Wyspa skarbów/Rozdział XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział trzydziesty pierwszy.
POSZUKIWANIE SKARBU. DROGOWSKAZ FLINTA.

— Kubusiu! — rzekł Silver, gdy byliśmy sami. — Jeżeli ja ocaliłem twoje życie, to i ty ocaliłeś moje, a tego ci nie zapomnę. Widziałem, że doktór cię namawiał do ucieczki... widziałem kącikiem oka... i widziałem, żeś powiedział: nie! — zupełnie, jakbym słyszał... Kubo, za to jestem ci bardzo wdzięczny! Jest to pierwsza iskierka nadziei, jaka mi zabłysła od czasu, gdy zawiódł nas atak na warownię. Tobie nadzieję tę zawdzięczam. Teraz, Kubusiu, mamy iść na poszukiwanie skarbu i mamy jakieś tajne polecenia... Tego to nie lubię... Musimy obaj trzymać się koło siebie, jeden niemal u boku drugiego, a ocalimy szyje, naprzekór wszelkim przeciwnościom losu!
Jeden z ludzi, uwijających się przy ognisku, zawołał na nas, że śniadanie już gotowe, to też niezadługo siedliśmy na piasku i jęliśmy posilać się sucharami i przypiekanym pekeflajszem. Ognisko tak było wielkie, że możnaby na nim upiec całego wołu; właśnie w owej chwili wystrzeliło ono i rozgorzało tak potężnie, że podejść ku niemu można było jedynie od strony wiatru i to z wielką ostrożnością. Z tą samą rozrzutnością przygotowali trzykroć więcej jadła, niż zdołaliśmy zjeść, a jeden z nich z pustym śmiechem cisnął resztę jadła na ognisko, które rozbłysło i zahuczało, podsycone tem niezwykłem paliwem. Nigdy w życiu nie widziałem ludzi tak mało dbających o jutro. Cały ich tryb życia w tem się streszczał, żeby być sytym w danej chwili. Widząc, jak marnotrawili żywność i spali na warcie, nabierałem przeświadczenia, że choć mieli dość śmiałości do staczania małych utarczek, to jednak byli całkiem niesposobni do jakiejkolwiek dłuższej wojny.
Nawet Silver, który wciąż zajadał, trzymając „Kapitana Flinta“ na ramieniu, nie miał dla nich słowa napomnienia za tę nieprzezorność. Dziwiło mnie to tem więcej, że sądziłem, iż nigdy nie okazał się bardziej przebiegły jak podówczas.
— Tak, marynarze — mówił — wasze szczęście, że macie Patelnię, który za was pracuje swą głową. Zdobyłem, co chciałem... tak jest! Oni napewno mają okręt w swych rękach. Gdzie go ukrywają, na razie jeszcze nie wiem, lecz skoro posiędziemy skarb, zaczniemy szukać na wszystkie strony, aż go odnajdziemy, a wtedy, kamraci, mając łodzie, stanowczo zwyciężymy!
Uwijał się ustawicznie wśród nich i gadał, choć usta miał pełne gorącej wędzonki. W ten sposób ożywiał ich nadzieje i zaufanie, a zarazem, jak mi się zdaje, sam sobie dodawał otuchy.
— Co się tyczy zakładnika — mówił dalej — zapewniam was, że była to ostatnia jego pogawędka z tymi, których kocha tak gorąco! Uzyskałem kilka nowych wiadomości, za które jestem mu bardzo wdzięczny. Na tem jednakże koniec. Gdy pójdziemy na poszukiwanie skarbów, wezmę go na postronek, gdyż musimy go na wszelki wypadek zatrzymać na pewien czas przy sobie. Pilnować go, jak skarbu... zapamiętajcie to, kamraci! Skoro już zdobędziemy i okręt i skarb i pohulamy na morzu, jak przystało na wesołych towarzyszy, wtedy, i owszem, pogadamy z mości Hawkinsem i damy mu należną zapłatę za wszystkie jego grzeczności... a jakże!
