą być pijani, jak bąki! — I pomyślałem sobie, jakby to ich kapitan Smollett nagnał do roboty.
Tymczasem szoner stopniowo opadał na siłach, to znów porywał się do biegu, płynął rączo przez jedną lub dwie minuty i ponownie przystawał, napotkawszy opór wiatru. Powtarzało się to wielekroć. Tędy i owędy, tam i nazad, na północ, na południe, wschód i zachód pływała Hispaniola, szarpiąc się, kręcąc i miotając, a każdy taki wysiłek kończył się tak, jak się rozpoczął: — zupełnem opadnięciem bezsilnych żagli. Domyśliłem się, że nikt nie sterował. Jeżeli tak, to gdzież są ludzie? Albo się zapili do cna, albo opuścili okręt; stąd przyszło mi na myśl, że jeżeliby się udało dostać na pokład, zdołałbym zapewne oddać statek w ręce prawego właściciela.
Prąd ponosił jednakowo łódkę i żaglowiec ku południowi. Atoli dryf szonera tak był bezładny i przerywany, tak długo statek raz po raz przystawał na miejscu, że z pewnością na tem nic nie zyskiwał, o ile nie tracił. Gdybym miał tylko możność wyprostować się i wiosłować, niechybnie mógłbym go dogonić. Plan mój miał cechę awanturniczości, która mnie ożywiała, a myśl o bałwanach koło kajuty przedniej zdwajała rosnącą we mnie odwagę.
Podniosłem się, powitany prawie natychmiast przez nowy tuman perlącej się wody, tym razem nie przeszkadzającej memu zamiarowi, i z całą siłą i ostrożnością jąłem wiosłować ku nieokiełznanej Hispanioli. Zrazu tak ciężko przychodziło mi porać się z morzem, iż niejednokrotnie zatrzymywałem się i opuszczałem wiosła, z sercem trzepoczącem jak ptak. Z czasem jednak doszedłem do wprawy i swobodnie już prowadziłem łódkę wśród fal, jedynie niekiedy otrzymując uderzenie w bok łódki lub kłębek piany w twarz.
Doganiałem statek co sił. Widziałem mosiądz połyskujący na okuciach steru, szamocącego się tam i napowrót. Na pokładzie nie było żywej duszy, to też byłem pewny, że okręt jest opuszczony, w najgorszym zaś razie znajdujący się na nim ludzie leżeli w stanie nietrzeźwym w kajucie, gdzie mogłem ich spewnością obezwładnić i zrobić ze statkiem, co mi się żywnie podobało.
Przez czas pewien okręt robił co tylko mogło być dla mnie najgorszego — a mianowicie stał w miejscu. Zmierzał mniej więcej na południe, kręcąc się zresztą przez cały czas wirowym ruchem. Ilekroć wpadł na swój kierunek, żagle wzdymały się nieco i niosły go przez chwilę z wiatrem. Powiedziałem, że to było, co mogło być tylko najgorszego dla mnie; jakoż choć statek wydawał się tak bezradny w swem położeniu, choć żagle huczały jak baterja armat, a krążki, reje i liny kręciły się i chybotały, to jednak widziałem, że wszystko to oddalało się ode mnie, nietylko dzięki rączości prądu, ale i wskutek całego naporu przeciwnego wiatru, niewątpliwie nader silnego.
Wkońcu jednak okoliczności zaczęły mi sprzyjać. Wiatr przycichł na kilka mgnień, zaś Hispaniola, dryfując zwolna, odwróciła się do mnie rufą. Okno kajuty, jak zauważyłem, było wciąż otwarte, a lampa na stole, mimo dnia, paliła się jeszcze. Grotżagiel obwisał wdół, jak zestrzępiona chorągiew. Na okręcie panowała grobowa cisza, przerywana tylko szumem prądu.
Na chwilę jeszcze przedtem zostawałem coraz bardziej wtyle, teraz zaś, podwajając wysiłki, rozpocząłem znów pościg. Byłem niespełna o sto sążni oddalony od statku, gdy wiatr znów nagle dmuchnął, poruszył linami na bakborcie, a okręt znów popędził, naginając się i śmigając, jak jaskółka.
Pierwszem mem wrażeniem było uczucie rozpaczy, które wnet przemieniło się w radość. Okręt począł zataczać krąg, aż zwrócił się do mnie całą szerokością; w ten sposób odrobił najpierw połowę, później dwie trzecie, a wkońcu trzy czwarte odległości, jaka dzieliła mnie od niego. Widziałem fale, biało kłębiące się pod jego ostrogą. Z mej niskiej łódki wydawał mi się ogromnie wysoki.
Nagle zacząłem rozumieć sytuację. Nie miałem już czasu do namysłu — ledwo mi czasu stało na czyn i ocalenie własne. Znajdowałem się na grzbiecie jednej z fal, gdy żaglowiec, nachylając się, był już wpobliżu. Bukszpryt był tuż nad mą głową. Zerwałem się na równe nogi i podskoczyłem, spychając łódź pod wodę. Jedną ręką złapałem się za bumkliwer, a nogą zaczepiłem się między stach i brasę; gdy jeszcze tak wisiałem zasapany i z bijącem sercem, przykry chrzęst dał mi znać, że statek zatopił i zmiażdżył łódkę, i że już nieodwołalnie pozostać muszę na Hispanioli.



Rozdział dwudziesty piąty.
ZRYWAM KORSARSKĄ BANDERĘ.

Zaledwie zdobyłem oparcie na bukszprycie, gdy rozpuszczony kliwer na innej linie załopotał i wzdął się z łoskotem podobnym do huku działa. Okręt, wykonawszy nagły zwrot, zatrząsł się aż po sam kil, za chwilę jednak, gdy wzdymały się jeszcze inne żagle, kliwer znów zatrzepotał i obwisł nieruchomo.
Wstrząs ten omal nie strącił mnie w morze; nie tracąc więc czasu, przeczołgałem się wzdłuż bukszprytu i głową wprzód stoczyłem się na pokład. Znalazłem się po nawietrznej stronie przedniego kasztelu, a grotżagiel, który jeszcze się wzdymał, zasłaniał przede mną sporą połać tylnego pokładu. Przed sobą nie widziałem żywej duszy. Deski, których nie zmywano od czasu rokoszu, były upstrzone licznemi śladami obłoconych stóp, a próżna butelka, ułamana w szyjce, turlała się jak żywa tam i spowrotem w szpygatach.[9]
Naraz Hispaniola stanęła wprost naprzeciw wiatru. Kliwry, znajdujące się poza mną, chrzęsły głośno, ster zgrzytnął, cały okręt począł sapać i trząść się, jak człowiek w chorobie; w tejże chwili grotreja przekrzywiła się, jedna z bras z turkotem przesunęła się w zbloczu, a oczom mym ukazała się druga część pokładu tylnego.
Pewnym już wzrokiem dostrzegłem spoczywających tam obu strażników okrętu: człowiek w czerwonym fezie leżał nawznak, sztywny jak drąg, z ramionami rozkrzyżowanemi nakształt krucyfiksu, pokazując zęby przez odchylone wargi; Izrael Hands rozwalił się pod burtą, wmiętosiwszy podbródek w piersi, dłonie rozpostarłszy na pokładzie — jego przywiędła twarz była żółta, jak gromnica.
Przez chwilę statek boczył się i stawał dęba, jak koń narowisty. Żagle wzdymały się, prężąc jedną brasę po drugiej; bumy chwierutały się tędy i owędy, a maszt jęczał rozgłośnie. Co pewien czas nad parapetem pojawiała się ćma mżących rozbryzgów, a żebra statku uderzały głucho o spiętrzone bałwany: o wiele cięższą przeprawę miał ten duży, olinowany okręt, aniżeli moja domorosła nieoceniona „topiduszka“, spoczywająca już na dnie otchłani.
Za każdym podrygiem szonera człowiek w czerwonej czapce kiwał się na wszystkie strony, przyczem — co straszliwie wyglądało — mimo tej niewygodnej pozycji, ani jego postawa ani też grymas wyszczerzonych zębów nie ulegały żadnej zmianie. Natomiast Hands za każdym wstrząsem coraz bardziej się zapadał i rozwalał się na pokładzie; stopy osuwały się coraz niżej, tułów wciskał się w rufę, a twarz pomału nikła mi z oczu, aż wkońcu nie widziałem już nic okrom jednego ucha i zwichrzonych, kudłatych bokobrodów.
Jednocześnie zauważyłem dokoła nich obu plamy czarnej krwi na deskach i zacząłem przypuszczać, że pozabijali się wzajemnie w pijackiej kłótni.
Długo przypatrywałem się im z zadziwieniem. Naraz w chwili, gdy okręt zachowywał się spokojnie, Izrael Hands obrócił się wbok i z cichym jękiem przewalił się znowu, powracając do położenia, w którem ujrzałem go przedtem. Jęk, który świadczył o bólu i śmiertelnej słabości, oraz szerokie, kurczowe rozwarcie szczęk, napełniły mi serce litością. Atoli skoro przypomniałem sobie rozmowę, podsłuchaną w beczce jabłek, litość ta we mnie zagasła.
Postąpiwszy kilka kroków, doszedłem do grotmasztu.
— Jak się miewamy, panie Hands! — odezwałem się szyderczo.
Łypnął ciężko oczyma i powiódł niemi wokoło, lecz był zanadto nieprzytomny, by okazać zdziwienie. Zdobył się na wymamlanie jednego tylko słowa:
— Gorzałki!
Przyszło mi na myśl, że nie należy tracić czasu, więc wymijając bum, tatłający się po pokładzie, cofnąłem się i zszedłem po schodach do kajuty.
Przedstawił się tu mym oczom nieład, niedający się opisać, ani wyobrazić. Wszystkie schowki i zamki powyłamywano w poszukiwaniu mapy. Na podłodze, gdzie ci grubjanie zasiadali, pijąc lub naradzając się po włóczędze po mokradłach wokół obozowiska, spoczywała gruba warstwa błota. Ściany, biało malowane i otoczone złoconą obwódką, splamione były odciskami brudnych rąk. Tuziny pustych flaszek zderzały się z sobą po kątach za każdem poruszeniem okrętu. Jedna z książek medycznych doktora leżała otwarta na stole, a połowę jej kartek wydarto — pewno do zapalania fajek. Lampa wisząca pośrodku rzucała wokoło przyćmione światło, — zakopcona i brunatna jak glina.
Zszedłem do piwnicy. Wszystkie beczki były otwarte, a koło nich leżała ogromna ilość wypitych butelek. Spewnością, odkąd rozpoczął się bunt, ani jeden z tych ludzi nie był trzeźwy.
Myszkując wszędzie, znalazłem butelkę z odrobiną gorzałki dla Handsa; dla siebie wyszperałem trochę sucharów, nieco marynowanych owoców, wielki pęk rodzynków i kawał sera. Wyszedłem z tem na pokład, złożyłem własne zapasy za trzonem steru, a unikając spotkania z podsternikiem, udałem się do zbiornika wody i napiłem się do syta; potem dopiero, choć nie odrazu, dałem Handsowi gorzałkę.
Wypił pewno z kwaterkę, zanim odjął flaszę od ust.
— Ach, do kroćset! — odezwał się — sam na siebie to ściągnąłem!
Siedziałem już w swoim kącie i wziąłem się do jedzenia.
— Ciężka rana? — zapytałem go.
Chrząknął, albo raczej zaszczekał.
— Gdyby ten doktór był na okręcie — wykrztusił — byłbym zdrów w parę obrotów, ale ja nie mam szczęścia, jak widzisz; taki to mój los! A co się tyczy tego niedołęgi... to już on trup nadobre! — dodał, pokazując na człowieka w czerwonej czapce. — To nie był marynarz... Gdzie mu tam!... Ale skądeś ty tu zawitał?
— Mniejsza o to — odpowiedziałem — przybywam objąć okręt w swoje posiadanie, panie Hands, więc racz uważać mnie za swego kapitana i nie sprzeciwiać mi się w niczem!
Spojrzał na mnie ponuro, lecz nie rzekł nic. Na policzkach zjawił się nikły rumieniec. Mimo to stary łotr wciąż jeszcze wyglądał na bardzo chorego i wciąż jeszcze osuwał się bezładnie wdół w miarę chybotania się okrętu.
— Przy sposobności zaznaczę — ciągnąłem dalej — że nie zgodzę się na barwy naszej bandery, panie Hands. Pan pozwoli, że strącę ją z masztu. Lepiej żadna, niż ta.
Wyminąwszy jeden z bumów, podbiegłem do fansznura,[10] ściągnąłem wdół przeklętą czarną banderę i zrzuciłem ją z okrętu.
— Boże zachowaj króla! — zawołałem, wymachując czapką. — Na pohybel kapitanowi Silverowi!
Hands popatrzył na mnie hardo i chytrze, pogrążywszy podbródek na piersi.
— Zdaje mi się... — ozwał się nakoniec — zdaje mi się, kapitanie Hawkins, że chcesz teraz dostać się do brzegu... Pozwól, że porozmawiamy...
— Owszem — odparłem — z całą chęcią, panie Hands. Proszę mówić.
I wziąłem się znów do jedzenia z wielkim apetytem.
— Ten człowiek — rozpoczął z osłabieniem, wskazując na zwłoki — nazywał się O’Brien... zakamieniały Irlandczyk... On i ja rozwinęliśmy żagle, zamierzając poprowadzić okręt spowrotem. Otóż on już nieżywy... martwy jak kłoda... Nie wiem, kto teraz potrafi kierować statkiem. Wiadomo, ty tego nie potrafisz, chyba że ci udzielę wskazówek... Więc słuchaj: ty mi dasz jeść i pić... i jaką starą szmatę czy chustkę do przewiązania rany... ja zaś powiem ci, jak masz kierować żaglami... W ten sposób skwitujemy się...
— Powiem ci jedno — odrzekłem. — Nie myślę wracać do Przystani Kapitana Kidda. Chcę dostać się do Północnej Zatoczki i tam spokojnie wylądować.
— Aha, toś ty, ptaszku, spłatał nam tego figla!... — krzyknął Hands. — Ale ja nie jestem takim skończonym durniem, za jakiego mnie masz!... Jeszcze ci pokażę, ktom ja! Próbowałem się stąd wydostać i zawiodły mię siły, a tyś mnie tu zwąchał... Północna Zatoczka? Owszem, nie mam już wyboru! Pomogę ci doprowadzić okręt do Doku Stracenia. Do kroćset! Zrobię to!...
Słowa Handsa potrosze trafiły mi do przekonania. Zawarliśmy układ na poczekaniu. W przeciągu trzech minut sprawiłem, że Hispaniola płynęła bez trudności z wiatrem wzdłuż wybrzeża Wyspy Skarbów, mając nadzieję opłynięcia cypla północnego jeszcze przed południem, i dotarcia przed przyborem wody do Zatoki Północnej, gdzie mogliśmy bezpiecznie przybić do brzegu i oczekiwać, aż powracający odpływ pozwoli nam na wylądowanie.
Następnie przymocowałem zwrotnicę steru, zszedłem nadół do mego własnego kufra i wydobyłem miękką jedwabną chusteczkę, otrzymaną od matki. Z moją pomocą Hands przewiązał sobie wielką krwawiącą ranę, pod udem, a skoro cośkolwiek przekąsił i wychylił ze dwa kieliszki wódki, począł nabierać sił, wyprostował się i usiadł; mówił głośniej i wyraźniej, słowem wyglądał zupełnie na innego człowieka.
Wiatr sprzyjał nam zadziwiająco. Lecieliśmy z nim chyżo, jak ptak; wybrzeże wyspy migało nam przed oczyma, a widok zmieniał się co chwilę. Niebawem minęliśmy wyżynę i przejeżdżaliśmy obok płaskiej, piaszczystej okolicy, zrzadka usianej karłowatemi sosnami; niezadługo i ją pozostawiliśmy poza sobą i okrążyliśmy skaliste wzgórze, które stanowi zakończenie wyspy na północy.
Byłem niepowszednio dumny z świeżo upieczonego dowództwa i rozkoszowałem się jasną, słoneczną pogodą oraz rozmaitością widoków na lądzie. Miałem poddostatkiem wody i różnych smakołyków do wyboru, a sumienie, które wprzód ostro mnie karciło za samowolne oddalenie, uspokoiło się wielkością dokonanego podboju. Myślałem, że nie potrzebuję się już niczego obawiać, jak tylko oczu podsternika, które drwiąco ścigały mnie po pokładzie, i dziwnego uśmiechu, który pojawiał się nieustannie na jego licach. Był to uśmiech, który miał w sobie sporo bólu i zmęczenia — uśmiech starego, zbitego z tropu człowieka, lecz oprócz tego była szczypta szyderstwa i jakby cień zdrady w jego rysach, gdy ustawicznie i pilnie śledził mnie w czasie mego zajęcia.



Rozdział dwudziesty szósty.
IZRAEL HANDS.

