Wojna i pokój (Tołstoj, 1894)/Tom III/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lew Tołstoj
Tytuł Wojna i pokój
Tom III
Wydawca J. Czaiński
Data wydania 1894
Drukarz J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Война и мир
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


XIV.

Była piąta godzina z rana. Panowała jeszcze ciemność zupełna. Oddziały z centrum, rezerwa i prawe skrzydło Bagrationa, stały dotąd nieporuszone. Za to na skrzydle lewem, szeregi piechoty, konnicy i artylerja budziły się ze snu i zaczynały się ruszać pospiesznie. Im to bowiem wydano rozkaz zaatakowania prawego skrzydła Francuzów i wyparcia z zajętego stanowiska, według planu wypracowanego tak mozolnie przez Weirothera. Mieli oni zapędzić nazad Francuzów w niedostępne góry czeskie. Było bardzo zimno, ciemno i ponuro. Oficerowie kończyli na prędce śniadanie i połykali parząc podniebienie gorącą herbatę. Żołnierze gryźli na umor swoje suchary, uderzając nogą o nogę aby rozgrzać trochę członki skostniałe. Kto mógł cisnął się do ognisk, w które wrzucano z kolei krzesła połamane, stoły, części kół, beczki próżne, słowem: to wszystko, czego zabrać nie było można, lub co już żadnej wartości nie przedstawiało. Z ognisk wydobywały się kłęby dymu czarnego i w oczy gryzącego. Przybycie do obozu przewodników austrjackich, dało hasło do wymarszu. Ruszały się całe pułki. Żołnierze porzucali ogniska, chowali fajki na krótkich cybuszkach za cholewy od butów i składali do furgonów swoje manatki. Jaki taki chwytał za karabin, stając porządnie do szeregu. Oficerowie zapinali szczelnie mundury, zacieśniali pasy, zakładali na ramię ładownice i przebiegali szeregi z dokładnością drobiazgową. Luzaki i reszta służby wojskowej zaprzęgali konie do wozów, pchając w nie ile się tylko dało.
Adjutanci, pułkownicy, jenerałowie, wsiadali na koń, żegnali się trzykrotnie, rozdawali ostatnie rozkazy, polecenia i przestrogi swoim podwładnym, i kolumny maszerowały jedna za drugą, podług taktu wybijanego tysiącem stóp. Nikt nie wiedział dokąd dąży, nawet niczego nie widział przed sobą, tak gęsta była mgła, podszyta w dodatku pełzającemi po ziemi dymami.
Żołnierz w marszu, jest tak obostrzony, co do działania osobistego, jak majtek na okręcie, tak samo ciągnie go i popycha pułk jego. Marynarz widzi zawsze przed sobą ten sam pomost, ten sam maszt i te same liny okrętowe. Żołnierz mimo olbrzymich nieraz przestrzeni, grożących najwyższem niebezpieczeństwem, które przebyć musi, ma wiecznie obok siebie tych samych towarzyszów, tego samego sierżanta nad sobą, psa trzymającego się wiernie jednej kompanji i tego samego pułkownika. Majtek rzadko kiedy jest ciekawy zbadać bliżej i najczęściej nie zdaje sobie sprawy z olbrzymich wodnych przestrzeni, na których buja jego okręt. Jednak w dniu bitwy, tak u jednego, jak u drugiego, nie wiedzieć skąd i jakim sposobem, odezwie się struna serdeczna, zabrzmi nutą dziwnie wzniosłą i poważną; struna moralnego „ja“, która musi drgnąć w każdym człowieku, gdy zbliża się do czegoś nieznanego mu, a nieuniknionego i koniecznego, co w nim obudza niezwykły niepokój. W dniu tym, jest nerwowo podniecony, rozgorączkowany. Patrzy, nadsłuchuje, pyta i radby zbadać, radby zrozumieć to „coś“, co się dzieje po za ciasnym obrębem, jego zajęć codziennych.
