Verte/Część druga/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Elża czytała pamiętnik z Riviery.
...Leżałam na brzegu morza Śródziemnego, w potokach słońca, które zdawało się dotykać mnie płomiennemi mackami swych promieni, zlewało na fale i piasek nadbrzeżny tyle ognia, że woda stała się złotą, spienioną od gorąca i przeczystą jak tafla cennego kryształu. Białe piany burzyły się wszędzie, wąskie i szerokie ich pasma widać było hen, w oddali, na migotliwej lśniącej jaskrawo błękitem i srebrem puszczy wód. Kołysało się morze rozkosznie, fale piętrzyły się i spływały powoli, wdzięcznie, całowane namiętnie przez wściekle palące słońce, muskane wiatrem lekkim, jak szelest skrzydeł przelatującej mewy.
Brzeg, na którym siedziałam nie był plażą, lecz urwistym skalnym występem lądu, z głęboko wsuniętą w morze ławicą piasku. Słońce i tu dokazywało cudów, rozsypując wskroś białych fal piasczystych miljardy iskier złotych. Kamyki, wyrzucane przez szumiące udary wód, migotały jak brylanty, lśniły niby opale, czasem słońce rzuciło na nie purpurę; wówczas płonęły krwiste rubiny. Skały wyniosłe, poszczerbione jakby murem niebotycznym, odgradzały ziemię i ludzi od pełni morza, burzącego się ze wszech stron. Cały brzeg pokrywały złomy skalne, większe i mniejsze, wypolerowane jak szkło od ciągłego lizania fal, które skakały przez te progi kamienne, opluwając je pianą. Większe głazy woda obejmowała miłośnie do połowy tylko, tworząc dokoła suchego czuba wzburzony, biały wianek.
Nie było tu roślinności, gdzieś na szczytach skał czerniły się jakieś drzewiny, zresztą tylko niebo lazurowe, otchłanne a gorące, szaro-niebieskie, rozhuśtane morze, zmieniające kolory, niby muszla drogocenna i skały ciemne, skały rude, miejscami czarne, to znów przezroczyste jakieś, jakby złomy kryształu. I piasek. Cóż za rozkosz leżeć na tym sypkim, miękkim jak puch, o delikatnej barwie kremowej, piasku!
Diuny — te są niby zbiorowiska piany nagromadzonej w zwartej masie u podnóża skał. Burzą się, tworzą pagórki, dołki z nagromadzoną wewnątrz wodą od przypływów,, przeważnie jednak fala wygładziła piasek, wypolerowała na nim swe ślady grzebieniasto-ostre, jakby odcisk płynących bałwanów. Algi morskie wyrzucone z dna schną i kurczą się na piekocie, słońce przepala tu wszystko, sięga zda się do dna ziemi, obnosi się chwilami takie wrażenie, że ten wielki bulgot morski zakipi z nadmiaru gorąca.
Słońce przedziwnie wielkie, przerażająco bliskie ziemi panuje tu wszechwładne, to jedna potęga; morze druga, dwie siły, dwa kolosy. Wobec nich zmalały skały, ten skrawek lądu, wydawał się nicością, ja zaś robaczkiem. Miałam wrażenie, że jestem jak te algi morskie; one z głębin fal wychodzą, ja z odmętów świata.
Leżąc na piasku jak alga, patrzałam w sino-srebrną dal wód z rozkoszą, że mogę oto spoglądać na ten cud — morze i, że jestem sama. Jak dobrze niekiedy być samą! Myśl płynie swobodnie, lawiruje wśród mózgowych zakamarków, wyławiając wszystko, co się jeno w tych komorach gnieździ. Wywłóczy się z mózgowych diun całą naiwność natury ludzkiej.
Wówczas samokrytycyzm mój, bezwzględny władca, milczy bezsilnie. Śmieje się tylko mój cień — demon, będący zawsze w pobliżu mnie, raczej zawsze ze mną i we mnie. Teraz rechotowi demona mojego wtóruje morze potężnym chichotem.
