Verte/Część druga/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część druga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


VI.

Pogrążona w swoich myślach Elża usłyszała ruch w korytarzu. Nagle wszedł konduktor, wprowadzając do przedziału dwie panie. Elża, spojrzawszy, przeraziła się: były to panie Cielińska i Emilja Gozdecka. One natomiast okazały wielkie zdziwienie.
— Pani już wraca z Warszawy... tak prędko?
— Już wracam — odrzekła krótko.
— Czy wyprawa już się robi?
— Jeszcze się nie robi.
— Jesteśmy bardzo szczęśliwe, że wspólnie odbędziemy podróż na Wołyń — roztkliwiała się Gozdecka, obrzucając przytem przez face a main całą postać Gorskiej. Ciekawe oczy panny utkwiły wreszcie w koszu z kwiatami. Zdumienie i zawiść mignęły na jej twarzy.
— Ach, jakie piękne storczyki, czy to od narzeczonego?
— Cóż znowu! — zaprzeczyła Cielińska — przecie pan Tomasz na froncie. To pewno od tego, kto się w pani kocha — dodała z dyskretnym uśmiechem.
Elża milczała wzburzona.
— Przepraszam panią, ale to nie nowina. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. To nawet śliczny gest te kwiaty, tylko zbyt cenny.
— A czy pan Tomasz nie zazdrosny — z kwaśnym grymasem spytała Emilja.
— Ach, Emilko, każdy mężczyzna jest zarozumiały i myśli, że tylko on istnieje dla danej kobiety. Zresztą ten pan nie jest wolny — dokończyła cicho, tak jednak, że Elża usłyszała.
Zapanowała nad sobą, by nie wybuchnąć nerwowym śmiechem i udawała, że nie słyszy i nie widzi porozumiewawczego uśmiechu, obu pań. Przyszły jej na myśl słyszane dawniej ploteczki.
— Niech więc te baby trwają w tym przekonaniu, niech nie wiedzą prawdy, jej prawdy.
Tymczasem Cielińska z Gozdecką, mówiąc coś jeszcze dwuznacznikami, jęły poprostu umizgać się do Elży, wyciągały ją na słówka, widocznie chciwe dowiedzenia się bliższych szczegółów o koszu ze storczykami.
— Pani nawet nie wie, jak zawsze mile i sympatycznie o niej mówimy, jak bardzo jesteśmy jej życzliwe — sączyła „dystyngowanie“ przez usta Cielińska — jak z panią często współczujemy.
— Współczujemy? — ostro spytała Elża.
— Ach nie, niech się pani nie gniewa, tylko dlatego, że za ciasno dla pani w Warowni, a wuj Poberezki mówi zawsze, że pani taka inna, taka światowa.
— W wuju ma pani wielkiego wielbiciela — skrzywiła się znowu uśmiechem Gozdecka.
— W pana Poberezkiego wierzę i cenię jego przyjaźń — rzekła Elża z naciskiem.
— Ależ i my panią bardzo rozumiemy, niech pani wierzy, że otaczamy ją wielką sympatją.
— Ach, lisy, farbowane lisy, lisy — burzyła się Elża. z trudem powstrzymując wybuch. — Chcecie mnie wyciągnąć na zwierzenia! Czekajcie! Zjecie djabła, zanim będziecie wiedziały, co we mnie tkwi. Nie dla takich wron i kawek ziarna mojej duszy, krew mego serca...