Wiatr, który był niejako na nasze usługi, skierował się obecnie na zachód, tak iż było bodaj że najłatwiej płynąć z północno-wschodniego narożnika wyspy do wylotu Zatoki Północnej. Ponieważ jednak nie mogliśmy zarzucić kotwicy, a nie odważaliśmy się przybijać do brzegu, zanim przypływ nie posunie się znacznie dalej, więc mieliśmy dość zbywającego czasu. Podsternik nauczył mnie, jak mam nastawić okręt; po wielu próbach powiodło mi się wykonać zlecenie. Siedliśmy w milczeniu, pożywiając się.
— Kapitanie — przemówił ów po długiej chwili, zawsze z jednakowym niemiłym uśmiechem, — tu leży mój towarzysz O’Brien; przypuszczam, że zechcesz zepchnąć go z okrętu... Nie postąpiłem... jak zwykle... dokładnie, ale nie powinienem dostać nagany za zostawienie tego ścierwa... nie udzielę mu tego zaszczytu... może ty?...
— Nie mam dość sił na to i nie podejmę się tej roboty; niech sobie tu leży — odpowiedziałem.
— To nieszczęśliwy statek... ta Hispaniola, Kubo — ciągnął dalej, mrużąc oczy. — Moc ludzi na nim pozabijano... moc ludzi zginęło i przepadło, odkąd wsiedliśmy na okręt w Brystolu. Nie widziałem nigdy tak podłego niepowodzenia, dalibóg nie. Oto był tutaj O’Brien, a teraz... nie żyje, prawda? No, ja jestem człowiek nieuczony, a ty jesteś chłopcem, co to umie czytać i pisać; czy tobie się zdaje, że człowiek umarły już umarł na zawsze, czy może znów ożyć?
— Możesz zabić ciało, panie Hands, ale nie duszę, — odpowiedziałem — powinieneś to już wiedzieć. O’Brien znajduje się na tamtym świecie i może patrzy na nas.
— Ach tak! — odezwał się na to. — O, to niedobrze... tak się zdaje, jakby zabijanie ludzi było trwonieniem czasu. Bądź co bądź, duchy niewiele znaczą, o ile się przekonałem. Założę się o to z duchami, Kubo. A teraz, ponieważ tak swobodnie mówiłeś, więc będę ci bardzo wdzięczny, jeżeli pójdziesz do kajuty i przyniesiesz mi... dobrze, do kroćset! — nie umiem tego nazwać... dobrze, więc przyniesiesz mi butelkę wina, Kubo... ta wódka jest za mocna na mą głowę...
Niepewność i wahanie podsternika wydały mi się nader podejrzane; zgoła nie uwierzyłem jego słowom, że woli wino niż gorzałkę. Cała historja była tylko pretekstem. Chciał, ażebym opuścił pokład — tyle zrozumiałem; atoli w jakim celu, nie mogłem dociec żadną miarą. Jego wzrok nigdy nie zetknął się z moim, lecz błąkał się na wszystkie strony, to kierując się nagle ku niebu, to znów przelotnie spoczywając na zwłokach O’Briena. Przez cały czas uśmiechał się i wystawiał język w sposób złodziejski i jakby zakłopotany, że dziecko nawet mogłoby powiedzieć, że zamyślał jakieś oszustwo. W każdym razie nie zawahałem się z odpowiedzią, gdyż widziałem, w czem mam przewagę, i że wobec tak głupiego chłopa z łatwością będę mógł ukrywać do końca swe podejrzenia.
— Trochę wina? — rzekłem. — Tem lepiej. Chcesz białego czy czerwonego?
— Eee! nie jestem wybredny, kamracie, — odpowiedział. — Byle było mocne i dużo, to zresztą jest mi wszystko jedno!
— Doskonale — odparłem. — Przyniosę ci portugalskiego wina, panie Hands. Muszę jednak dokopać się do niego.
Rzekłszy to, z hałasem na jaki tylko stać mię było, zszedłem do kajuty. Stąd, zdjąwszy obuwie, bez szelestu przebiegłem przez korytarz, wydrapałem się po schodach kasztelu i wytknąłem głowę z kajuty przedniej. Wiedziałem, że nie będzie się spodziewał tam mnie zobaczyć, mimo to powziąłem wszelkie możliwe środki ostrożności. I oto najgorsze z mych podejrzeń okazały się aż nadto prawdziwe.
On powstał z poprzedniego położenia, opierając się na rękach i klęczkach, a chociaż przeszkadzała mu noga, która bolała go snadź dotkliwie — gdyż słyszałem, jak wydał jęk — jednak kłapiąc całem ciałem, wlókł się po pokładzie. W pół minuty przywlókł się do szpygaty i wyciągnął ze zwoju sznurów długi nóż albo raczej krótki puginał, zbryzgany krwią po rękojeść. Przyglądał mu się przez chwilę, wysuwając wprzód dolną szczękę, spróbował ostrza na dłoni, a potem, chowając broń w zanadrze bluzy, potoczył się spowrotem na dawne miejsce koło burty.
Było to wszystko, co potrzeba mi było wiedzieć. Oto Izrael mógł już się poruszać i był uzbrojony, a jeżeli z takim niepokojem starał się mnie oddalić, to wątpliwości nie ulegało, że nikt inny, ale ja miałem być jego ofiarą. Co zamierzał później uczynić — czy spróbowałby przeczołgać się naprzełaj przez wyspę od Zatoki Północnej do obozowiska wśród moczarów, czy też wypaliłby ze śmigownicy, ufając, że jego towarzysze przyjdą mu z pomocą — było dla mnie doprawdy zagadką.
Czułem jednak, że odkąd nasze koleje zbiegły się razem, mogłem mu dowierzać w jednej rzeczy, t. j. w poleceniach, odnoszących się do okrętu. Obaj niewątpliwie życzyliśmy sobie, żeby statek przybił do brzegu bezpiecznie, w miejscu zasłoniętem i to tak, żeby, gdy nadejdzie sposobność, mógł znów popłynąć na pełne morze bez wielkich wysiłków i niebezpieczeństw. Zanimby to nastąpiło, mogłem narazie być pewny swojego życia.
Układając sobie w głowie te zamysły, nie próżnowałem jednak. Wkradłem się znów do kajuty, nałożyłem znów obuwie, porwałem na chybił trafił butelkę wina i trzymając ją w ręce na świadectwo, ukazałem się znów na pokładzie.
Hands leżał, jak go pozostawiłem, cały zwinięty w kłąb, przymrużywszy oczy, jak gdyby nie mógł znosić światła. Wszakże za mem przybyciem podniósł oczy, zręcznie odtłukł szyjkę butelki (często napewno czynił rzecz podobną) i pociągnął tęgi łyk, ze swym ulubionym toastem: „Na szczęście!“ Przez chwilę potem leżał spokojnie, następnie, wyciągnąwszy laseczkę tytoniu, poprosił mnie, abym ukroił mu kawałek.
— Odetnij mi ociupinę, bo nie mam noża i jestem prawie bezsilny, ledwo, że ruszać się mogę. Oj, Kubo, Kubo, pono już kipnę! Utnij mi kawałek tytoniu, zapewne już po raz ostatni w mem życiu, mój chłopcze... bo już pójdę do Abramka na kwaśne... Tak, nie mylę się... już wnet umrę...
— Dobrze, ukroję ci kawałek tytoniu, ale gdybym był tobą i czuł się tak źle, wziąłbym się do pacierza, jak przystoi na chrześcijanina...
— Dlaczego? — spytał ów. — Powiedz mi, dlaczego?
— Dlaczego? — zawołałem. — Pytasz mnie o to dopiero przed samą śmiercią! Złamałeś wierność, żyłeś w grzechu, kłamstwie i krwi; oto w tej chwili u stóp twych leży człowiek, którego zabiłeś... i jeszcze pytasz mnie się, czemu? Proś Boga o łaskę!... Więcej nic ci nie powiem!
Mówiłem w pewnem rozgorączkowaniu, myśląc o krwawym puginale, który on ukrył w kieszeni i byłem przygotowany na to, by w razie złych zamiarów z jego strony skończyć z nim doraźnie. On ze swej strony pociągnął znów sporo wina i zaczął przemawiać z niezwykle namaszczoną powagą:
— Przez trzydzieści lat żeglowałem po różnych morzach, widziałem ludzi dobrych i złych, zaznałem lepszego lub gorszego losu, przyjaznej i niepomyślnej pogody, wyczerpania żywności, walki na noże i czego tam jeszcze nie... I nigdy jeszcze nie widziałem, powiadam ci, żeby dobry dobrze wychodził na swej dobroci. Lubię tych, którzy atakują, umarli nie kąsają; takie są moje poglądy. Amen, niech tak będzie. A teraz, spojrzyj-no tu — dodał, zmieniając nagle ton — dość już o tych bzdurstwach. Przypływ jest w sam raz stosowny. Wypełnij moje polecenia, kapitanie Hawkins, a wjedziemy dobrze do przystani.
Prawdę powiedziawszy, mieliśmy jeszcze dwie mile do przebycia, lecz żegluga była dość skomplikowana, gdyż wjazd do przystani północnej był nietylko ciasny i płytki, lecz rozchodził się na wschód i zachód, iż należało okręt sprawnie kierować, by dostać się do środka. Zdaje mi się, że byłem niezłym i ochoczym podkomendnym, a jestem pewny, że Hands był znakomitym pilotem, gdyż lawirowaliśmy tędy i owędy i wymijaliśmy mielizny z taką pewnością i dokładnością, że aż miło było patrzeć.
Zaledwie zdołaliśmy przebyć cieśninę, już byliśmy zamknięci wokoło lądem. Brzegi Zatoki Północnej były tak gęsto zalesione, jak dokoła przystani południowej, lecz przestrzeń była węższa i dłuższa, podobna raczej do zalewu rzecznego, którym zresztą była w istocie. Na wprost przed sobą, w południowej kończynie, zobaczyliśmy szczątki rozbitego okrętu w stanie ostatecznego rozkładu. Był to niegdyś wielki statek o trzech masztach, lecz spoczywał tu tak dawno, wystawiony na działanie niepogody, że obwieszony był już wokoło wielkiemi zwojami wilgotnych chwastów morskich, a na pokładzie zapuściły korzenie krzewy pobrzeżne, obsypane teraz właśnie gęstem kwieciem. Smutny to był widok, lecz wskazywał nam, że przystań jest spokojna.
— Popatrz-no — rzekł Hands — jakie to rozkoszne miejsce do osadzenia okrętu! Piękny gładki piasek, nigdzie ani śladu żywej istoty, drzewa dokoła, a kwiaty rosną, jak w ogrodzie, na tym starym okręcie!...
— A gdy już przybijemy do lądu — pytałem — jak później ściągniemy okręt spowrotem?
— Nic trudnego — odparł Hands — wyciągniesz na brzeg linę po tamtej stronie przy niskim stanie wody i okręcisz ją dokoła jednej z tych wielkich sosen, następnie przyciągniesz ją spowrotem, nawiniesz na kabestanie i czekać będziesz odpływu. Gdy przyjdzie wielka woda, pociągniemy za linę i okręt obróci się gładko jak po maśle. A teraz, chłopcze... do pracy! Przekręć ster nieco — tak — dalej — steruj — ciągnij jeszcze trochę — prosto — prosto!... k’sobie!...
Wydawał tak rozkazy, które spełniałem bez wytchnienia, aż nagle krzyknął:
— A teraz, kochasiu, z wiatrem!
Zatrzymałem ster, Hispaniola nadęła żagle i pomknęła w prostym kierunku ku płaskiemu lesistemu wybrzeżu.
Podniecenie, wywołane tą pracą, osłabiło nieco czujność, z jaką dotychczas wytrwale śledziłem podsternika. Tak byłem wówczas zajęty przybijaniem okrętu do brzegu, iż zapomniałem zupełnie o niebezpieczeństwie, wiszącem nad mą głową, i przechyliłem się przez poręcz pokładu sterowego, przyglądając się falom, rozchodzącym się daleko wszerz pod uderzeniem okrętu. Zginąłbym, nie broniąc nawet życia własnego, gdyby nie ogarnął mnie, ni stąd ni z owąd niewyjaśniony niepokój, który kazał mi obrócić wstecz głowę. Może usłyszałem jakieś chrobotanie lub kątem oka spostrzegłem jakiś poruszający się cień, może był to jakgdyby koci instynkt — dość na tem, że gdy obejrzałem się poza siebie, Hands z puginałem w dłoni znajdował się w pół drogi ode mnie.
Wykrzyknęliśmy obaj głośno, gdy oczy nasze spotkały się z sobą, jednak gdy mój krzyk był przeraźliwym okrzykiem trwogi, to jego był jak gdyby wściekłym porykiem rozjuszonego byka. W jednej chwili rzucił się naoślep, a ja uskoczyłem wbok ku burcie. Gdy to uczyniłem, wypuściłem z rąk rękojeść steru, która odskoczyła raptownie wbok. To, zdaje się, ocaliło moje życie, gdyż trzonek ugodził Handsa w żebra, oszołamiając go na chwilę.
Zanim zdołał oprzytomnieć, wydostałem się z kąta, gdzie mnie zapędził, okrążając wokoło cały pokład. Zatrzymałem się koło samego masztu głównego, wyciągnąłem krucicę z kieszeni, wycelowałem z zimną krwią, pomimo, że zbój odwrócił się i zdążał znów prosto ku mnie, i pociągnąłem za cyngiel. Kurek spadł, lecz po nim nie nastąpił ani błysk ani huk: proch był zupełnie nieużyteczny wskutek zamoknięcia w wodzie morskiej. Przeklinałem sam siebie za swoje niedbalstwo. Dlaczegóż o wiele pierwej nie podsypałem nowego prochu i nie nabiłem powtórnie broni? Nie byłbym, jak się stało obecnie, jedynie owieczką, uciekającą przed nożem rzeźnika.
Pomimo rany Hands mógł się poruszać z zadziwiającą prędkością; jego szpakowate włosy wichrzyły się nad twarzą, zaczerwienioną od wściekłości i zapalczywości, migotającą, jak czerwony proporzec. Nie miałem czasu ani też, prawdę mówiąc, wielkiej ochoty na próbowanie drugiego pistoletu, gdyż byłem pewny, że nie zda się to na nic. Z jednej rzeczy tylko zdawałem sobie sprawę, że nie powinienem cofać się poprostu przed nim, gdyż zatarasuje mnie przy burcie, jak o mało co nie zatarasował mnie na rufie. Jeszcze raz wpadnę w taką pułapkę (myślałem), a dziewięcio- czy dziesięciocalowy puginał, zbroczony krwią, położy kres memu życiu na tym świecie!... Oparłem się dłońmi o grotmaszt, który był sporej grubości, i oczekiwałem, mając każdy nerw w naprężeniu.
Widząc, że zamierzam wymykać się, on również zatrzymał się. Przez pewien czas próbował mnie podejść, a ja uchylałem się odpowiedniem poruszeniem. Było to coś w rodzaju gry, w którą często bawiłem się w domu na skałach Black Hill Cove, lecz nigdy przedtem, wierzcie mi, nie biło mi serce taką trwogą, jak w owej chwili. Lecz, jak powiedziałem, była to zabawa chłopięca i sądziłem, że się w niej ostoję przeciw staremu już marynarzowi z okaleczoną golenią. To też odwaga moja wzrosła do tego stopnia, że od czasu do czasu zabawiałem się dociekaniem, na czem też się zakończy cała awantura. Wiedząc, że mogę długo tak się bawić, nie miałem jednak nadziei, iż uratuję się ostatecznie.
Wśród tej dziwnej sytuacji naraz Hispaniola uderzyła o coś, zachwiała się i ugrzęzła na chwilę w piasku, następnie zaś z piorunową szybkością nachyliła się na bakier, tak iż pokład nachylił się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a prawie cała beczka wody chlusnęła przez otwory, rozlewając wielką kałużę między pokładem i burtą.
Obaj w jednej chwili zwaliliśmy się z nóg i potoczyliśmy się niemal równocześnie do szpygatów, a nieżywy człowiek w czerwonym fezie, z rozkrzyżowanemi jeszcze ramionami, sztywnie potoczył się za nami. Byliśmy tak blisko siebie, że głowa moja zderzyła się z obcasem podsternika, aż mi głośno zadzwoniły zęby. Jednym susem stanąłem znów pierwszy na nogach, gdyż Hands zaplątał się w ciało nieboszczyka. Nagłe przechylenie okrętu nie zostawiło już miejsca do biegania, musiałem więc znaleźć inną drogę ucieczki i to natychmiast, gdyż mój prześladowca już mnie prawie miał w ręku. Błyskawicznie, jak myśl, skoczyłem między liny bezanmasztu, wdzierając się na rękach coraz wyżej i nie odetchnąłem, póki nie usadowiłem się na rei.
Uratowałem się dzięki swej żwawości. Puginał uderzył o niecałe pół stopy pode mną, gdy wspinałem się zawzięcie w górę. Izrael Hands stanął z otwartemi ustami i wzrokiem wlepionym we mnie — istny posąg zdziwienia i rozczarowania.
Korzystając z dogodnej dla mnie chwili, zmieniłem proch w krucicy, następnie zaś, mając jedną broń gotową do strzału i chcąc być podwójnie zabezpieczony, wyciągnąłem nabój z drugiej i naładowałem ją od nowa.
Moje nowe zajęcie zbiło z tropu Handsa, gdyż pojął, że przyszła kreska na niego. Po przykrem wahaniu przywlókł się nakoniec ciężko ku linom i trzymając puginał w zębach, począł powoli i z boleścią gramolić się do góry. Wiele czasu i męki kosztowało go wleczenie za sobą zranionej nogi, wobec czego spokojnie ukończyłem swe przygotowania, zanim przebył przeszło trzecią część drogi pod górę. Wtedy, trzymając pistolety w obu rękach, przemówiłem do niego:
— Jeszcze jeden krok, panie Hands, a roztrzaskam ci mózgownicę! Ludzie umarli nie kąsają, sam o tem wiesz! — dodałem z chichotem.
Zatrzymał się odrazu. Z gry jego twarzy poznałem, że starał się myśleć, ale proces myślowy postępował tak wolno i niesprawnie, że śmiałem się głośno w swej bezpiecznej kryjówce. Wkońcu zadławiwszy się kilkakrotnie, zaczął mówić, a na twarzy miał wciąż jeszcze ten sam wyraz niebywałego zmieszania. Żeby móc mówić, musiał wyjąć z ust puginał, zresztą pozostał nieruchomy.
— Kubo! — odezwał się — zdaje mi się, że i ty i ja postąpiliśmy źle, więc powinniśmy zawrzeć układ. Chciałem cię użyć tylko do tej przeprawy... Ale nie mam szczęścia, nie... i zdaje mi się, że będę musiał walczyć... a — widzisz, że to ciężko takiemu staremu żeglarzowi... z takim chłopcem okrętowym, jak ty, Kubo...
Wchłaniałem jego słowa i śmiałem się do rozpuku, tak czupurnie, jak kogut na murku. Wtem znienacka, ujrzałem jego prawicę przechyloną z rozmachem wtył. Coś warknęło w powietrzu jak strzała. Poczułem uderzenie, a następnie ostry ból i spostrzegłem, że coś mnie przygwoździło za ramię do masztu. W strasznej boleści i chwilowem oszołomieniu szarpnąłem się silnie. Nie mogę powiedzieć, czy to się stało z mej własnej woli, a jestem pewny, że nie celowałem świadomie, dość, że oba moje pistolety wypaliły i wypadły mi z rąk. Lecz upadły nie same. Podsternik, wydawszy stłumiony okrzyk, wypuścił z garści linę i głową plusnął w wodę.



