W matni (Sieroszewski, 1898)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W matni
Pochodzenie W matni
Wydanie drugie
Data wydania 1898
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
III.

Sadyba kniazia nie różniła się od innych zamożnych siedzib jakuckich. Kilkanaście budynków: jurty, obory, spichrze, stogi siana, ogromne, czarne pagórki wyrzuconego z chlewów gnoju — wszystko to stało skupione na pochyłości niewielkiego wzgórza, nad brzegiem jeziora. W dali widać było ciemne lasy, białe śniegi, blade sylwetki rozrzuconych tu i ówdzie jurt; w pobliżu — śniegi pożółkłe od dymu i śmiecia, krzewy i drzewa niemiłosiernie objedzone przez bydło i cała sieć dróg większych i małych, prostych i krzywych, zbiegających się do osady, niby promienie do środka. Ale miała owa osada coś, czego nie miały inne: obszerny dom w rosyjskim stylu, z dużemi szklanemi oknami, zaopatrzonemi w okienice matowane na żółto i zielono, ze spiczastym dachem i skrzypiącą na nim żelazną chorągiewką. W domu tym nikt jednak nie mieszkał. Otwierał się tylko na przyjęcie niezwykłych gości: archireja, gubernatora lub innego urzędnika wyższej hierarchii; a życie zwykłe, codzienne kupiło się wyłącznie w nizkich, niepozornych jurtach, nawozem obmazanych.
Dzień był pochmurny i wietrzny. W oknach domostw, pokrytych taflami lodu, błyskało światło; kłęby dymu snuły się z kominów. Wiatr porywał garście iskier i rzucał je na ludzi, kręcących się po podwórzu, na konie osiodłane i ze spuszczonymi łbami drzemiące u słupów. Kiedy we wrotach ukazał się Aleksander z Jakóbem i dziesiętnikiem, ludzie poruszyli się żywiej. Ten i ów podbiegł odebrać konia, pomódz przyjezdnym zrzucić niezgrabne podróżne burki — „dochy“. Lecz w ich spojrzeniach, w tonie odpowiedzi, w całem zachowaniu się przebijało coś, co uderzyło i zaniepokoiło Aleksandra i jego towarzysza.
Zasiedatiel, który parę dni temu przyjechał wznowić śledztwo w sprawie zgorzałych Tatarów, wezwał ich tu urzędowym papierem.
Aleksander wszedł do izby. Była przepełniona ludźmi. Gdy go ujrzeli, rozstąpili się, dając im przejście.
— Witajcie, panowie — przyjął ich grzecznie urzędnik, wyciągając rękę.
— Wybaczcie kłopot... Jest mała sprawa... Bądźcie łaskawi poczekać. Zaraz skończymy.
Wskazał ruchem głowy na Jakuta, którego badał i na pisarza, zapisującego odpowiedzi, staruszka z sowią głową, przyprószoną siwizną, w błękitnych, okrągłych okularach na haczykowatym nosie.
Zasiedatiel tęgi, rosły mężczyzna, miał twarz czerwoną, piegowatą, wąsy rude, krótko podstrzyżone i faworyty. Z pod rozpiętego, ciemnego munduru wyglądała koszula perkalowa, w różowe kwiatki. Od niechcenia bębnił palcami po stole i wstawiał uwagi i poprawki w ruskie tłómaczenie spisywanego protokołu.
— Jakże się miewacie, panowie! Jakże wam czas upływa? Wy, Aleksander Iwanowicz, — zwrócił się do Aleksandra — wytrwale bombardujecie wciąż Zarząd okręgowy prośbami. Ej, zły wybraliście czas! Słyszałeś pan, co oni znów tu narobili?... Szelmy, Azyaci... nie chcą nas... i tyle! — roześmiał się.
Aleksander zrozumiał ironię w tonie urzędnika Sybiraka, ale milczał.
— Cóż Fieodorycz, skończyłeś?... — Kończże nareszcie!...
— Skończyłem — kiwnął głową pisarz.