Nie dziwota, że łotrzykowie wpadli w wyśmienite usposobienie. Co do mnie, byłem niesłychanie przygnębiony. Jeżeliby zamiar, przed chwilą wspomniany, był możliwy do wykonania, Silver, który już dwakroć okazał się zdrajcą, napewno nie zawahałby się go urzeczywistnić. Stał jeszcze na rozdrożu między jednym a drugim obozem, a nie ulegało wątpliwości, że w razie czego przeniósłby bogactwo i swobodę po stronie korsarzy nad samo ocalenie głowy od stryczka, czego w najlepszym wypadku mógł się spodziewać po naszej stronie.
A zresztą, gdyby nawet tak się złożyły okoliczności, że byłby zmuszony wytrwać w zobowiązaniach względem doktora Liveseya, jakież i wówczas oczekiwały nas niebezpieczeństwa! Jakaż to będzie chwila, gdy sprawdzą się podejrzenia jego podwładnych i gdy on, kaleka, wraz ze mną, pacholęciem, będzie musiał walczyć w obronie życia przeciw pięciu silnym i zwinnym marynarzom!
Do tego podwójnego kłopotu dodać należy tajemnicę, która osłaniała działalność mych przyjaciół, ich niewytłumaczoną ucieczkę z twierdzy, wręcz niepojęte dla mnie wyrzeczenie się mapy, a wreszcie (co jeszcze trudniej było odgadnąć) słowa, któremi doktór niedawno ostrzegał Silvera: „Wystrzegaj się krzyków, gdy go znajdziesz“ — a chyba uwierzycie, że śniadanie niebardzo mi smakowało, i że z ciężkiem sercem wyruszyłem na poszukiwanie skarbu w towarzystwie ludzi, którzy mnie pojmali.
Tworzyliśmy dziwny orszak; zdumiałby się, gdyby nas tak kto zobaczył! Wszyscy byliśmy odziani w zasmolone ubrania marynarskie, a wszyscy, prócz mnie, byli uzbrojeni od stóp do głów. Silver przewiesił sobie przez ramię dwie rusznice, jedną sprzodu, a drugą styłu; do boku przypasał wielki kordelas, a w każdej kieszeni swego wciętego surduta miał pistolet. Osobliwego wyglądu przydawał mu „Kapitan Flint“, który siedział na jego ramieniu, papląc bez związku strzępami gwary żeglarskiej. Ja, opasany liną na biodrach, szedłem z uległością za kucharzem, który dzierżył luźny koniec powroza bądź w wolnej ręce, bądź w swych potężnych zębach. Słowem, byłem całkowicie podobny do cygańskiego niedźwiedzia.
Reszta ludzi była rozmaicie objuczona. Jedni dźwigali kilofy i łopaty — gdyż był to najpierwszy sprzęt, który wynieśli na ląd z Hispanioli, — inni byli obładowani wędliną, pieczywem i wódką, przeznaczoną na obiad. Wszystkie te zapasy pochodziły z naszego składu i mogłem się przekonać o prawdziwości słów Silvera, wypowiedzianych zeszłej nocy. Gdyby on i jego rabusie nie zawarli układu z doktorem, tedy, odcięci od okrętu, musieliby poprzestawać na czystej wodzie i na łupach z polowania. Woda nie byłaby im bardzo do smaku, a żeglarz zazwyczaj bywa lichym myśliwym. Zresztą jeżeli tak marnie zaopatrzyli się w żywność, tedy prawdopodobnie także nie mieli poddostatkiem prochu.
W takim rynsztunku wyruszyliśmy wszyscy pospołu — nawet ów drapichrust z rozbitą głową, który spewnością wolałby pozostać w cieniu — i wymknęliśmy się gęsiego ku wybrzeżu, gdzie oczekiwały na nas dwa czółna. Nawet i one nosiły ślady pijackiej wściekłości piratów, — gdyż jedno miało strzaskany przód, a oba były zabłocone i zaśmiecone nad wszelki wyraz. Mieliśmy je wziąć z sobą dla wszelkiego bezpieczeństwa: narazie, podzieliwszy się na dwie gromadki, poczęliśmy się przeprawiać przez zatokę.
Podczas przeprawy wywiązał się spór co do treści mapy. Czerwony krzyżyk był zbyt wielki, aby mógł być dostateczną wskazówką, a słowa notatki na odwrotnej stronie, jak się dowiecie, nastręczały pewne dwuznaczności. Były one, jak czytelnik pamięta, następujące:
„Wysokie drzewo, cypel Lunety, kierując się na Pn. od strzałki kompasu Pn. Pn. W.