Rozdział dwudziesty siódmy.
„TALARY! TALARY!“

Wskutek przechylenia okrętu maszty wystawały daleko nad wodą tak, iż ze swego stanowiska na poprzecznicy nie widziałem pod sobą nic jak tylko powierzchnię zatoki. Hands, który nie wydrapał się tak wysoko, był oczywiście bliżej okrętu i spadł pomiędzy mną a burtą. Wydostał się jeszcze raz na powierzchnię, ociekając pianą i krwią, a potem pogrążył się już raz na zawsze. Gdy woda się wygładziła, zobaczyłem, jak leżał skurczony na czystym, jasnym piasku w cieniu boków statku. Kilka ryb uwijało się przy jego zwłokach. Niekiedy podczas wstrząśnień wody zdawało się, że trup się nieco porusza, jak gdyby usiłując powstać. Jednakoż on już nie żył napewno, przestrzelony i zatopiony jednocześnie, i stał się pastwą ryb w tem samem miejscu, gdzie był usiłował mnie zabić.
Zanim jednak doszedłem do tej świadomości, dał mi się we znaki ból, wycieńczenie i przerażenie. Gorąca krew spływała mi po plecach i po piersi. W miejscu, gdzie puginał przygwoździł mnie do masztu, ramię piekło mnie, jak rozpalone żelazo. Lecz te istotne cierpienia nie dręczyły mnie jeszcze najwięcej, gdyż mniemałem, że potrafię je znosić bez skargi. O wiele więcej lękałem się, że spadnę z wierzchołka masztu w tę cichą, zielonawą wodę i spocznę na dnie, obok ciała podsternika.
Wpiłem się oburącz w drewno, aż uczułem ból pod paznogciami, i zamknąłem oczy, jak gdybym chciał zasłonić przed sobą niebezpieczeństwo. Zwolna odzyskałem zmysły, tętna moje poczęły bić jednomiernie i zapanowałem nad sobą.
Pierwszą mą myślą było wyrwać puginał z ciała. Alić albo ostrze utkwiło zbyt silnie, albo też siły mnie zawiodły, gdyż poniechałem tego, przejęty dreszczem. Rzecz szczególna, że ten dreszcz uczynił swoje. Sztylet bowiem ugodził był mnie w ten sposób, że niewiele brakowało, by chybił; trzymał się tylko na skrawku skóry, zatem dreszcz wyrwał go zupełnie. Oczywiście, że krew popłynęła tem obficiej, lecz byłem już panem siebie i jedynie za surdut i koszulę przyczepiony byłem do masztu.
Jednem szarpnięciem zerwałem tę ostatnią przeszkodę i po sztaku zszedłem znów na pokład. Pomimo całego wstrząśnienia nie wróciłbym za nic w świecie po zwieszającej się wancie, z której tak niedawno runął w morze Izrael.
Zszedłem wdół i opatrzyłem ranę, jakem umiał. Bolała mnie ona dotkliwie i wciąż jeszcze krwawiła obficie, lecz nie była ani głęboka ani niebezpieczna i nie ocierała się bardzo, gdy poruszałem ramieniem. Następnie rozejrzałem się dokoła, a że okręt stał się obecnie niejako moją własnością, przeto począłem przemyśliwać nad sposobami pozbycia się ostatniego pasażera — nieżywego O’Briena.
Jak wspomniałem powyżej, zatoczył się on do burty, gdzie leżał niby szpetna i niezgrabna kukła — wielkości żyjącego człowieka, lecz jakże daleka od świeżości i powabu życia! W tej pozycji łatwo przyszło mi się z nim uporać, ponieważ zaś nawyk tragicznych przeżyć zatarł we mnie wszelką odrazę do śmierci, przeto ująłem go wpół, jakby to był wór z otrębami, i jednym rozmachem strąciłem go z okrętu. Z głośnym pluskiem poszedł na dno, jedynie czerwona czapka zsunęła mu się z głowy i bujała się na powierzchni wody. Gdy wzburzona toń zabliźniła się i ucichła, ujrzałem jego i Izraela, leżących jeden obok drugiego, obu poruszanych rozchwiejnem kołysaniem się wody. O’Brien, choć był jeszcze wcale młody, miał sporą łysinę; spoczywał, ułożywszy łysą głowę na kolanach człowieka, który go zabił, a zwinne ryby przewijały się tam i sam nad oboma.
Byłem teraz samiutki na całym okręcie; właśnie rozpoczął się odpływ. Słońce skłoniło się już tak nisko, że cienie sosen na zachodnim brzegu słały się pomostem przez całą szerokość przystani i rysowały szare wzorki na pokładzie. Wieczorny wiatr ruszył od morza, a choć zaporę dlań tworzył wzgórek dwuwierzchołkowy na zachodzie, to jednak liny poczęły z cicha poświstywać, a nieczynne żagle zaszeleściły tu i owdzie.
Pomiarkowałem, że okrętowi grozi niebezpieczeństwo. Pośpiesznie zwinąłem kliwry i byle jak ściągnąłem je na pokład, gorsza sprawa jednak była z grotżaglem. Albowiem, gdy okręt się przechylił, bom żaglowy wysunął się poza jego obręb, a nasada oraz kilka łokci żagla zanurzyły się pod wodę. Myślałem, że to samo powiększa jeszcze niebezpieczeństwo; co więcej, lina była tak ciężka, iż omal lękałem się pod nią podchodzić. Wkońcu dobyłem noża i przeciąłem liny, podtrzymujące żagiel. Wierzchołek opadł nagle, a wielka wzdęta płachta luźnego żagla rozpostarła się szeroko i zakołysała na wodzie; na nic się już nie zdały wszystkie zabiegi, by ściągnąć go spowrotem — nie zdołałem nic naprawić, a łacno mogłem postradać życie, gdyż oddalenie było spore. Odtąd już Hispaniola, podobnie jak ja, musiała zawierzyć własnemu szczęściu.
Tymczasem cała przystań osnuła się cieniem. Ostatnie promienie słoneczne — pomnę, jak dziś — przenikały przez wyrwę lasu i połyskiwały jasno, jak drogie kamienie, na kwiecistej oponie rozbitego statku. Zaczęło się robić chłodno; odpływ zdążał gwałtownie w stronę morza, a szoner coraz to więcej i więcej przechylał się na bok.
Wygramoliłem się naprzód i rozejrzałem się wokoło. Zdawało mi się, że jest dość płytko, więc, na wszelki wypadek oburącz trzymając uciętą cumę, zsunąłem się ostrożnie z burty. Woda dosięgała mi zaledwie do pasa, piasek był twardy i pomarszczony od fal; brnąłem do brzegu bardzo odważnie, pozostawiając Hispaniolę, obaloną na bok, z płachtą żagla, szeroko zalegającą powierzchnię zatoki. Mniejwięcej w tym czasie słońce zaszło zupełnie, a wiatr morski szeleścił nieznacznie w pomroce pośród rozchybotanych sosen.
A więc nareszcie rozstawałem się z morzem... a nie wracałem też z pustemi rękoma. Okręt nasz był już oczyszczony z łotrzyków oraz przysposobiony dla naszych ludzi do wsiadania i powtórnej żeglugi. Nie miałem w tej chwili gorętszego pragnienia nad to, by powrócić do warowni i pochlubić się swemi walecznemi czynami. Może oczekiwała mnie nagana za włóczęgostwo, lecz zdobycie Hispanioli na każdy zarzut było odpowiedzią, dostatecznie usprawiedliwiającą, i spodziewałem się, iż sam kapitan Smollett przyzna, że nie zmarnowałem czasu.
Tak rozmyślając i ożywiony dobrą otuchą, zacząłem kierować się ku stanicy i moim druhom. Pamiętałem, że najbardziej na wschód płynąca rzeczka spośród tych, które wpadają do przystani Kapitana Kidda, wypływa ze wzgórza o dwóch wierzchołkach po mej lewicy; przeto zwróciłem swe kroki w tę stronę, w której mogłem przejść rzeczułkę, jako że była tam jeszcze niegłęboka. Las był nader przejrzysty i rzadki, więc idąc wzdłuż skraju podnóża, okrążyłem niebawem załom wzgórka, a niedługo potem przebrnąłem nie sięgającą mi do kolan strugę.
W ten sposób znalazłem się w bliskości tego miejsca, gdzie spotkałem był „marona“ Benjamina Gunna. Odtąd szedłem uważniej, rozglądając się na wszystkie strony. Ciemność była wprost jakby dotykalna, a gdy spojrzałem na rozpadlinę między dwoma wierzchołkami, dostrzegłem ogień, migocący na tle nieba. Nasunęło mi się przypuszczenie, że to nasz wyspiarz gotował sobie wieczerzę na buzującem ognisku, i zdumiałem się w głębi serca, że ten człowiek jest na tyle nieostrożny. Przecież jeżeli ja dostrzegałem ów blask, to czyż mógł on ujść wzroku samego Silvera, który obozował na wybrzeżu pośród trzęsawisk?
Stopniowo noc stawała się coraz czarniejsza, więc czyniłem, co było w mej mocy, by choć z największemi trudnościami przedostać się do miejsca przeznaczenia. Rozdwojony wzgórek oraz szczyt Lunety po mej prawicy stawały się coraz mniej wyraźne, gwiazdy były blade i nieliczne, a w wądołach, przez które przechodziłem, potykałem się ustawicznie o krzaki i staczałem się po usypiskach piaskowych.
Naraz oblała mnie jakaś światłość. Spojrzałem wgórę: przyćmiony blask promieni księżycowych zajaśniał na szczycie Lunety, a wkrótce potem ujrzałem coś szerokiego i srebrzystego, co podnosiło się zwolna z poza drzew — poznałem, że wschodził księżyc.
Przy jego świetle przebyłem pośpiesznie tę część drogi, jaka pozostawała jeszcze przede mną. To idąc, to znów biegnąc, zbliżałem się z niecierpliwością do warowni. Wszakże, gdy zacząłem przedzierać się przez gąszcza, które ją opasują, miałem tyle rozwagi, że zwolniłem krok i szedłem z niejaką ostrożnością. Byłby to zaiste fatalny koniec mych przygód, gdyby miał mnie przez pomyłkę zastrzelić ktoś z mej własnej partji!
Księżyc wznosił się wciąż wyżej i wyżej, a jego blask począł słać się tu i owdzie płatami śród bardziej odsłoniętych spłachci lasu. Wprost przede mną pojawił się między drzewami odbłysk odmiennej barwy. Był on jaskrawy i silny, a od czasu do czasu nieco przygasał, jak gdyby to było przysypane popiołem i zawiane dymem żarzewie wielkiej sobótki. Dalibóg, odgadnąć nie mogłem, co to było takiego.

Wreszcie doszedłem do samej krawędzi wyrębu. Zachodni zakąt był już zalany światłem miesięcznem, reszta, w czem i sama stanica, pogrążona była w mrocznym cieniu, przekreślonym tu i owdzie podłużnemi smugami srebrzystej poświaty. Z jednej strony domu ogromne ognisko dopalało się doreszty, przyświecając jasno i rzucając nieustannie czerwone odbłyski, stanowiące silne przeciwieństwo z łagodną bladością księżyca. Nie było żywej duszy, nie było
— Ho ho! — ozwał się — to Kuba Hawkins, niech mnie piorun spali! (str. 238)
słychać najmniejszego szmeru, oprócz szumu wiatru.

Zatrzymałem się, przejęty zdziwieniem, a może i obawą. Nie było naszym zwyczajem zakładać duże ogniska, gdyż według rozporządzenia kapitana oszczędzaliśmy paliwa, przeto zacząłem się obawiać, że zaszło coś niedobrego podczas mej nieobecności.
Przekradłem się koło wschodniego narożnika, trzymając się cały czas w cieniu, a w dogodnem miejscu, gdzie mrok był najgęstszy, przelazłem przez palisadę.
Dla wszelkiej pewności układłem się na czworakach i poczołgałem się bez szelestu do węgła domu. Skoro podszedłem bliżej, serce moje doznało nagle wielkiej ulgi. Chrapanie samo przez się nie jest przyjemnym odgłosem i często kiedyindziej uskarżałem się na nie, lecz w owej chwili wydało mi się, że słyszę muzykę, gdy doszło do mych uszu głośne i spokojne chrapanie śpiących mych przyjaciół. Okrzyk straży nocnej na okręcie, owe przemiłe słowa: „Wszystko w porządku!“ nie podziałały na mnie nigdy bardziej uspokajająco.
Narazie jedna rzecz nie ulegała wątpliwości: pełniono tu wartę haniebnie opieszale. Gdyby tak Silver ze swymi drapichrustami podlazł pod ich stanowisko, żywa dusza nie doczekałaby brzasku dnia. Otóż co się dzieje (myślałem sobie), gdy kapitan jest raniony...!
I począłem znów łajać sam siebie surowo za opuszczenie ich w takiem niebezpieczeństwie, gdy było zamało ludzi do zaciągania straży.
Dotarłszy do dźwierzy, podniosłem się na równe nogi. Wewnątrz było ciemno, że, choć oko wykol, nie mogłem niczego rozeznać. Słuchem wyróżniałem za to nieprzerwany pomruk chrapiących i jakiś cichszy zrzadka powtarzający się odgłos jakby jakiegoś trzeszczenia czy stukania, z którego nie umiałem zdać sobie sprawy.
Wyciągnąwszy ręce przed siebie szedłem poomacku wciąż naprzód.
— Położę się na swojem miejscu — myślałem sobie, śmiejąc się w duszy — i rozraduję ich, gdy odnajdą mnie rano.
Posuwając się, zawadziłem o coś stopą — była to noga jednego ze śpiących; ów przewrócił się i stęknął, lecz się nie obudził.
Wtem zupełnie nieoczekiwanie z głębi ciemności wydarł się przeraźliwy głos:
— Talary! talary! talary! talary! talary! — i tak dalej, bez przerwy i odmiany, niby klekotanie młynka.
Kapitan Flint, zielona papuga Silvera!... Ją to słyszałem wpierw skrzeczącą na drążku czółna. Ona to teraz, strażując lepiej, niż jakakolwiek istota ludzka, oznajmiła swym jednostajnym wykrzykiem moje przybycie.
Nie miałem już czasu się ukryć. Na ostry, gardłowy krzyk papugi śpiący zbudzili się i porwali się z miejsca. Rozległo się siarczyste przekleństwo i głos Silvera:
— Kto idzie?
Zwróciłem się do ucieczki, ale zderzyłem się gwałtownie z jakąś osobą, odbiłem się i wpadłem prosto w objęcia drugiej, która ze swej strony zwarła ramiona i uchwyciła mnie jak w kleszcze.
— Przynieś żagiew, Dicku — rzekł Silver.
Byłem pojmany...
Jeden z ludzi opuścił stanicę i za chwilę powrócił z płonącem łuczywem.



CZĘŚĆ SZÓSTA.
KAPITAN SILVER
Rozdział dwudziesty ósmy.
W OBOZIE NIEPRZYJACIELSKIM.

Jaskrawy blask gorejącej głowni, oświecając wnętrze stanicy, pozwolił mi osądzić, że sprawdziły się najgorsze z mych przypuszczeń. Piraci zawładnęli domem i zapasami; w jednem miejscu stała, jak poprzednio, beczka koniaku, gdzieindziej zaś wędlina i chleb, co zaś dziesięciokrotnie powiększało moje przerażenie, nie było ani śladu jakiegokolwiek jeńca. Mogłem jedynie przypuszczać, że wszyscy zginęli, a serce gorzko mi wyrzucało, że mnie tu nie było, by zginąć wraz z nimi.
Było tam wszystkiego sześciu rozbójników, bo pozatem ani jeden z nich nie pozostał już przy życiu. Pięciu z nich stało na nogach, a byli czerwoni i opuchnięci na twarzy, znienacka wybici z pierwszego pijackiego snu. Szósty uniósł się tylko na łokciach: był trupio blady, a nasiąkła krwią przewiązka dokoła jego głowy świadczyła, że niedawno został raniony, a znacznie później go opatrzono. Przypomniałem sobie człowieka, który został postrzelony podczas wielkiego starcia i zbiegł pomiędzy drzewa; nie wątpiłem, że to ten sam.
Papuga usiadła na ramieniu Długiego Jana, czyszcząc sobie pierze. Sam jej właściciel, jak odniosłem wrażenie, wydawał się nieco bledszy i poważniejszy, niż zazwyczaj, gdy go widywałem. Odziany był jeszcze w piękny mundur z grubego sukna, w którym sprawował swe poselstwo, ale to jego ubranie wyglądało teraz znacznie gorzej, powalane gliną i porozdzierane na cierniach leśnych.
— Ho ho! — ozwał się — to Kuba Hawkins! Niech mię piorun spali! Złapał się ptaszek, zdaje się, hę? No, chodź, pogawędzimy sobie po przyjacielsku.
To rzekłszy, usiadł okrakiem na beczce wódki i począł nabijać fajkę.
— Pozwól-no tu łuczywo, Dicku — przemówił, a gdy miał już dość światła, dodał:
— Wystarczy, chłopcze; zatknij tę szczapę między stos drzewa, a wy, mości panowie, usiądźcie! — nie macie potrzeby wstawać przed panem Hawkinsem; on wam to daruje, bądźcie tego pewni. A więc, Kubo — tu wyjął z ust fajkę — jesteś tu! Sprawiłeś nader miłą niespodziankę biednemu, staremu Janowi. Poznałem, że jesteś zręczny, już wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałem na ciebie, ale to, co tu widzę, przechodzi wszelkie moje oczekiwania.
Na wszystko to, jak łatwo się domyślić, nie dawałem zgoła żadnej odpowiedzi. Oni ustawili mnie plecami do ściany i stałem tak, patrząc Silverowi w twarz z wielką na oko odwagą, lecz z czarną rozpaczą w duszy.
Silver z wielką powagą pociągnął kilkakroć fajki, a potem mówił znowu:
— Widzisz, Kubo, ponieważ jesteś tu, dam ci jedną radę. Zawsze cię lubiłem, tak jest, lubiłem jako dzielnego chłopca i jako mój własny obraz z czasów, gdy byłem sam młody i ładny. Zawsze chciałem, żebyś się do nas przyłączył, wziął swoją część i umarł jako wielki pan... a teraz, mój ptasiu, sam do rozumu przychodzisz. Kapitan Smollett jest doskonałym marynarzem, jak o tem przekonywałem się z każdym dniem, ale ma twardą rękę i lubi karność. „Obowiązek to obowiązek“ — powiada... i ma słuszność. Teraz ty uciekłeś od kapitana. Sam doktór ma z tobą na pieńku; powiadał: „niewdzięczny nicpoń“, gdy wspominał ciebie. Krótko mówiąc, cała historja tak się mniejwięcej przedstawia: nie możesz już wracać tam, gdziebyś chciał, bo oni cię już nie chcą... Zanim więc wyruszysz z trzecią drużyną okrętową na własną już rękę, a może sam jeden, musisz wpierw zawrzeć sojusz z kapitanem Silverem.
Póty wszystko szło dobrze. Zatem moi druhowie żyli, a choć częściowo wierzyłem w prawdziwość zapewnień Silvera, że partja „kajutowa“ była na mnie rozjątrzona za samowolne oddalenie się, jednakże to co usłyszałem, więcej mnie pocieszyło niż przygnębiło.
— Nie wspomnę ci już o tem, że jesteś w naszych rękach, — mówił dalej Silver — chociaż mamy cię w garści, możesz być tego pewny! Będę starał się przemówić ci do rozumu; nigdy nie widziałem, aby coś dobrego wyszło z pogróżek. Jeżeli ci się podoba służba u nas, to dobrze, przystań do mnie! a jeżeli nie, to masz, Jakóbku, prawo powiedzieć mi o tem szczerze i otwarcie! Z całą chęcią cię słucham, kamracie. Niech mnie piorun trzaśnie, jeżeli kiedy jakikolwiek żeglarz był bardziej uprzejmy ode mnie!
— Czy mam odpowiedzieć... na to wszystko? — zapytałem drżącym głosem. Mimo pochlebstwa i poufałości w jego gawędzie, czułem grozę śmierci, która wisiała nade mną, przeto lica mi gorzały, a serce biło mi boleśnie w piersiach.
— Chłopcze, — odparł Silver — nikt ciebie nie nagli. Ochłoń ze strachu i zastanów się. Nikt z nas nie pogania ciebie, żebyś się spieszył, przyjacielu. Czas płynie tak miło w twem towarzystwie... sam widzisz.
— Dobrze, — odpowiedziałem, nabierając nieco śmiałości. — Jeżeli mam wybierać, tedy zaznaczam, że mam prawo przekonać się, co i jak się to stało, skądeście wy tu się wzięli i gdzie są moi przyjaciele.
— Co i jak się stało? — powtórzył jeden ze zbójców, mruknąwszy coś pod nosem. — Ależ on się ucieszy, gdy się o tem dowie!
— Może będziesz trzymał język za zębami, gdy do ciebie nie gadają! — krzyknął Silver opryskliwie na niego, następnie zaś w tonie uprzejmym, jak przedtem, zaczął mi wyjaśniać rzecz całą:
— Wczoraj rano, panie Hawkins, podczas psiej warugi,[11] przybył do nas doktór Livesey z białą chorągwią i prawi: „Kapitanie Silver, jesteście bez wyjścia. Okręt odpłynął“. Otóż my akurat wtedy wzięliśmy się do szklanki i, przepijając do siebie, śpiewaliśmy sobie to i owo. Nie przeczę, że tak było. Dość na tem, że nikt z nas nie baczył, co się dzieje poza nami. W pewnej chwili patrzym, co się dzieje, aż ci tu, do pioruna! stary okręt gdzieś odpłynął. Nigdy w życiu nie widziałem podobnego zbaranienia pomiędzy żeglarską gromadą, a powiadam ci, że sam, dalibóg, najgorzej zbaraniałem. — „Dobrze“ mówi doktór — — „zawrzyjmy układ“. — Zawarłem więc z nim układ... i oto my teraz jesteśmy tutaj panami placu. Zapasy, wódka, paliwo, któreście byli dowcipni narąbać, słowem, cały (że tak powiem) rozkoszny statek od najwyższych wiązań aż do kilu... do nas teraz należy. Oni zaś gdzieś drapnęli i sam nie wiem, gdzie teraz przebywają.
Pociągnął znów spokojnie z fajki.
— A żebyś sobie nie myślał, — ciągnął dalej — że o tobie była mowa w układzie, to powiem ci, jakie były ostatnie słowa: „Ilu was mam przepuścić?“ — zapytałem. — „Czterech“ odpowiedział doktór — „czterech, z których jeden raniony. Co zaś się tyczy tego chłopca, to nie wiem, gdzie się on znajduje, więc go pominiemy (tak powiedział). Nie troszczę się o niego. Wieleśmy się i tak nacierpieli z jego powodu“. Takie były jego słowa.
— Czy to wszystko?
— Tak, to wszystko, co miałeś usłyszeć, mój synku — odrzekł Silver.
— A teraz czy mam wybierać?
— A teraz masz wybierać... a jakże! — rzekł Silver.
— Dobrze — odrzekłem — nie jestem tak głupi, żebym nie wiedział dobrze, jak się mam na to zapatrywać. Niech się stanie, co się stać może najgorszego... mało mnie to wzrusza. Zbyt wiele razy oglądałem śmierć, odkąd poznałem się z tobą. Mam ci jednak kilka rzeczy do powiedzenia (w tej chwili byłem bardzo podniecony), przedewszystkiem zaś to: Wpadłeś teraz w ciężkie opały, straciłeś okręt, skarb i ludzi... całe twoje przedsięwzięcie poszło na marne. Może chcesz wiedzieć, kto tego wszystkiego dokonał? Odpowiem ci — to ja! Ja to byłem w beczce jabłek tej nocy, kiedyśmy ujrzeli ląd i słyszałem ciebie, Janie, i ciebie, Dicku Johnsonie, i Handsa, który teraz leży na dnie morza; a zanim przeszła godzina, zameldowałem każde słowo, któreście mówili. Ja to również odciąłem cumę szonera, i ja pozabijałem ludzi, których zostawiliście na pokładzie... i ja zaprowadziłem okręt tam, gdzie ani ty ani żaden z was już go nigdy nie zobaczy. Mogę śmiać się z was szczerze, bo od początku miałem was w matni i nie boję się was więcej, jak muchy. Zabij mnie, Janie Silverze, albo oszczędź, jak ci się podoba. Lecz powiem ci jedną rzecz, nie więcej: jeżeli mnie oszczędzicie, wtedy to, co przeszło, będzie wam zapomniane, a gdy zaniechacie rozbojów, wtedy, kamraci, ocalę, kogo będę mógł spośród was! Do was należy wybór. Zabijajcie bliźnich i samym sobie wyrządzajcie szkodę, albo też oszczędźcie mnie, a otrzymacie poręczenie, że ocalicie się od szubienicy!
Przerwałem, gdyż, powiadam wam, zabrakło mi tchu w piersi. Ku memu zdziwieniu, żaden z nich się nie poruszył, lecz siedzieli, wlepiwszy we mnie oczy, jak trzoda owiec. A gdy się jeszcze tak gapili, podjąłem znów:
— A teraz, panie Silver, ponieważ uważam cię za najtęższego człowieka w tej oto gromadzie, przeto jeżeli moja sprawa przyjmie najgorszy obrót, będę cię prosił, żebyś był łaskaw powiadomić doktora.
— Będę o tem pamiętał — rzekł Silver z tak dziwnym odcieniem głosu, że, jak mi życie miłe, nie mogłem wyjaśnić, czy śmiał się z mej prośby, czy też był życzliwie nastrojony moją odwagą.
— Jedno mam jeszcze do dodania — zawołał stary marynarz o mahoniowej twarzy, nazwiskiem Morgan, którego widziałem niegdyś w karczmie Długiego Jana koło bulwarów w Brystolu. — To on poznał Czarnego Psa.
— Dobrze, słuchaj jeszcze — dodał kucharz okrętowy. — Ja ci powiem jeszcze coś innego, do pioruna! To jest ten sam chłopak, który wycyganił mapę od Billa Bonesa. Słowem, rozbiliśmy się na Kubie Hawkinsie, jak na rafie... i to we wszystkiem...
— Więc niech zginie! — rzekł Morgan, zakląwszy, i wyciągając nóż, podskoczył raźnie, jakby miał dwadzieścia lat.
— Wara! — krzyknął Silver. — Kimże ty jesteś, Tomaszu Morganie? Może sądzisz, że ty jesteś tu kapitanem, co? Nauczę cię moresu, do kroćset! Spróbuj okazać się nieposłusznym, a pójdziesz tam, gdzie już wielu tęgich ludzi poszło przed tobą... od pierwszego do ostatniego... w ciągu tych trzydziestu lat... Jedni skończyli na rejach, inni zrzuceni przez burtę do morza, a wszyscy poszli rybom na żer! Jeszcze nie było takiego człowieka, któryby śmiał stawać mi do oczu i dobrze na tem wyszedł... możesz być tego pewny, Tomaszu Morganie!
Morgan stanął jak wryty, lecz wśród innych wszczęło się głuche szemranie.
— Tomasz ma słuszność — rzekł jeden.
— Już dość długo gnębił mnie jeden tyran — dołożył drugi. — Niech mnie powieszą, jeżeli ty masz mnie jeszcze gnębić, Janie Silverze.
— Czy który z was, mości panowie, życzy sobie mieć ze mną do czynienia? — ryknął Silver, wychylając się daleko wprzód ze swej beczki i trzymając w prawej ręce jeszcze żarzącą się fajkę. — Powiedzcie wyraźnie, o co wam idzie; nie jesteście chyba głuchoniemi, jak sądzę. Ten, który czegoś żąda, dostanie, co mu się należy. Tyle lat żyję na świecie, a jakaś tam kufa rumu będzie mi urągać i stawać mi okoniem? Znacie na to sposób; jesteście przecie, jak się wam wydaje, „panami szczęścia“. Dobrze, jestem gotów! Kto się ośmiela, niech weźmie kordelas do ręki, a zobaczę kolor jego gnatów i bebechów, zanim ta fajka będzie próżna!
Nikt się nie ruszał, nikt nie odpowiadał.
— Tacy to jesteście? — mówił znów Silver, wkładając fajkę do ust. — Oho! aż miło na was patrzeć, no no! Do walki żaden z was niewiele sposobny!... Ale może rozumiecie angielszczyznę Jegomości króla Jerzego? Jestem waszym kapitanem z wyboru. Jestem waszym kapitanem, gdyż na wiele mil morskich wokoło jestem najlepszym marynarzem. Nie chcecie walczyć, jak przystało na „panów szczęścia“, więc, do pioruna, macie słuchać, a jakże! Ten chłopak niezmiernie przypadł mi do serca. Nigdy nie widziałem lepszego chłopca nad niego! Jest on lepszym mężczyzną, niźli dwóch takich jak wy, mazgaje przebrzydłe! A to wam jeszcze powiadam: niechno ujrzę, że ktoś z was tknie go choć palcem!... Tyle wam powiadam, a jakże!...
Nastała chwila ciszy. Stałem przy ścianie wyprostowany, jak struna. Serce biło we mnie, jak młot kowalski, lecz w głębi mej duszy świtać począł promyczek nadziei. Silver oparł się o ścianę, założywszy ręce i trzymając fajkę w kącie ust, tak spokojnie, jak gdyby znajdował się w kościele, lecz oko jego błądziło wciąż ukradkiem, spoglądając z ukosa na niesfornych towarzyszy. Oni ze swej strony coraz bardziej skupiali się w najdalszym kącie stanicy, a cichy szept ich rozmowy pobrzmiewał nieprzerwanie w mem uchu, jak szmer potoka. To jeden, to drugi podnosił na chwilę oczy, a czarny blask głowni padał przelotnie na ich nerwowe twarze; spoglądali jednak nie na mnie, lecz na Silvera.
— Zdaje mi się, że chcecie mi coś powiedzieć — zauważył Silver, splunąwszy daleko przed siebie. — Wyśpiewajcie wszystko, niechno usłyszę, albo dajcie sobie spokój.
— Przepraszam, mości panie — odparł jeden z nich. — Zanadto sobie poczynasz samodzielnie w stosunku do naszych praw; może będziesz łaskaw być ostrożniejszy na przyszłość. Ci oto ludzie są niezadowoleni; ci oto ludzie nie pozwolą, ażeby im w kaszę dmuchać; ci oto ludzie mają prawa narówni z innemi załogami, powiem ci otwarcie, a według naszych własnych praw, jak sądzę, możemy z sobą porozmawiać. Przepraszam cię, panie, (uznając cię narazie jako kapitana), lecz domagam się swego prawa i wychodzę na naradę.
I złożywszy przesadny ukłon marynarski, ów drab, rosły mężczyzna lat trzydziestu pięciu, o zniszczonej twarzy i żółtawych oczach, poszedł spokojnie do drzwi i zniknął poza domem. Reszta poszła kolejno za jego przykładem, a każdy przechodząc oddawał ukłon i mówił coś na swoje usprawiedliwienie.
— Według prawa — rzekł jeden.
— Narada kasztelu![12] — rzekł Morgan.
I tak bez żadnych uwag czy czegoś podobnego wyszli wszyscy jeden za drugim, zostawiając Silvera i mnie samych przy blasku łuczywa.
Kucharz wyjął naraz fajkę z ust.
— Popatrz-no, Kubo Hawkinsie — ozwał się szeptem ledwo dosłyszalnym — byłeś już o pół piędzi od śmierci i, co rzecz gorsza, od tortur. Oni mają zamiar mnie obalić, lecz, zakarbuj sobie w pamięci, ja będę stał przy tobie, cokolwiek nas spotka! Nie miałem takiego zamiaru, nie... aż dopiero, gdy ty przemówiłeś. Byłem prawie zrozpaczony, że straciłem tak wiele i że zostałem zmuszony do układów. Ale widzę, że z ciebie zuch nielada! Powiedziałem sobie: Janie, stań przy Hawkinsie, a Hawkins stanie przy tobie! Ty jesteś, Janie, ostatnią jego kartą, a on twoją, do jasnego pioruna! Wet za wet, powiadam sobie. Ocalisz swego świadka, a on ocali twoją szyję!
Zacząłem, jak przez mgłę domyślać się, o co chodzi.
— Myślisz, że wszystko stracone? — zagadnąłem.
— Tak, u licha, tak myślę! — odpowiedział. — Okręt stracony, to i szyja stracona... Taki jest sens wszystkiego. Gdy spojrzałem na zatokę, Kubo Hawkins, i nie zobaczyłem statku, to choć jestem wytrzymały, jednak upadłem na duchu... Co się zaś tyczy tej zgrai i jej narad, wierzaj mi, że są to sami głupcy i tchórze. Uratuję twoje życie... o ile stanie się wszystko, co w mej mocy. Lecz pamiętaj, Kubo, że płacić trzeba pięknem za nadobne! Ty musisz uratować Długiego Jana od szubienicy.
Byłem oszołomiony; tak beznadziejne wydawało się to, o co prosił — on, stary korsarz, a do tego herszt bandy!...
— Uczynię, co w mej mocy! — odpowiedziałem.
— To mi układ! — krzyknął Długi Jan. — Mówisz prosto z mostu śmiało i... do pioruna! mam szczęście!
Pokusztykał do żagwi, zatkniętej w stos drzewa, i zapalił znów fajkę.
— Chciej mnie zrozumieć, Kubo — odezwał się, powracając. — Mam ci ja głowę na karku... tak, mam. Jestem teraz po stronie dziedzica. Wiem, że ukryłeś okręt gdzieś w bezpiecznem miejscu. Jak tego dokazałeś, nie wiem, ale wiem, że okręt jest bezpieczny. Jestem pewny, że Hands i O’Brien okazali się skończonymi durniami. Nigdy nie miałem wielkiego mniemania o żadnym z nich. Teraz uważaj. Nie będę o nic pytał, ani nie pozwolę innym pytać. Wiem, gdzie się ta gra kończy, tak, wiem... i znam chłopca, który jest wielkim chwatem. Tym chłopcem — jesteś ty! Ty i ja możemy razem zdziałać siła dobrego!
Utoczył nieco koniaku z beczki do cynowego kubka.
— Nie skosztujesz, druhu? — zapytał, a gdy odmówiłem, rzekł:
— Dobrze, a więc wypiję sam, Kubo. Potrzeba mi pomocnika, gdyż mam kłopot nielada... A gdy mowa o kłopocie... powiedz mi, Kubo, czemu ten doktór dał mi mapę?
Na mojej twarzy odbiło się tak szczere zdziwienie, że Silver widział daremność dalszych zapytań.
— No tak... w każdym razie to zrobił — rzekł. — Ale niewątpliwie coś się kryje, Kubo, coś się kryje w tem... złego czy dobrego.
I łyknął znów gorzałki, potrząsając piękną szpakowatą głową, jak człowiek, który jest przygotowany na najgorsze rzeczy.



