Verte/Część druga/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


X.

— Będzie dur jakiś, jakiści dur spadnie na wielmożną panią dziedziczkę — mówił Stacho Domalewski, oparty na kiju, stojąc przed Elżą w Pysznym Borze na mchu, skrzypiącym od szronu. Taki sen niedobry jest. Coś będzie.
Elża uśmiechała się smętnie.
— Czy to ta muzyka jest złą wróżbą, Stachu?.. Grał pan Uniewicz, ale i wszystko grało, ściany, szyby, drzewa.
— To. to. to, toż właśnie, to granie to dur jakiś, niby znaczy odurzałość taka, że wszystko zacichnie a tylko ono gra i gra i ciągnie człowieka, gdzie jeno chce i zaprowadzi, dokąd chce.
Gorska była zamyślona. Stacho patrzał na nią i przestępował z nogi na nogę. Coś rozważał.
— A jeszcze co się śniło wielmożnej pani... po onej muzyce co jeszcze? —
Elża nie opowiedziała mu całego snu. Zawahała się teraz.
— Śniło mi się potem... morze, fale niebieskie i piękny srebrny rycerz.
— Morze to szczęście i bogactwo, a srebrny rycerz to bardzo dobrze, bo to nasz młody pan znaczy. I co więcej wielmożna pani?
— I znowu muzyka ale na wielkich błyszczących trąbach.
— O, o... na trąbach?.. wielkie złote trąby — to wołanie.
— Co takiego?
— Ktości, woła wielmożną panią, niby znaczy przyzywa do siebie.
— Może śmierć?..
— Tfu! tfu! wielmożna pani, na psa urok, takie paskudne słowo.
Stacho pluł i drapał się po czapce zaniepokojony, ale nagle uderzył się po boku zwycięsko.
— A ot i wiem! nasz młody pan wielmożną panią do Warszawy prędko przywołuje na ślub. Aha! ot jak. I trza jechać, trza rychło, bo trąby to wołanie. Nie lepiejby było wesele urządzić w Warowni?.. Tyle my się wyczekali na ślub młodego pana i pani wielmożnej, a tu do Warszawy sobie jadą, jak jakie z przeproszeniem bezdomne. No, ale pańska wola. Będziem zato witać. Hej! Ale co muzyka to dur jakiś, to już napewno. A ot, że pan Uniewicz grał to i on znaczy z tym durem zna się trochę i jego cości tumani.
— Wy jesteście wróżbita, Stachu — rzekła Elża.
— Stary ja dziad, ale dużo widział, daj słyszał, a taki tego, co się teraz robi na świecie, to nawet i nie myślał, że to może być prawda. Cości to, wielmożna pani, zaczyna się tak, jak w „Ogniem i Mieczem” naszego wielkiego Henryka Sienkiewicza, kiedy to żyli pan Skrzetuski, Podbipięta, Zagłoba, Pan Wołodyjowski, Rzędzian. To samo, co kozaki robili podczas „rebelji” to i teraz się zaczyna. „Spasi Chryste”, jak to mówił czerkaski pułkownik Barabasz, pamięta wielmożna pani?
— Pamiętam.
— No, to „Spasi Chryste” i teraz.
— Co tam Stacho opowiada, teraz inne czasy!
— A pewnie, że inne, bo i kniazia Jeremy teraz niema, a przydałby się on władyka, przydał.
— I on by dziś inaczej wojował — rzekła Elża i odwróciła się, bo zaturkotało na drodze.
— Ktoś jedzie.
— A toż pan Poberezki z Chodur.
Wąsal witał Gorską serdecznie.
— Co pani tu robi?..
— Politykuję ze Stachem, który analoguje „Ogniem i Mieczem” z obecną zawieruchą.
— Ma rację! nie wiedziałem, że z niego taki trafny obserwator.
— Coż i pan także równa zaporożców z tymi...
— A czemuż nie!.. Krzywonosów nam chyba nie brak, ale pokaż, hołubko, drugiego Wiśniowieckiego.
— A co, wielmożna pani, aha! ot, co! czy Stacho dureń?!, tryumfował Domalewski.
Szli przez bór, słuchając wieści Poberezkiego niezbyt wesołych. W Warowni stary sąsiad spytał Gorskiej:
— Czy wszyscy razem wyjeżdżacie do Warszawy?
— Ja jadę wcześniej, niż dziadziowie. Oni przyjadą dopiero na ślub w końcu stycznia.
— Dobrze, żeście już postanowili ślub, a to niewiedzieć co wyrabiali tyle czasu.
— Cośmy znowu wyrabiali?..
