W szponach/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W szponach
Podtytuł Powieść
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


IX.

„Szanowny kolego!
Zdziwiła nas mocno wasza odpowiedź. Nie rozumiecie nas. Nam wcale nie chodzi o lampę, lecz o zasadę. Powtarzam jeszcze raz: walka wszędzie, zawsze i o wszystko... Kiedy dostaniemy lampę, znajdziemy coś innego i tak wciąż aż do skutku. Właściwie my walczymy z ustrojem burżuazyjnym we wszystkich jego przejawach, wszędzie, zawsze i na każdem miejscu; jedną z jego funkcyj jest więzienie; więc skoro znaleźliśmy się w więzieniu, walczymy z niem. Ponieważ jednak nie możemy postawić odrazu zasady wypuszczenia nas stąd, gdyż władza więzienna nie chciałaby z nami w takim wypadku traktować i utracilibyśmy objekt walki, wystawiamy żądania częściowe, których cały szereg, planowo postawiony, w ostatecznym rezultacie zniszczy całkowicie istotę więzienia...
Po lampie będziemy żądali otworzenia wszystkich drzwi na tym samym korytarzu dla wolnego komunikowania się więźniów. Potem otwarcia drzwi w całym gmachu i komunikowania się swobodnego oddziałów. Wspólnej kuchni, wspólnej bibljoteki, prawa swobodnego zrzeszania się więźniów, własnej administracji więzienia, a przynajmniej kontroli nad nią uwięzionych. Będziemy następnie żądali długich i codziennych widzeń z rodziną i przyjaciółmi, następnie pozwolenia na wycieczki do miasta. Ale przedewszystkiem musimy złamać władzę, przyzwyczaić ją do ustępstw i posłuszeństwa naszej woli. Taki jest nasz plan i z tego punktu widzenia lampa wcale nie jest drobnostką, jakto wyście napisali... Musicie się do nas przyłączyć, gdyż protest tylko wtedy się udaje, jeżeli będzie solidarny. Większość już się zgodziła. Reszta zgodzi się nie dziś, to jutro... Czyż więc sami odważycie się jeść i pić wtedy, gdy wokoło was będą umierali z głodu?... Pomyślcie i dajcie znać. Do jutra. Z socjaldemokratycznem pozdrowieniem. A. Butterbrot.
Z pewnem zdumieniem i niepokojem odczytywał Gawar i oglądał drobno zapisaną kartkę.
— Nic nie napisał. Ani kto on sam jest, ani czy dużo ich takich, czy mało? Nic nie wiem... Student, robotnik, agitator?
— Pewnie student; coś na to wygląda... Poco on jednak tak nastaje na tę głodówkę? To dziwne! Najlepszy protest przeciwko więzieniu, to uciec stąd... Ale tak: nieubłagana walka i protest, a jednocześnie rozmowy z władzą więzienną. Nic nie rozumiem! Z drugiej strony prawda, że ciężko będzie wyróżniać się, gdy wokoło będą umierali z głodu w walce z tymi żandarmami... Jeszcze pomyślą, że im się chcę podlizywać? Nie, tak nie można, lecz nie mam wcale ochoty i na tę głodówkę! Skłamię, gdy powiem, że mi się to podoba!
Chodził po celi, rozmyślał, znowu wstawał i przechadzał się, siląc się bądź co bądź rozplątać i usunąć tysiące powstających przed nim wątpliwości. Wreszcie znużony przystanął pod piecem i, wstrząsnąwszy głową, powiedział sobie:
— Nie, nic z tego! Albo ja wiem, kto oni są? Kto on taki? Może litwak? Dużo jest ich wśród socjaldemokratów... Pepeesi nazywają ich przecie socjal-litwakami... Lepiej od nich zdaleka... Zawsze z początku i pozornie mają rację, ale wkońcu niewiadomo, czy z tego wszystkiego nie wypłynie... żądanie Królestwa Żydowskiego w Polsce!... W pismach już nazywają Warszawę Nową-Jerozolimą, jak to czytałem w Kurjerze... Wolę być ostrożnym. Głodować poto, żeby mi kazali wkońcu uczyć się po żydowsku? Tego za dużo!... Wolę już Pioruna, chociaż i ten jakiś taki... dziwny. Wymyśla, jak ci tam w cyrkule...