Dość obcesowo zwróciła Gorska rozmowę na inny temat. Gdy zaś te panie zbaczały znowu w kierunku utartej widocznie plotki, Elża nie przeczyła i nie potakiwała. W duszy jej obok bólu, spowodowanego rozstaniem z Arturem, obok rozpaczy i tęsknoty za nim, obok okrutnego żalu, że pożegnała na zawsze szczęście swego życia i jego urodę, że uciekła od uroku jedynego dla siebie, rósł i bolał żal do ludzi, ironja i gorycz zalewała pesymizmem wiarę w ludzką szczerość i sympatję. Męką była dla niej podróż w towarzystwie tych pań. W chwilach nudy, krańcowego upadku sił do czczej gawędy, zanurzała twarz w storczykach, pijąc z nich moc do życia, do walki. Tchnąc w ich kielichy tęsknotę swoją i miłość, szeptała w duchu do ich przeczystej bieli:
— Zamykacie w sobie tajemnicę moją. Strzeżcie jej zazdrośnie, ukrywajcie, niech jej brud ludzki nie dosięgnie. Niech ona pozostanie w uroku swym owiana nimbem czaru. Nie rzucę jej w koryto ludzkiego żeru, nie zmieszam z ludzką wstrętną śliną. Nie. Za wielkaś dla mnie, tajemnico moja, za święta, za droga, by ją ludzie poznali. A gdy o niej kiedy usłyszą, niech to nastąpi wtedy, gdy już sprofanować jej nie potrafią.
Po powrocie do Warowni Elża wpadła w stan okropny. Przeżyty wstrząs duchowy wywołał rozstrój nerwów, grożący neurastenją. Zupełna apatja młodej kobiety, zanik sił, tak zwykle żywotnych, przerażał starych Burbów, lecz nie mogli już tłumaczyć tego tęsknotą za Tomkiem, czuli, że jest coś, co podkopuje szczęście Tomka i rujnuje spokój Elży. Jej nagły powrót z Warszawy zdumiał wszystkich, najwięcej Uniewicza, który tego zrozumieć niemógł. Tłumaczenie się Elży chorobą nie trafiło do przekonania pana Mela.
I wlokły się znowu miesiące bezdennie smutne, głuche. Wszyscy oczekiwali powrotu Tomka z upragnieniem, Elża z trwogą i dreszczem lęku. Cały wolny czas od zajęć swych, poświęcanych kursom dla ludu, Elża spędzała na pisaniu wierszy, nowel, wspomnień i listów do Artura, z których ani jednego nie wysłała. Dovencourt nie pisał również. Elża czuła, że ucieczką swoją dotknęła go zbyt boleśnie i że raz na zawsze odebrała mu wszelką nadzieję. Gnębiło ją przykre nad wyraz uczucie wstydu z powodu tej ucieczki, rozumiejąc jednocześnie, że to był jedyny ratunek. Milczenie Artura Elża uważała za zupełnie naturalne; ale było jej smutno, strasznie, bezdennie smutno, jak po zgonie najdroższej osoby. Nieustanna myśl o Arturze wyprowadzała ją z równowagi. Pragnęła całą siłą woli wyrwać z duszy tę miłość ogromną, wyszarpnąć ją z serca ale, pomimo najszczerszych wysiłków, Artur trwał i olbrzymiał i potężniał i zabierał coraz despotyczniej całe jej jestestwo pod swój wpływ. Te walki duchowe zaczęły przeistaczać naturę Elży znamiennie. Pesymizm jej rósł, wiara we własny fatalizm nabierała mocy, zrodziła się gwałtowna niechęć do życia i obojętność względem śmierci zupełna. Energja była złamana, osłabła wola i rzutkość natury. Elża przestała się modlić. Dawniej wierząca, teraz zobojętniała, ironizując z czczonych poprzednio dogmatów. Nie zdradziła się z tym głośno, ale czytała z przyjemnością dzieła skrajnych ateuszów, analizowała ich twierdzenia i, skłaniając się ku nim, czuła w sobie wyłom duchowy, czuła, że woła w niej głos jakiś nienaturalny, nie z jej jestestwa, ale głosowi temu poddawała się biernie, nawet często zapalnie. Gdy nadeszła wiosna i lato, Elża dnie spędzała w lesie z Kajtusiem i Murmyłą, improwizując sama dla siebie fantastyczne jakieś wizje, ciesząc się, że jest samotna, sam na sam z naturą. W takich momentach wypowiadała wszystka to, czem żyła jej dusza, co jej nasuwała tęsknota.