Rozdział dwudziesty dziewiąty.
ZNÓW CZARNA PLAMA.

Narada opryszków przeciągała się czas jakiś. Wkońcu jeden z nich wkroczył znów do izby i powtarzając ten sam ukłon, który w moich oczach miał znamię szyderstwa, poprosił o pożyczenie mu na chwilę łuczywa. Silver zezwolił krótkiem mruknięciem, a wysłannik oddalił się spowrotem zostawiając nas wespół w ciemności.
— Nadciąga wiatr, Kubo — ozwał się Silver, który tymczasem przyswoił sobie zupełnie przyjazny i poufały ton głosu.
Przysunąłem się do najbliższej strzelnicy i wyjrzałem na dwór. Zarzewie ogniska dogorywało ostatkami i tliło się tak ciemno przy samej ziemi; rzecz więc zrozumiała, że spiskowcy potrzebowali pochodni. Mniej więcej w połowie drogi na pochyłości horodyszcza zebrali się w gromadkę; jeden trzymał światło, a drugi pośrodku klęczał; widziałem, jak ostrze otwartego noża połyskiwało w jego dłoni, mieniąc się barwami w blasku księżyca i żagwi. Inni byli nieco zgarbieni, jak gdyby śledzili poruszenia tamtego. Zdołałem dostrzec, że miał on w ręce prócz noża jakąś książkę. Zachodziłem w głowę, skąd przyszli do posiadania rzeczy tak niezgodnej z ich trybem życia, gdy wtem postać klęcząca podniosła się znów na nogi i cała gromada ruszyła hurmem ku budynkowi.
— Nadchodzą tutaj — oznajmiłem i powróciłem do poprzedniej postawy, gdyż zdawało mi się, że nie licowałoby to z moją godnością, gdyby oni przekonali się, że ich podglądam.
— Dobrze, chłopcze, niech przyjdą — niech przyjdą — rzekł Silver wesoło; — jeszcze mam naboje w puzderku.
Drzwi się otwarły, a pięciu ludzi stanęło kupą koło samego wnijścia, wypychając wprzód jednego ze swej liczby. W każdej innej okoliczności mogłoby wyglądać pociesznie jego powolne posuwanie się naprzód: każdy krok stawiał z wahaniem, ale dzierżył wciąż przed sobą zaciśniętą pięść.
— Podejdź-no, dryblasie! — zawołał Silver. — Przecież cię nie zjem. Daj mi to, kpie! Znam prawo... nie znieważę posła!
Tak zachęcony, opryszek postąpił naprzód raźniej i podawszy coś Silverowi z ręki do ręki, czmychnął co rychlej do swych towarzyszy.
Kucharz spojrzał na to, co mu wręczono.
— Czarna plama! Tak sobie myślałem — odezwał się. — Ale skądżeście to zarwali taki papier? Hola! cóż to? patrzcie-no! To niedobrze świadczy! Wycięliście to z Biblji! Jakiż to dureń pociął Biblję?
— O, to to! — rzekł Morgan — to właśnie! Co mówiłem? Mówiłem, że nic dobrego z tego nie wyniknie.
— Tak, samiście już to powiedzieli między sobą — mówił dalej Silver. — Zdaje mi się, że będziecie wszyscy wisieć. Któryż to głupiec miał Biblję?
— To Dick — rzekł jeden.
— To Dick? Tedy Dick może odmawiać pacierze rzekł Silver. — Dick zepsuł własne szczęście; tak, możecie być tego pewni.
Lecz tu przerwał mu ów sążnisty drab z żółtemi oczyma.
— Zaprzestań tej gawędy, Janie Silverze. Ci oto ludzie na pełnem zebraniu uchwalili wręczyć ci czarną plamę, jak mówią nasze prawa; przed chwilą, jak mówią prawa, rozwinąłeś ją i odczytałeś, co tam było napisane. Teraz możesz mówić.
— Dziękuję ci, Jerzy — odparł kucharz. — Zawsze byłeś prędki do czynu i całem sercem przywiązany byłeś do naszych praw, i to mi się w tobie, Jerzy, bardzo podoba. No, w każdym razie, cóż to jest takiego? Aha! „Pozbawiony dowództwa“ — tylko tyle? Bardzo pięknie napisane, zapewne! jak drukowane, słowo daję! Czy to twoje pismo, Jerzy? Oho, stałeś się już przywódcą tej drużyny! Będziesz wkrótce kapitanem, niema co się dziwić. A teraz użyczcie mi znów tej głowni... co, nie łaska? Fajka nie chce mi się palić.
— Chodź-no teraz; — rzekł Jerzy — nie będziesz już obałamucał mej drużyny. Jesteś wymownym człowiekiem, nikt ci tego nie odmawia, lecz teraz jesteś już zrzucony z dowództwa i może raczysz zejść z tej beczki, by wziąć udział w głosowaniu!
— Powiedziałeś pono, że znasz nasze prawa — odciął się Silver z pogardą. — Jeżeli ty ich nie znasz, to przynajmniej ja je znam... więc zostanę tutaj, ponieważ jestem jeszcze waszym kapitanem, (wiedzcie o tem!), póki nie uzasadnicie swych zażaleń... A tymczasem wam odpowiem, że wasza czarna plama nie jest warta i jednego suchara. Co potem, zobaczymy!
— Eh! — odrzekł Jerzy — nie jesteś jeszcze naszym więźniem; jesteśmy tu wszyscy równi i jako tacy, mówimy... bez używania przemocy. Po pierwsze, naszą wyprawę zamieniłeś w rzeź... Musiałbyś być człowiekiem bezczelnym, gdybyś temu zaprzeczył! Powtóre, wypuściłeś bezinteresownie nieprzyjaciela z tej pułapki. Dlaczego chcieli oni wyjść stąd? Nie wiem tego, ale pewnie ułożyli sobie jakiś zmyślny plan... Po trzecie, nie pozwoliłeś nam iść na nich przez moczary. Przeniknęliśmy cię nawskroś, Janie Silverze. Chcesz obłowić się zdobyczą — w tem twoja wina. Wreszcie, po czwarte, oto ten chłopak...
— Czy to wszystko? — zapytał Silver spokojnie.
— Chyba wystarczy — obruszył się Jerzy. — Wszyscy będziemy wisieć i prażyć się na słońcu za twoją nieudolność.
— Dobrze, dobrze, a teraz uwaga! Odpowiem wam na te cztery punkty; odpowiem na każdy zosobna. A więc tę wyprawę zamieniłem na rzeź... wszak tak? Dobrze, powiem wam na to, żeście wszyscy wiedzieli i wiecie, czego chciałem; i wszyscy wiecie, że gdyby tak się było stało, jak mówiłem... gdybyśmy byli na pokładzie Hispanioli tej nocy, jak zawsze, wszyscybyśmy żyli i bylibyśmy dobrej myśli, mając wbród jadła i napoju, a skarb byłby już złożony na okręcie, do kroćset! Kto mi się sprzeciwiał? Kto mnie przymuszał, choć byłem prawie kapitanem? Kto wręczał mi czarną plamę w tym dniu, kiedyśmy lądowali, i rozpoczął tę zabawę? Ach, były to ładne pląsy... już tu do was należę... skończą się tańcem na stryczku... w Doku Stracenia koło Londynu... tak jest! Ale kto to uczynił? Anderson i Hands i ty, Jerzy Merry! Jesteś najmłodszym marynarzem z całej tej warcholskiej drużyny... i ty masz, u djaska, tyle bezczelności, że zadzierasz nosa i chcesz być kapitanem nade mną? Ty, który zaprzepaściłeś całą naszą gromadę?! Do kroćset! To nie doprowadzi do niczego!...
Silver umilkł, a z twarzy Jerzego i jego wspólników poznałem, że słowa te nie przeszły bez skutku.
— Tyle co do punktu pierwszego — krzyczał oskarżony, ocierając pot z czoła, gdyż mówił z taką gwałtownością, że cały dom trząsł się w posadach. — Słowo wam daję, że już mi obrzydło wciąż tak przemawiać do was. Nie macie ani pamięci, ani oleju w głowie i nie mogę sobie wyobrazić, jak każdemu z was matka pozwoliła zostać marynarzem... Marynarze!... Panowie szczęścia!... Zdaje mi się, że krawiecczyzna powinna być waszem rzemiosłem!
— Do rzeczy, Janie — pohamował go Morgan. — Odpowiedz na inne zarzuty.
— Ach, inne! — odparł Jan. — O, to też ładne figle, nieprawdaż? Mówicie, że ta wyprawa była partacka. Ach, u licha, gdybyście mogli zdać sobie sprawę, jak doprawdy była partacka, wtedybyście dopiero zobaczyli!... Jesteśmy tak blisko szubienicy, że szyja mi cierpnie, gdy o tem myślę... Może będziesz widział ich skutych i powieszonych... Ptactwo krąży nad nimi, a żeglarze pokazują palcami na nich, płynących z falą. — „Kto to?“ — zapytał ktoś. „To? a jakże, to zwłoki Jana Silvera. Znałem go dobrze“ odpowiada drugi. A ty słyszysz, jak dzwonią kajdanki, gdy sam idziesz na stracenie i już, już masz zadyndać. Oto, co nas czeka dzięki niemu i Handsowi i Andersenowi i innym głuptasom z waszego grona. A jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś w sprawie punktu czwartego, to jest, o tym chłopcu, owszem, do kroćset! czy nie jest on zakładnikiem? Czy mamy pozbawiać się zakładnika? Nie, nie, żadną miarą! on może być ostatnią naszą deską ratunku — nicby w tem nie było dziwnego. Zabijać tego chłopca? Nie, ja tego nie uczynię, kamraci! A punkt trzeci? O, o punkcie trzecim możnaby dużo powiedzieć. Może to uważacie za nic, że przychodzi tu codzień prawdziwy, kolegjalny doktór, aby was opatrzyć... ciebie, Janie, z tą porąbaną głową, albo ciebie, Jerzy Merry, który przed sześciu godzinami miałeś dreszcze febry, a w tej chwili masz oczy, jak skórka cytrynowa? A może nawet nie wiedziałeś, że przybył nam sprzymierzeniec? Tak jednak jest w istocie, a niebawem zobaczymy, kto będzie się cieszył z zakładnika, gdy przyjdzie do czego. Co się zaś tyczy punktu drugiego, to jest, dlaczego zawarłem układ... A jakże!... czołgaliście się przede mną na kolanach, ażebym go zawarł... na klęczkach czołgaliście się, tak upadliście na duchu... i umarlibyście z głodu, zresztą, gdybym tego nie uczynił... Lecz to drobnostka! zważcie-no... otóż dlaczego!
I rzucił na ziemię papier, który poznałem natychmiast. Było to nic innego, jak mapa na żółtym papierze, z trzema czerwonemi krzyżykami, którą znalazłem w ceratowem zawiniątku na dnie kufra kapitana. Nie mogłem jednak odgadnąć, czemu doktór mu ją podarował.
O ile jednak dla mnie było to nierozwikłaną zagadką, o tyle dla pozostałych przy życiu buntowników jej ukazanie się było czemś nieprawdopodobnem. Rzucili się na nią, jak koty na mysz. Jeden wydzierał ją drugiemu i przechodziła z rąk do rąk, a sądząc z przekleństw, krzyków i dziecinnych śmiechów, które towarzyszyły temu przyglądaniu się, możnaby przypuszczać, że nietylko dotykali palcem samego złota, lecz, że bezpiecznie płynęli z nim przez morze.
— Tak, to spewnością Flint rysował — rzekł jeden. — To jego litery: J. F., a poniżej wycięcie z węzełkiem do niego przyklejonym; on tak zawsze robił.
— Bardzo pięknie — ozwał się Jerzy. — Lecz jak mamy się z tem stąd wydostać, nie mając okrętu?...
Silver skoczył nagle na równe nogi i opierając się dłonią o ścianę, krzyknął:
— Teraz ja ci daję ostrzeżenie, Jerzy! Jeszcze jedno zuchwałe słowo z twej strony, a wyzwę cię i będę z tobą walczył. Jak? To ja mam wiedzieć? Tyś winien mi na to odpowiedzieć — ty i drudzy, którzy zaprzepaścili mi okręt przez swoje wtrącanie się... żeby was choroba!... Lecz tybyś i odpowiedzieć na to nie umiał... Nie masz nawet tyle rozumu, co plugawy karaluch! W każdym razie jednak mógłbyś i powinieneś mówić nieco grzeczniej, Jerzy Merry... a jakże!
— To pięknie! — rzekł stary Morgan.
— Pięknie! chyba że tak! — odparł kucharz. — Wyście zgubili okręt, a ja znalazłem skarb. Kto z nas lepszy? A teraz, do pioruna, zrzekam się dowództwa! Wybierajcie kogo chcecie na kapitana, ja już mam dość tego!
— Silver! — krzyknęli wszyscy. — Patelnia kapitanem!... Patelnia kapitanem!
— Oho, tak teraz śpiewacie! — zawołał kucharz. — Jerzy, sądziłem, że będziesz oczekiwał innego obrotu sprawy. Szczęście twoje, że nie jestem mściwy... Nigdy nie miałem tego zwyczaju... A teraz, druhowie, ta czarna plama?... To nie bardzo dobrze wróży? prawda? Dick miał nieszczęście zniszczyć Biblję...
— Czy teraz trzeba będzie całować tę księgę? — mruknął Dick, który był widocznie niezadowolony z klątwy, którą ściągnął na siebie.
— Biblję z wyciętą kartką! — zadrwił Silver. — Nie, nie trzeba. Ona nie obowiązuje do niczego więcej, jak zbiorek ballad.
— Naprawdę? ejże! — zawołał Dick jakby radośnie. — W każdym razie myślę, że i tak ma swoją wartość.
— Jakóbku, mam tu coś ciekawego dla ciebie — rzekł Silver, podając mi skrawek papieru.
Był on okrągły, mniejwięcej wielkości korony srebrnej. Jedna strona była biała, gdyż była to ostatnia kartka, druga zaś zawierała kilka wierszy z Objawienia św. Jana, między innemi zaś te słowa, które silnie wryły mi się w pamięci, gdy byłem w domu: „A precz pójdą łupieżcy i złoczyńcy“. Strona ta była poczerniona węglem drzewnym, który począł się już ścierać, brudząc mi palce; na odwrocie zaś tem samem czernidłem wypisano słowa: „Pozbawiony dowództwa“. Przechowuję po dziś dzień u siebie tę osobliwość, lecz obecnie nie pozostało ani śladu pisma oprócz jednego skrobnięcia, jakby zrobionego paznokciem dużego palca.
Tak się zakończyły nocne zajścia. Wkrótce potem, wypiwszy koleją, ułożyliśmy się na spoczynek, a objawem zemsty Silvera było postawienie Jerzego Merry na warcie i zagrożenie mu śmiercią, gdyby okazał się niesumienny.
Sporo czasu upłynęło, zanim zmrużyłem oczy. Bóg wie, żem wiele myślał o człowieku, którego zabiłem popołudniu, broniąc się w niebezpieczeństwie, a nadewszystko o tej dziwnej grze, którą, jak widziałem, rozpoczął Silver — jedną ręką trzymając w ryzach buntowników, a drugą chwytając się wszelkich możliwych sposobów, ażeby zawrzeć pokój i uratować swe nędzne życie. On sam spał spokojnie i głośno chrapał! ja natomiast martwiłem się o niego, mimo jego wszystkich występków, myśląc o czarnych niebezpieczeństwach, które go otaczały i o haniebnej szubienicy, która go oczekiwała.