— Ach, paniż ty moja! nie sierdź się, ale ot, tyle czasu narzeczeni to i nikt nie wierzył w wasz ślub, ja pierwszy wątpił. I jaki z tego pożytek... Tomek znudział a pani zmizerniała, że żal patrzeć. W dodatku naraziła się pani na plotki. Co tu gadać, przecie pani pewno o tem wie?
— Że się kocham w jakimś żonatym człowieku... Cóż mnie to może obchodzić, że to mówią?.. Zależy mi tylko, aby być czystą we własnym sumieniu i duszy i to jest moją etyką zasadniczą.
— Toż wiem, hołubko, że ludzka złośliwość nie oprze się na tobie jednej, wiem nawet więcej, że ten, co najgłośniej ogaduje i lubuje się plotką na cudzej czci opartą, ten ma sam brudną duszę i najczęściej jest kocmołuchem, ścierką, w porównaniu z osobą, którą bezcześci. Mówię to z doświadczenia nietylko własnego, bo to rzecz stwierdzona, ten kto jest sam czysty, nie wynajduje plam u drugich, to bardzo prosta psychologja.
Ale wracając do was. Zaszkodziliście sobie oboje, bo i pani ostygła i w Tomku zrodziła się już nieufność. Poprzedni zapał wasz znikł dawno. „Kruty ne werty”, ale jak dwoje ludzi ma się do siebie, to i nie zwlekać.
— Czy pan zna wszystkie przysłowia polskie?..
— Ja, przysłowia? no, tak niektóre — naprzykład: „co się odwlecze, to nie uciecze“, „przyszła koza do woza”, „trafiła kosa na kamień”.
— A „trafił, jak kulą w płot” pan zna?
Poberezki zastanowił się, ale się nie zmieszał.
— Znam, hołubko, i to i jeszcze inne, a mianowicie: „kuj żelazo póki gorące“, a także „nieufaj koniowi, djabłu i kobiecie”.
— No, widzi pan.
— A widzę, że Tomek ufał swojej wybranej, choć to... zdrowy djabeł. Ne serdyś, hołubko... — Poberezki ucałował serdecznie ręce Gorskiej, śmiejąc się.
— Ja, żebym był Tomkiem, tobym się na taką cierpliwość nie zdobył, „chody babo do chaty, taj chodi”. Ale coprawda z panią...
— Na mojej psychologji można kark skręcić — dodała Elża.
— Otóż właśnie i Tomek, jeśli nie skręcił karku, to go nadwichnął.
Elża z głębokiem smutkiem w sercu patrzała w przestrzeń, myśląc o srebrnym rycerzu dzisiejszego snu.
— Tu ja jestem pokonana.
„Vous étes roi, sire, et moi je pleure.”
Odczuwszy, że Poberezki patrzy na nią, odwróciła się do niego i rzekła prędko z nerwowym śmiechem:
— I ja skręciłam kark, wie pan...
— Na Tomku?.. — spytał.
— I na swojej własnej psychologji.
Wąsal długo wiercił wzrokiem w oczach Elży, ona śmiała się.
— Hm. Dalibóg — mruknął — w pani taki coś siedzi.
— A co, jak pan myśli... pewno coś złego, chytrego, przewrotnego, prawda, może jeszcze gorzej?
— Ej, nie. Ja nie jestem z tabunu ludzi, ja jestem sobie skromny człowiek, ale mam pretensję, że człowiek, nie człowieczek, to też ogólnie po ludzku nie sądzę, ale po mojemu, ot, jak w pani coś siedzi, to prawda ale coś bardzo smutnego w znaczeniu psychicznym, jakaś męka. I o ile natura pani, jej dusza, gdyby w niej była radość, mogłaby wydać z siebie dużo dobrego i pożytecznego o tyle z tym smutkiem może się nawet stać złą, bo to silne, to przeistacza człowieka, to boli, to nuda i taj neszczastje — dokończył po małorusku.
— Jaki pan ma rozum, jaki pan dobry — zawołała Gorska żywo.
— Kudy mnie do rozumu, kudy do dobrego, hołubko. Ja tylko zaliczam się do takich ludzi, którzy umieją bezstronnie, cierpliwie patrzeć a język ich nie swędzi i dlatego, zanim język zdąży ochlapać, to najpierw oczy głęboko wnikną, poznają i... wytłómaczą. — Znam takich ludzi, a szczególnie kobiety, lale, puste jak wydrążone tykwy, płytkie jak miski do lukru, które nie czytują książki jako takiej, lecz zajrzą, co jest na końcu, w środku i na początku i już mają dosyć, byle wyłowić czy Numa wyszła za Pompiljusza, a najwyżej jeszcze jaką miała suknię do ślubu. I finis. Akcja, psychologja, idea, styl książki nic ich nie obchodzi, to dla nich za głębokie. Otóż takie lale lub fryce sądzą ludzi zupełnie tak samo, jak czytają książki, powierzchownie; szukają w człowieku nie treści i ducha ale fabuły, imponuje im oprawa danego osobnika, taksamo jak okładka książki, nie zaś jego psychika.