Pewnego dnia wrześniowego, w upalne południe, Elża bawiła w Pysznym Borze, zaszyta w głębi gąszczów, wśród iglastych wachlarzy jodeł i liści dębów. Kajtuś spał u jej nóg, Murmyła oganiał się od much i klapał zębami, łapiąc natrętne owady. Elża czytała głośno swój wiersz, pisany tejże nocy ołówkiem przy świetle księżyca.

Z nizin i pustki, z otchłani zwątpienia
W krainę marzeń wzlatam, duch skrzydlaty.
Czyny śnię wielkie i pragnę, by szczęście
Udziałem bytu mego było, wiosną życia,
By serce moje omdlałe i chore
I oczy łzami tęsknoty przyćmione
Uleczyć mogła światłość cud czyniąca...
Próżno mnie szatan, zaklęty w mą mękę
Na usta kładzie wyrazy bluźnierstwa —
Jam jednak zdolna zwalczyć ból i rozpacz
I pójść przez piekło najkrwawszych zawodów
W przestrzeń, na szczyty, gdzie słońce i gwiazdy
Królują wespół z Panem nieb i ziemi...
Boże! wzywałam Cię w modłach gorących
Lecz nie o promień łaski, miłosierdzia!
Ty wiesz, o Panie, żem dumna i pyszna
I zginać kolan w pokorze nie będę, —
Ja tylko, Boże, w obliczu Twej władzy
Szukam streszczenia swych marzeń i pragnę
Świątynię piękna, wesela i słońca
budować, wzniósłszy się lotem w wyżyny...
Lecz jeśli nie znasz zagadki dusz ludzkich
I szalejący w mej piersi huragan
Nie wnika burzą do Twego królestwa, —
Sama moc znajdę w ogromie tęsknoty
I czego pragnę dokonam, osiągnę!
A, gdy mnie wieczna pochłonie toń nocy,
Zgasnę, przeminę, wiedząc, iżem żyła...

Ostatnie słowa wypowiedziała z zapałem, ale i z okropnym szlochem wewnętrznym. Upadła na trawę i łkanie rwało jej piersi, łzy gradem gorącym płynęły z oczu, głosem pełnym bólu żaliła się.
— Nic już przedemną! poza mną były marzenia, nadzieje, złudy, przedemną nic, nic, pustka okrutna i droga obowiązku, sucha, zimna, ciężka. Poza mną Artur, przedemną Tomasz. Chryste! czy wytrwam, czy zdołam wytrwać?... A moje ideały, tęsknoty, moje pragnienia? porzucę je raz na zawsze, zostanie pustka w duszy — nie, zostanie miłość dla dzieci... Tomasza, zostanie wierność dla męża, cnota niewieścia, obowiązek gospodyni domu, obywatelki, Polki, ha ha!... toż to szczytne posłannictwo czcigodne, można się zasłużyć społeczeństwu, jako matrona, cnotliwa niewiasta, działaczka. Ach, Boże, Boże, Boże!... czemuż mnie to nie porywa, czemu te zaszczyty nie mają dla mnie powabu, uroku, czemuż wieje na mnie od nich lodowy wiatr, mróz przenika na samą myśl, że ja w ten czcigodny, dostojny, praktyczny sad wejdę, że stanę się jedną płonką, rodzącą i tworzącą dla kraju. Tworzącą co?... szlachetne czyny obywatelskie i... słodkie placki z rodzynkami i... baby. Stara Burbina słynie ze swych bab, a młoda zasłynie z placków. Ha! ha! ha! Per Bacco! jak mówi Artur, przecie ja wierzę w swoją własną moc, „i czego pragnę dokonam, osiągnę” — ha! ha! spełnię obowiązki żony, matki, gospodyni, wypiekającej placki, smażącej konfitury, robiącej na drutach spencerki dla wiejskich dzieci, urządzającej wieprza con amore, „a gdy mię wieczna pochłonie toń nocy, zgasnę przeminę, wiedząc, iżem żyła” ha! ha! tak, wiedząc, iżem żyła w czeladnej, w kuchni, przy garnkach, w spiżarni, przy kołyskach. Ach, ach, życie czcigodne, bogobojne, jakieś ty wstrętne dla mnie, jakieś ty potworne. Czy ja wytrwam na stanowisku, czy mnie siła buntu mego nie uniesie na manowce, nad przepaście nawet, byle uciec z tych, szanownych ram, z tego, z tego więzienia!...