Samotność nie tylko jest pouczającą, lecz i koi, sprawia ulgę, jest dla duszy tym, czym naprzykład zdjęcie żelaznej zbroi dla ciała.
Samokrytycyzm milczy, więc nie przeszkadza, nie wywołuje goryczy i tak jest dobrze. Świat daleki za siódmą skałą, ze siódmą diuną ludzie mnie nie widzą, ja ludzi i — zupełnie, zupełnie za nimi nie tęsknię. Lubię samotność, gdyż wtedy właśnie nie jestem samą. Towarzyszą mi moje myśli, nurzam się w świecie moich marzeń i złotych snów niedościgłych w rzeczywistości, lecz niemal realnie uwypuklonych w mej wyobraźni. Żyję przeto dualistycznie, bo istotnie i wyobraźnią, wolę ten drugi byt, w nim czuję się magnatką. W postaciach, stworzonych w mej Ikarji widzę koleżeństwo duchowe ze mną, tylko one nie są skalane życiową mierzwą, ludzkim brudem, ja zaś żyję wśród ludzi, więc zbyt często pragnę kąpieli ożywczej, jak Hagar pragnął kropli dżdżu, i nie mam jej. Miewam depresje duchowe niekiedy tak silne, że ciężarem swym przygniatają mnie do ziemi. Goryczy mam pełną duszę, żalu do siebie i swego losu, tęsknoty za tem, czego nigdy nie dosięgnę.
Morze usposabia mnie do tęsknoty, ona jest we mnie, lecz za czem?...
Za szeregiem lat, które minęły i które mi nic, nic nie dały, prócz żalu — że były. Przepłynęły one nade mną takie jałowe, takie monotonne i smutne, jak szary dżdżysty dzień jesienny. Wlokły się i wlokły ciężkie tygodnie, miesiące owych dni w rosie deszczu zatopionych. Ach, jak często płakałam wówczas!... Hej, lata moje młodzieńcze! do wspomnień waszych ucieka się zawsze z rozkoszą i z tęsknotą pieści się was, mówi się o was z uśmiechem dziecięcej radości na ustach. Lata młodzieńcze, będące niemal dla każdego uśmiechem życia, jego jedyną urodą...
Dla mnie one były katownią. Tak, te lata piękne, obfite w treść i zapał były dla mnie płaskie, złe i okrutne. Pragnienie czynów kołatało się w duszy, lecz niespożytkowane i chloroformowane ze wszystkich stron — aż zgasło.
Och, lata moje młodzieńcze, lata przebrzmiałe bez melodji i rytmu, byłyście potworną kakofonją, bezwdźwięcznym hałasem na tle moich zamiłowań wręcz przeciwnych i moich pragnień nigdy nie zrealizowanych. Moje marzenia pozostawały tylko w krainie marzeń, mój zapał, mój ogień wewnętrzny, który we mnie wrzał, moje natchnienia, które mnie niosły w krainę szczęścia, rozwiały się w mroku rzeczywistości. Zawsze tłocznia, zawsze kanciaste ramy dokoła. Więc nie tęsknota za cudem lat młodzieńczych, więc żal, że te lata właśnie cudem nie były. To mi truje duszę, ten bezdenny przesmutny żal. A może to tylko pesymizm rozpanoszył się we mnie i wszystko przedstawia z najgorszej strony?... Czy wogóle z każdego losu byłabym kiedykolwiek zadowolona przy moim upartym krytycyzmie... Jeśli ktoś nigdy nie jest zadowolonym z siebie, czy może być w zgodzie z własnym losem?... Choćby w kwestji uczuć. Tęsknię całe życie za miłością duchową, za jakimś ścisłym kontaktem duszy męskiej, silnej bogatej a niepospolitej, z moją duszą i — znajduję?... zawsze tylko zmysły Tak, kto mnie kocha, bezwarunkowo pożąda mnie w równej mierze. Czasem zdaje mi się, że wzbudziłam uczucie głębokie, że zainteresowałam duchowo; krzepię się tą myślą, tą złotą nadzieją, że oto teraz będzie mój Syon, że odnajdę w sobie człowieka, że się pogłębię przez wspólność dusz, że się uszlachetnię przez to samo, że ten ktoś widzi we mnie człowieka, potem kobietę. Wiec garnę się do tej jednostki, cenię ją za wybitniejszą indywidualność tylko z powodu, że nie jest szablonem, że inaczej traktuje głębie uczuć. Jestem przed nią szczersza niż przed innemi, moje credo z ufnością jej powierzam jako komuś niepospolitemu, nurzam się w tej wymarzonej dziedzinie ducha, w tej abstrakcji z dobrą wiarą — niemowlęcą.