— I na takich podstawach najłatwiej krytykować — mówiła Elża zamyślona. — Tymczasem tak zwana opinja ludzka jest bardzo stronna i bezwzględna. Mało jest tej prawdziwej poważnej opinji, gdyż ludzie zrobili z niej małostkową „olewinję“ i niezasłużoną „opiewanję“ i te stosują do mody.
— Słusznie, pani, bo największy gad, to język ludzki, najzjadliwszy, kiedy się jemu nie powie prrrr... przed czasem, tedy już jak się rozszczeka, oho, i nie wstrzymasz. Ale jest i na niego obroża, a to taka właśnie, jak kto pierwszeństwo daje oczom i myśli, wtedy język nie swędzi a rozum działa.
— Żeby to wszyscy ludzie postępowali podług pańskiego systemu, byłoby lepiej.
— Kto nie jest, hołubko, z tabunu ludzi, ten inaczej nie potrafi.
— A jednak i pan potępiłby... naprzykład... egoizm.
Poberezki pomyślał chwilę.
— Niewiadomo, pani, zależy jaki, jak zrozumiany. Czasem szczerość i prawdę nazywają ludzie egoizmem, kłamstwo zaś i fałsz altruizmem. Dziękuję za taki altruizm, wolę jak ktoś jest szczerym zbrodniarzem nawet, niż fałszywym dobroczyńcą. Bądź ty sobie egoistą, skoro idziesz tam, gdzie cię woła prawda, a jeśli altruizm swój budujesz na kłamstwie, tedy bywaj zdrów i nikomu on na dobre nie wyjdzie.
— Ach, jaką pan ma świętą rację!
— Taki pomyśl nad tem, hołubko — rzekł prędko Poberezki bo zbliżali się Burbowie.
— Jestem widocznie zbyt przezroczysta — myślała Elża — ale taką mogę być nie inną, bo mój altruizm dla Tomka jest oparty na oszustwie samej siebie, — tego już ukryć nie potrafię. Moje życie to dzisiejszy sen. Tu będę ciałem przez altruizm ale duchem, sercem będę zawsze tam z nim... z moim złotym snem, bo tam przy nim jest moja prawda, zatem mój egoizm. Miłą przyszłość zgotuję Tomkowi i sobie. Stało się, zapadło wieko przeznaczenia, trzeba się z tem zgodzić. Trzeba iść naprzód bez oglądania się wstecz. Życie popłynie tak, jak w tym śnie, cicho, jednostajnie bez wielkich wrażeń, bez zapałów, bez barwy i ognia, w zadomowieniu, w szumie boru, wśród szczebiotów dziecinnych, a jedyna osłoda, jedyny blask i pokarm dla duszy stęsknionej to biurko moje, na którym szydzi ze mnie Sfinks, to moje zeszyty, w których będzie może często jęk mojej duszy, mój świat wspomnień, w marzeniach zawarty i tęsknocie, — to książki, w których znajdę zapomnienie. A zresztą, i to przejdzie razem z życiem, bo wszystko przeminie.
Gdy Poberezki, wyjeżdżając, żegnał się z Elżą, popatrzał w oczy młodej kobiety uważnie.
— Jesteśmy tedy u mety, Burbineczko, port już blisko, każdy zawsze do niego dopłynie. Choć będę na waszym ślubie, ale już dziś przyjm moje gratulacje.
— Wie pan, że ja dotychczas za „port, do którego każdy dopłynie”, uważałam coś zupełnie innego... niż ślub.
Zapadła chwila ciszy, dość przykrej.
— At, kiedy łapiesz za słowa, Elżuniu — zgryźliwie rzekł pan Cezary. Dla kobiety małżeństwo — to port życiowy i dla niejednego mężczyzny także, a już dla Burby napewno. Chyba, że kto po za takim portem widzi jeszcze oceany.
— A jeżeli tak, dziadziu, to co?.. śmiało podjęła Elża.
Uniewicz zerknął na nią ukosem, nerwowy tyk śmignął mu przez twarz.
Pan Cezary pyknął głośno z cybucha.
— A to wtedy najczęściej ginie w odmętach, albo rozbija głowę o skałę, bo takie oceany to prawie zawsze Fata-Morgana.
— Facecja, gadamy o głupstwach. Ej, Elżuńka, niepoprawna ty jesteś, wiecznie jakieś fiksum dyrdum w głowie.
