Verte/Część druga/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


VII.

Trudną była rozmowa Uniewicza z Górską, ciężka nad wyraz dla niego, kłopotliwa dla niej, ale pan Mel nie zawiódł się w przekonaniu swoim o Elży. Z wypiekami na twarzy, wzburzona, lecz panująca nad sobą, podała rękę przyjacielowi serdecznie.
— Prószę być spokojnym, ocalę Tomka.
W jej głosie była jakaś głucha nuta, może tłumiąca jęk duszy.
Uniewicza zdławił żal.
— Pani droga, wszak tu i o panią chodzi.
— Proszę być spokojnym — powtórzyła ciszej — ja jestem zdecydowana i pogrążyć Tomka nie chcę, bo on mnie kocha.
— Tak pani, tak, on panią kocha szalenie i dla tego tylko może go spotkać nieszczęście.
— Ja tego nie rozumiem, przyznaję, może sądzę po kobiecemu, ale staram się odczuć, tłomaczę Tomka i ratuję go.
— To tylko od pani zależy.
— Wiem, wszystko to moja wina.
Uniewiczowi zdawało się, że była w tych słowach odrobina ironji, ale może więcej bólu. Ucałował jej ręce ze szczerym współczuciem, co Elżę dotknęło niemile.
Wysunęła ręce nerwowo z jego uścisku i zawołała żywo:
— Pan lituje się nade mną niesłusznie, na litość zasługuje ten, kto nie ma woli i ten, kto, patrząc na przedmiot czarny, wmawia w siebie, że jest biały i ten, kto jest jak dziecko, które gryzie kamyk, myśląc, że to czekolada i beczy, że twarde, niesłodkie i...
Nagle Gorska wpatrzyła się w twarz Uniewicza, myśl poważna skupiła jej brwi na czole, rysując na nim bruzdę głęboką. Policzki kobiety zabarwiły się jaskrawym rumieńcem, w oczach mignął wstyd. Rzekła ciszej z goryczą:
— Ma pan rację, tak, i ja zasługuję na litość, więcej niż on — dodała szeptem i prędko odeszła.
Pan Mel uczuł dziwne ściśnięcia serca, zapiekły mu źrenice i zwilgotniały, co wydało mu się niezwykłem. Długo ze zwieszoną głową rozmyślał. Elża zaś czyniła sobie bolesne wyrzuty.
— Tomek przeze mnie traci władzę nad sobą i może wpaść w historję, która nas wszystkich pogrąży, tamta dziewczyna padnie ofiarą także przeze mnie, bo przecież bezczelne plany jej ojca w żadnym razie celu nie osiągną.
Elża nie chciała wierzyć, aby Karolcia mogła być taką Messaliną, za jaką ją Uniewicz przedstawił. Ona kocha Tomka wiernie, zatem „oślepła i ogłuchła“, a jej ojciec czyha na Burbę, ponieważ ten podrażniony chłodem narzeczonej ha!... ha!... z rozpaczy idzie na wabika tamtej, miłującej go i oddanej bez zastrzeżeń ha!... ha!.., męska psychologja! — Zwierzęcość, zmysły i nic więcej. Miłość do mnie pcha go w ramiona tamtej — wstrząsała się Gorska, a jednak wierzyła, że Tomasz ją, i tylko ją kochał.
— Każdemu, kto mnie kocha, przynoszę nieszczęście, fatum za mną chodzi, moja tragiczna niańka od urodzenia mi wierna — rozgoryczała się Elża. Ale trzeba zdławić fatum, zniweczyć ten fatalizm prześladujący, nagiąć go do własnej woli. Samej dla siebie ukuć kajdany, bo wszakże przysłowie mówi: „każden jest kowalem własnego losu“. I ja się nim stanę dla siebie. A... mogłabym być złotnikiem swego losu — przeszyła mózg Elży myśl, jak lśnienie błyskawicy płomienna.