Rezultat zaś tego wyidealizowanego Syonu zawsze jednakowy; po pewnym czasie owej cudnej wspólności duchowej, człowiek usypia sobie wolniutko, zostaje tylko mężczyzna, (to się określa nieco ordynarnie, po zwierzęcemu), który widzi we mnie tylko kobietę (określenie toż samo co męskie)... Następuje przetarcie oczu, przykre głupio-dziwaczne wrażenie, podobnie do tego, jakie nawiedza ludzi po zniknięciu malowniczej fatamorgany. Pryska czar, urok rozwiewa się bezpowrotnie, zostaje brzydka proza. On, patrząc w moje oczy, nie szuka już w nich duszy, lecz oczekuje na kokieterję, wyławia zamiast myśli wdzięk ze spojrzenia, on, który dawniej widział całość, teraz dostrzega szczegóły. Wpija wzrok w szyję, pożera oczyma biust, ocenia nogę, spływ ramion, kształt i rozchylenie się ust, ich barwę, słowem, przepala pożądaniem istotę, która była dlań dotąd człowiekiem, zanim zmysły nie ukazały mu jej w formie ciała kobiecego. Oto kwintesencja ideału! To jest przekleństwem mego życia, zawsze wzniosła uwertura, opowiadająca klasyczną sztukę i... pospolity czysto ludzki finał.
Takich doświadczeń miałam kilka w życiu, pomimo, że nie jestem ani piękna, ani erotyczka. Do jakich wniosków dochodzą kobiety bardzo piękne i erotyczne, nie wyobrażam sobie, lecz pewno do bardzo smutnych, o ile nie są tylko lalkami. Zresztą czy ja tu jestem bez skazy?..
Mea culpa, mea maxima culpa! Och, ironjo! zgrzytaj!, sarkazmie śmiej się! pesymizmie, wyj!!
Wszak i ja jestem tylko, tylko kobietą. Wprawdzie nie ja pobudzam zmysły w sobie, jak to robią mężczyźni, lecz może pozwalam je budzić.
Bądźmy sprawiedliwi! Jestem duchem i tylko duchem do czasu, aż on przestaje nim być, bo, gdy on zaczyna szukać w mych oczach kokieterji, w końcu ją... znajduje. Ach, sarkazmie, jak ty się śmiejesz! Aby ktoś mógł doszukać się we mnie kokieterji, muszę jednak mieć na to pewne warunki. Pierwszym głównym i jedynym — jest zdaje się duża wartość etyczna i estetyczna, duchowa (znowu duchowa), następnie rasa, komfort, elegancja światowa, sarkazm, złośliwość demoniczna, pewność siebie (bez zarozumiałości), energja, lecz nie reklamująca się głośno, broń Boże! raczej ukryta w pozorach albiońskiej flegmy, oraz brak skłonności do pozorowania cnoty. Tartuffów nie znoszę, nic również z tego, co się bogobojnie nazywa — poczciwością. Trzeba być siłą non plus ultra, ale aksamitną nawet w erotyzmie. Zawsze potęga w subtelnej powłoce — nigdy mazgajstwo.