„Wyspa Szkieletów W. Pd. W., ku W.
„Dziesięć stóp“.
Zatem wysokie drzewo było najważniejszym punktem orjentacyjnym. Otóż w sam raz przed nami zatoka była obrzeżona wyżyną, wysoką na dwieście do trzystu metrów, która na północy przylegała do stromego zbocza południowego Lunety, natomiast ku południowi piętrzyła się w dziką skalistą wyniosłość, zwaną Bezan-Masztem. Wierzch płaskowyżu był gęsto zarosły sosnami różnej wysokości. Tu i owdzie jakieś drzewo odmiennego gatunku wzbijało się czternaście lub piętnaście stóp ponad swe otoczenie, rysując się wyraziście na tle nieba; które z nich było owem „wysokiem drzewem“, wymienionem przez kapitana Flinta, można było stwierdzić dopiero na miejscu, podług wskazówek kompasu.
Mimo to, zanim przebyliśmy połowę drogi, każdy z jadących na czółnach gotów był dawać głowę, że to lub owo drzewo miało być tem, o które chodziło. Jedynie Długi Jan ruszał ramionami i radził im, by zaczekali, aż przybędą na miejsce.
Wiosłowaliśmy lekko, wedle zleceń Silvera, aby nie przemęczać się przedwcześnie. Po dość długiej jeździe wylądowaliśmy koło ujścia drugiej rzeki — tej, która wypływa z leśnego parowu Lunety. Następnie skręciwszy wlewo, poczęliśmy wdzierać się po urwisku ku wyżynie.
Na wstępie ciężki, błotnisty grunt i bujna zwikłana roślinność utrudniały niezmiernie nasz pochód; zwolna jednak wzgórze poczęło się piąć stromo i droga stawała się kamienista, a las zmieniał się w wyglądzie, stawał się wyższy i przestronny. Ta połać, do której przybliżaliśmy się, stanowiła chyba najpiękniejszą część wyspy. Wonne jałowce i rozliczne krzewy kwitnące zajęły miejsce trawy. Gąszcze zielonych drzew muszkatowych, urozmaicone w rzadkich odstępach czerwonawemi pniami i szerokiemi baldachimami sosen, mieszały swój aromat z zapachem żywicy. Powietrze świeże i orzeźwiające, łącznie z jasnemi promieniami słońca, było cudownem pokrzepieniem naszych serc i zmysłów.
Banda rozsypała się wachlarzowato, krzycząc i biegając na wszystkie strony. Mniejwięcej w środku i w sporem oddaleniu od innych postępował Silver wraz ze mną — ja uwiązany na powrozie, on zaś brnąc z trudem, wśród ciężkich westchnień, po osuwającym się żwirze. Od czasu do czasu musiałem go poprostu prowadzić za rękę; w przeciwnym razie byłby się potknął i runął nawznak ze zbocza wzgórka.
Przeszliśmy prawie pół mili i zbliżaliśmy się do krańca płaskowyża, gdy wtem człowiek idący najdalej na lewo począł głośno krzyczeć, jakby w przerażeniu, a następnie nawoływać swych kamratów, którzy rzucili się pędem w tym kierunku.
— Wątpię, by on znalazł skarb — rzekł stary Morgan, przebiegając co żywo koło nas z prawej strony — gdyż ten jest tam wyżej!
Istotnie, jak przekonaliśmy się, doszedłszy również na miejsce, było to coś zupełnie innego. U stóp pięknej wybujałej sosny, spowinięty w zielone pnącze, które nawet podniosły w górę kilka drobnych kostek, leżał na ziemi szkielet ludzki z kilkoma strzępkami odzienia. Mniemam, że przez chwilę mróz ściął wszystkim krew w żyłach.
— To marynarz! — ozwał się Jerzy Merry, który, śmielszy od innych, podszedł bliżej i badał szmatki leżące na ziemi. — Miał na sobie dobre sukno marynarskie.
— A jakże! — rzekł Silver — juści, że marynarz!... przecież nie znalazłbyś tu biskupa. Lecz skąd się wzięły tutaj te kości? To coś niezwykłego, nienaturalnego! Jak one leżą!
