Wśród czarnych/Na trzech Woltach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Wśród czarnych
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa – Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
NA TRZECH WOLTACH.

— Wysoka Wolta?…
— Tak, panie! Wysoka Wolta — kolonja, wchodząca w granice zachodniej Afryki francuskiej.
— Wysoka Wolta?… To dziwne! Nigdy o tem nie słyszałem!
— Jednak zaręczam panu, że jest to wasza francuska kolonja, którą zwiedzę podczas swej tegorocznej podróży — odpowiadam zdumiony zdziwieniem mego rozmówcy, zresztą bardzo inteligentnego paryżanina.
— Wolta?… Wolta?… — powtarza. — Ależ naturalnie! Przypominam sobie teraz… Piaski, piaski i muchy tse-tse.
Zakończyłem trzytygodniową podróż po Wysokiej Wolcie i mogę już teraz sam wydać o niej opinję. Piasków tu nigdzie nie widziałem, chociaż są one na północnym wschodzie wpobliżu Nigru, lecz stanowią nieznaczną część kolonji. Co do muchy tse-tse, to — prawda! Do dzisiejszego dnia jeszcze czujemy ukłucia tych drobnych wampirów, ukłucia bolesne, a powodujące czasem senną chorobę wśród ludzi, a prawie zakie tse-tse niosą ze sobą zarazki sennej choroby dla ludzi, więc pozostają tylko bolesne ukłucia, które są zresztą do zniesienia. Nad naszemi błotnistemi rzekami mamy rodzone kuzynki tse-tse, szare, latające bez dźwięku muchy, gryzące dotkliwie i pozostawiające po sobie kilka małych ranek. Tak samo, jak tse-tse afrykańska, te nasze muchy siadają na ciało niepostrzeżenie i dopiero wtedy, gdy utną, człek zaczyna rozpaczliwie, aczkolwiek już za późno, bronić się.
To samo i tse-tse. Podła to mucha i ciągle wściekła, ciągle krwi łaknąca! Jeden z lekarzy miejscowych dowodzi, że tse-tse posiada w żądle jakiś płyn, powodujący znieczulenie tego miejsca na ciele ofiary, z którego ta mucha wprost wyrywa kawałek skóry.
Nie wiem, czy to tak jest, ale wiem, że mucha tse-tse jest dość zwykłem zjawiskiem na brzegach rzek i błot Wysokiej Wolty i jest niezawodnie jedną z najpodlejszych much na kuli ziemskiej.
Tak się rozpisałem o niemoralności tse-tse, że zapomniałem o temacie mego listu.
Wysoka Wolta wchodziła przed kilku laty zaledwie w skład Sudanu, obecnie stała się samodzielną kolonją, należącą do wielkiej grupy A. O. F. Granice jej stanowią rzeka Niger, Sudan, Dahomej, Togo, angielski Złoty Brzeg i francuskie wybrzeże Słoniowej Kości.
Rzeka Wolta, składająca się z Czarnej, Białej, i Czerwonej Wolty, przecina tę kolonję.
Przekraczając granice Sudanu i zapuszczając się do Wolty, podróżnik nie widzi żadnej różnicy w charakterze krajobrazu. Ta sama żółta, spalona przez słońce i ludzi brussa, te same zielone oazy drzew karite i nagie, potworne baobaby. Tak samo spotyka się lekkie, pełne wdzięku antylopy, stada różnego ptactwa dzikiego, tak samo czai się w dżungli lew i lampart, a po nocach śpiewa gdzieś woddali „słowik afrykański“ — ponura hiena, tak samo wszędzie znajdujemy gościnne przyjęcie i widzimy ludność czarną, ludność różnych szczepów, czyli, jak tu mówią, nie bez podstawy zresztą — ras; ludność bardzo pokojowo usposobiona, pozbawiona najmniejszych nawet, oprócz odżywiania się, potrzeb życiowych.
Tylko wprawne oko dojrzy odrazu nieco odmienny i często się zmieniający typ architektoniczny domów i wiosek. Chaty z grubych słomianych mat, chaty okrągłe, ciasne, z ubitej gliny o okrągłych spiczastych dachach słomianych, domy fortece z blankami, bastjonami i strzelnicami, do berberyjskich „kazba“ podobne, zmieniają się jak w kalejdoskopie i dość chaotycznie się mieszają ze sobą, zupełnie tak samo, jak się pomieszały i pokrzyżowały dziesiątki różnych „ras“ murzyńskich. Jednak jedna rzecz daje się spostrzec dość szybko. Uderza tu obfitość śpichrzów, tkwiących dokoła wiosek. Mówi to o bogactwie ludności i jej pracowitości. Istotnie — ludność Wysokiej Wolty odznacza się przedsiębiorczością, lubuje się w roli i osiągnęła znaczny dobrobyt.