Rozdział trzydziesty.
SŁOWO HONORU.

Obudziłem się — ściślej mówiąc, obudziliśmy się wszyscy, gdyż zobaczyłem, że nawet wartownik drgnął i zerwał się z miejsca, gdzie spoczywał, oparty o węgar drzwi — posłyszawszy wyraźny, dziarski głos, nawołujący nas od rubieży lasu.
— Hola, szałas! Doktór idzie!
Istotnie był to doktór. Choć uradowałem się, słysząc ten głos, jednak moja radość nie była bez domieszki goryczy. Zmieszałem się, wspomniawszy moje nieposłuszeństwo i nieszczerość, a gdy uprzytomniłem sobie, do czego mnie ono przywiodło — pomiędzy jakie towarzystwo i w jakie niebezpieczeństwa mnie wtrąciło — uczułem, że wstydzę się spojrzeć doktorowi w oczy.
Musiał wstać ze snu jeszcze pociemku, gdyż na niebie dopiero świtał dzień, a gdy podbiegłem ku strzelnicy i wyjrzałem przez nią na świat, zobaczyłem go stojącego, jak przedtem Silver, po kolana w unoszącej się mgle.
— Aa, to pan, panie doktorze! Dobry dzionek panu! — zawołał Silver, wyspany i promieniejący dobrym humorem. — Pogodnie i wcześnie, a jakże!
Ranny ptaszek łatwo zdobywa sobie pożywienie, jak mówi przysłowie. Jerzy, wyciągnij-no swoje pedały, mój synku, i pomóż doktorowi Liveseyowi dostać się do nas. Wszystko ma się dobrze... Wszyscy pańscy pacjenci zdrowi i weseli...
Tak trajkotał, stojąc na szczycie wzgórza, wsparty szczudłem pod pachą, jedną rękę trzymając na ścianie stanicy, zupełnie dawny Jan z głosu, układności i wyrazu twarzy.
— Mamy tu dla pana wielką niespodziankę — ciągnął dalej. — Mamy tu małego przybysza... He! he! Nowy okrętnik i domownik, panie szanowny, a wygląda tęgo i raźnie, ten smyk! Spał, jak nadzorca towarów, koło samego Jana... Leżeliśmy, jak dwie kłody, przez całą noc!...
Doktór Livesey przeszedł tymczasem przez palisadę i był już niedaleko od kucharza. Zauważyłem zmianę w jego głosie, gdy zagadnął:
— Czy nie Kuba?
— Kuba... we własnej osobie — odpowiedział Silver.
Doktór stanął jak wryty, ale nic nie mówił i upłynęło kilka sekund, zanim zdawał się już zdolnym do poruszenia się dalej.
— Dobrze, dobrze — odezwał się nakoniec — najpierw obowiązek, a później przyjemność, jakbyś spewnością sam powiedział, Silverze. Obejrzyjmy tych waszych pacjentów.
W chwilę później wkroczył do budynku i skinąwszy mi surowo głową, zajął się chorymi. Nie czuł się zgoła zakłopotany, choć musiał wiedzieć, że życie jego pośród tych zdradzieckich złoczyńców wisiało na włosku. Gawędził ze swymi pacjentami w ten sposób, jakby odbywał zwyczajną zawodową wizytę w spokojnej rodzinie angielskiej. Jego obejście, zdaje mi się, podziałało na łotrzyków, gdyż odnosili się do niego tak, jak gdyby nic nie było zaszło — jak gdyby on był jeszcze lekarzem okrętowym, a oni wiernymi marynarzami, kwaterującymi na przodzie statku.
— Ty już przychodzisz do zdrowia! — rzekł do junaka z obwiązaną głową. — Jeżeli kto, to ty masz jędrną czaszkę; łeb twardy, jak żelazo!... No, Jerzy, jak ci się powodzi? Ładną masz cerę, niema co mówić, ho ho! wątroba nie w porządku. Czy zażywałeś lekarstwo? Ludzie, czy on zażywał to lekarstwo?
— Tak, tak, panie łaskawy, zażywał! — odpowiedział Morgan.
— Bo, widzicie, odkąd jestem lekarzem buntowników, czyli lekarzem więziennym, jak wolę się nazywać, — mówił doktór Livesey z najuprzejmiejszą miną — uważam sobie za punkt honoru nie zmarnować ani jednego człowieka, podległego królowi Jerzemu (niech Bóg ma go w swej opiece!) i kandydującego do szubienicy!
Drapichrusty spojrzeli po sobie, lecz przełknęli w milczeniu tę gorzką pigułkę.
— Dick czuje się niedobrze — rzekł jeden.
— Niedobrze? — powtórzył doktór. — Chodźno tu, Dicku, pokaż mi język! Nie, byłbym bardzo zdziwiony, gdyby czuł się dobrze! Jego język mógłby straszyć Francuzów. Znowu febra.
— O, tak! — westchnął Morgan. — Wszystko to poszło ze znieważenia Biblji.
— To poszło z tego, że jesteście skończonemi osłami — zakpił doktór — i macie tak przytępione zmysły, iż nie odróżniacie uczciwego powietrza od zatrutego, a suchego lądu od obrzydliwego, zaraźliwego bagna. Uważam za rzecz wysoce prawdopodobną (lecz to jest jedynie przypuszczenie), że wszyscy pójdziecie do djabła, zanim odwykniecie od przestawania z tą malarją. Obozować na trzęsawiskach... Słyszane rzeczy! Silver, tobie bardzo się dziwię. Jesteś rozsądniejszy od wielu, wziąwszy was wszystkich razem, lecz zdaje mi się, że brak ci początkowego wykształcenia z zakresu higjeny. No, dobrze! — dodał, gdy już każdemu dał jakąś pigułkę, a oni przyjęli jego przepisy ze śmieszną zaiste pokorą, podobni bardziej do chłopców z ochronki, aniżeli do skalanych krwią rokoszan i piratów. — Dobrze, na dziś to wystarczy! A teraz życzyłbym sobie za waszem pozwoleniem porozmawiać z tym chłopcem.
I skinął niefrasobliwie głową w moją stronę.
Jerzy Merry stał w drzwiach, spluwając i mrucząc coś spowodu lekarstwa o niemiłym smaku, lecz na pierwsze słowo propozycji doktora obrócił się wzburzony do głębi, i wrzasnął: „Niee!“ — dorzucając jakieś przekleństwo.
Silver uderzył dłonią w beczkę.
— Mil-czeć! — ryknął z wściekłością, a był w tej chwili podobny do lwa. — Doktorze — mówił dalej, już zwykłym tonem, — właśnie o tem myślałem, wiedząc, jak pan lubi tego chłopca. Jesteśmy panu serdecznie wdzięczni za jego łaskawość, a jak pan widzi, pokładamy w panu ufność i przełykamy te gorzkie leki, niby szklanki grogu. I otóż wiem, jak należy postąpić. Hawkins, czy dasz mi słowo honoru, jako młody kawaler (bo jesteś młodym kawalerem, mimo żeś z ubogiej rodziny!), słowo honoru, że nie uciekniesz?
Chętnie dałem żądaną porękę.
— A więc, doktorze — rzekł Silver — pan teraz wyjdzie poza palisadę, a gdy już pan tam będzie, wtedy przyprowadzę panu chłopca pod sam częstokół z tej strony i sądzę, że będziecie mogli porozmawiać przez tę zaporę. Do widzenia panu!... Wyrazy szacunku dla pana dziedzica i kapitana Smolletta.
Objawy niezadowolenia, utrzymywane dotąd w karbach jedynie srogiemi spojrzeniami Silvera, wybuchły znów z całą siłą, ledwo doktór wyszedł z domu. Jednogłośnie poczęto oskarżać Silvera o podwójną grę — że stara się zawrzeć odrębny pokój na własną rękę — że poświęca interesy swych wspólników i ofiar — słowem o to samo — kubek w kubek, co istotnie czynił. Opór wydał mi się tym razem tak silny, że nie mogłem sobie wyobrazić, jak on zamierza odwrócić od siebie ich zawziętość. Lecz był on conajmniej dwakroć sprytniejszy od pozostałych, a zwycięstwo, uzyskane zeszłej nocy, zapewniło mu ogromną przewagę nad ich umysłami. Zwymyślał ich ostatniemi słowami od głupców i ciemięgów, powiadał, że to rzecz konieczna, bym rozmawiał z doktorem, — powiewał im mapą przed oczyma, zapytywał, czy czują się na siłach, by łamać układ tego samego dnia, w którym mieli wyruszyć na poszukiwanie skarbu...
— Nie, u licha! — krzyczał — zerwiemy układ wtedy, gdy przyjdzie stosowna pora. Aż do tego czasu muszę mamić tego doktora, jeżeli mam go całkiem skaptować...
Poczem rozkazał im zapalić ognisko i wykulał się na szczudle z domu, trzymając rękę na mem ramieniu. Towarzyszów swoich pozostawił w kłótni, raczej uciszonych jego zręcznością, aniżeli przekonanych.
— Pomału, mój chłopcze, pomału — rzekł do mnie. — Oni mogą w mgnieniu oka zwrócić się przeciw nam, jeżeli zobaczą, że się tak kwapimy.
Szliśmy więc bardzo ostrożnie naprzełaj przez piasek aż do tego miejsca, gdzie po drugiej stronie palisady czekał na nas doktór. Gdy już byliśmy w takiej odległości, że można było z łatwością rozmawiać, Silver zatrzymał się i przemówił:
— A więc, panie doktorze, proszę teraz słuchać, a ten chłopak opowie panu, jak ocaliłem jego życie i nawet za to zostałem usunięty... może pan być tego pewny... Panie doktorze, gdy kto tak daleko się zagalopował, jak ja... gdy, rzec można, bawi się w chowanego ze śmiercią... pan chyba nie sądzi, że zbyt wielką łaską dlań będzie jedno życzliwe słowo? Niech pan będzie łaskaw zważyć, że teraz chodzi nietylko o moje życie... bo oto w zakład jest dane życie tego chłopca... Niech więc pan, panie doktorze, mówi dobrze o mnie i udzieli mi choć promyka nadziei... przez litość!...
Silver zmienił się nie do poznania, ledwo oddalił się od budynku i odwrócił się plecami do swych towarzyszy. Policzki jak gdyby mu się zapadły, głos stał się drżący — nie widziałem nigdy człowieka równie przerażonego.
— Cóż to, Janie, czy się boisz? — zapytał doktór Livesey.
— Doktorze, nie jestem tchórzem; nie, nie — nie jest tak źle! — i strzyknął palcami. — A gdybym się bał, nigdybym tego nie powiedział. Lecz ja mam wisieć!... czuję już drgawki wisielcze! Pan jest dobrym i prawdomównym człowiekiem... nigdy nie widziałem lepszego! Pan nie zapomni, co uczyniłem dobrego... a niemniej pan zapomni, co zrobiłem złego. Ja już odejdę nabok... niech pan patrzy... i zostawię pana z Kubą sam na sam. A pan niech to policzy na moją korzyść, gdyż jestem teraz w wielkiej niedoli!
Tak mówiąc, poszedł nieco wtył, aż znalazł się w takiej odległości, gdzie już nie dochodził głos naszej rozmowy. Tu usiadłszy na kłodzie drzewnej, począł gwizdać, kręcąc się raz po raz w tę lub ową stronę, przyczem kierował wzrok to na doktora i na mnie, to znów na swych niesfornych prostaków, uwijających się po piasku między ogniskiem, które gorliwie rozdmuchiwali, a budynkiem, z którego wynosili wciąż wędlinę i suchary, by przyrządzić śniadanie.
— Tak, Kubo — przemówił doktór smutno. — Tu się znalazłeś! Jakiegoś piwa sobie nawarzył, takie teraz musisz wypić, mój chłopcze! Bóg mi świadkiem, że nie mam serca, żeby cię łajać. Powiem ci tylko jedną rzecz, mniejsza o to, czy miłą, czy nie miłą: gdy kapitan Smollett był zdrów, nie odważyłeś się odejść, a gdy był ranny i nie mógł ci nic zrobić, na świętego Jerzego, postąpiłeś sobie zgoła po tchórzowsku!
Przyznam się, że w tej chwili zacząłem płakać.
— Doktorze — odezwałem się — mógłby pan mnie oszczędzać! Sam już dość sobie czyniłem wyrzutów; życie moje jest bądź co bądź narażone na szwank i jużbym teraz nie żył, gdyby Silver nie stanął w mej obronie. A wierz mi pan, panie doktorze, że mogę umrzeć... powiem, że na to zasłużyłem... ale boję się tortur... Jeżeli oni zechcą mnie męczyć...
— Kubo — przerwał doktór, a głos mu się całkiem zmienił. — Kubo, ja na to nie mogę pozwolić. Przejdź na tę stronę i uciekniemy stąd...
— Doktorze — odpowiedziałem — dałem słowo honoru.
— Wiem, wiem — zawołał. — Nie możemy na to nic poradzić teraz, mój Kubusiu! Ale biorę to na swą głowę, było nie było, i hańbę i naganę, mój chłopcze... ale przejdź tutaj, nie mogę cię opuścić. Umykaj! Jeden skok, a oddalimy się i będziemy uciekać, jak antylopy.
— Nie! — odparłem. — Pan sam nie dopuściłby się czegoś podobnego — niemasz w tem wątpliwości... ani pan, ani dziedzic, ani kapitan — tem mniej ja... Silver mi zaufał, dałem słowo, więc powrócę. Lecz, mości doktorze, pan nie dał mi skończyć... Jeżeli zechcą mnie męczyć, mogę się zdradzić mimowoli, gdzie znajduje się okręt... albowiem zdobyłem nasz okręt, poczęści dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, a poczęści dzięki ryzykownym trudom... Statek znajduje się w Zatoce Północnej, na wybrzeżu południowem, a obecnie zalany jest przypływem. Podczas odpływu musi być widoczny na powierzchni...
— Okręt! — zawołał doktór.
Opowiedziałem mu w krótkości swoje przygody. On słuchał mnie w milczeniu, a gdy skończyłem mówić, zauważył:
— Jest w tem jakieś zrządzenie losu. Na każdym kroku ocalasz nasze życie... Czy możesz przypuszczać, że cokolwiek się zdarzy, możemy pozwolić na twą zgubę? Byłaby to nikczemność z naszej strony, mój chłopcze. Ty odkryłeś sprzysiężenie, ty odnalazłeś Benjamina Gunna... są to najlepsze uczynki, jakich dokonałeś w swem życiu, lub dokonasz, choćbyś dożył dziewięciu krzyżyków. A gdy już mowa o Benjaminie Gunnie... na Jowisza! cóż to za dziwo wcielone!... Silver! Silver! — zawołał nagle donośnym głosem, a gdy kucharz podszedł bliżej, mówił dalej spokojnie:
— Dam ci, Silver, dobrą radę. Nie spiesz się zanadto do tego skarbu!
— Owszem, panie łaskawy, uczynię, co w mej mocy... cokolwiek będzie — zapewnił Silver. — Jednak, za pozwoleniem, poszukując tego skarbu, mogę jedynie uratować życie własne i tego chłopca... A jakże!
— Dobrze, Silverze — odpowiedział doktór — wobec tego pójdę o krok dalej: wystrzegaj się krzyków, kiedy go znajdziesz.
— Szanowny panie — rzekł Silver, — mówiąc między nami, jest to zawiele i zamało. Naprawdę teraz nie wiem, co pana skłoniło do tego, by opuścić stanicę i dać mi tę mapę? A jednak z zamkniętemi oczyma wykonałem pańskie polecenie i nie otrzymałem ani słowa nadziei! Lecz nie, to zanadto! Jeżeli pan nie chce powiedzieć otwarcie i wyraźnie, co pan ma na myśli... niech pan to wyzna odrazu, a dam za wygraną.
— Nie! — odpowiedział doktór, zamyślając się. — Nie mam prawa powiedzieć nic nadto. Widzisz, Silver, nie jest to moja tajemnica... inaczejbym ci powiedział, daję ci słowo! Lecz pójdę z tobą tak daleko, pokąd mi wolno, a nawet krok dalej... bo, jeżeli się nie mylę, kapitan zmyje mi porządnie perukę! Otóż po pierwsze, daję ci promyk nadziei! Silver, jeżeli my obaj wyjdziemy cało z tej wilczej nory, dołożę wszelkich starań, aby cię uratować... przyrzekam ci to święcie!
Silverowi twarz się rozjaśniła i zawołał:
— Nie potrzebuje pan mówić nic więcej. Ufam panu, jak rodzonej matce.
— Dobrze, to pierwsze ustępstwo z mej strony — dołożył doktór. — Drugie zastrzeżenie będzie czemś w rodzaju rady. Miej chłopca zawsze przy sobie, a jeżeli będziecie potrzebowali pomocy, zawołajcie na nas. Wyruszę wówczas, by sprowadzić wam pomoc... to samo ci dowiedzie, czy mówię napróżno. Do widzenia, Kubo!
To rzekłszy, doktór Livesey uścisnął mi ręce poprzez parkan, ukłonił się Silverowi i szybkim krokiem podążył w głąb lasu.



