Wśród czarnych/Polowanie na bawoły

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
POLOWANIE NA BAWOŁY.

Porzuciliśmy już błogosławione tereny myśliwskie, ukryte wśród lasów i sawann trójkąta pomiędzy Buaflé, Sinfra i Daloa. Jesteśmy już w Buaké, pięknem, doskonale urządzonem miasteczku północnej części wybrzeża Kości Słoniowej. Tu się kończy linja kolejowa, prowadząca od oceanu, od portu Grand-Bassam w głąb kolonji, skąd wkrótce ma ona biec dalej do Wysokiej Wolty, gdzie Francuzi forsownie rozwijają kulturę bawełny.
Mamy tu na przepakowanie naszych bagaży zaledwie dwa dni, poczem koleją wyruszamy do portu, aby wsiąść na statek „Czad“ i płynąć do Europy.
Tęskno nam już trochę za staruszką Europą, za tą staruszką dobrze już zwarjowaną, kłótliwą i niesforną, która nagle zapomniała o „starych, dobrych“ obyczajach, a nowych ani zrozumieć, ani przejąć nie może i nie chce, bo cuchnie od nich i w nosie starowiny nieznośnie łechce. Więc miota się, złości i wybucha raz po raz.
Coprawda, należy się nam wypoczynek. Bądź co bądź, sześć miesięcy nieprzerwanej włóczęgi, skwaru, febry, porażeń słonecznych, moskitów, termitów, trudów przeróżnych, pająków i much gryzących — dość już narazie, tem bardziej, że wkrótce czeka nas nowa, daleka i uciążliwa podróż.
Moja żona komenderuje pakowaniem naszych licznych bagaży i robi to dużo lepiej, niż zrobilibyśmy my — mężczyźni, którzy potrafimy z lekkiem sercem wpakować do skrzyni z czaszką hipopotama puszkę z kakao lub butelkę pipermentu, a jak dobrze pójdzie — to i lusterko lub porcelanową miseczkę naszej małpki „Kaśki“.
Moi pomocnicy czyszczą karabiny i smarują je, przygotowując do dalekiej morskiej podróży, ja zaś — sporządziłem ostatnie z wybrzeża Kości Słoniowej notatki swoje i oto siadam do biurka w gabinecie miejscowego administratora p. de Coutouly, aby napisać i wysłać ten list, gdyż następne wyprawię już z Grand-Bassam.
Z tych notatek mógłbym napisać co najmniej dwadzieścia korespondencyj, narazie ograniczę się jednak tylko do bardziej szczegółowego opisu naszych polowań na terenie kolonji wybrzeża Kości Słoniowej.
Pierwszem dużem polowaniem były wyprawy na bawoły. Istnieją tu dwa ich gatunki. Jeden — bawoły szare, duże, dochodzące do 600 kg wagi, i mniejsze — czerwone, odznaczające się bardziej wojowniczem usposobieniem.
Pewnego poranku, dość zimnego i mglistego, gdyż w nocy mieliśmy silne „tornado“, brnęliśmy przez sawannę, moknąc od dołu w wysokiej, zroszonej trawie — dążąc ku brzegom rzeki Bandama.
Zdaleka poznać można łożysko rzeki, gdyż otacza je las — gęsty, pełen wysokich, potężnych drzew.
Nie dochodząc do brzegu, widzimy na wilgotnej ziemi wyraźne ślady dużych antylop — Bubalis maior. Przeszły tu niedawno i powinny być gdzieś wpobliżu.
Naszemu przewodnikowi, czarnemu myśliwemu Konanowi oczy błyszczą, lecz przechodzimy napozór obojętnie, gdyż dość jednego strzału, aby spłoszyć bawoły, pasące się zwykle na tamtym brzegu rzeki.
Nareszcie wychodzimy przez zarośla leśne i błota na brzeg Bandama. Ani pirogi, ani promu tu nie mamy, gdyż, o, radości! jesteśmy, podobno, pierwszymi Europejczykami, docierającymi do tych zielonych sawann i szmaragdowych, świeżemi, młodemi liśćmi pokrytych gajów, z drzew „karite“ i palm „rafja“ złożonych.
Zmuszeni więc jesteśmy brnąć przez rzekę, a przecież w niej czają się krokodyle?
Na nasze szczęście przezorny Konan wybrał dobre miejsce, gdyż łańcuch podwodnych skał przecinał tu łożysko rzeki.
Brniemy więc po kolana, czasem po pas w ciepłej, mętnej wodzie, opierając się szalonemu prądowi, wsparci na ramionach czarnych przewodników. Idą z nami chętnie, bo czują, że będzie… mięso.
Dobre pół godziny zabiera nam ta przeprawa, aż wychodzimy na przeciwległy, błotnisty, grząski brzeg.
Nagle Konan staje jak wryty i, położywszy dłoń na ustach, drugą ręką wskazuje na ziemię.