Wzdrygnął się od wstydu i wstrętu.
W tej chwili Butterbrot zastukał doń natarczywie. Józef chwilę wahał się, już nawet podniósł rękę, żeby odpowiedzieć, ale ją nagle opuścił i odszedł z wyrazem niechęci ku drugiej ścianie.
Niech sobie stuka! Co mi tam!
Usiadł przy stoliku, oparł głowę na ręku i zamyślił się. Wszystkiego trzy dni siedzi tutaj, a jakże dawno wydaje mu się, że rozstał się z matką. Co ona, biedulka, teraz robi? Pewnie płacze, albo chodzi do tych łajdaków i prosi ich o ulgi dla niego. Nie proś, matko, nie proś, bo na nic się nie zda! Oni umyślnie wsadzili mnie do tych złodziei, żeby ci mię zbili; oni umyślnie udają współczucie i niby litują się, aby potem się naigrawać... Twoja rozpacz i łzy rozkosz im sprawiają... Nie płacz więc, nie proś!... Wszystko zniosę, przecierpię, ale odpłacę im wkońcu, odpłacę... Będzie wojna, będzie powstanie!...
Widział się w mundurze żołnierza, z bronią w ręku, atakującego szeregi moskali...
Strzelał, rąbał zawzięcie... Nie mógł na miejscu usiedzieć, wstał i, miarowym krokiem chodząc po celi, odbijał takt nuconej pod nosem powstańczej piosenki; potem gwizdał cicho czas jakiś, potem usiadł znowu przy stole i próbował wspominać wszystko od początku życia i rozmyślać o tem, jakby należało urządzać organizację, żeby była bezpieczna od „wsypy“; ale mu się już to nie udało.
— Ach, co za nuda! Gdyby książkę, albo choć kawałek gazety! A tam na dworze pięknie!...
Patrzał na promień słońca, który, przedarłszy się przez kurz i pajęczynę zakratowanego okna, wyzłocił szare mury wesołemi centkami.
— Jak tam ładnie teraz w Łazienkach?! Och! Jakie tam musi być powietrze... Już kiedy schodzi się z górki z botanicznego ogrodu do wodociągu, w piersiach milo od zapachu i powietrza, jakby człowiek pił najczystsze wino!... A dalej, w alejach...
Żółte liście wyścielają drożyny, ocienione czerwonemi drzewami; smutno chrzęści pod nogami listopad, na ciemnym, lśniącym jak lustro stawie wesoło pływają łabędzie, a wdali w słońcu bieleje niby piana pałacyk królewski...
Siedział bez ruchu rozmarzony, roztęskniony.
Zniecierpliwiony Butterbrot bębnił w ścianę jak dobosz pułkowy, nawet Piorun stukał nań nietyle umiejętnie, co głośno.
Józef zatkał uszy i nie odpowiadał.
— Uważasz, jak ten chłopak z 34 numeru spokorniał? Wcale dziś nie stuka!... — szepnął wreszcie zdziwiony klucznik do dyżurnego żandarma.
— Wiadomo, dzieciuch! I nie takich tutaj w barani róg gięli... Zrozumiał, że nie żarty...
— Teraz mu tylko nie dać się opamiętać! — postanowił klucznik. Złożył raport odpowiedni zwierzchności i był pewny, że z tego właśnie powodu przyszedł wieczorem wachmistrz i kazał sobie drzwi celi numer 34-ty otworzyć.
Józef już spał, zgrzyt rygli i blask światła obudziły go, a widok żandarmów i żołnierzy we drzwiach trochę zdziwił i zaniepokoił.
— Wstawaj!... Ubieraj się!...
— Bo, co?...
— Powiedziano: wstawaj!... Więc wstawaj bez gadania!... Pójdziesz z nami!...
— Dokąd?
Żandarm podszedł do chłopca i chwycił go za ramię.
— Powiedziano, wstawaj!... Będziesz ty słuchał, czy nie, drągalu jakiś? Ja ci tu pokażę!...
Pod szorstkiem dotknięciem łapy żandarmskiej chłopak drgnął i wyprostował się, lęk przemknął mu w oczach, ale się rychło opanował, wyrwał ramię.
— Proszę mnie puścić!... Sam się ubiorę, niech panowie wyjdą na korytarz.