Zapisane papiery położył na bok, wziął czysty arkusz, poprawił pióro i utkwił nieruchome oczy w Aleksandra.
— Pozwól, Aleksandrze Iwanowiczu, że zaczniemy od ciebie. Twoja sprawa ważniejsza. Sprawa Jakóba Stefanowicza nie warta plunąć. A pana spytać muszę w kwestyi tatarskiej.
— W kwestyi tatarskiej!... Jakiż ja mam z nią związek?
— O bardzo mały, ale zawsze... Natychmiast... zaczniemy po porządku, według punktów... Imię pana i jego ojca?
Aleksander pomyślał chwilkę, poczem zażądał blankietu i własnoręcznie począł wypełniać rubryki.
— Zna pan zesłańca Pałkina?
— Pałkina? Nazwisko gdzieś słyszałem, ale gdzie nie pamiętam.
— Wprowadzić — dał znak głową Jakutom.
Po chwili, brzęcząc łańcuchami i szeroko rozstawiając zakute nogi, wszedł do jurty chłop wysoki, barczysty w nowym aresztanckim kożuchu. Na rękach miał kajdany i dwóch Jakutów przytrzymywało go za łokcie. Podszedł do stołu i spojrzał posępnie na Aleksandra, w którego pamięci coś niejasno zamajaczyło. Zdało mu się, że naprawdę gdzieś widział tę konopiastą brodę, krzywe, wązkie usta i zielone biegające oczy. Ale gdzie?... nie mógł sobie przypomnieć. Starał się, we wspomnieniach grzebał, a zielonawe oczy patrzały nań wyczekująco.
— O co go obwiniacie?
— Zaczekaj pan... po porządku, według punktów. Widział go pan kiedy, czy nie?
— Zdaje się... Nie... nie wiem.
Wąs więźnia ruszył się i drgnął.
— Więc pan nie widział... A on powiada, że tego miesiąca... dnia...
— Szóstego — pośpiesznie odpowiedział pisarz.
— Tak, szóstego... był u pana i, że pan nie przyjął go na noc, wskutek czego musiał iść w zamieć 70 wiorst, nim dotarł do innych mieszkańców.
Teraz Aleksander odrazu sobie przypomniał zamieć, płaty padającego śniegu, wycie wiatru i na szarem tle tę szarą postać przemarzłą, szronem okrytą, broniącą się ogromną pałką od wściekłej napaści Ajaksa.
— Nie mogłem go puścić... Ciasno... Nas troje: ja, towarzysz i dziecko... Nie mam zwyczaju puszczać nikogo!!! — począł się usprawiedliwiać. — Ale na co odchodził tak daleko?... Wszak wiedział, że o pół mili, nawet bliżej, mieszkają bogaci Jakuci, gdzie i ludzi dużo i domy obszerne...
— W tem właśnie sztuka! Ale posłuchaj pan, co on powie. Cóż powiesz, Pałkin?
— Zimno... — ponuro szepnął badany.
— Zimno?... Siedmdziesiąt wiorst nie zimno, a pięć zimno? — roześmiał się Aleksander...
Zbój obrzucił go spojrzeniem i z nogi na nogę przestąpił.
— Było zimno — powtórzył z uporem. — Mówiłem już, wasza szlachetność, w mieście... — zwrócił się do urzędnika.
— Powtórz!
Zbój milczał.
— Ot, bestya!... Wciąż tak! A czego narobił! czego hultaj narobił!... Od pana na Chatyrbę się powlókł; gospodarzowi kiszki nożem wypruł, żonę pohańbił, piersi jej wyciął, dziecko w ogień wrzucił... Ot jakie bydlę!... A jeszcze komedye — z wzrastającem rozdrażnieniem opowiadał zasiedatiel. — Nim zabił, ofiarom do ziemi się kłaniał: „Wybaczcie, powiada, że niewinnie giniecie!“ A teraz wykręca się: od zimna, od drżenia wnętrzności zabiłem!... Skargę podawał na mnie do gubernatora, że bronię i ukrywam Jakutów, że ci grozili niby wyciąć wszystkich zesłańców w tej miejscowości; że on uciekł ze strachu; że Tatarzy nie spłonęli, a spalono ich... Czego tylko im naplótł... Rozumie się, głupstwo, nic nie zrobi...