Na miękkiej glebie widzę głęboki, okrągły, duży ślad bawołu, a dokoła mokrą ziemię, mokrą od wody, która ściekła z jego boków, gdy pił i zanurzał się do nurtów, broniąc się przed bąkami i kleszczami.
Nawet my, nie nawykli do tropienia zwierza myśliwi, zrozumieliśmy, że bawół odszedł od rzeki niedawno.
Lecz Konan już wietrzy, jak drapieżnik, i szepce:
— Był tu przed dziesięcioma minutami… Czuję zapach potu!…
— Słyszę… słyszę, jak zrywa i przeżuwa trawę…
To „czuję“ i „słyszę“ zmusza serce do żywszego kołatania w piersi… Bo po raz pierwszy ujrzę bawołu… po raz pierwszy będę strzelał do niego, a niewielu jest w Europie myśliwych, którzy mierzyli do dzikiego byka.
Wytężam wzrok i słuch.
Lecz nic jeszcze nie widzę, bo obstąpiła mnie knieja, wilgotna, oparna, półciemna. Na wąskiej ścieżce wyraźnie widzę ślady bawołu, świeże i duże, obok mniejsze i dawniejsze — antylop. Przedzieramy się przez knieję, aby prędzej wyjść na sawannę, lecz posuwamy się cicho, raczej skradamy się.
Konan, idący na przodzie, pierwszy wysuwa głowę z chaszczy i w tejże chwili robi gwałtowny ruch ręką, szepcąc przez zęby:
— Bawół… samiec… stary samotnik!…
Wyglądam z krzaków na równinę. Jest to duża sawanna-step, porośnięty wysoką trawą, drobnemi krzakami i przecięty w niektórych miejscach grupami drzew lub małemi gaikami.
Po chwili dojrzałem bawołu.
Był bardzo podobny do dużego, czarnego byka, tylko rogi pokrywały mu wierzchołek czaszki i zaginały się w stronę potężnego karku. Szedł dość szybko od krzaku do krzaku, zrywając młode liście i wściekle bijąc się ogonem po bokach, odganiając tnące go bąki i muchy.
Nie więcej nad 60 metrów oddzielało mnie od bawołu.
Strzał pewny, lecz… za mną szedł operator, a on miał zawsze pierwszeństwo, bo więcej cenię dobre zdjęcie kinematograficznego aparatu, niż strzał z mego ekspresu.
Konan wyśliznął się już na sawannę i, kryjąc się za drzewami, prowadzi za sobą operatora, a za nim sunę ja gotowy do strzału.
Wydać się może, że to wieki upływają, gdy operator ustawia nasz „Cynex“, regulując objektyw i diafragmę, podnosi wizjery i zaczyna ze straszliwym trzaskiem kręcić korbką aparatu.
Bawół odszedł już na 60 metrów i nagle podniósł wspaniały, rogaty łeb, węsząc.
— Strzelaj! Strzelaj! — szepce Konan.
Strzał pada prawie natychmiast. Widzę, jak bawół padł na kolana i zachwiał się, lecz po chwili podniósł się i, najeżywszy sierść na grzbiecie i pionowo podniósłszy ogon, zaczyna uchodzić w stronę lasu, czerniejącego na przeciwległym końcu sawanny. Ścigają go jeszcze dwie kule… lecz on wciąż biegnie, robiąc gwałtowne zygzaki po stepie. Za nim leci, jak drapieżny ptak, bystronogi Konan i ręką woła mnie za sobą.
Biegnę… lecz nie jestem murzynem, ważę 93 kilogramów, w Warszawie nigdy nie biegam, trawa wysoka, kolce krzaków czepiają się ubrania, utykam w głębokich dołach, które pozostawiły po sobie przechodzące tu niedawno słonie, lecz biegnę i widzę, że ubranie coraz bardziej się plami krwią bawołu, bo pluska ona na mnie z kałuż, pozostawionych przez ranne zwierzę, ścieka z wysokiej trawy i z gałęzi krzaków, przez które przedzierał się mój bawół.
Lecz bawół znika tymczasem w lesie, na którego skraja zatrzymuje się Konan.
— Teraz baczność! — mówi do mnie. — Bawół został zraniony śmiertelnie, lecz ukrył się w lesie, tu — za krzakami i dalej nie poszedł. Jeżeli wejdziemy w gąszcz — może nas zaatakować…
— Co robić? — pytam prawie z rozpaczą w głosie.
Lecz Konan wdrapuje się na szczyt ogromnego kopca termitów, patrzy i wietrzy.
— Jest… jest tu blisko — mówi i zaczyna ciskać w chaszcza grudki ziemi i odłamki gałęzi.
Wdrapuję się na sąsiedni kopiec, lecz nic dojrzeć nie mogę. Konan bierze karabin i strzela.