Wachmistrz puścił go i cofnął się na próg, ale nie przestawał go mierzyć zimnem, pełnem nienawiści spojrzeniem.
Józef czuł, jak ten wzrok zjadliwy przebija go nawylot, niby ostre żelazo i z trudem wstrzymywał drżenie członków.
— Powiodą mnie pewnie na tortury!... — błysnęło mu w głowie.
— Ale nie!... Tego tu nie robią, to w ochranie, albo w cytadeli... Może mnie tam zawiozą... Boże, bądź miłościw!... Daj mi moc, żebym nikogo nie wydał i siebie nie upokorzył... — modlił się w duchu, ubierając się pośpiesznie.
Przeprowadzono go oświetlonym korytarzem za kratę wchodową do sionki, a stamtąd na prawo do małego osobnego pokoiku obok kancclarji.
Tam zobaczył pośrodku stół, nakryty zielonem suknem, na nim dwie świece płonące, pośrodku kałamarz, papier, a za stołem z jednej strony siedział żandarmski oficer z rudawemi, zawiesistemi wąsami, a obok jakiś cywilny pan.
Pili herbatę i chrupali sucharki, których cały koszyczek stał obok kałamarza.
Gdy Józef postąpił parę kroków za próg pokoju, drzwi za nim natychmiast zamknęły się z lekkim trzaskiem.
Przez mgnienie oka stał, nie wiedząc, co ma począć. Oficer patrzał nań bystro i nagle uśmiechnął się wilczym uśmiechem i kiwnął mu głową.
— Prosimy bliżej, młodzieńcze! O tu, niech pan siada!
Wskazał ręką na krzesło.
Józef postąpił parę kroków i siadł na rożku.
Cywil odrzucił się wtył na poręcz krzesła i, przechyliwszy nabok głowę, oramioną czarną, przystrzyżoną po szwedzku bródką, w milczeniu wodził ciekawemi oczyma to po rozpartym obok żandarmie, to po siedzącym naprzeciw młodym więźniu.
— Czy pan pali?... Może papierosa?...
— Dziękuję, nie palę!... — odrzekł Józef, czując z przykrością, jak mocno czerwienieć mu się poczynają uszy.
— A może... herbaty?
— Dziękuję, jestem już po kolacji! — odrzekł, łykając ślinę.
Lekki uśmiech przemknął się po mięsistych wargach żandarma.
— Pan się nazywa Józef Gawar?... — zapytał znowu, zaglądając z niechcenia do swych papierów.
— Tak.
— I ma pan lat... siedemnaście?
— Tak.
— Był pan już w siódmej klasie, za rok pan miał dostać maturę, uczył się pan dobrze... — mówił dalej, wczytując się w notatki. — Co za szkoda?
Cmoknął zlekka ze współczuciem i spojrzał na chłopca, który milczący i skulony siedział z opuszczonemi oczami.
— Jakże się to stało, że pan tak młodo i nie wporę się tutaj znalazł? Hę?
Milczał przez dłuższą chwilę, czekając na odpowiedź.
— Nie wiem. Aresztowano mię — odszepnął wreszcie Józef.
— Jakto: nie wie pan?... Tak bez powodu nikt się do więzienia nie dostaje!... Niech pan sobie przypomni. Może poprostu zbłądził pan przez nieświadomość!... To się uwzględnia, ja panu pomogę, ale musi pan obiecać, że na wszystkie pytania odpowie pan dokładnie i szczerze. Cóż, zgoda? Hę?...
Znów czekał, śledząc przymrużonemi oczami za chłopcem, który poruszył się niespokojnie, podniósł oczy i spojrzał nagle na badacza.
— Tak, tak, chłopcze, tylko zeznania bezwzględnie szczere i dokładne mogą cię uratować! — wmieszał się cywilny.
— Nie mam co zeznawać!... Nie nie wiem!... — odrzekł Józef już zwykłym głosem.
— No, no, nie udawaj!... Każdy z was, Polaków, coś wie... Już w kołyskach przyuczacie się do fałszu i wykrętów... Nie o to mi jednak chodzi, lecz chciałbym uratować cię od zguby, młodzieńcze... Jeżeli przyznasz się, zostaniesz zaraz wypuszczony, nie stracisz roku, dostaniesz promocję... Nie mówię już o tem, że uspokoisz ojca i matkę, którzy rozpaczają z powodu twego nierozważnego postępku...