Obszerne pola prosa, kukurydzy, manjoku, arachidowych orzechów, jarzyn miejscowych, jak naprzykład różnych gatunków bobów i injam, czyli, długich, grubych korzeni, posiadających wszelkie właściwości i smak najlepszego gatunku ziemniaków, z tą tylko różnicą, że te ziemniaki są długie na 50 cm, a grube na 15.
Obok tej kultury, pierwotnej i odwiecznej, istnieje bardziej nowoczesna kultura bawełny — dla potrzeb tubylczej ludności i handlu. Nad rozwojem i udoskonaleniem murzyńskich plantacyj czuwa i pracuje administracja francuska.
Gubernator Wolty, p. Hesling, może być dumny z osiągniętych rezultatów, gdyż dokonał zaiste dużego dzieła w okresie pięciu lat zaledwie.
Wysoka Wolta niczem się nie różni pod względem form władzy kolonjalnej francuskiej od Sudanu lub Gwinei, lecz w podkładzie politycznym są wielkie i zasadnicze różnice, zbliżające te kolonje do Maroka.
Tam władze francuskie opierają się na autorytecie starych książęcych rodów, tak zwanych „wielkich kaidów Atlasu“. Tu, w Wysokiej Wolcie, władze kolonjalne działają, posiłkując się wpływami miejscowych książąt krwi, rządzących najbardziej liczną grupą murzynów szczepu Mossi, liczącego około 1,200.000 ludzi. Książęta ci rządzą według prawa feodalnego i podlegają królowi i zarazem najwyższemu kapłanowi, noszącemu tytuł Mohro-naba.
Pewnego poranku gubernator Wysokiej Wolty, p. Hesling urządził dla nas bardzo pompatyczne przyjęcie u Mohro-naba.
Król spotkał nas na obszernej werandzie swego pałacu, stojącego na wjeździe do Uagadugu, stolicy kraju Mossi i rezydencji gubernatora kolonji. Mohro-naba miał na sobie czerwone szaty i czerwoną czapeczkę. Jest to 40-letni, bardzo otyły człowiek, cieszący się wielkim wpływem śród poddanych, a pochodzący z królewskiego rodu, który osiadł tu w XIII wieku. Obecny Mohro-naba jest 32-im przedstawicielem tej starożytnej dynastji. Oprócz uwielbienia i ubóstwiania ze strony swych podwładnych ministrów, feodalnych książąt, rodowej arystokracji, bardzo licznego dworu i t. d. ma jednak Mohro-naba i kolce w swem życiu.
Pierwszym z takich kolców jest tradycja nieopuszczania nigdy Uagadugu, drugim — niezwykła etykieta dworska, otaczająca go niemal jak półboga, co powoduje straszliwą monotonję w życiu władcy. Nic więc dziwnego, że ten człowiek, zresztą bardzo chętnie przyjmujący i rozumiejący wyniki współczesnej cywilizacji, trochę za dużo używa „dolo“, czyli piwa z prosa. Napój ten w zimnym stanie jest istotnie zupełnie dobry, lecz powoduje otyłość, na którą też zapada nudzący się śmiertelnie król Mossi.
Po powitaniu nas na werandzie pałacowej wobec wszystkich dostojników, jak naprzykład: ministrów wojny, ziemi[1], intendentury, naczelnika eunuchów, naczelnika stajni dworskiej, naczelnika kapłanów-fetyszystów, paziów, czyli „sorohne“, i paru setek innych wybitnych osobistości, żerujących na ciele królewskiego dworu — Mohro-naba wprowadził nas do sali tronowej. Jest to ogromna sala zupełnie pusta, ale zato dobrze zacieniona. Na lewo przy ścianie ujrzałem niewielkie podwyższenie z kilku poduszkami, co ma oznaczać tron. Na ścianach wisiało parę portretów francuskich generałów oraz ilustracje, wycięte z dzienników.
Król usiadł na stopniu tronu, u jego stóp przykucnął ukochany paź, przebrany za kobietę; ministrowie zaś i inni dostojnicy usiedli na podłodze. Nam podano krzesła.
Gdyśmy usiedli, wszyscy dworzanie królewscy złożyli nam paradny ukłon trzykrotny. Nazywa się on „pussi“, a składa się z pochylenia głowy do ziemi z jednoczesnem kilkakrotnem uderzeniem złożonemi w pięści rękoma w ten sposób, że cała ręka od łokcia aż do dłoni spoczywa na podłodze. Po tej ceremonji podano „dolo“. Moja żona, gubernator, komendant obwodu i moi pomocnicy ledwie dotknęli napoju, ja zaś wypiłem całą szklankę smacznego „dolo“, a, oddawszy ją schylonemu przede mną „sorohne“, zapytałem gubernatora, czy nie będzie to „faux pas“ polityczne, jeżeli poproszę o drugą.