Zimny podmuch przewiał nad nią, lecz nagle gorąca fala uderzyła w jej serce.
— Więzienia? któż to cię uwiązał, kto cię skuł... jesteś wolna jeszcze. Leć, leć tam, do światła, do słońca do... niego. On cię wyratuje, on miast więzienia roztoczy przed tobą przestrzeń szeroką, podniebną, nadgwiezdną. Tam leć!
I znowu ten podmuch, mrożący w niej krew.
— Nie mogę, nie mogę. Nie mogę! Spaliłam za sobą wszystko piękno i wszystek czar, ideały, marzenia, nadzieję odtrąciłam, wszystko zrujnowałam. Gdybyż i tęsknota skonała w mej duszy, gdybyż i ona znikła na wieki. Gdyby życie całe i przyszła starość wolną już była od tęsknoty, a więc i od wspomnień. Niech pamięć zamrze, niech zginie, ale czy zginie?...
O Boże, czy iść za głosem Twoim i żyć tu, wśród tej puszczy, wśród grobów moich wspomnień, czy... iść za podszeptem szatana i zerwać wszystko i dążyć do... Artura. Złamać zobowiązania, zlekceważyć godność cnoty, sumienia i biedź tam, do szczęścia, do światła. Sybarytyzm, egoizm, pikureizm! A któryż to jest głos Boży, a któryż podszept szatana, kiedyż byt mój byłby czysty, święty, a kiedyż grzeszny... Ha!... wieczna zagadka! Jedna strona karty zapisana z — głoskami obowiązku, altruizmu — lecz odwrócić kartę — sybarytyzm, egoizm, epikureizm i... szczęście i miłość i czar. — Szczęście... miłość... czar! wszak to są chyba największe powaby życia, najistotniejsze postulaty ludzkie. Czyżby one były podszeptem szatana? Więc Tomka uszczęśliwić, a tamtego złamać... za co?!... Tamtemu nigdy nic nie obiecywałaś, a tego łudzisz już tyle lat — szeptało sumienie.
Elża zadrżała.
— Tak łudzę go, ale i sama się łudziłam, pchnął mnie w jego ramiona szał jakiś, który wzięłam za miłość, więc nie tylko Tomka, ale i siebie oszukałam bezwiednie. Teraz trzeba znosić następstwa i krótką chwilę szału okupić męką całego życia, Tak być powinno, tak trzeba.
Wróciła z lasu do Warowni. Zbliżając się, patrzała z jakimś dziwnym bólem na domostwo szare, spiętrzone, ogromne.
— Tu więc, w tych ścianach przeznaczone mi jest spędzić życie.
I wydał jej się ten gmach dziwnie ponury, smutny, jak grób. A przecież było tu tak wesoło, tak nawet uroczo. Dokoła pachniały jesienne kwiaty, ostatnie wiązy, już w złoto-rdzawych koronach, szumiały potężnie. Z okna Elży wiatr jesienny wywiewał firanki, jak białe skrzydła gołębie, na gzymsach okien i dachu świergotały jaskółki, świecąc granatowym aksamitem piór i białym atłasem żabotów.