— A czasby się już ustatkować, czas — dodałą sucho Burbina. — Sąsiad gotów pomyśleć, że ci naprawdę coś w głowie świta niegodnego ciebie.
— Niegodnego mnie... ha, ha, ha... ależ, babciu, złe zestawienie... to ja może nie godnam tego, co mi w głowie świta... raczej świtało — dokończyła ciszej.
A po sekundzie, jakby nagle zgaszona, szepnęła głucho z ogromnym smutkiem:
— Już nie świta.
Ciężkiego coś zawisło w powietrzu, moment niesłychanie kłopotliwej ciszy, przerwał stary Burba. Objął nagle Elżę w pół i przygarniając ją do siebie, rzekł wesoło a serdecznie:
— A ot wiem, co świtało w łepetynie, co świta i da Bóg świtać będzie. Literatura.
— Tak, dziadziu, li... te...ra... tura, — powtórzyła Elża z jakim rozdzierającym uśmiechem, którego tylko pani Urszula nie zrozumiała, ale który natomiast pana Cezarego zabolał i zaniepokoił tak silnie, że już nawet ukryć tego nie potrafił. Usunął lekko Elżę od siebie i rzekł bez werwy:
— Będzie, co Bóg da, tylko trzeba ufać.
— Czasem właśnie po mętnym świcie bywa jasny dzień — wtrącił pojednawczo Poberezki i odjechał.
— Uniewicz milczał bardzo blady. Elża odczuła pewną niebywałą oziębłość kochanego bardzo dziadka i starała się szczerze złagodzić przykrą chwilę, ale przychodziło jej to z trudnością, bo nastrój duszy nie odpowiadał zamiarom serca. Stary Burba intuicyjnie zrozumiał zamiary, więc zaniepokoił się tymbardziej, że Elża sama z sobą Walczy.
Był serdeczny, pozornie pojednany, ale obserwował wnuczkę badawczo i czujnie, dziwnie się czasem trwożąc w sobie.
Tak płynęły zimowe miesiące.
Na wiązy warownieckie spadły białe futra śniegu, pokryły je królewskim gronostajem, omotały w swe miękkie polarne puchy. I bór dokoła nabrał godowo dziewiczych barw.
Styczeń roztoczył swój przepych w łagodnym rozświcie słońca. Białe pyły snuły się w powietrzu już raczej opalowym. W dzień swego wyjazdu z Warowni Elża stała pod cieniem wiązów, osnutych tą przeczystą bielą, myśląc ze smutną rezygnacją, że gdy wiązy te znowu zielenią się pokryją, ona już będzie żoną Tomasza. Myśli jej płynęły wolno, leniwie, trochę sennie. Pożegnała już bór i uroczysko na Pysznym Borze, pożegnała łąki, zawiane ogrody, zagaje. Wróci tu już mężatką, właścicielką tej sadyby starej i znowu na tych trawnikach zrywać będzie fijołki, jak kiedyś w dzieciństwie w Taraszczy, jak potem z Adamem Gorskim, jak przed kilku laty w Warowni, w przeddzień zaręczyn z Tomkiem. A teraz... na wiosnę...
Tęskna zaduma spadła na nią i jakieś ciepło wionęło jakby z przestrzeni, coś w duszy nie załkało jak zawsze, ale niby pasaż cudnej melodji zabrzmiał arpeggiem, powodując nagłe objawienie, niestety zbyt krótkie, zbył mgliste, nieuchwytne. I znowu rzeczywistość szara, codzienna, taka już znajoma, taka bezbarwna. Skąd był ten ciepły powiew dobrego przeczucia, skąd ta nuta słodka w duszy?.. Nie marzyć już, nie marzyć, nie marzyć...
Elża ścisnęła dłońmi skronie; zasłaniając uszy od tej melodji złudnej, rzuciła na wiązy wzrok pełen tęsknoty i smutku.
— Do widzenia, druhy, do wiosny.
Sanki już czekały na nią. Uniewicz, który odprowadzał ją na stację, niecierpliwił się.
— Będzie późno na pociąg, na „decug“ następny za długo czekać.
Gorska roztargniona ściskała wszystkich serdecznie, cały dwór ją żegnał i służba leśna, wiedząc, że jedzie na ślub. Elża ucałowała panią Jasiową, sybiraka Krywejkę, Stacha Domalewskiego, Piotra, wszystkie baby i dziewki z czeladnej, dość czule uściskała się z babką, ale, gdy przypadła do rąk starego Burby, łkanie nagłe, gwałtowne szarpnęło jej piersią. Pan Cezary przytulił wąsy do jej skroni z uczuciem, w którym był nowy lęk.