Okazało się, że jest to właśnie oznaką dobrego tonu, wobec czego podano mi wkrótce nową porcję „dolo“. Gdy Mohro-naba pił, wszyscy obecni klaskali palcami, co oznaczało dobre życzenia dla władcy, a gdy król coś mówił, wszyscy pocierali sobie dłonie na znak pokoju.
Gubernator wręczył Mohro-naba dokument, mianujący go oficerem legji honorowej, lecz król, podług etykiety, nie okazał żadnej radości, ani wyraził wdzięczności. Natomiast cały dwór znowu oddał trzykrotne „pussi“, dziękując w imieniu władcy.
Mohro-naba nie pokazał nam swoich żon, które podobno miały być jeszcze niewystrojone należycie, lecz, jak twierdzą złe języki, raczej dlatego, iż były bardzo nieurodziwe. Zato Mohro pokazał nam swoje konie, pięknie przystrojone. Wspaniałe ogiery, pod barwnemi siodłami, ozdobionemi srebrem i muszlami, obwieszonemi szerokiemi, jaskrawo pomalowanemi pasami skóry, końskiemi ogonami, skórami panter i lwów.
Codziennie wczesnym rankiem masztalerz przyprowadza królowi jego rumaki, on zaś czyni symboliczny znak wsiadania na konia, gdyż prawie nie wyjeżdża ze swego ponurego pałacu, otoczonego chatami, gdzie mieszkają żony, sorohne, dostojnicy i służba pałacowa i gdzie się wznosi skromne mauzoleum ze złożonemi tu zwłokami poprzednika panującego Mohro-naba.
Tylko w piątki król odwiedza gubernatora i komendanta okręgu, składając im tradycyjną wizytę kilkuminutową.
Opuszczamy wreszcie siedzibę władcy kraju Mossi, tych pracowitych, spokojnych, zdolnych rolników, ubóstwiających boga-Ziemię i swego władcę Mohro-naba, potomka królewny Złotego Brzegu i Mossi — myśliwego na słonie.
Król odprowadził nas aż na werandę, gdzie mój operator filmował go i fotografował, mimo, że Mohro-naba oblewał się potem niemniej sumiennie, jak nieprzyzwyczajony do upału, panującego w stolicy Mossi, operator — Polak.
Po tej wizycie odwiedziliśmy tkacki zakład białych ojców i sióstr misjonarek, gdzie wyrabiają bardzo piękne kobierce. Pracują tu wyłącznie dziewczynki murzyńskie, chrześcijanki i nienawrócone.
Mohro-naba w parę dni po przyjęciu nas zaprosił mnie i uczestników mojej ekspedycji na wielkie tradycyjne polowanie, które miało się odbyć o 100 — 120 km od stolicy.
Samochodami dowieziono nas do miejsca, gdzie naprędce zbudowano dla nas całą wioskę, czyli obóz, złożony z kilku domków, skleconych z grubych mat słomianych.
Komendant prowincji p. Michel zajął się intendenturą wyprawy i wywiązał się z tego trudnego zadania wspaniale, niczego bowiem nie brakło, był nawet lód i szampan, była prawdziwie francuska gościnność dobrego tonu i echa starej przyjaźni francusko-polskiej, w formie bardzo serdecznych toastów na cześć Polski.
Nie było to jednak polowanie obfite w zdobycz. Nie było, bo osobiście nie dałem żadnego strzału i tylko mój zoolog zastrzelił jedną „minnan“ — pasiastą antylopę. Nie znaczy to bynajmniej, że nic innego na tem polowaniu nie zabito. Mówię tylko o nas — białych myśliwych. Czarni zaś napolowali się znakomicie.
To tradycyjne polowanie odbywa się w sposób następujący. Książęta kantonów zwołują myśliwych ze wszystkich wiosek swego obwodu i wydają rozkaz stawienia się w określonem miejscu. Przez całą noc większe i mniejsze oddziały półnagich myśliwych, uzbrojonych w łuki, zatrute[2] i niezatrute strzały, oszczepy, włócznie i długie skałkowe strzelby, prowadząc na smyczach małe, śmigłe i zwinne pieski, do małych, angielskich chartów podobne, maszerują przez brussę przy dźwiękach piszczałek z rogów antylop lub małych skrzypeczek, o głuchych, dyskretnych tonach. Nad ranem na czele tych oddziałów myśliwskich stanęli szefowie mniejszych obwodów i właściciele większych posiadłości.