Odbiegłam daleko od poprzednich refleksji. Chciałam złagodzić swą winę tłómaczeniem, że kokieterję moją wywołać może tylko wybrany typ. Słaba obrona, nie wyjaśniająca zasadniczo kwestji, że i we mnie, jak w każdej istocie żeńskiego rodzaju, siedzi przedewszystkiem kobieta, że tkwi we mnie prawo naturalnego doboru. Może w stosunku do mojego „ja“ zbyt śmiałe wymagania jego i że, co najsmutniejsze, kierunek duchowy i we mnie zmienić się może w prądy kokieteryjne. Jednakże zmienić się może, czyli, że przypadkowo, nie prawem szablonu, ale w trybie warunkowym i że od uwertury, na temat idealny komponowanej, nie przechodzę bezpośrednio do erotycznego finału, lecz po burzliwych walkach, sarkazmach i zniechęceniach.
O ile wogóle przechodzę?.. Takie typy, jakim jest mój typ mężczyzny, nie rosną wśród pospolitych zielsk ludzkich, więc spotkać je dość trudno. — Czy Artur to taki typ?
Bezwarunkowo. On mnie kocha tak, jak mężczyzna kobietę, mówi, że czaruje go moja dusza, że posiadam dlań urok nieprzeparty i t. d. i t. d. Anglik!
No, nie angielska zimna krew niekiedy przez jego źrenice przenika, zwłaszcza, gdy na mnie patrzy...
Za co on mnie kocha, co mu się we mnie podobało, temu rasowcowi, temu światowemu panu i dyplomacie?
Ja zwykła sobie Elża Gorska, z moją częstą ekscentrycznością — jak mówią, no, i z mojemi chimerami.
Dziwne są czasami drogi przeznaczeń ludzkich. Dwoje ludzi urodzonych prawie na dwu krańcach Europy, spotyka się w Vintimilli; on wraca z Riviery, ona tam jedzie. Obserwował ją z godzinę, bo „coś“ go w niej uderzyło, „coś“ mu się w niej podobało, „coś“ go ku niej pociągnęło. A że on jest człowiekiem, nie liczącym się z niczym i zupełnym panem swej woli, więc bilet paryski poszedł do kieszeni, zastąpił go bilet do Nicei i — powrócił za nią. Za mną. Czy to jest prawdopodobne... A jednak musiałam mu wierzyć i nie tylko jemu, bo i Chreptowskim, którzy mi to mówili. Widziałam go zresztą w ekspresie paryskim, potem na sali, na peronie stacyjnym i wreszcie w moim przedziale. Sprawę poznania się zręcznie przeprowadził i potem już stale był przy mnie — „Attaché“ — jak go złośliwie nazywała pani d’Ivonie, pijąc do jego dyplomacji.
Gdy rozważam ten stosunek jego do mnie, nasze rozmowy, jego wyznania, wyczuwam tę lwią siłę, jaka w nim przebija, coraz bardziej się zastanawiam, dlaczego odrzucam go, dlaczego taką karjerę życiową pomijam? Ofiarowuje mi wszakże miłość, chyba szczerą, silną, męską opiekę, nazwisko swoje, stanowisko w świecie, życie w pysznej oprawie kulturalnej, no, i duży majątek. Człowiek postępowy, wszechstronnie wykształcony, inteligent nieprzeciętny, natura potężna, żywiołowa, charakter spiżowy, wola-ogrom, wola-tytan! Wiem, że posiadam jego miłość, jego szacunek, nawet cześć, ale zawsze mi się zdaje, że głównym czynnikiem uczuć jego są zmysły. Pożąda mnie całą mocą męskich nerwów, moja odporność męczy go i gniewa, moja wola sprzeciwia się jego woli, że zaś przytym szanuje mnie istotnie, że boi się mnie spłoszyć, przeto trzyma siebie na munsztuku, skierowując energję swą do tego właśnie. Zna mnie, zna na wskroś, więc wie, że kampanji nie wygra, a pomimo to siła jakaś dziwna trzyma go przy mnie, pod moim urokiem, jak on to nazywa.
Ciekawe! Opieram się karjerze światowej i świetnej, dla mnie wprost niespodziewanej, opieram się błaganiom Artura, nakazom jego woli. Dlaczego?.. Dlaczego?., na Boga!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Pamiętnik urywał się.

Były to jego ostatnie zapisane stronnice. Elża chwyciła pióro i na pustych kartkach jęła pisać gorączkowo, postawiwszy datę.