— Nie poczuwam się do winy, nic nie zrobiłem.
— Bardzo wierzę. Nie zna pan praw, nie wie pan, co wolno, a czego nie wolno, dlatego pan nie poczuwa się do przestępstwa... Więc ja panu pomogę: czy pan nie był czasem na jakiem zebraniu? Na najzwyczajniejszem zebraniu, nawet z tańcami, ale na którem czytano referat albo śpiewano piosnki, wreszcie deklamowano wiersze... Co, nie był pan? Hę! Niech pan sobie przypomni! Niechże pan odpowie wyraźnie tak — czy nie? Czego pan milczy?
Chłopak mienił się na twarzy, usta mu drgały, ale milczał, wreszcie wyrzekł z przymusem:
— Nie, nie byłem.
— Nigdy pan nie był?
— Nigdy nie byłem.
— To dziwne. Wśród młodzieży często bywają podobne zebrania i nic w tem niema zdrożnego. Niech pan pamięta, że, jeżeli się przekonamy, że pan na takiem zebraniu był, a teraz to pan ukrywa, to nietylko pan odpowie, ale wszyscy, co na tem zabraniu byli, gdyż widocznie robiliście tam coś złego, jeżeli uważacie za potrzebne ukrywać... Niech pan to sobie zapamięta!...
Chłopak milczał z oczami wbitemi w ziemię...
— A może pan rozmawiał z kim o takich rzeczach, naprzykład, jak o... pożytku szkoły polskiej. Nie przeczę, że szkoła w ojczystym języku jest najodpowiedniejsza dla każdego narodu, szkoda tylko, że los tak zdarzył, iż Polska należy do państwa rosyjskiego, że więc dla niej jeszcze ważniejszym jest język państwowy... On otwiera Polakom dostęp do urzędów państwowych na całym obszarze państwa, on ułatwia stosunki handlowe, daje możność korzystania ze skarbów rosyjskiej nauki i literatury — dowodził cywil.
— Każda idea — zaczął zkolei żandarm — wypowiedziana w tym języku, staje się zrozumiałą dla 150 miljonów ludzi, podczas gdy wy, Polacy, macie wszystkiego 10 miljonów ludności. Przez język rosyjski myśl polska zdobywa sobie rozpowszechnienie na obszarach jednej piątej świata!...
Józef milczał dalej z opuszczoną głową.
Żandarm spojrzał zwycięsko na swego cywilnego towarzysza, który zdawał się być trochę zniecierpliwionym i spoglądał na zegarek. Wojskowy jednak nie tracił pewności siebie, łyknął herbaty i ciągnął dalej:
— Cóż, młodzieńcze, namyśl się, czy powiesz nam otwarcie, jakie miałeś z kim rozmowy o szkole polskiej, czy nie?... Musiałeś przecie je miewać, to niemożliwe, żebyś ich nigdy nie miewał.. No, mów!... Rozmawiałeś, czy nie? Hę?...
— Nic nie wiem, nie rozmawiałem z nikim — odrzekł stanowczo Gawar.
Urzędnik rzucił na oficera znaczące spojrzenie.
— A więc nie i nie!... Zastanów się, młodzieńcze, raz jeszcze powtarzam... — zaczął znowu żandarm. — W razie gdy się przyznasz, nietylko zostaniesz uwolniony natychmiast... nietylko otrzymasz pełną maturę rządową, lecz możesz liczyć na miejsce w uniwersytecie i dobre stypendjum.
— Wyrośniesz na pożytecznego członka społeczeństwa. Wierz pan, że przez współczucie dla ciebie, dla twego młodego życia, którego nie chcemy złamać, pragnęlibyśmy cię uratować! — wtrącił niespodzianie cywil.
— Nic nie wiedzą!... — przemknęło, jak błyskawica, przez myśl Józefa. Podniósł śmiało głowę.
— Nic nie wiem, nie mam nic do powiedzenia i... nie chcę stypendjum!
— Naszego stypendjum, chcesz pan powiedzieć! — wtrącił cywil.
Chłopak podniósł oczy, spojrzał na mówiącego, zaczerwienił się, ale nie zaprzeczył.