Aleksander z przerażeniem wpatrywał się w twarz mordercy. Wydawał się obojętny: tylko ostatnie wyrazy urzędnika rozpaliły jakieś błyski w zielonawych źrenicach.
— Wyprowadzić go!...
Zadzwoniły kajdany i, popychany przez Jakutów, więzień wyszedł.
— Kanalia!... Oto jakie nasze życie! Nic nie wiesz, myślisz, żeś wszystko skończył i załatwił... Otóż nie!... Wyskoczy z pewnością jakiś figiel... Ile już razy w tym roku byłem tutaj z powodu tych kanalii!... A czyż my ich tu wysyłamy? I myśmy ludzie! Całą pensyę w drodze wydaję... Wielkanoc spędziłem poza domem, bez żony, bez dzieci... I poco?... Umarli, zniknęli... co komu z tego, że dowie się: jak i co?... Czy zmartwychwstaną? Prawda, znaleźli rzeczy; Pałkin wskazał ludzi... Dobrze, zgoda!... — zaczął zupełnie już cicho. — Czyż trudno splątać dzikiego Jakuta?... Sami się plączą... Rozpędzić i zrujnować gminę całą? A któż będzie płacił podatki?... I poco? jaki zysk?... Cóż, Aleksandrze Iwanowiczu, podpisuj pan! — zakończył, podsuwane Aleksandrowi protokół: „Jana Pałkina widziałem, ale z powodu ciasnoty miejsca noclegu odmówiłem“. — Imię i nazwisko... Hej, obiad dawać!... Panowie, spodziewam się, zjecie zemną obiad.
— Czy nie możnaby czasem, Inocenty Wasiliewiczu, i mojej sprawy dziś załatwić?... o ziemię — rzekł Aleksander, siadając do stołu.
Zasiedatiel nalał mu kieliszek wódki.
— Moja rada, rzuć pan to! Wiem, że położenie wasze trudne, nawet do pewnego stopnia ciężkie, ale... krajowcy bardzo rozdrażnieni!... Nie radzę... Obiecują w zamian, że powiększą zapomogę... Wszyscy będą zadowoleni... Powody skarg zostaną usunięte — powiększą panu datek.
Twarz Aleksandra, pochylona nad talerzem, oblała się rumieńcem.
— Nie o to chodzi. Przeciwnie: ja chcę wyrzec się zupełnie jakuckiej zapomogi. Żądam stanowczo ziemi. Pisano mi z miasta, że pan masz na to odpowiednie rozporządzenie naczelnika okręgu.
— Tak! Więc zatem, urzędownie, — rzekł oschle. — Dobrze! Kniaź! gdzie kniaź? — zawołał po jakucku.
Kniaź, który wraz z Jakutami obiadował przy drugim stole, zerwał się i wytarł usta.
— Słucham.
Stanął i uprzedzająco pochylił przed urzędnikiem swą okrągłą, krótko ostrzyżoną głowę.
— Co pan każe?
— Cóż ziemia dla... tego pana?
— Podaliśmy do gubernatora — wymijająco odpowiedział Jakut.
— Słyszałem — przerwał Aleksander. — Ale to nie należy do rzeczy... Dajcie przedewszystkiem, co mi się należy, a później skarżcie się...
— Przywiózł córkę i trzyma towarzysza, który nie zapisany w naszej gminie.
— Co do córki... to głupstwa gadacie, ale co do Jakóba Stefanowicza przyszło istotnie rozporządzenie.
Kazał pisarzowi wyszukać rzeczony dokument i wręczył go Jakóbowi. Ten czytał długo, a ręka mu drżała. Rozkazywano wrócić natychmiast na wyznaczone miejsce pod groźbą hańbiącej kary.
Zasiedatiel unikał ich wzroku; książę uśmiechał się szyderczo.