Wtem Elża stanęła, zdawało jej się, że w jej oknie zamajaczyła jakaś postać. Uczuła dreszcz, który się zjawia często razem z nagłym przeczuciem.
— Tomek przyjechał.
Wchodziła do domu prawie pewna, że on jest. Ujrzała w przedpokoju jego czapkę i szynel. Uczuła chłód, uderzył ją nieprzyjemnie mrok wielkiej sieni. Bez żadnego wyraźnego uczucia, głucha i bierna szła do swego pokoju. Otworzyła drzwi. Tomek Burba siedział przy jej biureczku, piecami do niej, zgarbiony, trzymając w ręku coś, czemu się przyglądał uważnie. Elża obrzuciła wzrokiem przedmioty na biurku, brakło karty, wyobrażającej popiersie mężczyzny w fantastycznej łunie światła, który rysami twarzy, wyrazem oczu i wykwintnym układem postaci przypominał Elży Artura. Górska widziała, jak ramka z kartą drży w ręku Tomasza. Zamknęła drzwi z hałasem. Tomasz obejrzał się, szybko powstał, kładąc ramkę na biurko. Elża zbliżyła się, blada, zmieniona, on także dość sztywny. Ale, gdy ujął jej ręce, zapłonął.
— Elżuśka!
Wtulił twarz w jej dłonie, całował je, pieścił, wziął ją w ramiona i przygarnął do siebie. Zaczynał się zapalać jej poddaństwem, nie rozumiejąc bierności; nagłe ochłódł, odsunął ją od siebie i wskazał na kartę. Spytał sucho:
— Kto to jest?
— Przecie widzisz, fantazja.
— I stoi na biurku w ramce.
— Lubię tę kartę, jest piękna.
— I ten typ lubisz, prawda?
— Tak.
— Typ, któremu bardzo do twarzy byłoby w... liberji, więcej niż z teką dyplomatyczną — zgrzytnął.
Elża zawrzała, lecz powściągnęła się całą mocą.
— Czy ta karta... piękna, koniecznie ma stać na twoim biurku?
— Jak chcesz.
— Może ona ci daje natchnienie, może znowu piszesz coś o... Warskim.
— Nie piszę nic.
W takim razie pozwolisz, że ją stąd zabiorę.
— Mogę ci zrobić jeszcze większą przyjemność.
Mówiąc to, Elża szybko wyjęła kartę z ramy i wolno, spokojnie podarła ją na strzępy.
Burba zarumienił się, doznał przykrego uczucia wstydu, zimna twarz Elży była dla niego wyrzutem.
Gorska zrozumiała jego milczenie, pomimo wzburzenia i obrazy pożałowała go. Zaczęła mówić o czym innym, zarzuciła go pytaniami. Tomasz był strapiony, Elża zmuszała się zwycięsko do swobody. Gdy usłyszeli kroki za drzwiami, Tomasz szybko ucałował jej rękę.
— Przepraszam cię, Elżuśka.
— Nie mówmy o tem — przerwała, bojąc się wybuchnąć.
Wzbierała w niej niechęć do Tomka, chociaż odczuła dobrze powód zironizowania przez Tomka postaci na karcie, jednak to ją do niego zraziło.
Małostkowa zemsta Tomka nad podobizną człowieka, w którym przeczuwał rywala, odniosła skutek dla Tomka najgorszy. I on zrozumiał, że ustępstwo Elży nie jest jego zwycięstwem. Wydał się sam sobie śmiesznym.
Młody Burba przyjechał na miesięczny urlop. Zaczęto poważnie myśleć o ślubie. Elża nie sprzeciwiała się projektom Burbów, ale ślub odłożyła stanowczo na zimę, na wszelkie zaś wymówki została obojętną.