Mgła była tak gęstą, że pierwsze dnia brzaski nie były w stanie jej przeniknąć. Nikt niczego nie rozróżniał na odległość dziesięciu kroków. Krzaki przydrożne przemieniały się w olbrzymie drzewa, doliny wyglądały na jary i pagórki, i można było znaleść się nagle, kiedy by się tego najmniej spodziewano, oko w oko z nieprzyjacielem. Wojska sprzymierzone szły długo tonąc w tych chmurach mlecznych. To w dół schodziły, to pięły się do góry. Ocierały się kolumny maszerujące, o ogrody, o mury jakichś nieznanych miejscowości, a nigdzie nie napotkały nawet na ślad jakikolwiek nieprzyjaciela. Na przedzie, w tyle, z boków, żołnierz słyszał ruskę mowę, czuł w koło samych „swoich“ i radował się w głębi duszy, że ich tak wielu dąży w to samo miejsce nieznane, w tym samym celu osłoniętym tajemnicą.
— Słyszałeś? Oto nadchodzą ci z Kurska — szeptano sobie na ucho w szeregach.
— Ah! to coś straszliwego, ile jest razem naszego wojska! — zauważył inny. — Gdy wczoraj pozapalano ognie w obozie, patrzyłem i chciałem zliczyć... Aha! prędzej byś zliczył bratku ziarnka maku po całem polu rozsiane! Cała Moskwa wali na Francuza! mówię ci!
Żołnierze szli dziarsko i wesoło, jak zwykle idzie się zrazu, gdy ma się nieprzyjaciela zaatakować, nie czekając na jego zaczepkę. Dowódzcy jednak, jeszcze się wcale nie byli zbliżyli do szeregów, i nie zachęcili żołnierzy, nie dodali im ducha, ani jednem słowem. Ci wszyscy, których widzieliśmy zebranych na radzie wojennej, byli rzeczywiście w najgorszym humorze, niezadowoleni w najwyższym stopniu z całego planu. W ponurem milczeniu postępowali na czele swoich oddziałów, wykonywując li rozkazy wydane. Po za tem, ani im w głowie postało, trudzić się przemawianiem do żołnierzy. Upłynęła w ten sposób dobra godzina. Czoło armji zatrzymało się nagle, i odczuło natychmiast instynktowo ogromne zamięszanie, i wielki nieład. Trudnem byłoby do wytłumaczenia, w jaki sposób to uczucie zrazu nieokreślone, stało się wkrótce pewnością niezaprzeczoną. Dość na tem, że biegło i przenikało coraz dalsze szeregi, niby niewidzialna iskra elektryczna, niby strumień zbierający gwałtownie w górze, i rozlewający się w dolinie coraz szerszem korytem. Gdyby armja rosyjska była się znalazła samą, bez sprzymierzeńców, byłoby prawdopodobnie upłynęło więcej czasu, zanimby podobne przypuszczenie stało się faktem dokonanym. W tym atoli wypadku, doznawano złośliwego zadowolenia, całkiem zresztą naturalnego. Wszak mogli wszystko zwalić na Niemców! Każdy był najmocniej przekonany, że to fatalne zamięszanie, zawdzięcza jedynie „piwoszom i zjadaczom kiełbasek“ (jak powszechnie Niemców nazywano).
— Mądry plan! nie ma co mówić!... — sarkał jeden.
— Co tam u djabła zawadza nam na środku drogi?! — klął drugi. — Czy Francuzi?... Ale nie, bo byliby już na nas sypnęli kulami... Pędzili nas, pędzili, jak nieboskie stworzenia, a teraz każą stać w czystem polu! Ci przeklęci Niemcy, wiecznie wszystko przekręcą! Czy im djabeł łby pozawracał?!... Trzeba było ich wysłać naprzód, nie zostawiać z tyłu za nami!... I każą nam czekać o głodzie i o chłodzie!... Ciekawym jak to długo potrwa?... Na masz! nowy bal! konnica stanęła teraz na poprzek drogi!... Djabli by wynieśli wszystkich Szwabów, którzy nie znają kraju własnego!
W ten sposób wyrzekali oficerowie, a najbardziej szeregowcy.
— Która dywizja? — spytał jeden z adjutantów, przyleciawszy przed szeregi na zziajanym koniu!
— Ośmnasta!...
— A cóż tu stoicie do kaduka! Powinniście byli być stąd o dobrą milę! Teraz już nie przejdziecie do samej nocy.