Żandarm zmarszczył brwi, najeżył wąsy i stuknął pięścią w stół.
— Tak!... Z tobą, młokosie, widzę inaczej trzeba gadać!... Nie i nie!... Łżesz!... My wszystko dobrze wiemy i jeżeli żądamy szczerego z twej strony zeznania, to tylko z litości, przez wzgląd na matkę, która wczoraj na kolanach błagała nas o to... Ale skoro nie chcesz, to już nie pogniewaj się... My na takich mamy sposoby. Nie chcesz dobrocią, zmusimy cię siłą. Zgnijesz w więzieniu... Wstań, zaraz wstań i odpowiadaj na pytania! Nieprzyzwoicie się zachowujesz, rozpierasz się w krześle wobec władzy!... Hej, dyżurny!...
Zadzwonił.
We drzwiach ukazał się żandarmski podoficer.
— Onufrenko, podnieś za uszy tego smarkacza!
Podoficer zbliżył się krokiem wojskowym, lecz za uszy Józefa nie chwycił, gdyż ten już przedtem sam podniósł się, mówiąc spokojnie:
— Nie trzeba. Dla mnie żadna przyjemność tu siedzieć! Sami panowie o to prosili. Mogę wstać!
Cywil spojrzał nań z błyskiem tajonego humoru, ale żandarm wściekł się, bił kułakiem w stół i ryczał:
— Zgnoję, zamorduję!... Szczenię polskie!...
— Afanasii Aleksandrowicz... Afanasii Aleksandrowicz!... — mitygował go cywil, rzucając znaczące spojrzenia na stojącego obok podoficera.
Afanasii Aleksandrowicz sapnął jak wstrzymana lokomotywa i krzyknął:
— Wyprowadzić go!...
Wywiedziono Józefa z pokoju i umieszczono w małej, ciemnej ciupce obok. W pół godziny potem wezwano go znowu. Tym razem oficer żandarmski był sam, papierosami i herbatą Józefa nie częstował, nawet nie prosił siedzieć i surowym, gniewnym głosem zaczął zwykłe badanie:
— Imię?... Nazwisko?... Imię ojca i matki?...
— Ile lat?... Miejsce urodzenia?... — pytał porywczo i skrzętnie zapisywał odpowiedzi.
— Czy pan zna kogo w Radomiu?... Nie zna pan! Dobrze. A ucznia Kolasińskiego pan zna?... Też nie zna pan, chociaż on się do znajomości z panem przyznaje... I „Księżniczki“ pan też nie zna?... I nawet pana Zawadzkiego, lokatora z waszego domu, pan nie zna?... Oczywiście, że pan nie zna!... Ha, ha!... — szydził, rzucając pytania przez zęby.
Józef rad był, że na niego nie patrzy, czując, że przy tych nazwiskach twarz mu się zmieniła. Z chłopskim uporem powtarzał mimo to mechanicznie prawie:
— Nie i nie!
— Podpisz pan, o tu!... — zwrócił się wreszcie do niego żandarm, podsunął papier i podał pióro.
Józef zawahał się, przez myśl błyskawicą przeleciała mu rada Księżniczki: „nie przyznawaj się do niczego i, nie przeczytawszy, nic nie podpisuj!“
— Czy mogę przeczytać?! — spytał nieśmiało i, nie czekając odpowiedzi, odwrócił stronicę.
— A czytaj pan sobie, chociaż tam nic nie napisano prócz tego, co pan mówił! — odrzekł żandarm niechętnie i zapalił papierosa.
Teraz już oczu nie spuszczał z Józefa i gdy ten w jednem miejscu wyraz jakiś przekreślił, porwał się gniewnie:
— Tego już za wiele: nietylko mi tu łżesz, wykręcasz się, zaprzeczasz rzeczom oczywistym, ale mi jeszcze protokół psujesz?... Coś tam przekreślił, smarkulu obrzydły?... Jak śmiesz w papierach urzędowych coś poprawiać bez mojej zgody i woli?... Coś tam przekreślił? Pokaż zaraz!...
— Pan tu napisał, że ja znam „księżniczkę“, a ja żadnej księżniczki nie znam... To nie dla stróżowskich synów towarzystwo...
— Mówiłem przecież, że to pseudonim, że to panna Porażeska, taka wysoka blondynka, co mieszkała na Kruczej... Nie przypominasz sobie pan?...