— Co ci to, dziecinko, co ci jest, Elżuśka?..
Palcem drżącym naznaczył krzyż na jej czole.
— Detynko, uspokój się, niech cię Bóg błogosławi — rzekł wzruszony niezwykle.
— Toż przed tobą szczęście, a miłość i radość — dodała czule Burbina.
— Córką nam jesteś, będziesz synową najmilszą — rzekł pan Cezary, — a ot patrz... i oni żegnają panią Gorską, by powitać Burbinę — wskazał na niedźwiedzia, łaszącego się, i na wielkiego brytana.
— Kajtuś! Murmyła!
Elża całowała ulubieńców w brunatne i płowe kudły, a oni wspierali się na niej łapami, przyzwyczajeni do pieszczot.
Wreszcie sanie ruszyły. Murmyła, skomląc, rzucił się na stopnie.
Wtem Elża zatrzymała gwałtownie stangreta.
— Łukaszu, zawróćcie, prędko.
— Co się stało?.. — pytali z ganku.
— Zapomniałam coś ważnego.
Wbiegła do swego pokoju i po długiej chwili wróciła.
— Przepraszam, że tak marudzę — rzekła, niosąc sporą paczkę w ręku.
— Pewno jakie nowe utwory do druku, będziemy czytali na wiosnę — zawołał pan Cezary.
Powtórne pożegnania i konie skoczyły do biegu.
Elża wkładała paczkę do podręcznej walizki, ale usunął się papier, w który paczka była zawinięta. Uniewicz dojrzał krokodylą okładkę zeszytu. Poznał go.
— Czy to było takie pilne i... konieczne... poco to pani z sobą teraz zabiera?..
Spojrzała na niego bystro.
— Ten zeszyt musi iść ze mną, nie rozumiem, jak mogłam o tem zapomnieć.
— Czy będzie on zawsze z panią?..
Chwilę milczała.
— Nie, bo spalę go w przeddzień ślubu. Postanowiłam to dawno i dlatego zabieram z sobą.
— Całopalenie — mruknął Uniewicz — wszystko na stos.
Elża milczała. Słowa Uniewicza wydały się jej wogóle zbyt śmiałe. Zwróciła rozmowę raptownie na inny przedmiot. Pan Mel zrozumiał. Jechali, mówiąc dużo o wojnie, wojennej literaturze, wyszukiwali tematy rozległe, Elża, by zagłuszyć nurtujący ją dziwny niepokój, Uniewicz, by nie objawić swego bólu i swej udręki, by nie zdradzić się, że zadużo odgaduje i wie. W wagonie zadługo całował jej ręce. Elża niecierpliwiła się.
— Do widzenia, panie Melu, do widzenia, drogi panie. Proszę opiekować się kwiatami w moim pokoju, Kajtusiem i Murmyłą, moją biblioteką, biurkiem. W tym zakresie tylko na pana liczę, nikt o to więcej nie będzie dbał. Czy nie obciążam pana zanadto?..
— Nie, pani jedyna, wszystkie rozkazy pani święte dla mnie, i dokąd tam będę... spełnię je...
— Jakto, co pan mówi?..
— Bo może ja panią ostatni raz widzę... Żegnam... Może panią ostatni raz... ale proszę wierzyć...
Pociąg ruszył. Uniewicz wyszedł z wagonu, już nie oglądając się.
Elżę opanował znowu z powodu dziwnych słów Uniewicza, bolesny niepokój i żal.
— Złe fatum moje niosło mnie do tej Warowni.
W Warszawie Elża zajechała do hotelu, zamiast do wujostwa Renardów. Portjer odrazu na wstępie powiedział jej, że dopytywała się o nią jakaś pani kilkakrotnie osobiście i przez telefon, oraz, że zostawiła swój adres.
Gorska, spojrzawszy na podaną sobie kartę, zbladła. Było na niej nazwisko panny Izabelli.
Nie zastanawiając się ani chwili, wysłała do niej bilet z zawiadomieniem o swoim przyjeździe. Wówczas poszła do siebie na górę, umyła się, przebrała, o niczem nie myśląc, nie chcąc nic przewidywać. Była jakby w śnie, czuła, że coś robi, czego już robić nie powinna, ale zabronić sobie tego nie potrafiłaby za nic, nie mogła przezwyciężyć samej siebie. Stojąc na balkonie, patrzyła obojętnie na licznych przechodniów z myślą tak rozbieżną, że niemal rozpadłą na atomy. Drgnęła, ujrzawszy posłańca. Za chwilę wszedł.
— Ta pani trochę chora; powiedziała, że przyjdzie wieczorem, a oto list.