— To mi dopiero mądre rozkazy! Sami nie wiedzą, co robią! — mruczał adjutant odjeżdżając stępą.
To znowu wrzeszczał i piorunował jakiś jenerał na Niemców, a że nie umiał wcale ich języka, powtarzał raz po raz pieniąc się z gniewu:
— Taffa laffa! Taffa laffa!
— Albo to dobry chrześcjanin zrozumie ten ich szwargot djabelski? — zauważył jeden z żołnierzy, wzruszając miłosiernie ramionami. — Żeby tak na mnie, kazałbym wystrzelać to psiarstwo, co do nogi!
— Mieliśmy stanąć na miejscu o dziewiątej rano, a tu po dziesiątej, my zaś zrobiliśmy ledwie połowę drogi!... Ślicznie nas prowadzą!...
Ze wszech stron słyszało się tylko podobne wyrzekania i złorzeczenia Niemcom. Zapał pierwotny zmieniał się zwolna w żołnierzach w najwyższe rozdrażnienie, spowodowane idjotycznemi rozporządzeniami, które pochodziły rzeczywiście od Niemców.
Całe owe zamięszanie sprawiła konnica austrjacka, przez fałszywy manewr ku rosyjskiemu lewemu skrzydłu. Główni dowódzcy, znalazłszy czoło armji rosyjskiej zbyt oddalone od prawego skrzydła, kazali cofnąć się całej konnicy, i skierowali takową ku lewemu skrzydłu. W skutek tego rozkazu, kilka tysięcy koni przesuwało się pomiędzy kolumnami piechoty, wstrzymując ją w pochodzie.
Jeden z jenerałów rosyjskich skłócił się na dobre z tego powodu z przewódzcą austrjackim. Rosjanin krzyczał w niebogłosy, żeby konnica stanęła, póki nie przejdzie rosyjska piechota. Austrjak składał się, że w tem nie ma jego winy, tylko taki rozkaz wydano mu z góry. Tymczasem wojsko stało w miejscu, i stało! milczące, ponure, ostygając zwolna i tracąc animusz, którym zrazu pałało. Po godzinie stania w polu, kolumny ruszyły dalej, zchodząc coraz głębiej w wąwóz. Tu mgła opadająca, stawała się coraz gęstszą, podczas kiedy u góry niebo było już zupełnie jasne, bez jednej chmury. Naraz wśród mgły okiem nieprzebitej rozległ się strzał pierwszy, za nim dalsze w nierównych odstępach. Później zaczął się ogień rotowy gęsty i ciągle podsycany, powyżej strumienia pod Goldbach.
Nikt nie liczył na spotkanie się w tem miejscu z nieprzyjacielem. Gdy wojsko rosyjskie wpadło tak znienacka na niego, nie zachęcone ani jednem słowem przez swoich dowódzców, a pod wpływem przykrego uczucia, że zostało niepotrzebnie w drodze zatrzymane, nie widząc nikogo przed sobą, otoczone mlecznemi kłębami mgły okiem nieprzebitej, odstrzeliwało się leniwo, nie spiesząc się wcale. To szło naprzód, to stawało, odbierając rozkazy z góry, zawsze po niewczasie. Tak samo bowiem i adjutanci wysyłani z rozkazami, błądzili w mgle, szukając nadaremnie dywizji i tych, którzy niemi dowodzili. Ten smutny los podzieliły trzy pierwsze kolumny, schodzące w wąwóz coraz niżej. Czy nieprzyjaciel był rzeczywiście oddalonym od nich z centrum swojej armji o dziesięć wiorst, jak niektórzy twierdzili? Czy też był tuż blisko, zakryty mgłą przed ich wzrokiem? Nikt o tem nie wiedział aż do godziny dziesiątej z rana. Czwarta kolumna, którą dowodził sam Kotuzow, zajęła była płaszczyznę powyżej Pratzen’u.