W rzeczy samej, przypatrzywszy się dokładniej, nie można było przypuszczać, by ciało znajdowało się w pozycji naturalnej. Pominąwszy parę drobnych skrzywień (które zapewne były dziełem ptaków, żerujących na nim lub powoli rosnącego pnącza, który stopniowo owijał jego szczątki) człowiek ów leżał zupełnie wyprostowany, tak iż stopy jego wskazywały w jednym kierunku, a jego dłonie, wzniesione nad głową jak u nurka, wyciągnięte były w stronę przeciwną.
— Coś mi zaświtało w mej starej mózgownicy! — zauważył Silver. — Oto jest kompas... Tam widać szczyt Wyspy Szkieletów, sterczący jak kieł dzika. Teraz poprowadźcie kresę w przedłużeniu tych kości.
Uczyniono jak mówił. Zwłoki wskazywały dokładnie w tym kierunku, a z kompasu odczytano w sam raz: W. Pd. W., ku W.
— Tak myślałem — zawołał kucharz — oto jest drogowskaz. Stąd to właśnie wiedzie nasza droga ku Gwieździe Polarnej i ku korsarskim talarom. Lecz niech mnie piorun trzaśnie, ciarki mnie przechodzą, gdy pomyślę sobie o Flincie. On lubił takie żarty... pewno i teraz sobie zażartował! Był tu sam przeciwko tamtym sześciu... Pozabijał każdego zosobna, a tego jednego przywlókł tutaj i ułożył według kompasu... a niechże mnie piorun strzeli! Długie kościska, a włosy rude!... Tak, to napewno był Allardyce. Pamiętasz Allardyce’a, Tomaszu Morganie?
— A jakże — odpowiedział Morgan — pamiętam! Był mi winien nieco grosza i zabrał mój nóż...
— Jeżeli mowa o nożach — rzekł inny. — Dlaczego nie znajdujemy jego noża, leżącego obok niego? Flint nie miał zwyczaju gmerać w kieszeniach okrętnika, a ptaki, sądzę, zostawiłyby nóż w spokoju!
— Prawda, u licha! — krzyknął Silver.
— Nie pozostawiono przy nim niczego — rzekł Merry, obmacując jeszcze kościotrupa. — Ani złamanego szeląga, ani pudełka z tytoniem. Nie wydaje mi się to naturalne!
— Tak, niech to piorun strzeli! — przytakiwał Silver. — Ani naturalne ani przyjemne, słusznie powiadasz! Do kroćset dział, kamraci! Gdyby Flint żył, byłoby na tem miejscu gorąco i mnie i wam! Sześciu ich było, jak sześciu nas jest w tej chwili... a pozostały z nich tylko kości...!
— Widziałem go na własne oczy... nieżywego... — rzekł Morgan. — Billy mnie wprowadził do jego kajuty... Leżał, mając po miedzianym pensie na obu powiekach...
— Umarł... tak... Juści umarł i zszedł z tego świata — rzekł opryszek z obwiązaną głową. — Ale jeżeli kiedykolwiek jaki duch chodził po świecie, to chyba duch Flinta... Był to walny chłop... nasz Flint... ale umarł straszną śmiercią...
— Tak, tak, straszliwie konał; — dorzucił drugi. — Raz dostawał napadów szaleństwa... to znów wołał, żeby mu przynieść rumu, to zasię śpiewał: „Piętnastu chłopów“... Była to jego jedyna śpiewka, kamraci, a powiem wam prawdę, że odtąd nigdy nie lubiłem słuchać tej pieśni... Był wielki upał... i okno było otwarte, więc wyraźnie słyszałem rozbrzmiewającą tę starą pieśń... i czułem, jak śmierć już brała tego człowieka w swoje szpony...
— Chodźmy już, chodźmy! — rzekł Silver. — Dość czczej gadaniny! Flint umarł i nie tuła się po świecie, to wiem napewno... przynajmniej nie chodzi za dnia... Możecie być tego pewni. Indyk się kłopotał i zdechł, jak mówi przysłowie. Ruszymy na poszukiwanie dublonów.
Ruszyliśmy w drogę, lecz pomimo skwaru słonecznego i olśniewającego światła dziennego piraci już nie rozbiegali się na wszystkie strony i nie pohukiwali po lesie, ale trzymali się jeden przy drugim i mówili przytłumionym szeptem. Postrach nieżyjącego korsarza zaciężył nad ich duszami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.