Rozdział trzydziesty pierwszy.
POSZUKIWANIE SKARBU. DROGOWSKAZ FLINTA.

— Kubusiu! — rzekł Silver, gdy byliśmy sami. — Jeżeli ja ocaliłem twoje życie, to i ty ocaliłeś moje, a tego ci nie zapomnę. Widziałem, że doktór cię namawiał do ucieczki... widziałem kącikiem oka... i widziałem, żeś powiedział: nie! — zupełnie, jakbym słyszał... Kubo, za to jestem ci bardzo wdzięczny! Jest to pierwsza iskierka nadziei, jaka mi zabłysła od czasu, gdy zawiódł nas atak na warownię. Tobie nadzieję tę zawdzięczam. Teraz, Kubusiu, mamy iść na poszukiwanie skarbu i mamy jakieś tajne polecenia... Tego to nie lubię... Musimy obaj trzymać się koło siebie, jeden niemal u boku drugiego, a ocalimy szyje, naprzekór wszelkim przeciwnościom losu!
Jeden z ludzi, uwijających się przy ognisku, zawołał na nas, że śniadanie już gotowe, to też niezadługo siedliśmy na piasku i jęliśmy posilać się sucharami i przypiekanym pekeflajszem. Ognisko tak było wielkie, że możnaby na nim upiec całego wołu; właśnie w owej chwili wystrzeliło ono i rozgorzało tak potężnie, że podejść ku niemu można było jedynie od strony wiatru i to z wielką ostrożnością. Z tą samą rozrzutnością przygotowali trzykroć więcej jadła, niż zdołaliśmy zjeść, a jeden z nich z pustym śmiechem cisnął resztę jadła na ognisko, które rozbłysło i zahuczało, podsycone tem niezwykłem paliwem. Nigdy w życiu nie widziałem ludzi tak mało dbających o jutro. Cały ich tryb życia w tem się streszczał, żeby być sytym w danej chwili. Widząc, jak marnotrawili żywność i spali na warcie, nabierałem przeświadczenia, że choć mieli dość śmiałości do staczania małych utarczek, to jednak byli całkiem niesposobni do jakiejkolwiek dłuższej wojny.
Nawet Silver, który wciąż zajadał, trzymając „Kapitana Flinta“ na ramieniu, nie miał dla nich słowa napomnienia za tę nieprzezorność. Dziwiło mnie to tem więcej, że sądziłem, iż nigdy nie okazał się bardziej przebiegły jak podówczas.
— Tak, marynarze — mówił — wasze szczęście, że macie Patelnię, który za was pracuje swą głową. Zdobyłem, co chciałem... tak jest! Oni napewno mają okręt w swych rękach. Gdzie go ukrywają, na razie jeszcze nie wiem, lecz skoro posiędziemy skarb, zaczniemy szukać na wszystkie strony, aż go odnajdziemy, a wtedy, kamraci, mając łodzie, stanowczo zwyciężymy!
Uwijał się ustawicznie wśród nich i gadał, choć usta miał pełne gorącej wędzonki. W ten sposób ożywiał ich nadzieje i zaufanie, a zarazem, jak mi się zdaje, sam sobie dodawał otuchy.
— Co się tyczy zakładnika — mówił dalej — zapewniam was, że była to ostatnia jego pogawędka z tymi, których kocha tak gorąco! Uzyskałem kilka nowych wiadomości, za które jestem mu bardzo wdzięczny. Na tem jednakże koniec. Gdy pójdziemy na poszukiwanie skarbów, wezmę go na postronek, gdyż musimy go na wszelki wypadek zatrzymać na pewien czas przy sobie. Pilnować go, jak skarbu... zapamiętajcie to, kamraci! Skoro już zdobędziemy i okręt i skarb i pohulamy na morzu, jak przystało na wesołych towarzyszy, wtedy, i owszem, pogadamy z mości Hawkinsem i damy mu należną zapłatę za wszystkie jego grzeczności... a jakże!
Nie dziwota, że łotrzykowie wpadli w wyśmienite usposobienie. Co do mnie, byłem niesłychanie przygnębiony. Jeżeliby zamiar, przed chwilą wspomniany, był możliwy do wykonania, Silver, który już dwakroć okazał się zdrajcą, napewno nie zawahałby się go urzeczywistnić. Stał jeszcze na rozdrożu między jednym a drugim obozem, a nie ulegało wątpliwości, że w razie czego przeniósłby bogactwo i swobodę po stronie korsarzy nad samo ocalenie głowy od stryczka, czego w najlepszym wypadku mógł się spodziewać po naszej stronie.
A zresztą, gdyby nawet tak się złożyły okoliczności, że byłby zmuszony wytrwać w zobowiązaniach względem doktora Liveseya, jakież i wówczas oczekiwały nas niebezpieczeństwa! Jakaż to będzie chwila, gdy sprawdzą się podejrzenia jego podwładnych i gdy on, kaleka, wraz ze mną, pacholęciem, będzie musiał walczyć w obronie życia przeciw pięciu silnym i zwinnym marynarzom!
Do tego podwójnego kłopotu dodać należy tajemnicę, która osłaniała działalność mych przyjaciół, ich niewytłumaczoną ucieczkę z twierdzy, wręcz niepojęte dla mnie wyrzeczenie się mapy, a wreszcie (co jeszcze trudniej było odgadnąć) słowa, któremi doktór niedawno ostrzegał Silvera: „Wystrzegaj się krzyków, gdy go znajdziesz“ — a chyba uwierzycie, że śniadanie niebardzo mi smakowało, i że z ciężkiem sercem wyruszyłem na poszukiwanie skarbu w towarzystwie ludzi, którzy mnie pojmali.
Tworzyliśmy dziwny orszak; zdumiałby się, gdyby nas tak kto zobaczył! Wszyscy byliśmy odziani w zasmolone ubrania marynarskie, a wszyscy, prócz mnie, byli uzbrojeni od stóp do głów. Silver przewiesił sobie przez ramię dwie rusznice, jedną sprzodu, a drugą styłu; do boku przypasał wielki kordelas, a w każdej kieszeni swego wciętego surduta miał pistolet. Osobliwego wyglądu przydawał mu „Kapitan Flint“, który siedział na jego ramieniu, papląc bez związku strzępami gwary żeglarskiej. Ja, opasany liną na biodrach, szedłem z uległością za kucharzem, który dzierżył luźny koniec powroza bądź w wolnej ręce, bądź w swych potężnych zębach. Słowem, byłem całkowicie podobny do cygańskiego niedźwiedzia.
Reszta ludzi była rozmaicie objuczona. Jedni dźwigali kilofy i łopaty — gdyż był to najpierwszy sprzęt, który wynieśli na ląd z Hispanioli, — inni byli obładowani wędliną, pieczywem i wódką, przeznaczoną na obiad. Wszystkie te zapasy pochodziły z naszego składu i mogłem się przekonać o prawdziwości słów Silvera, wypowiedzianych zeszłej nocy. Gdyby on i jego rabusie nie zawarli układu z doktorem, tedy, odcięci od okrętu, musieliby poprzestawać na czystej wodzie i na łupach z polowania. Woda nie byłaby im bardzo do smaku, a żeglarz zazwyczaj bywa lichym myśliwym. Zresztą jeżeli tak marnie zaopatrzyli się w żywność, tedy prawdopodobnie także nie mieli poddostatkiem prochu.
W takim rynsztunku wyruszyliśmy wszyscy pospołu — nawet ów drapichrust z rozbitą głową, który spewnością wolałby pozostać w cieniu — i wymknęliśmy się gęsiego ku wybrzeżu, gdzie oczekiwały na nas dwa czółna. Nawet i one nosiły ślady pijackiej wściekłości piratów, — gdyż jedno miało strzaskany przód, a oba były zabłocone i zaśmiecone nad wszelki wyraz. Mieliśmy je wziąć z sobą dla wszelkiego bezpieczeństwa: narazie, podzieliwszy się na dwie gromadki, poczęliśmy się przeprawiać przez zatokę.
Podczas przeprawy wywiązał się spór co do treści mapy. Czerwony krzyżyk był zbyt wielki, aby mógł być dostateczną wskazówką, a słowa notatki na odwrotnej stronie, jak się dowiecie, nastręczały pewne dwuznaczności. Były one, jak czytelnik pamięta, następujące:
„Wysokie drzewo, cypel Lunety, kierując się na Pn. od strzałki kompasu Pn. Pn. W.
„Wyspa Szkieletów W. Pd. W., ku W.
„Dziesięć stóp“.
Zatem wysokie drzewo było najważniejszym punktem orjentacyjnym. Otóż w sam raz przed nami zatoka była obrzeżona wyżyną, wysoką na dwieście do trzystu metrów, która na północy przylegała do stromego zbocza południowego Lunety, natomiast ku południowi piętrzyła się w dziką skalistą wyniosłość, zwaną Bezan-Masztem. Wierzch płaskowyżu był gęsto zarosły sosnami różnej wysokości. Tu i owdzie jakieś drzewo odmiennego gatunku wzbijało się czternaście lub piętnaście stóp ponad swe otoczenie, rysując się wyraziście na tle nieba; które z nich było owem „wysokiem drzewem“, wymienionem przez kapitana Flinta, można było stwierdzić dopiero na miejscu, podług wskazówek kompasu.
Mimo to, zanim przebyliśmy połowę drogi, każdy z jadących na czółnach gotów był dawać głowę, że to lub owo drzewo miało być tem, o które chodziło. Jedynie Długi Jan ruszał ramionami i radził im, by zaczekali, aż przybędą na miejsce.
Wiosłowaliśmy lekko, wedle zleceń Silvera, aby nie przemęczać się przedwcześnie. Po dość długiej jeździe wylądowaliśmy koło ujścia drugiej rzeki — tej, która wypływa z leśnego parowu Lunety. Następnie skręciwszy wlewo, poczęliśmy wdzierać się po urwisku ku wyżynie.
Na wstępie ciężki, błotnisty grunt i bujna zwikłana roślinność utrudniały niezmiernie nasz pochód; zwolna jednak wzgórze poczęło się piąć stromo i droga stawała się kamienista, a las zmieniał się w wyglądzie, stawał się wyższy i przestronny. Ta połać, do której przybliżaliśmy się, stanowiła chyba najpiękniejszą część wyspy. Wonne jałowce i rozliczne krzewy kwitnące zajęły miejsce trawy. Gąszcze zielonych drzew muszkatowych, urozmaicone w rzadkich odstępach czerwonawemi pniami i szerokiemi baldachimami sosen, mieszały swój aromat z zapachem żywicy. Powietrze świeże i orzeźwiające, łącznie z jasnemi promieniami słońca, było cudownem pokrzepieniem naszych serc i zmysłów.
Banda rozsypała się wachlarzowato, krzycząc i biegając na wszystkie strony. Mniejwięcej w środku i w sporem oddaleniu od innych postępował Silver wraz ze mną — ja uwiązany na powrozie, on zaś brnąc z trudem, wśród ciężkich westchnień, po osuwającym się żwirze. Od czasu do czasu musiałem go poprostu prowadzić za rękę; w przeciwnym razie byłby się potknął i runął nawznak ze zbocza wzgórka.
Przeszliśmy prawie pół mili i zbliżaliśmy się do krańca płaskowyża, gdy wtem człowiek idący najdalej na lewo począł głośno krzyczeć, jakby w przerażeniu, a następnie nawoływać swych kamratów, którzy rzucili się pędem w tym kierunku.
— Wątpię, by on znalazł skarb — rzekł stary Morgan, przebiegając co żywo koło nas z prawej strony — gdyż ten jest tam wyżej!
Istotnie, jak przekonaliśmy się, doszedłszy również na miejsce, było to coś zupełnie innego. U stóp pięknej wybujałej sosny, spowinięty w zielone pnącze, które nawet podniosły w górę kilka drobnych kostek, leżał na ziemi szkielet ludzki z kilkoma strzępkami odzienia. Mniemam, że przez chwilę mróz ściął wszystkim krew w żyłach.
— To marynarz! — ozwał się Jerzy Merry, który, śmielszy od innych, podszedł bliżej i badał szmatki leżące na ziemi. — Miał na sobie dobre sukno marynarskie.
— A jakże! — rzekł Silver — juści, że marynarz!... przecież nie znalazłbyś tu biskupa. Lecz skąd się wzięły tutaj te kości? To coś niezwykłego, nienaturalnego! Jak one leżą!
W rzeczy samej, przypatrzywszy się dokładniej, nie można było przypuszczać, by ciało znajdowało się w pozycji naturalnej. Pominąwszy parę drobnych skrzywień (które zapewne były dziełem ptaków, żerujących na nim lub powoli rosnącego pnącza, który stopniowo owijał jego szczątki) człowiek ów leżał zupełnie wyprostowany, tak iż stopy jego wskazywały w jednym kierunku, a jego dłonie, wzniesione nad głową jak u nurka, wyciągnięte były w stronę przeciwną.
— Coś mi zaświtało w mej starej mózgownicy! — zauważył Silver. — Oto jest kompas... Tam widać szczyt Wyspy Szkieletów, sterczący jak kieł dzika. Teraz poprowadźcie kresę w przedłużeniu tych kości.
Uczyniono jak mówił. Zwłoki wskazywały dokładnie w tym kierunku, a z kompasu odczytano w sam raz: W. Pd. W., ku W.
— Tak myślałem — zawołał kucharz — oto jest drogowskaz. Stąd to właśnie wiedzie nasza droga ku Gwieździe Polarnej i ku korsarskim talarom. Lecz niech mnie piorun trzaśnie, ciarki mnie przechodzą, gdy pomyślę sobie o Flincie. On lubił takie żarty... pewno i teraz sobie zażartował! Był tu sam przeciwko tamtym sześciu... Pozabijał każdego zosobna, a tego jednego przywlókł tutaj i ułożył według kompasu... a niechże mnie piorun strzeli! Długie kościska, a włosy rude!... Tak, to napewno był Allardyce. Pamiętasz Allardyce’a, Tomaszu Morganie?
— A jakże — odpowiedział Morgan — pamiętam! Był mi winien nieco grosza i zabrał mój nóż...
— Jeżeli mowa o nożach — rzekł inny. — Dlaczego nie znajdujemy jego noża, leżącego obok niego? Flint nie miał zwyczaju gmerać w kieszeniach okrętnika, a ptaki, sądzę, zostawiłyby nóż w spokoju!
— Prawda, u licha! — krzyknął Silver.
— Nie pozostawiono przy nim niczego — rzekł Merry, obmacując jeszcze kościotrupa. — Ani złamanego szeląga, ani pudełka z tytoniem. Nie wydaje mi się to naturalne!
— Tak, niech to piorun strzeli! — przytakiwał Silver. — Ani naturalne ani przyjemne, słusznie powiadasz! Do kroćset dział, kamraci! Gdyby Flint żył, byłoby na tem miejscu gorąco i mnie i wam! Sześciu ich było, jak sześciu nas jest w tej chwili... a pozostały z nich tylko kości...!
— Widziałem go na własne oczy... nieżywego... — rzekł Morgan. — Billy mnie wprowadził do jego kajuty... Leżał, mając po miedzianym pensie na obu powiekach...
— Umarł... tak... Juści umarł i zszedł z tego świata — rzekł opryszek z obwiązaną głową. — Ale jeżeli kiedykolwiek jaki duch chodził po świecie, to chyba duch Flinta... Był to walny chłop... nasz Flint... ale umarł straszną śmiercią...
— Tak, tak, straszliwie konał; — dorzucił drugi. — Raz dostawał napadów szaleństwa... to znów wołał, żeby mu przynieść rumu, to zasię śpiewał: „Piętnastu chłopów“... Była to jego jedyna śpiewka, kamraci, a powiem wam prawdę, że odtąd nigdy nie lubiłem słuchać tej pieśni... Był wielki upał... i okno było otwarte, więc wyraźnie słyszałem rozbrzmiewającą tę starą pieśń... i czułem, jak śmierć już brała tego człowieka w swoje szpony...
— Chodźmy już, chodźmy! — rzekł Silver. — Dość czczej gadaniny! Flint umarł i nie tuła się po świecie, to wiem napewno... przynajmniej nie chodzi za dnia... Możecie być tego pewni. Indyk się kłopotał i zdechł, jak mówi przysłowie. Ruszymy na poszukiwanie dublonów.
Ruszyliśmy w drogę, lecz pomimo skwaru słonecznego i olśniewającego światła dziennego piraci już nie rozbiegali się na wszystkie strony i nie pohukiwali po lesie, ale trzymali się jeden przy drugim i mówili przytłumionym szeptem. Postrach nieżyjącego korsarza zaciężył nad ich duszami.



Rozdział trzydziesty drugi.
POSZUKIWANIE SKARBU. GŁOS MIĘDZY DRZEWAMI.