„Opierałam się wtedy dla jakiejś chimery niepojętej i opieram się teraz... Dlaczego?.. Czyże kocham Tomka?.. Nie. ale dlatego, że on mnie kocha bezgranicznie. Więc ja zamieniłabym życie, które on mi z serca ofiarowuje, na rajski byt z Arturem, Tomek zaś zostałby w goryczy, w bólu, z żalem do mnie i za mną! On miałby piekło na ziemi, jabym mu to piekło stworzyła, mój egoizm. Tomasz kocha mnie z całej duszy, wiem, ale może głównie zmysłami. Więc nie można mnie inaczej kochać?!. Artur mówił mi kiedyś, że nie. Wyraził się zabawnie, że — jest to fizyczne niepodobieństwo. — A jednak posądzenia moje dawne co do zmysłowych uczuć Artura upadły. On sam zaprzeczył, kochając mnie bez zmiany i bez widywania tyle lat. Więc duchowość w nim przeważa.
Pożąda mnie, bo i ja to odczuwam, ale pożąda inaczej, niż Tomek. Kwestja intelektu i wyższej struktury duchowej. Czyli, że nietylko zmysły budzić potrafię, bo o ileby tak było, to znaczy, że przeważają we mnie czynniki zmysłowe.
Tak jednak nie jest. Mam temperament żywiołowy, przyznaję, ale nie zmysły, to różnica! Mam zapalną głowę, lecz nie posiadam lubieżności i niecierpię jej nawet z nazwy... Zmysłowość Tomka razi mnie nieraz i gniewa, ale to wszakże wypływa z jego natury. Więc ponieważ często się absolutnie nie rozumiemy, ponieważ on psychicznej istoty mojej ani trochę nie odczuwa, nie wnika w moją duchowość, — czy ja dlatego mam go unieszczęśliwić, łamać mu życie, zaciemnić je beznadziejnie, by swoje własne zanurzyć w szczęściu? To byłby straszny, okrutny egoizm, może nawet podłość. Dużo kobiet robi tak bez skrupułów nawet z mężami, tylko ja jestem wieczna niewolnica swej przeklętej etyki, ale pozbyć się jej nie umiem; wyrzucić ją ze swej jaźni nie potrafiłabym, zrosłam się z nią, pokumałam i źleby mi było bez niej. Chociaż nic nie łączy mnie z narzeczonym, prócz pewnego obowiązku względem niego i swego sumienia, przemogłam silne pokusy, zwalczyłam moc pragnień i zdławiłam w sobie żądzę życia, prawdziwego życia.
Pogrzebałam raz na zawsze mój złoty sen, już go nie odnajdę, to pewne. Z Arturem odrodziłabym się duchowo, ale los chciał, że musiałam zniszczyć wszelkie marzenia o tem. Jestem jak ćma, lecę na światło, które chciałabym w duszy swej zapalić i pochodnię taką oddać komuś w ręce, przyjąwszy od niego podobną.
Oddać ją Arturowi wówczas na Rivierze bałam się, dzięki swemu przeklętemu usposobieniu sceptycznemu, a jednak on jeden powinien ją był otrzymać i jego pochodnia wręczona mnie byłaby świetną i płonącą wiekuiście.
Ale ja, jak ćma, poleciałam na ogień uczuć Tomka i nawet w sobie zapaliłam płomień od jego serca gorejącego, lecz to, co było dla Tomka, spaliło się zbyt prędko, zasadniczy stos ognia moich uczuć płonął dla Artura i płonie nadal. Będę się w nim spalała, ale go nie zgaszę i trzeba będzie żyć bez żadnych promieni, będąc nawet otoczona przez płomienie, i zachować trzeba będzie czystość życia z mężem w płomieniu uczuć dla innego... i trwać na tym szczycie i, nie mogąc zbierać gorących kwiatów, ani je rozdawać hojnie, trzeba będzie siać wonne lilje na męża i dzieci, a samej zrywać jeno szarotki stamtąd, gdzie mogłyby być płomienne maki. A — co najtrudniej — trzeba się będzie wystrzegać ludzi, by tęsknoty mojej do szkarłatnych maków nie odgadli, bo ludzie są czasem tak bardzo źli.