Wręczył jej dużą kopertę.
Zaćmiło się w oczach Elży. List był od Artura.
Posłaniec patrzał zdziwiony, bo Gorska zakręciła się jakoś na miejscu i bardzo zmieniona dała mu prędko całą garść pieniędzy. Posłaniec wyszedł, zgięty do ziemi.
Elża wyszarpnęła list z koperty niemal z wybuchem, trzęsąc się z wrażenia. Kilka bristolowych kart, zapisanych bardzo różnym pismem Artura, nienormalnie dużym lub nadmiernie drobnym, targanym i rozwlekłym. Czasem nawet charakter właściwy pisma zatracał się w widocznym drżeniu ręki. Elża spojrzała na datę: pisane w październiku w odstępie kilkudniowym. Chłonęła litery pełna okrutnej trwogi.

Gibraltar, 2 października 17 r.
Najdroższa Pani!
„Przepływam Gibraltar, jadę w świat. Dostałem urlop z konieczności, gdyż zapadłem nieco na zdrowiu, Płynę przez Śródziemne, Suez, Indyjskie, zawinę do Kalkuty, może zwiedzę wyspy Sumatrę, Jawę, Borneo, potem Cejlon na dłużej. Wszędzie z myślą o Pani. Tyś marzyła o tych wyspach, jadę tam, by o Tobie marzyć widzę Cię w myślach smutną, ze łzami w oczach. Co z Tobą, umiłowana? Miewam straszne chwile goryczy, tęsknoty za Tobą. Zycie bym dał, by móc Cię zobaczyć, głos Twój usłyszeć, to nie frazes — znasz mnie, Elly moja, jednakowo ukochana. Pozwól tak pisać, piszę, jakby z tamtego świata, byłem na jego brzegu, nie zyskałem nic, że mnie uratowano. Kocham Cię niezmiennie, bez pamięci a tak nieszczęśliwie. Co Cię skłoniło, żeś znowu odeszła? Twoja ucieczka z Warszawy to dla mnie zagadka nieodgadnięta. A jednak odczuwam wyraźnie, że Ty kochasz tylko mnie — tamto to złuda. Może to utopja tonącego, ale nią żyję. Będąc w gorączce, imię Twoje miałem ciągle na ustach. Mówił mi o tem James Ashley, który mnie nie opuszczał. Może Cię interesuje, co mi było? Miałem wypadek na motorówce, jaki — mniejsza, już jest nieźle. Rączki Twoje przedrogie całuję, czoło chylę do Twych stóp.
Artur.“

Elża chwyciła drugą kartę.

Port Said. — Data późniejsza.
„Droga moja, co się z Tobą dzieje? Błądzę myślą, wszędzie szukam Ciebie, coś w Tobie przeczuwam nienaturalnego, czy przeżywasz jakiś kryzys psychiczny? Niepokój o Ciebie zabija mnie, w moich wizjach jesteś taka moja, tak bardzo moja. A Tyś może już żoną tamtego. To byłoby za potworne. Pomijam swój ból, chodzi mi o Ciebie, Elly moja, o Twoją przyszłość z Nim. Ty nie wytrwasz, bowiem życie jest długie. Twoja żywiołowość, Twój entuzjazm przepiękny, Twój głód szczęścia innego, może Cię kiedyś pchnąć do przepaści. Boję się o Ciebie, abyś swych białych piór nie skalała w jakiej jaskrawej farbie, która Ci się purpurą wydać może. Pamiętaj, że nawet purpura męskich szałów bywa bardzo rozmaita i łatwo płowiejąca. Bądź ostrożna. Jeśli nie uczucie dla mnie, to wspomnienie o mnie niech Cię strzeże. Ale to niemożliwe, abyś Ty... Myśl rozprzęga się, leci ku Tobie, męczarnio moja słodka. Jestem chory na duszy i ciele, może i na umyśle, bo haluncynacje o Tobie nie dają mi spokoju. Pocóż jechałem w zimie do Warszawy, by wrócić ze spotęgowaną tęsknotą i żalem, żeś jednak... nie moja. Życie jest zbyt ciężkie dla mnie.”

Duża przerwa na karcie, poczem innym znowu charakterem, krótkim, nerwowym:

„Czytam teraz dużo z indyjskiej literatury. Ciekawe z zakresu psychiki ludzkiej. Fakirzy potrafili wnikać w jej głębie, odgadywali nowoczesne odczucia. Dziwną mi się wydaje moja bezczynność na pokładzie bez zwykłego zajęcia, ruchu i nieustannych trudów, jakie daje stanowisko odpowiedzialne marynarza. Wojna trwa, ja zaś płynę na yachcie swoim, który znasz z Nicei, płynę z przyjacielem i czytam. Pokój to pozorny, szarpanina w moim całym jestestwie piekielna. Gorycz zatruwa i niewypowiedziany ból. Zwalczasz, Elly, moją bezwzględną wolę swoim uporem. Obyś się nie przeliczyła. Przebudzenia bywają straszne.”