— Nie rusza się! — raportuje. — Zabity, czy ranny?
— Gdzie pan mierzył, gdy strzelał po raz pierwszy do bawołu? — pyta mnie mój operator.
— Celowałem pomiędzy szyję a łopatkę — odpowiadam — bo tylko tę część bawołu widziałem pomiędzy dwoma drzewami, gdy zwietrzywszy nas, ruszył z miejsca.
Przez kilkanaście minut czekaliśmy, co uczyni bawół, aż nareszcie Konan z karabinem w ręku zaczął ostrożnie skradać się do niego.
— Zabity! — krzyknął nagle z gąszczu krzaków.
Podążyłem na głos myśliwego, przedzierając się przez gęstwinę i kalecząc sobie twarz i ręce o kolce lian i kłujących krzaków. Wkrótce ujrzałem bawołu. Leżał nieruchomy na brzuchu, z potworną głową, bezwładnie wyciągniętą na ziemi. Był martwy.
Istotnie pierwszą kulę umieściłem dobrze, bo miał przebitą arterję szyi i z niej to bluzgała krew, którą tak obficie bawół skropił sawannę. Była to rana śmiertelna. Dwie inne kule utkwiły bawołowi w piersi i brzuchu. Kula Konana przebiła podstawę ogona.
Zaczęła się kłopotliwa i mozolna praca nad wyciąganiem olbrzyma z kniei, bo ważył co najmniej 500 kilogramów, następnie fotografowanie, przyczem muszę się przyznać, że dałem się odfotografować nie bez przyjemności obok swojej zdobyczy; później nastąpiło odcinanie głowy ze wspaniałemi rogami.
Był to istotnie stary samiec-samotnik…
Co go zniewoliło do porzucenia stada?
Jestem przekonany, że zrozumiałem przyczynę tego.
Bawoły porzucają stado, gdy stają się złe, prawie wściekłe, gdy bez powodu, jak się może wydać, przebijają rogami krowy i młode bawoły, lub wbijają rogi w pnie drzew.
Do tego szału i wściekłości doprowadzają je… kleszcze, żółte, duże, wielkości naszej 10-groszowej monety — kleszcze o czerwonych lub czarnych cętkach. Setki tych pasorzytów, żarłocznych i nielitościwych ujrzałem na gołych częściach brzucha i za uszami zabitego bawołu. Musiał przechodzić męki nieopisane; one też niezawodnie doprowadziły go do wściekłości i do dobrowolnego lub musowego porzucenia stada.
Że był to samotnik — nie wątpiłem, bo, mimo długich poszukiwań, nie znaleźliśmy nigdzie w okolicy nietylko innych bawołów, lecz nawet ich śladów.
Taki był mój bawół.
Przez trzy dni polowaliśmy w różnych miejscach w obwodzie Buafle na bawoły.
Polowania te były udane.
Na jednej z sawann Konan wytropił całe stado bawołów. Było ich około pięćdziesięciu i mój operator zrobił kilkanaście metrów filmu, a później strzelał, kładąc trupem dwie bawolice.
Następnego dnia strzelałem i spudłowałem — do czerwonego bawołu, którego bardzo żałuję, chociaż niepomyślny strzał niezupełnie ode mnie zależał.
Później strzelałem do bawołu, który wraz z samicą niespodziewanie wyrwał się z gęstych palmowych zarośli, koło drogi, gdyśmy przed wschodem słońca jechali do wsi, gdzie mieliśmy wziąć przewodników na polowanie na hipopotamy. Zraniłem bawołu, lecz, widocznie, nie poważnie, bo pobiegł za uciekającą samicą. Konan gonił bawoły przez sawannę, dogonił i zmusił do zmiany kierunku, wypędzając je na dogodne do strzału miejsce, lecz pomieszał bawoły. Strzelił cztery razy do bawolicy i zabił ją, rannego zaś samca przepuścił, dając mu możność ukrycia się w lesie. Nie ścigaliśmy go, gdyż śpieszyliśmy się wtedy na hipopotamy.
Gdym patrzył, jak czarny, wiotki, zwinny jak wąż, Konan leciał, niby ptak, przez wysoką trawę i krzaki sawanny, jak dogonił bawoły i, zabiegłszy im drogę, zmusił do powrotu na otwarte miejsce, mimowoli smutek ogarnął moją duszę.
Minęły te czasy, gdym na nartach przy 30-stopniowym mrozie niestrudzenie przez długie godziny ścigał jelenie syberyjskie; minęły te czasy… Teraz mogę tylko podziwiać bystronogiego Konana i maszerować przez knieję afrykańską mimo szalonego upału i bólu w zranionej i skaleczonej za dawnych burzliwych czasów nodze, maszerować wytrwale, lecz z „zastanowieniem się“, jak na poważnego człowieka przystało.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis…
Prawo natury… Trudna rada!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.