Częściowo pod przytłaczającym wpływem tego niepokoju, a częścią w celu dania wypoczynku Silverowi i pomęczonym ludziom, cały oddział przysiadł, skorośmy doszli do krawędzi zbocza.
Wyżyna była nieco nachylona ku zachodowi, przeto z miejsca, na którem odpoczywaliśmy, roztaczał się rozległy widok na wszystkie strony. Przed sobą, ponad wierzchołkami drzew, widzieliśmy Przylądek Leśny, odziergany spienioną falą. Poza sobą nietylko oglądaliśmy przystań w dole i Wyspę Szkieletów, lecz nadto dostrzegaliśmy — tuż ponad przesmykiem i wschodnią niziną — wielką płaszczyznę otwartego morza na wschodzie. Nad nami piętrzyła się Luneta, gdzieniegdzie usiana rzadkiemi sosnami, gdzieniegdzie zaś rozwierająca czarne czeluście. Nie dochodził tu żaden głos, oprócz huku odległych bałwanów, oraz brzęczenia nieprzeliczonych owadów w zaroślach. Nie było widać żywej duszy ludzkiej, ani też cienia żagla na roztoczy. Ogromna przestrzeń widoku zwiększała jeszcze poczucie samotności.
Silver, usiadłszy, zaczął na podstawie kompasu czynić obliczenia.
— Są tu aż trzy „wysokie drzewa“ — odezwał się — prawie w prostej linji od Wyspy Szkieletów. „Cypel Lunety“, jak przypuszczam, oznacza ten niższy punkt. Odszukanie tych rzeczy to dziecinna zabawka. Mam zamiar najpierw zjeść obiad.
— Nie czuję się dobrze! — mruczał Morgan. — Gdy myślę o Flincie... tak się czuję... jakby już było po mnie...
— Tak, tak! mój synku, błogosław niebo i swoją gwiazdę, że on już nie żyje! — odrzekł Silver.
— Był to bies wcielony! — zawołał trzeci opryszek, przejęty dreszczem. — A ta siność jego twarzy!...
— Występowała zawsze, gdy rum podziałał na niego — dodał Merry. — Siność! tak, bywał naprawdę siny! Użyłeś trafnego wyrazu!
Odkąd napotkali szkielet i wpadli na wiążący się z tem temat, gwarzyli coraz ciszej i ciszej, przechodząc niemal w szeptanie, tak iż głos ich rozmowy ledwo zakłócał ciszę leśną. Nagle z kępy drzew rosnących przed nami rozbrzmiał jakiś cienki, wysoki, drżący głos, nucący dobrze znaną melodję i słowa:

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni —
Ho-aj-ho! — i butelka rumu! —

Nie widziałem nigdy ludzi tak przerażonych, jak piraci w owej chwili. Sześć twarzy naraz pobladło, jak gdyby ktoś na nich rzucił urok. Niektórzy zerwali się na nogi, drudzy pochwycili ich kurczowo za ramię, chcąc ich powstrzymać. Morgan potoczył się na ziemię.
— To Flint, do... — krzyknął Merry.
Śpiew urwał się tak nagłe, jak się rozpoczął, załamawszy się w środku nuty, jakgdyby ktoś położył rękę na ustach śpiewającego. Rozlegając się daleko w czystem, słonecznem przestworzu pomiędzy zielonemi koronami drzew, głos brzmiał jakby śpiewnie i łagodnie; tem okropniejsze wrażenie wywarł na mych towarzyszach.
— Chodźcie! — rzekł Silver, usiłując wykrztusić słowo ze spopielałych warg. — Już się to nie powtórzy. Idźmy dalej. Jestem odurzony rumem i nie umiem nazwać tego głosu... lecz to ktoś sobie z nas pokpiwa... ktoś mający ciało i krew! Możecie być tego pewni!
Gdy to mówił, powróciła mu znów odwaga, a równocześnie twarz zaczęła się ożywiać rumieńcem. Już i inni zaczęli dawać posłuch jego zachętom i nieco ochłonęli z przerażenia, gdy wtem zabrzmiał znów ten sam głos. Tym razem już nie śpiewał, lecz odzywał się słabem, oddalonem nawoływaniem, które jeszcze słabiej powtarzało echo wśród rozpadlin Lunety.
— Darby M’Graw! — kwilił ten głos, gdyż to słowo może najlepiej określić ów dźwięk. — Darby M’Graw! Darby M’Graw! Darby M’Graw!
I tak dalej, jeszcze raz i znów i znów... aż nakoniec podnosząc się nieco wyżej i cisnąwszy przekleństwo, które pomijam, zajęczał:
— Przynieś mi rumu, Darby!
Zbójcy stanęli w miejscu, jak wryci, a oczy wylazły im na wierzch głowy. Jeszcze w długą chwilę potem, gdy głos przebrzmiał, oni jeszcze, utkwiwszy źrenice zmartwiałe w przestrzeń przed sobą, stali w milczeniu i osłupieniu.
— To zła wróżba!... — westchnął jeden. — Odejdźmy!
— To były jego ostatnie słowa, — jęczał Morgan. — Ostatnie słowa, jakie wymówił na okręcie...
Dick otwarł Biblję i modlił się żarliwie. Ten chłopak był wychowany w dobrych zasadach, zanim wyruszył na morze, gdzie pokumał się ze złem towarzystwem.
Jedynie Silver był nieprzekonany. Słyszałem, jak zęby dzwoniły mu z trwogi, jednak jeszcze się jej zupełnie nie poddał.
— Nikt na tej wyspie nie słyszał nigdy o Darby’m — mruczał — nikt prócz nas, tu obecnych!
Opanowawszy się z wysiłkiem, zawołał:
— Towarzysze, moja w tem głowa, by rozwikłać tę zagadkę. Nie dam się zapędzić w kozi róg ani człowiekowi ani djabłu! Nigdy nie bałem się Flinta za życia, to też, do kroćset, spojrzę mu w oczy i po śmierci. O ćwierć mili niespełna stąd znajduje się siedemset tysięcy funtów. Kiedyż to jaki „pan szczęścia“ odwrócił się od tylu talarów, bojąc się starego żeglarza z siną gębą... i to jeszcze umarłego?
Lecz odwaga bynajmniej nie wstąpiła w serca jego towarzyszy, a jego zuchwałe słowa raczej przyczyniły się do powiększenia strachu.
— Daj spokój, Janie — rzekł Merry. — Nie wchodź w drogę duchowi!
Inni zanadto byli przerażeni, by mogli coś odpowiedzieć. Już parę razy mieli ochotę drapnąć; gdybyż mieli dość na to odwagi! Lecz lęk trzymał ich pospołu dokoła Jana, jakgdyby jego śmiałość była im osłoną. On ze swej strony umiał nader zgrabnie przezwyciężyć ich słabość.
— Duchowi? Być może... — odparł. — Jedna rzecz wszakże jest mi niejasna. Przecież słychać było echo. Wszak nikt jeszcze nie widział ducha z cieniem, wobec tego chciałbym wiedzieć, skąd się wzięło przy nim echo? To spewnością nie byłoby naturalne... prawda?
Dowód ten wydawał mi się dość słaby, atoli nigdy przewidzieć nie można, co zrobi wrażenie na przesądnych. Ku memu zdziwieniu, Jerzy Merry uspokoił się.
— Tak, ależ oczywiście! — powiedział. — Masz, Janie, głowę na karku, niemasz w tem wątpliwości! Do dzieła, kamraci! Zdaje mi się, że zachodzi tu omyłka... Głos ten był nieco podobny do głosu Flinta, ręczę wam... choć niezupełnie... Tym razem był on bardziej podobny do czyjegoś jeszcze głosu... był podobniejszy do...
— Do głosu Benjamina Gunna! niech mnie piorun strzeli! — wrzasnął Silver.
— Tak, i tak jest w istocie! — krzyknął Morgan, podrywając się na kolana. — Przecież Benjamin Gunn tu przebywał!
— Czy to zmienia postać rzeczy? — zapytał Dick. — Ben Gunn... ale nieżywy... tak, jak Flint.
Lecz starsi towarzysze przyjęli tę uwagę drwiąco.
— Eh! nikt z nas nie boi się Benjamina Gunna! — zawołał Merry. — Niech sobie będzie żywy czy umarły! Mniejsza o niego!
Było coś niezwykłego w tem, jak zmieniały się ich nastroje i jak naturalny kolor odżył na ich twarzach. Wkrótce poczęli gawędzić spokojnie, nadsłuchując w przerwach, a niebawem, nie słysząc już żadnego głosu, wzięli manatki na plecy i ruszyli w dalszą drogę. Merry szedł pierwszy z kompasem Silvera, aby prowadzić ich na jednej linji z Wyspą Szkieletów. To, co powiedział, było prawdą: nikt nie zważał na Benjamina Gunna, żywego czy umarłego.

— Dwie gwineje! — począł się drzeć Merry, wymachując pieniądzem w kierunku Silvera (str. 286)

Jedynie Dick trzymał wciąż w ręce Biblję i idąc, rozglądał się wokoło bojaźliwym wzrokiem. Nie znalazł wszakże uznania ni współczucia, a Silver kpił sobie z niego w żywe oczy.
— Mówiłem ci! — powiadał. — Mówiłem ci, że znieważyłeś Biblję! Jeżeli nic dobrego nie wynikło z niej przy sprzysiężeniu, to czy sądzisz, że duch będzie choć trochę na nią zważał? Ani tyle! — i trzasnął swemi ogromnemi palcami, oparłszy się przez chwilę na szczudle.
Lecz Dick był niepocieszony. Wkrótce nabrałem przekonania, że chłopak wpadał w chorobę. Febra, przepowiedziana przez doktora Liveseya, a przyspieszona przez upał, wyczerpanie i nagły niepokój, wzrastała naocznie i szybko.
Przestronna była i wygodna nasza obecna droga. Zeszliśmy nieco wdół, gdyż, jak powiedziałem, wyżyna nachylała się ku zachodowi. Sosny, większe i mniejsze, rosły w szerokich odstępach, a między kuszczami muszkatowych drzew i azalij większe, otwarte polanki wygrzewały się w skwarnych blaskach słonecznych. Przedzierając się wpoprzek wyspy mniejwięcej w kierunku północno-zachodnim, z jednej strony przybliżaliśmy się coraz bardziej do grzbietów Lunety, z drugiej zaś mieliśmy coraz rozleglejszy widok na ową zatokę zachodnią, gdzie niedawno rozbijałem się i chybotałem na „topiduszce“.
Dotarliśmy do pierwszego z wysokich drzew, a na podstawie obliczeń stwierdzono, że nie było ono tem, o które chodziło. To samo okazało się z drugiem. Trzecie wystrzelało bezmała na dwieście stóp w górę ponad gąszcz krzewów; był to prawdziwy olbrzym świata roślinnego, o pniu grubym, jak obora, rozrzucający naokół rozległy cień, w którym cały hufiec wojska mógłby odbywać ćwiczenia. Było ono zdala dostrzegalne od strony morza, zarówno ze wschodu, jak i z zachodu, i mogło być zamieszczone na mapie, jako znak orjentacyjny dla żeglarzy.
Jednakowoż nie wielkość drzewa wywarła w tej chwili wrażenie na mych towarzyszów, lecz świadomość, że siedemset tysięcy funtów w złocie leżało tu gdzieś zakopane w jego rozłożystym cieniu. Myśl o pieniądzach, w miarę jak się zbliżali, zatłumiła ich uprzednie obawy. Oczy pałały im chciwością, nogi nabierały coraz to większej szybkości i lekkości; cała dusza wyrywała się im do tego szczęścia, do tego życia, pełnego wybryków i rozkoszy, które oczekiwało każdego z nich.
Silver biegł, utykając na szczudłach i zrzędząc. Nozdrza mu się rozdęły i trzęsły, a klął jak opętany, gdy muchy siadały na jego zgrzanej i błyszczącej twarzy. Zapamiętale szarpał powróz, na którym mnie trzymał, i od czasu do czasu rzucał na mnie przeszywającem spojrzeniem. Łatwo odgadnąć, że nie zadawał sobie trudu, by zataić swe myśli; to też czytałem je jak z drukowanej książki. W bezpośredniej bliskości złota zapomniał już zgoła o wszystkiem innem; jego obietnica i przestroga doktora należały już do przeszłości — i nie wątpiłem, że spodziewał się dostać skarb w swe ręce, odnaleźć Hispaniolę, pod osłoną nocy naładować ją złotem, wyrżnąć wszystkich uczciwych ludzi na wyspie i odpłynąć, jak zamierzał pierwotnie, z brzemieniem zbrodni i bogactw.
Wobec przejęcia się podobnym niepokojem trudno mi przychodziło dotrzymywać kroku rozpędzonym i rozgorączkowanym zdobywcom skarbów. Kilkakrotnie potykałem się, wtedy Silver szarpał mnie brutalnie za postronek i miotał na mnie zabójcze spojrzenia. Dick, który toczył się za nami i tworzył naszą straż tylną, mruczał pod nosem naprzemian modlitwy i przekleństwa, wmiarę jak wzmagała się w nim gorączka. To również zwiększało moją rozpacz; na dobitkę, prześladowała mnie myśl o tragedji, która niegdyś rozegrała się na tej wyżynie, gdy ów bezbożny rozbójnik z siną twarzą — który umarł pod Savannah, śpiewając i wołając, by mu dano pić — własnoręcznie zgładził tu sześciu swych wspólników. Przychodziło mi na myśl, że te zarośla, które teraz były tak ciche i spokojne, musiały wówczas rozbrzmiewać krzykiem, a sama ta myśl wywoływała we mnie wrażenie, że słyszę jeszcze ową wrzawę i jęk...
Byliśmy już na samym skraju gęstwiny.
— Hurra! społem druhowie! — krzyknął Merry i począł biec jeszcze zapalczywiej.
Nagle, niespełna o dziesięć sążni dalej, ujrzeliśmy, że się zatrzymali. Wzbił się zdławiony okrzyk. Silver podwoił krok, migając rączo szczudłem, niby prawdziwą nogą, a w chwilę później i on i ja stanęliśmy również w miejscu, jak skamieniali.
Przed nami znajdowała się wielka jama, niebardzo świeża, gdyż ściany już się pozawalały i trawa wyrosła na dnie. Spoczywało tam rozłupane na dwoje stylisko kilofa oraz kilka desek rozrzuconych bezładnie, a pochodzących ze skrzyń do pakowania. Na jednej z tych desek ujrzałem wypalony żelazem napis: „Koń morski“... Była to nazwa okrętu Flinta...
Wszystko było jasne, jak na dłoni — i stwierdziliśmy prawdę! Ktoś odkrył i ograbił kryjówkę; siedemset tysięcy funtów przepadło!...



Rozdział trzydziesty trzeci.
PORAŻKA HERSZTA.

W jednej chwili nastąpił niebywały wprost przewrót. Każdy z sześciu rzezimieszków był jakby rażony piorunem. Atoli Silver prawie natychmiast wyszedł z osłupienia. Każda z myśli, które go nurtowały, zmierzała tylko, niby koń wyścigowy, ku jednemu celowi: zdobyciu złota; to też i on onieprzytomniał przez chwilę. Jednakże wnet odzyskał przytomność i pewność siebie — i zmienił plan, zanim inni mieli czas ujawnić czynnie swe rozgoryczenie.
— Kubo, — szepnął — weź to i bądź przygotowany na wszystko!
To mówiąc, wręczył mi dwustrzałowy pistolet, a równocześnie zaczął spokojnie posuwać się ku północy i w kilku krokach odsadził się tak, iż jama przegrodziła nas dwóch od pięciu pozostałych. Potem spojrzał na mnie i skinął, tyle tylko, żeby powiedzieć: „Jesteśmy przyparci do muru“, co, mojem zdaniem, było zgodne z rzeczywistością. Jego spojrzenie było teraz wcale przyjazne. Byłem tak rozjątrzony temi ciągłemi zmianami, że nie mogłem się powstrzymać od szeptu:
— Aha! więc znowu zwinąłeś chorągiewkę w inną stronę.
Nie pozostało mu już czasu na odpowiedź. Rozbójnicy poczęli jeden po drugim, z krzykiem i złorzeczeniami, wskakiwać w jamę i grzebać palcami, odrzucają wśród tego deski nabok. Morgan znalazł sztukę złota i podniósł ją w górę, sypiąc istnym gradem przekleństw. Była to moneta wartości dwóch gwinej i przechodziła między nimi z rąk do rąk przez jakie ćwierć minuty.
— Dwie gwineje! — począł się drzeć Merry, wymachując pieniądzem w stronę Silvera. — To ma być twoje siedemset tysięcy funtów? Tyś to zawierał te układy... konszachty... nieprawdaż? Tyś to był tym człowiekiem, co nigdy nie pokpił sprawy? Ty łotrze! ty łbie kapuściany!
— Kopcie dalej, chłopcy! — rzekł Silver zimno i hardo. — Znajdziecie parę trufli... i nie będę się temu dziwił.
— Trufli! — powtórzył Merry, przedrzeźniając. — Towarzysze, czy słyszycie? Mówię wam teraz, że ten człowiek zdawna wiedział o wszystkiem... Spójrzcie-no na jego twarz, a zobaczycie, co tam napisane!
— Oho, Merry! — zadrwił Silver. — Znów stajesz się samozwańczym kapitanem? Sprawny z ciebie młodzian, niema co mówić!
Tym razem jednak wszyscy, jak jeden mąż, oświadczyli się po stronie Merry’ego. Poczęli wyłazić z dołu, rzucając poza siebie wściekłe spojrzenia. Zauważyłem jedno, co dobrze zapowiadało się dla nas: wszyscy wydostawali się na stronę przeciwną tej, po której stał Silver.
Ostatecznie stało nas dwóch po jednej stronie dołu, a pięciu z drugiej, i nikt nie ważył się na to, by zadać pierwszy cios. Silver ani drgnął; podparty na szczudle, śledził przeciwników, a spoglądał chłodnym wzrokiem, jak zawsze. Był on odważny, co do tego nie było wątpliwości.
Wkońcu Merry snadź pomyślał, że przemową doda otuchy i poprawi sytuację.
— Towarzysze! — odezwał się — ich jest tylko dwóch: jeden z nich to stary kuternoga, który nas tu wszystkich przywiódł i oszukał nikczemnie, drugi zaś to ten smarkacz, któremu mam ochotę wypruć serce! No, kamraci...
Podniósł ramię i głos i otwarcie już zamierzał przypuścić szturm na nas. W tejże chwili jednak, zgoła nieoczekiwanie — paf! paf! paf!... trzy wystrzały muszkietowe huknęły z zarośli. Merry runął w jamę głową na dół. Człowiek z obwiązaną głową okręcił się wkoło, jak fryga, upadł jak długi i wił się w skurczach pośmiertnych, zaś trzej pozostali wykonali zwrot wtył i co sił poczęli uciekać.
Zanimby ktoś zdołał kiwnąć palcem, już Długi Jan wypalił z obu luf pistoletu do usiłującego powstać Merry’ego. Gdy ów w ostatniej męce konania wywrócił na niego źrenice, Silver zaśmiał się:
— Jerzy, zdaje mi się, że już z tobą kwita!
W tej samej chwili z poza drzew muszkatowych wyszli ku nam: doktór, Gray i Ben Gunn z dymiącemi muszkietami.
— Naprzód! — krzyknął doktór. — Zdwoić krok, moi chłopcy! Musimy im odebrać czółna!
Ruszyliśmy szparkim krokiem, pławiąc się niekiedy po pachy. Zaznaczyć jednak muszę, że Silver ledwie zdołał za nami nadążyć. Trudy, jakie przeszedł, podskakując na szczudle (przyczem omal nie pozrywał sobie żeber) były tak wielkie, że nie przetrzymałby ich nawet zdrowy człowiek... Takie było i zdanie doktora. Wskutek tego był już o trzydzieści sążni za nami i znać po nim było doszczętne wyczerpanie, gdyśmy już dosięgali krawędzi zbocza.
— Doktorze! — zawołał. — Niech pan patrzy! Niepotrzebny pośpiech!
Zapewne, nie było się czego śpieszyć. W bardziej odsłoniętej połaci płaskowyżu ujrzeliśmy trzech niedobitków, biegnących wciąż w tym samym kierunku, w którym pierzchli na początku — wprost na wzgórze Bezan-Masztu. Byliśmy już pomiędzy nimi a łodziami; usiedliśmy więc we czterech w celu wytchnienia, a Długi Jan, obcierając uznojoną twarz, przywlókł się zwolna do nas.
— Uprzejmie panu dziękuję, panie doktorze — przemówił. — Pan przybył, jak na zawołanie, w samą porę dla mnie i Hawkinsa... a jakże! A to ty tu jesteś, Benjaminie Gunn! Ho ho! ładnie wyglądasz, niema co mówić!
— Tak, to ja jestem Ben Gunn, to ja... — odpowiedział wysiedleniec, w zakłopotaniu wijąc się jak piskorz, a po długiej przerwie dodał:
— A jak ty się miewasz, mości Silver? Dziękuję ci... bardzo dobrze!... jak mówisz...
— Ben! Ben! — mruczał Silver. — Pomyśleć sobie, żeś to ty mnie tak urządził!
Doktór posłał Graya po jeden z kilofów, porzucony w ucieczce przez buntowników, a następnie gdy kroczyliśmy noga za nogą po stoku wzgórza do miejsca, gdzie stały czółna, opowiedział mi w kilku słowach wszystko, co zaszło. Była to historja, która niezmiernie zaciekawiła Silvera, a bohaterem jej od początku do końca był Benjamin Gunn, ów głupkowaty wysiedleniec.
On to podczas długiego, samotnego wałęsania się po wyspie znalazł nieboszczyka — i on to go splądrował. On znalazł skarb i wykopał go. Do niego należało stylisko kilofa, które leżało pęknięte w jamie. On również przeniósł swą zdobycz na plecach w ciągu wielu uciążliwych podróży od podnóża wysokiej sosny do jaskini, którą miał na dwuwierzchołkowym wzgórku w północno-wschodnim zakątku wyspy. Tam też leżały w bezpiecznym schowku nagromadzone bogactwa, już na dwa miesiące przed przybyciem Hispanioli.
Otóż popołudniu w dzień bitwy doktorowi udało się wyciągnąć z niego tę tajemnicę, gdy zaś nazajutrz rano zobaczył przystań opuszczoną, udał się do Silvera i oddał mu mapę, która była już nieużyteczna, oddał mu zapasy, ponieważ jaskinia Bena Gunna była suto zaopatrzona w mięso kozłów, własnoręcznie solone przez niego, — słowem — oddał mu wszystko, co można było, byleby uzyskać sposobność bezpiecznego przeniesienia się z warowni na wzgórze o dwóch wierzchołkach, gdzie było się wolnym od zarazków malarji i miało się nadzór nad pieniędzmi.
— Co do ciebie zaś, Kubo... przychodziło mi to bardzo ciężko, lecz czyniłem, co uważałem za najlepsze dla tych, którzy wytrwali na wyznaczonem miejscu. Jeżeli nie byłeś jednym z nich, czyja w tem wina?
Gdy przekonał się, że padłem ofiarą owej straszliwej niespodzianki, jaką zgotował opryszkom, pobiegł co tchu do jaskini i, pozostawiwszy kapitana na opiece dziedzica, wziął z sobą Graya i Gunna i ruszył naprzełaj przez wyspę, aby corychlej dotrzeć do sosny. Wkrótce jednak zobaczył, że nasz oddział znacznie go wyprzedza, wysłał więc naprzód Benjamina Gunna, który był rączy w nogach, dając mu zupełną swobodę działania. Gunnowi przyszło na myśl, wyzyskać zabobonne usposobienie swych dawnych współokrętników. Udało mu się to wybornie, tak iż Gray i doktór przybyli na miejsce i urządzili zasadzkę jeszcze przed przybyciem poszukiwaczy skarbów.
— Ach, — rzekł Silver — całe dla mnie szczęście, że miałem przy sobie Hawkinsa! Waszmość, panie doktorze, pozwoliłbyś na to, by starego Jana pocięto na kawałki i nawetbyś się tem nie przejął!
— Nawetbym się tem nie przejął — odrzekł doktór Livesey pogodnie.
Tymczasem doszliśmy do czółen. Doktór pogruchotał jedno z nich kilofem, poczem wszyscy wsiedliśmy w drugie i odbiliśmy od brzegu, by okrężną drogą przez morze zawinąć do Zatoki Północnej.
Gdy mijaliśmy wzgórek o dwu wierzchołkach, spostrzegliśmy czarną gardziel jaskini Benjamina Gunna, a koło niej stojącą postać, opartą na muszkiecie. Był to dziedzic. Zaczęliśmy powiewać ku niemu chusteczką i zahuczeliśmy potrójnym wiwatem, do którego dołączył się głos Silvera, brzmiący tak serdecznie, jak okrzyk każdego z nas.
O trzy mile dalej, przy samym wylocie Zatoki Północnej, kogoż mogliśmy napotkać, jak nie Hispaniolę, pływającą, jak jej Bóg i wiatr zdarzył! Ostatni przypływ podniósł ją i postawił prosto; gdyby tu jednak zerwał się większy wiatr albo silny prąd przy odpływie, jak w przystani południowej, nie znaleźlibyśmy jej nigdy, albo też znaleźlibyśmy ją porzuconą beznadziejnie na ląd. W obecnem położeniu nie było poważniejszych strat, oprócz zepsucia żagla wielkiego. Rychło przysposobiliśmy drugą kotwicę i zarzuciliśmy ją na półtora sążnia pod wodę. Powiosłowaliśmy wszyscy znów okrężną drogą do Zatoki Rumu, skąd było najbliżej do skarbca Benjamina Gunna, poczem Gray w pojedynkę powrócił z czółnem do Hispanioli, gdzie miał spędzić noc na straży.
Od wybrzeża do wrót jaskini wiodła łagodna pochyłość. Dziedzic oczekiwał nas na szczycie. Względem mnie był serdeczny i uprzejmy. O mej ucieczce nawet nie wspomniał ani w formie wymówki, ani pochwały. Gracki ukłon Silvera przejął go gniewem.
— Janie Silverze, — rzekł, — jesteś wstrętnym łotrem i oszustem... obrzydliwym oszustem, mój panie! Obiecałem, że nie będę cię prześladował. Dobrze więc, nie będę... Lecz pomordowani ludzie ciążą na twej szyi, mój panie, jak kamienie młyńskie!
— Dziękuję panu uprzejmie — odpowiedział Długi Jan, kłaniając się powtórnie.
— Powinieneś mi być wdzięczny! — zawołał dziedzic. — Jest to wielkie zaniedbanie mej powinności! ...Odejdź!
Zaraz potem weszliśmy do jaskini. Była obszerna i pełna powietrza: miała małe źródełko i sadzawkę czystej wody, obwieszoną paprociami. Klepisko było wysypane piaskiem. Przed ogniskiem leżał kapitan Smollett, a w ustronnym kącie, blado oświetlonym odbłyskami ognia, spostrzegłem wielkie kupy pieniędzy i czworoboczne sągi sztab złota. To był skarb Flinta, na którego poszukiwanie przyjechaliśmy z tak daleka i który dopiero co został okupiony życiem siedemnastu ludzi z załogi Hispanioli. Jakim kosztem zapłacone było jego nagromadzenie, ile krwi przytem pociekło, ile cierpień wraz z nią... ile świetnych statków pogrążono dla niego... ilu dzielnych ludzi poszło na rusztowanie z zawiązanemi oczyma... ile padło strzałów armatnich... ile ciężyło na nim hańby i kłamstwa i okrucieństwa — tego może nikt z żyjących nie umiałby opowiedzieć. Jeszcze pozostało trzech ludzi na tej wyspie — Silver, stary Morgan i Ben Gunn, którzy brali udział w tych zbrodniach, i którzy napróżno spodziewali się, że wezmą udział w nagrodzie.
— Chodźno tu, Jakóbku — rzekł kapitan. — Jesteś doskonałym chłopcem w swoim zawodzie, ale nie sądzę, że popłyniesz jeszcze raz ze mną na morze. Zanadto cię polubiłem, mój chłopcze. Czy to ty, Janie Silverze? Co cię tu przywiodło, człowieku?
— Chcę powrócić do swych obowiązków, panie łaskawy! — odrzekł Silver.
— Aha! — burknął kapitan i było to wszystko, co powiedział.
Jakąż biesiadę miałem tego wieczora, widząc wszystkich przyjaciół dokoła siebie! Jakież były wspaniałe potrawy, począwszy od koźlęciny, solonej przez Benjamina Gunna, a kończąc na smakołykach i butelce starego wina z Hispanioli! Jestem pewny, że nigdy ludzie nie byli weselsi i szczęśliwsi. Był przy nas i Silver, siedząc poza nami, prawie opodal od blasków ogniska, lecz jedząc zawzięcie, zawsze gotów do usług, gdy czegoś było potrzeba, przyłączając się nawet niefrasobliwie do naszych śmiechów. Słowem, był to ten sam układny, wytworny i nadskakujący marynarz, co i na początku naszej podróży.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY
— I OSTATNI.

