Verte/Część druga/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


IX.

Cichy codzienny wieczór zimowy. Warownia zawiana śniegiem. Wszędzie zwały, bastjony białe, mróz błyszczy na szybach, iskrzy się na śnieżnych pokrowcach ziemi. Bór stoi głuchy, oszroniony i huczy basem do wtóru rozgłośnym krakaniem wron i kruków. Pierwsze cienie kończącego się dnia zasnuwają wolno ołowiane niebo, sine plamy rzucają na śnieg. Dom wielki, szary, pod osłoną wiązów-tytanów rozbłyskuje światłem w oknach.
Stary dziadzio czyta gazetę i pyka z cybucha, na kominie palą się kłody drzewa. Sybirak, pan Krywejko, skulony przy ogniu, robi siatkę na ryby, a często pociągnie gorącego krupniku z kusztyczka, grzejącego się na kominie. Pani Jasiowa w czarnym czepku pomaga staremu Piotrowi szykować do wieczerzy. Dogląda przytem dwoje dzieci, które bawią się na dywanie, opodal komina. Mały chłopczyna uderzył piąstką w nos paroletnią dziewczynkę, ta go chwyciła za włosy i krzyczą teraz oboje.
— Cicho, bąki, bo, jak tato przyjdzie, będzie dyscyplina w robocie — woła dziadek Cezary.
Ale oto wchodzi babcia do pokoju i coś niesie w ręku, więc dzieci podbiegają do niej, wołając na wyścigi:
— Konfituiki. Selek jablecny.
— Ozieśka w ciuksie.
Rączki wyciągają się do babki, a pani Urszula z rozkosznym; uśmiechem rozdaje łakocie.
— A czy Tomek nie wrócił?.. — pyta stary Burba.
— Jeszcze nie, nawet Elżunia niespokojna.
Elża Burbina zajęta bardzo gospodarstwem, krząta się od śpiżarni do piwnicy, od kuchni do dziecinnego pokoju, pochylona nad kołyską niemowlęcia, lula je cichym śpiewem i znowu biegnie, bo tyle jest roboty jeszcze. Chleb się dziś rozczynia, trzeba na jutro rano dla czeladzi wydać śniadanie, bieliznę zliczyć do prania, a jeszcze to i owo się znajdzie. Tomek zaraz wróci z polowania, trzeba żeby wieczerza była dobra i obfita, a potym przy lampie i płonącym kominie odpoczynek dla nóg, ale z robotą w ręku. Trzeba skończyć ten serdaczek włóczkowy dla Urszulki i pończoszka Cezarka pocerować, bo strasznie malec drze.
Wtem Elża słyszy jakieś tony melodyjne, płyną, jak fale. Ach, to Uniewicz gra. Elża wspina się na podmurówkę domu i patrzy, słucha. Nokturn Chopina.
Jak ten Uniewicz ładnie gra. Pan Cezary słucha w fotelu, z rękoma na piersiach splecionemi. Nie, pan Cezary czyta wszakże w jadalni, a ona wspina się do okna, by zajrzeć... to tak niegdyś bywało, kiedyś na wiosnę — dawno, dawno, jeszcze była Gorską. Dziś znowu ta muzyka. Elża Burbina cicho wchodzi do salonu.
Uniewicz gra zamyślony, a klawisze łkają pod jego palcami, Skąd tyle smutku w tym nocturnie?.. jak te akordy grobowo brzmią... Kobieta znowu ucieka z salonu, bo trzeba dziecku proszek dać, chore dziś trochę, grymasi. Ach, ten Uniewicz, czemu on tak gra! Ta muzyka rozbrzmiewa po całym domu, grają zda się ściany, w szumie wiatru za oknami jęczą te akordy nocturnu. W kołysce dziecko płacze.
— Pewnie będą ząbki — mówi stara Burbina.
— Przessało się — twierdzi poważnie Jasiowa.
Elża biegnie znowu do salonu, bo dur jakiś ją ogarnia z powodu tej muzyki Uniewicza. Słucha jak baśni, zamyka oczy i słucha. Złoty, złoty sen płynie na fali błękitnej i tak cudownie promienieje, a Uniewicz gra, gra, gra, ściany grają, klamki grają, grają szyby i walą akordy w wichrze za oknem. Czy to wicher boru, czy wiązów?.. Boże, tak szumią morskie fale z oddali... Czy to szum boru, czy morza?.. Kiedy ja to słyszałam, kiedy takie same zadawałam sobie pytania?.. A fale szumią, szumią...
Elża ocknęła się.
Nie, to nasze wiązy. Wichura, zawieja będzie a Tomek nie wraca, wieczerza się przestoi. Trzeba dla Tomka starki przygotować, pewno zmarznie na tym polowaniu. Czas już dzieci kłaść spać. A Uniewicz wciąż gra. Cicha melodja ogarnęła dwór cały, Wszystko gra. Elża znowu, jak lunatyczka, idzie do źródła tej muzyki. Nie, nie pójdzie tam, tam wizje, widma, złoty sen promienny płynie na rozhuśtanej fali Śródziemnego morza. A za nim co... to... biały łabędź... nie to jacht angielski prywatny, to — Okeanos — ... Z pokładu spuszczają drabinkę sznurową, to dla niej. Nie, nie, to są mary, przywidzenia, trzeba wracać do dziecinnego pokoju, zajrzeć do czeladnej, do dziewuch... Elża idzie, opiera się o swoje biurko. Patrzy tępo. Na biurku stoją ramki, różne symbole, pamiątki.
Wszystko to ma jakąś szyderską fizjonomję, wszystko się z niej śmieje. Ot, tam Sfinks wykrzywia do niej swą potworną twarz, drwi z niej i zda się mruga do niej bezrzęsnemi powiekami, jakby mówił:
— Tęsknisz, jakem ja nawet przez wieki nie tęsknił, nuda cię męczy, jaka mnie nawet przez wieki nie nawiedzała, choć tkwię w pustyni.
Elża odwraca wzrok od twarzy Sfinksa, ale jeszcze słyszy szept jego ust:
— Nie tęsknię, bo oglądam słońce, bo prowadzę codzienne rozmowy z gwiazdami. Jednak nikt mnie z żyjących nie rozumie, bo we mnie na ziemi, a w nich w przestworzach zawarta została — Tajemnica.
Elża już nie słucha Sfinksa, ale podejmuje z biurka swój zeszyt. Czyta:

Nieraz sen złoty i tęskne pieśni
Ożyją w duszy grobowej cieśni
I nieraz serce mocniej zabije —
Choć złudne szczęście jest i... niczyje.

— Ach, głupstwo... — śmieje się Elża Burbina. Czyta dalej:

Na morze pełne nie pójdzie twa łódź
I na burzliwych falach nie zatańczy,
Więc kołysanki smętne dzieciom nuć
I prowadź żywot szary i poddańczy.
Lecz kiedy serca twego zcichnie szał
I oddasz kwiaty żarłocznej szarańczy,
Zapomnij...

— Zapomnij... Jestem żoną Tomka a on to przecie „skarb dla kobiety“, mam dzieci, dom, gospodarstwo, stanowisko, byt, jestem zamożna. Co to jeszcze jakieś wierszydła?..

Próżno tęskne słowa płyną
Próżno łzami oko prószy —
Nie ulecisz ku wyżynom:
Filisterskiej pełnaś tuszy...
Ideały, czar, sen złoty,
Wymarzone tęcze, cudy —?
Lepiej zdążać śladem cnoty
I królować w świecie nudy.

Elża Burbina myśli, że coś jednak znalazła w tym świecie. Aha... oto muzykę Uniewicza. Jak on gra cudownie, wszystko wszystko gra dokoła. To już nie nocturn, to coś innego.
Elża słucha... Polonez z „Hrabiny“. Kobieta idzie wolno do salonu, zaczarowana tą muzyką. Ale salon faluje jakoś, kołysze się. To ocean przed nią. Tam, hen, daleko płynie coś promiennego. Srebrny rycerz Parsifala... to jej złoty sen, to jej marzenie i tęsknota, to on, on niesie jej baśń cudną o świętym Graalu, niesie jej ogień z jego świątyni. Elża patrzy w zachwycie na zjawisko, a Uniewicz gra, gra. Kobieta zapatrzona szepce, wyciągając ręce do wizji:

Arti, tylko ciebie kocham wiecznie,
Arti, tylko ciebie kochać chcę!
Gdzieś ty jest, gdzieś ty, drogi?..
Wyrwij mnie stąd, weź dla siebie,
Twoją tylko pragnę być.
Tu jest złuda, złuda, złuda,
Tu mnie nic nie wiąże, nic.
Szczęścia mego zgasły słońca
I tęsknoty i pragnienia,
Złote roje marzeń moich, wszystko zniszczył los,
Arti, ratuj mnie — —

Elża mówi szeptem, ale jej słowa przechodzą w śpiew, w melodję poloneza z „Hrabiny”, łzy płyną z oczu Elży takie wielkie, takie gorące.
A oto ktoś dotyka jej ramienia. Zadrżała.
— Elżuśka...
Tomek przyjechał.
Wtem straszny, przykry, fałszywy dźwięk jakiś. Pękła struna Uniewicz grać przestał.
Wizja uleciała razem z tym dźwiękiem piekielnym. Został salon Warowniecki, stare mahonie, bronzy, fikusy, rododendrony... i Tomek, jej mąż. On ją całuje, pyta o dzieci, opowiada o polowaniu, o wilkach, jest wesoły, woła, że jest głodny i dziwi się, że ona ma łzy w oczach, dlaczego znowu? Uspakaja ją czule, tuli do siebie namiętnie, szepce coś do ucha. Elża wzdryga się na, ten szept, odsuwa męża od siebie, a Tomek gniewny patrzy na nią i wzrusza ramionami.
— Zawsze chcesz być królewną, nie żoną — mówi niechętnie.
„Vous-étes roi, sire, vous-étes roi” — myśli Elża.
I znowu płynie inna melodja, Elża słucha, słucha, bo muzyka grzmi gdzieś z góry, same akordy poważne, głębokie, a fale wspinają się i opadają, ciemne, szafirem nalane, fale.
Jakie to są tony, kto to gra?.. Czyżby Uniewicz?.. nie, to trąby dmą na całą przestrzeń morza, to wielkie krzywe, błyszczące trąby. Elża widzi, że stoi przy niej czarny jak żuk d’Ivonie. Chreptowski gładzi wielkie swoje wąsy, a d’Ivonie mówi:
— To hymn marynarki grają in gratiam pani.
— Tak, — odpowiada krótko zimny głos męski obok niej.
Tomek macha ręką zły, bo Elża patrzy na fale i na te złote, grające trąby.
— Wiecznie ten Uniewicz ze swoją muzyką. Maniak! — woła Tomek i krzyczy głośno: Podawać kolację!
Elża chwyta go za rękę.
— Cicho, cicho, bo pryśnie czar...
— Chimeryczka! woła Tomek i podnosi jakiś obuch ciężki, by nim... rozbić czar.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Elża krzyknęła przeraźliwie i zerwała się z łóżka na równe nogi... Po długiej chwili skupienia zorjentowała się, odetchnęła głęboko, ale w oczach jej było przerażenie, niepokój.
— Horoskop mojej przyszłości. Boże, zmiłuj się nade mną!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.