— Widzicie panowie — odezwał się zasiedatiel — jak to wszystko skomplikowane... właśnie skomplikowane — powtórzył z zadowoleniem. — Wy głosicie zasady, mówicie, że ludzie są równi, więc... ot... Rozumie się, rozporządzenia nie wypełnię... Gdybyśmy prawo ściśle spełniali... aj! aj!... Ale kto za to odpowie, gdy spytają?... Cicho, spokojnie ja wiele mogę... Inaczej nie mogę nic... Im spokojniej, tem dla mnie lepiej... A skandale — wybaczyć proszę! Umywam ręce!...
— W takim razie muszą być skandale. Dziwna rzecz, odmawiasz nam pan tego, co się nam z prawa należy, a chcesz dać ulgi na osobistą odpowiedzialność.
— A dlatego, widzi pan, że prawa nie dla panów są napisane... — odrzekł urzędnik z dwuznacznym uśmiechem.
— Na co to się gniewać — odezwał się kniaź pojednawczo, siadając na ławie w pobliżu Aleksandra. — Nie kłóciliśmy się Bogu dzięki, dotychczas, nie będziemy kłócić się i dalej. Myślę, że gmina zgodzi się na pańską prośbę, jeśli ona istotnie na prawie oparta, ale na co się śpieszyć?... Na polach śnieg, do siewu daleko... W początkach wiosny będzie zebranie i wówczas rozpatrzymy ostatecznie pańskie pretensye... Czy zgoda? — zapytał, spoglądając na zasiedatiela. Ten potakująco kiwnął głową.
— Tak, tak... poczekaj pan do wiosennego zebrania, a teraz powiększą panu zapomogę... Obejdzie się wszystko bez hałasu, bez... kombinacyi... z honorem!
Aleksander spojrzał na pobladłą twarz Jakóba i gorzko się uśmiechnął.
— Jak długo, Inocenty Wasiliewiczu, ma pan zamiar tu zabawić?
— Bóg to wiedzieć raczy, kiedy sprawy puszczą... Chciałoby się jak najprędzej... za cztery, pięć dni... Nie wiem!
Do jurty wszedł dziesiętnik i szepnął coś księciu do ucha. Obecni poczęli z izby wychodzić. Pozostali tylko urzędnicy, książę, Aleksander i Jakób. Zasiedatiel patrzył na nich wyczekująco i gawędził od niechcenia. Domyślili się i wstali.
Zapadał zmierzch; droga była zła; by nie zbłądzić trzeba się było śpieszyć, choć część jej przebyć przed nocą. Zgłodniały koń niósł ich chyżo. Milczeli cały czas. Gdy stanęli u jurty Żabiego Oka, noc już była czarna, jak sadze. Gdyby nie czerwone światło, migające w okienkach, nie byliby może dostrzegli nizkiej budowli w ciemnościach. Aleksander zajrzał do wnętrza przez okno, odkryte od strony obory. Żabie Oko był biedny i mieszkał wraz z bydłem. Przed dużym ogniem na niziutkim stołeczku siedziała Zosia zadumana, podparłszy główkę rączką. Przyjaciółka jej Maja stała z boku przed wielkim kotłem, napełnionym mlekiem i lekkiemi uderzeniami olbrzymiej warząchwi powstrzymywała kipienie płynu. Za każdym razem starannie oblizywała łyżkę, aby nic nie przepadło. Był to przywilej niemały dla jej wiecznie pustego żołądka, to też miała minę bardzo poważną i wydawała się przejęta swą rolą. Jej mała figurka, zaledwie przykryta łachmanami, gołe, cienkie rączki i smagła, miła twarzyczka z dużymi srebrnymi kolczykami w uszach rysowała się fantastycznie na granicach światła i cieniu. Żabie Oko siedział w głębi; z ciemności wyglądała tylko jego noga obuta w ostronosą „sarę“. Żony Żabiego Oka nie było widać, tylko gdzieś tam w kącie szeleściły wyprawiane przez nią skóry.
— Ojczulek!... tatuś!... — z krzykiem zerwała się Zosia, gdy Aleksander we drzwiach stanął.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.