Elża, dygocąc w sobie, była wpół przytomna. Stała chwilę z zamkniętemi oczami, szepcąc bez pamięci:
— Arti, Arti, przebudzenie moje już straszne, Arti mój.
Szeptała długo, jakby w śnie, poczem otworzyła oczy — był w nich cień obłędu. Wzięła ostatnią kartę, już z Indyi, z okolicy bliskiej Kalkuty, pisaną tak okropnymi zygzakami, że sama mówiła za siebie.
— Co to jest? — pytała Elża ze łzami — to pisała ręka bezwładna, to ktoś w agonji, jednak to on... on... Boże!..
Zaczęła się wczytywać pilnie.

„Najdroższa, niezapomniana Elly moja. Ze mną jest nieco źle, ale to nic. Pamiętaj, że życie moje do Ciebie należy, gdy je zabierzesz, będę szczęśliwy, dziś straciło dla mnie całą wartość, stało się ciężarem trudnym do dźwigania nawet na moje barki. Zachowaj w pamięci człowieka, który Cię uwielbiał, kochał nadewszystko i jedynie. Cięży nademną przekleństwo. Odeszłaś odemnie w tak odległe horyzonty, że tylko doścignąć Cię mogę myślą, ująć nie potrafię. Na nic władza, siła i możność moja, znikome to są atuty wobec prawdy, że nie chcesz być moją, żem Cię utracił, że mi Cię zabrano, bo się spóźniłem! Powinienem był wcześniej zabrać Cię dla siebie, bez względu na nic, nawet na Twój upór. Szarpie się we mnie bunt, już po niewczasie i to jest szatańskie, to tyranja moja. Zlekceważyłaś, Elly, miłość moją, by, zepchnąwszy mnie w bezdeń rozpaczy, samej iść ku szczęściu. Bo chyba szczęście widzisz przed sobą? A byłaś cudem mego życia, Ty, fatalne przeznaczenie moje i miłości moja olbrzymia.”

Pismo urywało się.
— Jezu, Jezu, Jezu! — wył w duszy Elży okrutny ból skargę, ręką niewypowiedzianą.
— Co z nim, co to znaczy? Czy on?... Boże!
Czytała dalej, ledwo odcyfrowując hieroglificzne, krzywe litery.

„Elly, pisać już nie mogę, ostatnie moje słowa kreślę do Ciebie. Bądź szczęśliwą, niech On da Ci to wszystko, co ja Ci dać pragnąłem — szczęście bez miary. Odrzuciłaś mnie dla niego, więc jeśli Cię zawiedzie, jeśli on okaże się niegodnym takiej ofiary z Twojej strony, palnij mu w łeb, jak zbrodniarzowi, i powiedz: za mnie i za Artura, który życie swoje dał...
Elly... tracę przytomność, resztą sił gonię. Stoisz przy mnie jak żywa, a wiem, że i to haluncynacja. Jedyna moja, niech Ci Bóg da szczęście. Zachowaj pamięć o mnie, dziecko moje ubóstwiane, iskro życia mego, która już tylko tli. Dla Ciebie bym żył, dla Ciebie zdobywał świat, bez Ciebie nie chcę nic, mogę sobie na to pozwolić, jestem swobodny, dla siebie bezwzględny, gorzej, bo dla matki bez serca...”

Karta wypadła z rąk Elży.
— I dla mnie bez serca i dla mnie! Arti, co z tobą!? — krzyknęła głośno — nieprzytomna.
Biegała po pokoju, łamiąc ręce rozpaczliwie.
— Co z nim, co z nim?! on mnie żegna, on... on może już... Boże wielki!..
Nagła myśl zajaśniała, jak błyskawica:
— On, tylko on! Do niego jaknajprędzej!
Ubrała się gorączkowo, wybiegła z hotelu, rzuciła dorożkarzowi adres Izabelli. W kilka minut była u niej. Panna Izabella powitała ją serdecznie, nie mogąc się powstrzymać od okrzyku zdumienia.
— Jaka pani blada...
Twarz Elży była istotnie zmieniona, bolesna.
— Czy pani wie, co się dzieje z Arturem Dovencourt-Howe? — wyjęknęła.
— Wiem. sir Dovencourt-Howe ciężko chory, jest w Indjach na kuracji.
— Chory... na co?