Najlepiej jest przebywać samotnie, samotność uszlachetnia, ludzie upadlają, a im więcej ludzi, tym więcej upodlenia. Nieśmiertelny Seneka znał się na tem dobrze, a jeszcze lepiej Diogenes.
Jestem niesprawiedliwa, bo mam wielu sympatyków i ludzi bardzo mi życzliwych, którym ufać można. Pomimo to samotność jest bezpieczniejsza, bo wtedy ufam tylko sobie. Nikt mnie nie krytykuje, nikt nie wyszydza, nikomu nie wadzę, choćby tylko tym, że bądź co bądź stoję duchowo na nieco wyższym szczeblu, aniżeli przeciętna kobieta.
Wygórowane być może ambicje! Znowu drażliwość, nawet w stosunku do samej siebie, aby przed samą sobą nie wydać się zarozumiałą. Ciągle o sobie wątpię. Nie ufam kobietom, bo nieraz, łasząc się do mnie, ugryzły mnie aż do krwi, lubując się ostrzem swoich żądeł. Och, ileż ja takich babskich straszydeł w postaci aniołów spotykałam na swej drodze i jeszcze spotkam. Wolę otwartego szatana w mężczyźnie, niż fałszywego anioła, w babie, bo w pierwszym wypadku wiem przynajmniej, co czynić. Nie ufam także zbytnio męskim osobnikom, gdyż obawiam się, by który nie posądził mnie o chęć przypodobania mu się, lub o jakiś apetyt pod jakimkolwiek kątem.
A mąż?.. Tomek nim będzie. Mąż... Ach, Boże! ile to krótkie słowo zawiera dla kobiety tajemnic, zagadek, węzłów gordyjskich, czasem cichych dramatów, nieraz nawet tragedji, ale prawie zawsze jest bramą, do niewoli wiodącą. Zawsze to już jest kolizja swobody z obowiązkiem, z czego wyrasta bunt, lub pokorna lojalność; we mnie rozkrzewił się bunt i dławi. Zarysowująca się między mną i Tomaszem różnica duchowych jestestw gotowa zepchnąć mnie w dziedzinę rozpacznych borykań się.
Więc cóż mnie czeka?... Powiedzmy, co czeka nas oboje, skoro już teraz w duszy mi coś tak okropnie wyje, tak mi w sercu płacze!
A przyszłość... krwawe łzy, żal, gorycz, ból i bunt i rozpacz i bezdenny smutek i najtragiczniejsza ze wszystkiego beznadziejność.
Ale cóż pocznę z tą swoją dolą?
Mój demon, dążący za mną nieodstępnie, śmieje się rozkosznie. Troskliwy opiekun! Moje Fatum, które zewsząd na mnie czyha, pociesza mnie, że do tych kolców na drodze mego życia powinnam się była już przyzwyczaić.
W tej mętni mglistej trzeba jednak żyć. Dobrowolnie pod presją chwilowej psychiki wytworzyłam sobie obecne modus vivendi, dosłownie — przez siebie nawarzone piwo — pij i wmawiaj w siebie, że ci smakuje, może jeszcze upaja? Ha, ha! ha, ha, ha!“
Gorska rzuciła pióro na biurko i zatrzasnęła pamiętnik.
— Co ja tam napisałam, co?...
— Poco skaziłam tamte cudne wspomnienia dzisiejszym bólem i goryczą, poco?...
Upadła czołem na splecione ręce na biurku.
— Poco znowu wydobyłam ten zeszyt?.. To dziś już trucizna.
Za oknem wyła wichura. Słychać było potężny łoskot tłukących się o siebie wiązów, z boru dolatywał huk jodeł i sosen i ryk zawieruchy rozszalałej, wściekłej. Czasem huragan mocny bił jak taranem w dach dworu, wpadał do kominów, jęcząc potępieńczo. Dreszcz chłodny przeniknął Elżę. Rozebrała się szybko i zawinęła w kołdrę. Ach, o niczem już nie myśleć!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.