Stosunek z Tomkiem wikłał się ciągle, brakło szczerości w obcowaniu ich wzajemnym. Tomasz wmawiał w siebie, że tego nie widzi, ale chłód Elży onieśmielał go i niesłychanie dręczył. Za nic jednak nie chciał wyjaśnić sytuacji. Bał się wyniku. Gdy oszalały, pijany uczuciem, pieścił ręce narzeczonej, chwytał ją w ramiona, miał zawsze wrażenie bolesne nad wyraz, że ona się na te pieszczoty wstrząsa, że odsuwa go od siebie całą swą istotą, że tylko nie chce okazać tego jawnie przez delikatność, czy jakie inne skrupuły. Tak wyraźnie i kategorycznie unikała jego pieszczot, iż doszło do tego, że ją tylko w ręce całował i to nie zawsze. Tomek burzył się, wybuchał, wymawiał Elży jej chłód, kilka razy chciał już z nią poważnie porozmawiać, ale gdy ją ujrzał, chwytał go lęk zabobonny, jakby przeczucie, że wszystko runie, że nastąpi katastrofa, niszcząca całe szczęście jego, przyszłość wytęsknioną z tą ukochaną kobietą i przeszłość, która w poczęciu swym, należała do niego. Gdy Elża kryła się w swoim pokoju, nazywanym „jej światem“, pod pozorem pisania i pracy, Tomek warjował z męki, nudów i złych przeczuć. Wyruszał wtedy konno do lasów, błądząc w nich często do późna.
Pewnego dnia wracał wieczorem przez bór. Księżyc wypłyną z poza ciemnych koron jodeł i rzucił srebrno-błękitne subtelne światło na polankę, wyglądającą wśród żółknących drzew, jak źrenica oka, nad którą uniosły się opiekuńcze rzęsy. Cicho było w borze, tylko cykały koniki polne i gdzieś z daleka krzyczały derkacze. Słodycz syta, jesienna, rozlana dokoła, podziałała na tęskną, spragnioną duszę Tomka. Jakieś rzewne uczucie napełniło mu serce. Skoczył z konia, przywiązał go do drzewa i, odszedłszy kilkanaście kroków, upadł w trawę nawznak, podłożywszy ręce pod głowę. Nagle przypomniał sobie łąkę warowniecką, zalaną księżycem, Elżę wśród traw i kwiatów i siebie przy niej. Kiedy to było... Już trzy lata przeszło. Jakie to przecudne wspomnienie, jakie to były szczęśliwe chwile w jego życiu. Ona wtedy tak gorąco, tak żywiołowo przyjmowała jego pieszczoty... Zatrząsł się na to wspomnienie, dreszcze namiętne oblały go żarem, wyciągnął się jak długi, — palił go ogień pożądania i miłosnej tęsknoty.
— Gdyby ona była tu ze mną... teraz — rwał się w jego piersiach spazm rozkoszny. Jakieś czerwone motyle jęły mu latać przed oczami, pulsy biły w rozpalonych skroniach jak młoty, w ustach miał żar, dyszał pragnieniem. Młoda, silna jego natura wrzała jak wulkan przed wybuchem. Myśli mętne tłoczyły się w mózgu.
...Elża z nim, tu, w tej ciszy leśnej, w tej srebrni księżyca, ona tu przy nim, cała biała, olśniewająco biała, jej usta palą się żywą krwią, oczy jej błyszczą, jak przyćmione mgłą błędne ogniki, tyle w nich złotych iskier pożądania, jej biała szyja pulsuje, jej piersi... Tomek zadrżał i jęknął... jej piersi osrebrzą księżyc, rzuca na nie opalowe-błękitne światło.
Tomek zerwał się, wyobraźnia go unosiła, krew wartka rozszalała się w nim. Wstał i przeciągnął ramiona osłabłe, ułożył usta w znak jej imienia, gdy nagle naprzeciw ujrzał białą postać niewieścią, wypływającą z cienia drzew, jak zjawisko.