— Pani nie wie?
— Nie.
— Był ranny na motorówce. Uratowany przez Ashley’a. Uległ zgnieceniu klatki piersiowej, obrażeniu głowy, leczył się w Londynie. Jako rekonwalescent wyjechał do Indji, jego przyjaciel, sir James Ashley, razem z nim. Tam się pogorszyło — z powodu wycieczki.
— Wycieczki, jakiej?
— Pojechał łodzią na pełne morze daleko, nie licząc się z chorobą, po powrocie nie było prawie ratunku. Walczył ze śmiercią.
Elża usunęła się ciężko na krzesło. Izabella podbiegła do niej.
— Pani droga, spokoju. Już jest lepiej, może zupełnie dobrze. Organizm zwalczył, niebezpieczeństwo minęło.
— Skąd pani to wie?
— Pisał sir Ashley do mnie, razem z listami do pani, tam było podobno kilka listów, lecz sir Ashley wysłał je razem.
— Co on pisze? Czy mogłabym wiedzieć?
Izabella podeszła do biurka i wyjęła list z szuflady. Elża chwyciła go niemal drżącemi rękami i zaczęła czytać z zapartym oddechem. Twarz jej mieniła się ogniem i trupią bladością, w oczach było przerażenie, groza, ból, rozpacz, a z opuszczonych rzęs jęły zsuwać się po twarzy łzy wielkie, jedna za drugą, jak ogniwka nieprzerwanego łańcucha. W pewnej chwili przysunęła się do niej Izabella i ujęła jej rękę.
— Pani droga, spokoju. Ale nie dziwię się, że pani płacze, bo charakter tej katastrofy... mógł przeżyć... wierzę.
— Więc ja, więc ja zrozumiałam... właściwie.
— Tak. Wszystkie pamiątki, fotografie pani, listy, były z nim razem na motorówce. Sir Ashley przewidział, przeczuł subtelnie, sądząc z całego usposobienia Artura i ocalił go prawie w ostatniej chwili. Jak pani słyszała, sir Ashley przypuszcza, że chodziło o zatuszowanie prawdziwej intencji katastrofą przypadkową, ze względu na spokój pani i jego matki, dlatego wybrano formę pośrednią. Lady Dovencourt jest bardzo religijna, pani rozumie, chodziło o pozór wypadku.
— Co go do tego skłoniło, co, na Boga... — zawołała Elża z wybuchem nieukrywanej rozpaczy, zupełnie naiwnie.
Izabella wlepiła w nią uważnie wielkie swe zdumione czarne oczy.
— Czy pani jest teraz szczerą? — spytała śmiało.
— Co to znaczy?..
— To, że pani chyba najlepiej zna powód jego tragedji.
Nastała długa cisza.
Elża, uświadamiając sobie już okrutną prawdę, jeszcze nie pojmowała jej w całej pełni, jeszcze nie wierzyła, że to z jej powodu, że to ona... ona... Izabella przerwała ciszę, rzekła prawie szeptem, bardzo poważnie:
— Sir Dovencourt-Howe pierwszy raz w życiu potknął się o kobietę. Nie były one nigdy ani celem jego, ani tęsknotą, ani trudem. O kobiety nie walczył, brał je tylko, były na jego rozkaz. Stał się nawet cynikiem z tego powodu. Tu załamał się beznadziejnie. Klęska uczucia, można rzec pierwszego i jedynego, porażka woli niezwykle silnej, to go zrujnowało. Kryzysem finalnym był jego przyjazd tej zimy do Warszawy.
Elża zadrżała.
— Ten przyjazd jego tu, to był wyrok na własne życie, każda godzina mogła przynieść nieszczęście. Wybitna powierzchowność i szczególne zachowanie się mogło go zdradzić zawsze. Wszystko kładł na jedną kartę i przegrał.
— Gdybyż istotnie przegrał, ale — wybuchnęła Elża z nagłą szczerością, lecz umilkła.
Poniosła ją niebywała siła ducha, woli, energji, mocy. Z rumieńcem na twarzy a blaskiem w oczach zerwała się z krzesła.
— Żegnam panią.
— Pani odchodzi?
— Pozamykają biura, już jest późno, muszę śpieszyć.
Panna Izabella bacznie patrzyła na Gorską. Brzask jakiś nowy na twarzy Elży, jej płomień wewnętrzny uświadomił sprytną Szwajcarkę. Ścisnęła rękę Elży.
— Gdybym się pani przydała, służę z chęcią, mam duże znajomości, wpływy.
— Może skorzystam — prędko szepnęła Elża i wyszła.
W godzinę potem Gorska oczekiwała rezultatu podanej prośby.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.