Kobieta przymknęła powieki, trwożna, błagająca modlitwa była w jej sercu i silny nakaz dla samej siebie: „zamykaj szczelnie drzwi do gmachu wspomnień, bacząc, by się doń marzenia i tęsknota nie wkradły”. Za tym nakazem nasunęła się uparta wizja cudu, snu, zachwytu, jaki mógł być jej udziałem... gdyby... i dewiza — „to co było cudną jawą i co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie“.
— To będzie tematem kiedyś mojej książki o nim w której on stanie się istotnym bohaterem złotego snu. Rzeczywistość nie dla mnie, pozostaje marzenie, ono będzie wieczną osłodą życia. A żyć jednak trzeba.
Elża porozumiała się z Tomkiem łatwo, nie tłomaczyła się ze swego postępowania, nic mu nadto nie obiecując, ale miłość Tomka niezmienna i głęboka podziałała na nią kojąco.
— Takie uczucie to już plus w życiu wielki, dla takiej miłości można dużo ustąpić z własnych pragnień — starała się wmówić usilnie, wpoić to w duszę swoją starganą.
Ale demon buntu odpowiadał jej natychmiast:
— Można, o ile w duszy nic innego nie tkwi, o ile w sercu głucho i pusto. Złoty, złoty sen duszy, cudowne marzenia serca, to dla ciebie jako promień przewodni życia, jako jego natchnienie, a życie samo... dla Tomka, dla jego szczęścia.
Zgrzytał śmiech jakiś, ironja i bunt niepokoił, ale Elża była już zahartowana duchowo. Zwalczyła się ostatecznie. Pozostał tylko ukryty w duchu trwożny lęk głuchy jak przeczucie, lęk nieokreślony, niepojęty, a ciągły niby tępy ból. Nurtował ją, dręczył i niezależny od niej nie dał się zwalczyć. Elża chciała zabić w sobie ten zew złowrogi, podniecała sztucznie energję swoją, zmusiła wolę do skierowania myśli w stronę Tomka. Pozornie stanowczość jej odnosiła skutek wyborny. Starzy Burbowie odetchnęli swobodnie, pełni nadziei w przyszłość syna. Tomasz żył szczęściem odzyskanym i nie rozpatrywał go, nie badał, wierzył w swoje „Słońce Życia“, jak nazywał narzeczoną, pragnął być wyrozumiałym na wszelkie jego przyćmienia, byle świeciło dla niego, jaśniej, czy ciemniej — byle dla niego.
Po rozmowie z Elżą Karolcia czekała na niego napróżno. Burba już się nie pokazał. Wstydził się tych paru spotkań ze Słupską, wyrzucał je sobie, potępiał siebie, Karolcię znienawidził.
Wkrótce urlop Tomka skończył się; wyjechał, postanowiwszy spotkać się z Elżą i rodzicami w styczniu w Warszawie i tam wziąć ślub, gdyż przez te kilka miesięcy miał być stale na froncie.
W chwili odjazdu Tomasza Elża była serdeczna ale roztargniona. Gdy Tomek pochłaniał pocałunkami jej ręce, spytała nagle:
— Kiedy wrócisz?...
— Pytasz, Elżuś? Wszak już tu wrócimy razem w zimie.
— Ach tak, prawda.
Tomek, chcąc zatrzeć przykre wrażenie tego pytania, zawołał wesoło:
— Mel zostaje na gospodarstwie, on przeto będzie nas witał w Warowni kosmatą ręką. Nie zapomnij, Melu, wdziać rękawicy.
— Z całego Kajtusia skórę zedrę na ten cel — rzekł Uniewicz, ale tak ponuro i z takim akcentem w głosie, że wszyscy teraz spojrzeli na niego zdumieni.
Stary Burba wtrącił poważnie:
— Chlebem i miodem tak już my z Urszulką sami was przyjmiemy, młode orlęta w starym gnieździe, potrafimy wyprzedzić waszą kolasę w drodze, by dziedziców Warowni godnie przyjąć.