Nazajutrz zabraliśmy się do roboty wcześnie, ledwo rozedniało, gdyż przenoszenie olbrzymich pokładów złota prawie przez milę drogą lądową ku wybrzeżu i przewożenie ich stąd łodzią trzy mile do Hispanioli, było dziełem uciążliwem i żmudnem dla tak szczupłej liczby pracowników. Obecność trzech łotrów na wyspie niebardzo nas niepokoiła, gdyż jeden posterunek na wysterku wzgórza mógł nas dostatecznie zabezpieczyć przed nagłym napadem: zresztą myśleliśmy, że chyba walka obmierzła im już całkowicie.
Dlatego też praca wartko posuwała się naprzód. Gray i Ben Gunn kierowali łodzią tam i spowrotem, gdy tymczasem pod ich niebytność reszta nas dostawiała skarb do wybrzeża. Dwie takie sztaby, przywieszone na pętlicy powroza, stanowiły nielada brzemię dla dorosłego człowieka — dobrze, że można było iść z niemi pomału. Ja, ponieważ nie nadawałem się bardzo do noszenia, miałem przez dzień cały zajęcie w jaskini, wsypując bitą monetę do skrzynek od sucharów.
Był to zbiór dziwny, różnorodnością znaków menniczych podobny do majątku Billa Bonesa, lecz wielekroć większy i bardziej urozmaicony, że nigdy w życiu nie miałem tyle zajęcia, co wówczas z sortowaniem tych pieniędzy. Znajdowały się tu pieniądze angielskie, francuskie, hiszpańskie, portugalskie, dżordże i ludwiki, dublony i dwugwineje, moidory i cekiny, wizerunki wszystkich królów europejskich z ostatniego stulecia, dziwaczne blaszki wschodnie, na których głoski wyglądały jak poplątane sznurki lub strzępy pajęczyny, monety okrągłe i kwadratowe i przedziurawione w środku, jakgdyby do noszenia ich na szyi — niemal wszelkie rodzaje monet, jakie tylko istniały na ziemi, mieściły się w tem zbiorowisku. Co się tyczy ich ilości, jestem przekonany, że było ich tyle, co liści jesienią, — tak iż krzyże bolały mnie od skulenia, a palce od ciągłego przebierania.
Dzień za dniem upływał przy tej robocie. Z każdym wieczorem pomnażały się zasoby na okręcie, lecz jeszcze inne zasoby czekały do dnia następnego. Przez cały ten czas nie było ani słychu o trzech żyjących jeszcze opryszkach.
Wreszcie — zdaje mi się, że było to na trzecią noc — doktór i ja przechadzaliśmy się po występie wzgórza, w miejscu, gdzie zwraca się ono ku nizinnym częściom wyspy, gdy wtem z głębi nieprzebitej ciemności wiatr doniósł nam jakiś hałas, nito wrzask nito śpiewanie. Jedynie ułamki tej wrzawy dochodziły do naszych uszu, poczem znów zapadało milczenie, jak przedtem.
— Niech niebo ma ich w swej opiece! — ozwał się doktór. — To buntownicy!
— Pijani jak bąki, panie łaskawy, — zabrzmiał za nami głos Silvera.
Silver, winienem zaznaczyć, był pozostawiony zupełnie na wolnej stopie, a pomimo docinków i obojętności z naszej strony uważał się jakby znowu za uprzywilejowanego i przyjaznego naszego stronnika. Doprawdy była to rzecz zadziwiająca, jak łatwo znosił swe upokorzenie i z jak nieznośną grzecznością usiłował wciąż zaskarbić sobie nasze łaski. Wszakoż, jak mi się zdaje, każdy tu odnosił się doń jak do psa. Wyjątkiem był chyba Ben Gunn, który okropnie się bał swego dawnego kwatermistrza, i ja, który czułem istotnie dla niego pewną wdzięczność, choć miałem powody, by mieć o nim gorsze niż inni wyobrażenie, gdyż widziałem, jak na płaskowyżu obmyślał był nową zdradę. To też doktór odpowiedział mu zgoła zgryźliwie:
— Pijani... albo majaczą w gorączce.
— Ma pan słuszność — odparł Silver — ale zarówno dla pana jak i dla mnie małą to stanowi różnicę.
— Przypuszczam, że nie będziesz mnie prosił, bym cię nazwał człowiekiem litościwym, — rzekł na to doktór drwiąco — przeto moje uczucia mogą cię zadziwiać, panie Silver. Gdybym wiedział napewno, że są nieprzytomni (a jestem moralnie przekonany, że jeden z nich przynajmniej zapadł ciężko na febrę), opuściłbym to obozowisko i, jakkolwiek naraziłbym własne życie, starałbym się im dopomóc swą umiejętnością.
— Przepraszam pana, ale postąpiłby pan bardzo źle! — odpowiedział Silver. — Mógłby pan postradać swe drogocenne życie... może być pan tego pewny. Jestem teraz ciałem i duszą po waszej stronie i nie życzyłbym sobie, żeby nasze stronnictwo zostało uszczuplone, i żebyś waszmość miał być pozostawiony sam... boć wiem dobrze, co waćpanu zawdzięczam. Ale tamci ludzie mogą nie dotrzymać słowa... nie, nie przypuszczam, żeby chcieli to uczynić... a, co więcej, nie uwierzą panu tak, jak pan im.
— Nie! — odpowiedział doktór. — Ty jesteś zakładnikiem naszego słowa, dobrze wiemy o tem.
W każdym razie były to niemal że ostatnie wieści o trzech piratach. Tylko raz usłyszeliśmy strzał z rusznicy w znacznem oddaleniu i przypuszczaliśmy, że polują. Zwołaliśmy naradę, na której postanowiono, że musimy pozostawić ich na wyspie — ku niezmiernej radości Benjamina Gunna i za silnem poparciem ze strony Graya. Zostawiliśmy im spory zapas prochu i kul, sporą porcję solonej koźlęciny, trochę lekarstw i nieco innych rzeczy niezbędnych, tobołków, odzieży, zbyteczny żagiel, kilka sążni sznura, tudzież, na specjalne życzenie doktora, niezgorszą porcję tytoniu.
Na tem zakończył się nasz pobyt na wyspie. Przedtem jeszcze naładowaliśmy skarby, nabraliśmy dostatek wody i resztę mięsa koźlego, na wypadek jakiejś nieprzewidzianej potrzeby. Nakoniec pewnego pięknego poranku podnieśliśmy kotwicę, co było bodaj jedyną czynnością, którą zdołaliśmy uskutecznić, i odpłynęliśmy z Zatoki Północnej. Nad nami powiewała ta sama bandera, którą kapitan rozwinął był i za którą walczył w warowni.
Jak wkrótce stwierdziliśmy, trzej korsarze śledzili nas lepiej, niż przypuszczaliśmy. Albowiem przedostając się przez cieśninę, musieliśmy przybliżyć się do cypla południowego, tam zaś ujrzeliśmy wszystkich trzech klęczących na wydmie piaszczystej, z ramionami, wzniesionemi błagalnie do góry. Wszystkim nam żal się zrobiło pozostawiać ich w tem opłakanem położeniu, lecz niepodobna się było wystawiać na powtórny rokosz, a zabierać ich z sobą do domu, by znaleźli śmierć na szubienicy, byłoby okrucieństwem. Doktór począł wołać w ich stronę, uwiadamiając ich o zapasach, któreśmy im zostawili i o tem, gdzie mają je odnaleźć. Oni jednakże w dalszym ciągu wołali nas po imieniu i błagali nas na litość Boską, żebyśmy się zmiłowali i nie porzucali ich na śmierć niechybną w takiem miejscu.
Nakoniec widząc, że okręt nie przystawał w biegu i chyżo oddalał się od miejsca, gdzie ich wołania mogły być dosłyszalne, jeden z nich — nie wiem, który to mógł być — zerwał się na równe nogi z chrapliwym okrzykiem, złożył się muszkietem do ramienia i wystrzelił. Kula bzyknęła nad głową Silvera i przebiła grotżagiel.
Natychmiast pochowaliśmy się za burty, a gdy znów wyjrzałem na zewnątrz, oni zniknęli już z wydmy, a sama wydma rozpływała się przed oczyma i niknęła w rosnącej odległości. Tak skończyło się owo zajście. Jeszcze przed południem, ku mej niewysłowionej uciesze, najwyższy wierzchołek Wyspy Skarbów roztopił się w błękitnej roztoczy morskiej.
Mieliśmy tak niewielu ludzi, że każdy z jadących na okręcie musiał przykładać rękę do pracy. Jedynie kapitan leżał na materacu na rufie i wydawał rozkazy, albowiem mimo znacznego polepszenia na zdrowiu potrzebował wciąż jeszcze wypoczynku. Zdążaliśmy do najbliższego portu w Ameryce hiszpańskiej, gdyż bez świeżych sił marynarskich nie mogliśmy przedsiębrać podróży do ojczyzny. Zanim jednak dokołataliśmy się do niego, przekorne wiatry i niespodziane nawałnice sprawiły, że opadaliśmy zupełnie z sił.
Było to o zachodzie słońca, gdy zapuściliśmy kotwicę w czarownej, okolonej lądem, zatoce; natychmiast otoczyły nas wiankiem łodzie pełne Murzynów, Indjan meksykańskich i metysów, sprzedających owoce i warzywa i gotowych nurkować za rzuconą w morze sztuką monety. Widok tylu wesoło nastrojonych twarzy (zwłaszcza czarnych), smak wyborny owoców podzwrotnikowych, a nadewszystko światła, które poczynały migotać w mieście, tworzyły urocze przeciwieństwo z naszym niedawnym pobytem na ponurej i krwawej wyspie. Doktór i dziedzic, wziąwszy mnie z sobą, poszli na ląd, aby tam spędzić weselej czas przed nastaniem nocy. Tu spotkali kapitana angielskiego okrętu wojennego, wdali się z nim w rozmowę, poszli w odwiedziny na pokład jego okrętu i, krótko mówiąc, przepędzili czas tak przyjemnie, że był już brzask dnia, gdy powróciliśmy na Hispaniolę.
Ben Gunn był sam jeden na pokładzie, a skoro dostaliśmy się na okręt, począł z dziwnemi wykrętami wyznawać nam szczerą prawdę. Silver uciekł! Gunn uległ był jego namowom i przed kilku godzinami dopomógł mu do ucieczki w łódce indjańskiej, teraz zaś zaklinał się, że uczynił to jedynie w celu zabezpieczenia naszego życia, które niewątpliwie byłoby na szwank wystawione, gdyby „ten człowiek z jedną nogą pozostał na okręcie“. Na tem jednak nie koniec. Kucharz okrętowy nie czmychnął z próżnemi rękoma. Niepostrzeżenie wdarł się do składu i zabrał stamtąd jeden z worów pieniędzy, wartości trzystu lub czterystu gwinej, aby ułatwić sobie dalszą wędrówkę. Sądzę, że wszyscyśmy byli radzi, że tak tanim kosztem uwolniliśmy się od niego.
Żeby już zakończyć to długie opowiadanie, powiem krótko, że najęliśmy kilku nowych marynarzy, odbyliśmy bez przeszkód drogę do domu, a Hispaniola zawinęła do Brystolu w sam raz wtedy, gdy pan Blandly zamyślał wyprawić w drogę statek konwojowy. Z tych ludzi, którzy na niej żeglowali, powracało jeno pięciu: „Trunek i djabli resztę bandy wzieni“... przyszła pomsta i kara... Bądź co bądź, nie byliśmy jeszcze w tak srogich opałach, jak inny jakiś okręt, o którym śpiewali:

Jeden ocalał z całej tej załogi,
Choć siedmdziesięciu ruszyło do drogi...

Każdy z nas otrzymał sowity dział w skarbach i użył swego nabytku mądrze lub nierozsądnie — zależnie od swych upodobań i charakteru. Kapitan Smollett już zerwał z morzem. Gray nie tylko zaoszczędził swoje pieniądze, lecz, opanowany naraz chęcią dobicia się wyższego stanowiska, jął kształcić się w swym zawodzie; obecnie jest sztormanem i współwłaścicielem pięknej fregaty, ożenił się i został ojcem rodziny. Co się tyczy Benjamina Gunna, dostał on tysiąc funtów, które wydał czy roztrwonił w przeciągu trzech tygodni, lub powiedziawszy ściślej, dziewiętnastu dni, gdyż dwudziestego dnia poszedł żebrać. Wówczas dostał posadę odźwiernego, właśnie tę, której tak bardzo obawiał się na wyspie. Żyje jeszcze do dziś dnia, jako wielki ulubieniec wiejskich chłopców, dworujących sobie nieraz z niego, i jako wyborny śpiewak kościelny w niedzielę i dni świąteczne.
O Silverze nie słyszałem już nigdy. Ten straszny marynarz z jedną nogą nakoniec przestał być zmorą mego życia i przepadł gdzieś bez śladu. Prawdopodobnie spotkał się ze swą starą murzynką i może jeszcze żyje szczęśliwie z nią i z „kapitanem Flintem“; w każdym razie bardzo mało jest prawdopodobieństwa, żeby miał zaznać szczęścia na drugim świecie...
Sztaby srebra i broń jeszcze spoczywają, o ile mi wiadomo, tam gdzie zakopał je Flint; życzę im, żeby spoczywały tam spokojnie na wieki. Wołami i powrozami nikt mnie nie zaciągnie powtórnie na tę przeklętą wyspę! Najgorsze sny, jakie miewam, to te, w których słyszę bałwany, łomocące zaciekle dokoła jej brzegów, lub gdy zrywam się z łóżka i słyszę utrapiony i przeraźliwy głos „kapitana Flinta“, dzwoniący mi jeszcze w uszach: „Talary! Talary! Talary!“


KONIEC.

Przypisy

  1. Lugier — żaglowiec pobrzeżny.
  2. Dirk — sztylet, majcher. Wszyscy prawie korsarze, o których mowa w niniejszej powieści, mają dziwne nazwiska: Flint to krzesiwo, Pew — klęcznik, Silver — srebro itp.
  3. Statek pobrzeżny rybacki.
  4. Okręt — the ship — jest w języku angielskim rodzaju żeńskiego; marynarze często nazywają go poprostu she — ona.
  5. Kaprami lub flibustjerami nazywano dawniej piratów.
  6. Zbójców było właściwie już tylko ośmiu, gdyż człowiek ugodzony przez pana Trelawneya na pokładzie szonera, umarł z rany tego samego wieczora. O tem jednak dowiedzieliśmy się dopiero później. (Przypisek Jakóba Hawkinsa).
  7. Mybyśmy powiedzieli: „po angielsku“. Jednak Kuba Hawkins tak wyrazić się nie mógł, boć sam był Anglikiem. (Przyp. tłum.)
  8. Tor albo bruzda, snująca się w wodzie za okrętem.
  9. Kanaliki do odprowadzania wody z pokładu okrętu.
  10. Lina do podnoszenia bandery na maszt.
  11. Dyżur okrętowy, po 12-ej godz. w nocy.
  12. Kasztel przedni — kwatera prostych marynarzy na przodzie okrętu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.