Józef zmrużył oczy i udawał, że się namyśla...
— Nie, nie mam takich znajomości, nie mam czasu na nie, muszę się uczyć i zarabiać lekcjami...
— Widzisz pan, widzisz pan! Mógłby pan mieć dobre stypendjum i cały czas poświęcać nauce, szkoda pana... — zauważył żandarm z ponownem współczuciem.
Lecz Józef już przygryzł język i zamilkł, gdyż przypomniał sobie drugą mądrą radę: „żadnych gawęd zbytecznych z żandarmami, żadnych poufności i wywnętrzań!“
— Pan tu dalej pisze, że ja nie rozmawiałem z panem Zawadzkim ani o szkole polskiej, ani o bojkocie uniwersytetu i gimnazjów, ani o stowarzyszeniach młodzieży niepodległościowej, kiedy ja tego wcale nie mówiłem.
— Jakto nie mówił pan?... Mówił pan, mam na to świadka!...
— Mówiłem wogóle, że z nikim o tem nie gadałem, ale nie tak...
— Jeżeli z nikim to i z panem Zawadzkim.
— O nie, to co innego! Powiedziałem, że nie znam pana Zawadzkiego...
Żandarm znowu się gniewnie na krzesełku poruszy!...
— Łżesz, usługiwałeś mu... Mam zeznania ojca twego i rewirowego...
— To nie jest znajomość dla takich rozmów!... Nie podpiszę tego protokółu!...
Oficer wyprostował się, zmarszczył brwi, najeżył wąsy, ale spojrzawszy na zaciętą, posępną twarz chłopca, uśmiechnął się i mruknął wcale łagodnie:
— Oho, ptaszek jesteś, widzę, i to... wczesny! Hm! Cóż robić? Musimy jednak tę rzecz jakoś skończyć. Koniecznie chcesz, chłopcze, abym drugi raz pisał protokół?... Późno już... A to przecie takie głupstwo, błahostka!... Rzecz małej wagi, tak czy owak, wszystko jedno. Przecież wszędzie powiedziano, jakeś chciał, że nie znasz, że nie wiesz... Wszędzie wstawiane twoje „nie“... o cóż więc ci chodzi?... Dla takiego drobiazgu cały przepisywać arkusz?... I ja, i ty będziemy musieli siedzieć tu jeszcze z godzinę. Tymczasem to najmniejszego nie ma znaczenia... Daję słowo, że to ja tak tylko dla siebie, dla pamięci, zapisałem i żadnego z tego nie zrobię użytku... Słowo honoru!... Oficerskie słowo!... Podpisz, proszę cię, chłopcze, i idź spać, a jutro każę ci i pościel dać, i książki do czytania, i na spacer wypuszczę...
Józef siedział, pochyliwszy nisko dużą kwadratową głowę i nic nie odpowiadał.
— Może ja sam przepiszę?! — bąknął wreszcie.
— Nie, nie!... Nie trzeba!... Nie będziesz wicdział, jak! Lepiej ja sam... Tylko powiedz pan ostatecznie, co ci się w tym protokóle nie podoba...
— Chcę, żeby pan napisał, że nikogo nie znam, nic nie wiem i żadnych z nikim rozmów zakazanych ani o szkołach, ani o niczem nie prowadziłem... — upierał się chłopak.
— Przecież to wszystko tutaj jest?
— Niech pan pozwoli, ja wykreślę!...
— Dosyć tego!... Podpiszesz, czy nie? Pytam po raz ostatni!...
Józef podniósł twarz bladą i utkwił posępnie płonące oczy w twarz dręczyciela. Znów przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
Było coś tak okrutnego w spojrzeniu żandarma, że chłopak poczuł lód w sercu. Nie drgnął jednak i oczu nie opuścił.
— Podłe szczenie!... — syknął przez zęby żarndarm, wyciągnął rękę i zadzwonił.
— Wziąć go!... — krzyknął na podoficera.
W kilka minut potem Józef już był w swej celi i niezmiernie wzburzony, znękany, osłabiony, wyciągnął się z rozkoszą na swej ubogiej pościeli.
Jakże miłą, oraz krzepiącą bywa czasami głęboka, znienawidzona cisza i samotność więzienia!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.