— Tak i poco gadasz, Cezary, miała być niespodzianka. Ot język!
Po odjeździe Tomka, Elża, patrząc w zamyśleniu na oddalający się powóz, zwróciła się nagle do Uniewicza:
— Cóż Karolcia?
Pan Mel milczał.
— Nie odpowiada pan na pytanie.
— A czy ta Słupska interesuje panią jeszcze tak dalece? Wszakże już nie grozi Tomkowi z jej strony żadne niebezpieczeństwo, zresztą przed chwilą myślała pani o czym innym, dalekim od Słupskiej, tylko dla mnie jest ten komunał pytania, ale poco się pani trudzi.
— Dziwny pan jest, doprawdy. Nie pytam o tę pannę ze względu na niebezpieczeństwo jej dla Tomka, lecz o nią samą.
— Więc pani żałuje złamanej miłości tej dziewczyny, czy jej zakusów.
— Żałuję każdego uczucia, które nie rozkwitło w pełni i ginąć musi, zapoznane.
— W takim razie zadużo by osób żałować trzeba w samej Warowni, nie licząc istotnego bohatera „Fatum“. Nie wiem nic o jego „rozkwicie“, nie znam jego psychiki, ale wiem, że tylko na jego ból, nawet największy, można śmiało odpowiedzieć słowami panny Mancini do Ludwika XIV: „Vous étes roi, sire; et vous pleurez.“
Gorskiej zdawało się, że ziemia pod nią runie w przepaść, nie mogła wypowiedzieć słowa.
Uniewicz, nie patrząc na nią, wyszeptał cicho: — proszę wybaczyć — i odszedł.
Cały względny spokój Elży zniweczyły te słowa.
— Vous etes roi, sire, vous étes roi — powtarzała sobie uparcie, wracając do znanej wizji jego postaci, patrząc oczyma duszy w jego chłodne, lwie źrenice. Ujrzała w nich ironję, sarkazm szatański, siłę i pewność siebie, lecz nie było w nich bólu, ni męki, ni tęsknoty.
— Zapomniał, Wzgardził, znienawidził.
— Vous étes roi, sire. vous ne pleurez pas! To lepiej, lepiej, bo to moja rola, tylko moja.
Elża wstrząsnęła się.
— Ale skąd ten Uniewicz... — pełna była skłębionych rozbieżnych, ponurych myśli.
Weszła z hałasem na ganek pani Urszula.
— No, Elżusiu, dość tęsknoty za narzeczonym, będziesz go miała, detyno, wkrótce, stale i na zawsze mężem. A teraz chodź, pójdziemy do śpiżarni, do piwnic dojrzeć układania warzyw na zimę, przynieśli rydze, jeszcze trzeba solić, chcę, żeby wam, ptaszkom, nie tylko miło, ale i dostatnio było w Warowni.
Spojrzała na Elżę i wykrzyknęła z przestrachem:
— A tobież co się stało, Elżusiu, chora czy co?.. blada, w oczach łzy. Co tobie jest?..
Elża milczała.
— At kiedy dziwaczysz się. Rozumiem, że żałujesz Tomka, ale przecież on nie uciekł. Wróci, detynko, wróci, ukocha po mężowsku, nie opuści. Taki Tomek ho, ho, to złoto szczere, skarb dla żony. Ty, Elżuśka, wielki los wygrałaś w życiu. No, chodźmy, bo czas do pracy. Wieczorem przeczytasz coś dziadkowi, to się rozerwiesz, byle nie gazetę, bo straszne w nich wieści i wierzyć się nie chce, co się na świecie wyrabia. Pójdźmy!
Objęła w pół przyszłą synowę i pocałowała ją czule w czoło. Poszła naprzód, za nią powlokła się Elża blada, cicha, znękana, z wizją przymrużonych ironicznie oczów, z szeptem na drżących ustach:
— Vous étes roi, sire, vous étes roi...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.