Gdy to wszystko działo się w szeregach armji rosyjskiej, Napoleon otoczony swoimi marszałkami stał na wzgórzu pod Schlapanitz. Po nad głową miał niebo lazurowe. Olbrzymia tarcza słoneczna, niby łódź płynąca aby podpalać okręty, kołysała się nad mgły mlecznemi bałwanami. Ani wojsko francuzkie, ani Napoleon, otoczony swoim głównym sztabem, nie znajdowali się z tamtej strony strumienia i wąwozów, pomiędzy wsiami Sokolenitz i Schlapanitz. A według planu, armja sprzymierzonych miała zająć właśnie to stanowisko, i zacząć atak. On zaś tymczasem umieścił się wręcz przeciwnie wszelkim planom i kombinacjom Weirothera, tak zaś blisko armji rosyjskiej, że mógł stojąc na pagórku, rozróżnić gołem okiem oficera od prostego szeregowca. Miał na sobie ów historyczny surdut szary, w którym odbył poprzednio całą włoską kampanją. Siedział na koniu niewielkim, siwym, ale ognistym, czystej krwi Arabczyku. Stał na samym przedzie, o dwa kroki od swoich marszałków. Wpatrywał się bystro i przenikliwie w głębokiem milczeniu, w kontury wzgórz, które wyłaniały się zwolna z mgły tumanów. Tam ruszały się kolumny rosyjskie. Wytężał słuch, zwracając baczną uwagę na ogień z ręcznej broni, rozpoczęty poniżej wyżyny pagórkowatej. W jego twarzy marmurowej, nieprzeniknionej, jeszcze bardzo chudej w owej epoce, ani jeden muszkuł nie drgnął. Oczami błyszczącemi fiksował zawzięcie jeden punkt. Jego przewidywania ziściły się co do joty. Znaczna część wojsk rosyjskich zeszła była w wąwóz, i maszerowała dalej ku stawom. Część druga, porzucała właśnie płaszczyznę w Pratzen, którą Napoleon chciał zaatakować, uważając ją za punkt najważniejszy. Widział defilujące i świecące w pośród mgły, tysiące bagnetów rosyjskich, które następnie tonęły w tem morzu mlecznem, schodząc coraz niżej w wąwóz. Według raportów odebranych w wilją, według turkotu kół i odgłosu kroków, co wszystko słyszały dokładnie francuzkie forpoczty, po chaotycznym nieładzie, panującym w szeregach nieprzyjacielskich, zrozumiał i odgadł z łatwością Napoleon, że armja sprzymierzonych sądziła iż znajduje się Bóg wie jak daleko. Wiedział i o tem, że kolumny schodzące z płaszczyzny w Pratzen tworzą czoło armji rosyjskiej, to zaś czoło jest dostatecznie bezsilnem, aby mógł je zaatakować z wszelką nadzieją zwycięstwa... a jednak nie dawał dotąd sygnału, żeby atak rozpocząć.
Był to dla niego dzień nader ważny i pamiętny... rocznica jego koronacji. Usnął był nad ranem snem twardym, pokrzepiającym, i obudził się lekki, wypoczęty, wesół, ufny w swoją gwiazdę, w tem szczęśliwem usposobieniu umysłowem, w którem wszystko wydaje nam się możliwem, i rzeczywiście wszystko zwykło się udawać. Kazał sobie podać konia, i pojechał zbadać pole działania. Twarz jego zimna i spokojna, dowodziła swoją nieruchomością, że czuje się szczęśliwym w tej chwili i pewny zwycięstwa, na które zasłużył w zupełności. Tak błogi wyraz malował się w całej jego fizjognomji, jaki miewa twarz gołowąsego młodzieniaszka, gdy czeka z sercem bijącem rozkosznie, na pierwszą schadzkę miłosną.
Skoro słońce zajaśniało w całym blasku, uwolniwszy się zupełnie z mglistych obsłon i oświetliło widnokrąg snopem złocistych promieni, Napoleon, który zdawał się czekać li na tę chwilę, zdjął rękawiczkę ze swojej ręki białej, kształtnej i arystokratycznej, bez zarzutu... a skinąwszy nią od niechcenia, dał znak, żeby atak rozpocząć. Marszałkowie w towarzystwie swoich adjutantów, pogalopowali w różnych kierunkach, a w kilka minut później, czoło armji francuzkiej posuwało się szybko ku płaszczyźnie w Pratzen, którą porzucili przed chwilą Rosjanie schodząc na lewo w dolinę.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Lew Tołstoj.