Wspaniałe, wojownicze i barwne postacie, piękne posągi konne.
Zdawało się, że cała burzliwa historja czarnych wojowników kontynentu afrykańskiego odzywa się w tych malowniczych jeźdźcach, uzbrojonych w miecze i włócznie — broń, którą, być może, widziała kiedyś Europa, gdy na nią spadała powódź nieznanych najeźdźców od Wschodu, albowiem jego potężni władcy zawsze lubowali się w czarnych, niby ze spiżu wykutych wojownikach; widziały tę broń amfiteatry i cyrki rzymskie i bizantyńskie, gdzie podczas potyczek gladjatorów i walk niewolników z drapieżnemi zwierzętami obficie lała się krew z czarnych, muskularnych ciał ludzi z Afryki.
O wschodzie słońca ta czarna armja wyruszyła do dżungli; łucznicy mieli za zadanie otoczyć wskazaną część brussy nieprzerwanym łańcuchem, arystokracji zaś przysługiwał przywilej strzelania ze strzelb i ciskania do zwierzyny oszczepami i włóczniami.
Poprowadzono nas w stronę naganiaczy, lecz czarni myśliwi nie uznają polowania jako sport. Dla nich jest to kwestja… mięsa, a że jedzą wszystko — wszystko też zabijają i wszystko zjadają niemal tuż na miejscu, odrazu, w mgnieniu oka!
W ten to sposób nas — sportsmenów wystrychnięto na dudków i, zmusiwszy do przemaszerowania dobrych 20 km po szczerej brussie, przyprowadzono i postawiono w takiem miejscu, gdzie nigdy żaden naganiacz nie przechodził. Słyszeliśmy tylko zdaleka odgłosy nagonki i dość częste strzały.
Powróciliśmy do naszego obozu dość rozgoryczeni podstępem murzynów, a w parę godzin później zaczęto znosić zwierzynę. Było to zaledwie mała cząstka zdobyczy, ponieważ część jej zdążono już zjeść w brussie, a część odesłać do wsi i do domów książąt. Jednak na rozkładzie pozostało 12 antylop — małych i dużych, ryś, cyweta, zając i małpa.
Nazajutrz konno odjechaliśmy do drugiego obozu, odległego o jakie 15 — 20 km i znowu „polowaliśmy“ z takim samym wynikiem, nie widząc nagonki i słuchając dochodzących z oddali krzyków i strzałów.
Uparty i rozgniewany mój zoolog skierował się na te odgłosy i, spenetrowawszy cały plan strategji murzyńskich myśliwych, poszedł razem z nimi i zastrzelił piękną, pręgowatą antylopę — minnan.
My zaś wróciliśmy do obozu, gdzie czekało na nas śniadanie z zimną wodą i winem, co jest rzeczą nie do pogardzenia, gdy przez pięć godzin paliło nas słońce, wytwarzając temperaturę do +39° C w cieniu!
Wieczorem — rozkład: 18 antylop, fakoszer-dzik, cyweta, serwal, dwa rysie, kilka pentad, zielonych gołębi i kuropatw!
Oczy czarnym murzynom śmiały się bezczelnie!
Drwili sobie z nas, z naszych ekspresów i karabinów, z naszych pełnopłaszczowych i rozkwitających kul, z naszych hełmów i obuwia.
To dobre dla przyjemności, dla zabawy, lecz ich sczerniałe łuki i strzały, ich nagie, połyskujące ciała, i bose, zranione nogi — to dla zdobyczy, dla mięsa, które tak lubią, które pożerają tak chciwie i wstrętnie, że wydać się może, iż ci czarni ludzie pochodzą nie od darwinowskiej proto-małpy, lecz od pantery, powiedzmy — czarnej, która, zresztą, nie jest afrykańskiego pochodzenia.
Polowanie więc, jak powiedziałem, nie było świetne.
Jednak widziałem dużo barwnych obrazów, wspaniałych postaci, malowniczych, śmiałych ruchów, a dla pisarza to — lepsze od dobrego strzału, i za to serdecznie wdzięczny jestem panu gubernatorowi Wysokiej Wolty i królowi pokojowych, aczkolwiek przebiegłych Mossi — czcigodnemu Mohro-naba.




Przypisy

  1. Nie rolnictwa, lecz Ziemi, jako bóstwa.
  2. Murzyni zatruwają strzały przeważnie sokiem drzewa Strophantus hispidus i S. sarmentosus, działającemi na serce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.