— Elża, na Boga, to ona! — zaszumiało mu w głowie — to ona idzie do mnie, najmilsza, upragniona.
Rzucił się ku niej i stanął — zdumiony. Poznał Karolcię Słupską. Była podobna do obłoku, który spadł z nieba, pociągając za sobą smugę błękitu. Usta jej, jak płatki maków kraśnych, drżały od wewnętrznej jakiejś burzy, pierś odkryta z pod białej peleryny i płóciennego szlafroczka, falowała szybko, na długich rzęsach perliły się łzy. Patrzała w oczy Tomasza z bezgraniczną wiernością i przywiązaniem niewolniczym.
W Tomaszu skłębiły się uczucia. Po zdumieniu i przykrym zawodzie nastąpił gniew, że zamiast tamtej upragnionej spotyka tę... już zapomnianą, tę dziewczynę, którą oddalił od siebie przed trzema laty aktem swoich zaręczyn z Elżą. Czyż ta cudnie rozwinięta kobieta — to ta sama skromna leśniczanka?
Długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tomek nagie otrzeźwiał, podniósł rękę do czapki i cofnął się w tył, ale Karolcia szybko i zwinnie uklękła przed nim, oplatając ramionami jego kolana. Mężczyzna szarpnął się, lecz ręce dziewczyny trzymały go mocno, a głos słodki, przesiąkły łzami, zaszeptał gorąco:
— Panie mój najmilszy, królu mój złocisty, nie odchodź, nie odchodź. Jam twoja sługa wierna jak pies, ja ciebie, panie, miłuję jednakowo teraz jak i dawniej, ja ginę dla ciebie, panie mój cudny, królu mój piękny, jam twoja wierna Karolcia, do śmierci, do śmierci. Rób ze mną, panie, co chcesz, zabij, ale nie odpędzaj mnie od siebie, nie odchodź.
Podniosła twarz zalaną łzami i patrzała na niego wzrokiem tak pełnym miłości i poddaństwa, tyle czaru było w tych jej błękitnych, jak wielkie bławaty zroszone rosą, łez, oczach, tyle słodyczy, błagania, zachwytu i bólu i męki zarazem, że Burba nie miał siły jej odepchnąć od siebie; rozrzewnienie wzięło nad nim górę. Pochylił się ku niej nizko i chciał ją unieść z ziemi.
— Panno Karolino, proszę wstać. Co pani robi. Proszę, proszę wstać.
A ona chwyciła jego ręce i jęła je okrywać żarliwemi pocałunkami. Czuł jej usta rozpalone na dłoni i wilgoć łez, czad jakiś niebezpieczny buchał płomieniem od tej dziewczyny i mącił mu umysł, zabijał wolę, podniecał. Karolcia odczuła to po drżeniu jego rąk, zerwała się gwałtownie z kolan i całą figurą upadła na jego piersi, przylgnęła do niego, ramionami oplotła jego szyję, parzącym oddechem oblewała mu twarz.
— Kocham, kocham, szaleję z miłości, panie mój, zabij, ale nie odpychaj!
— Panno Karolino...
— Nie jestem żadną panną, jestem twoją Karolką, twoją sługą...
Bronił się coraz słabiej, bo ogarniał go szał zmysłów, ta dziewczyna burzyła w nim krew, razjątrzała namiętność jego, targała nerwy. Naraz uczuł na swych ustach płomienie jej warg, wpiła się w niego, wessała i, gnąc się w tył z jękiem rozkoszy, pociągnęła go za sobą. Owiały go jej miękkie, jasne włosy, zapach ciała uderzał go jak wino, huczało mu w mózgu, trząsł się cały, dygotał jak w ataku febry i... stracił przytomność. Wydało mu się nagle, że Elżę trzyma w ramionach, że to ona go całuje w usta, że on z nią szaleje. Ogarnął go wicher pożądania nieokiełznanego. Zgniótł Karolcię w uścisku potężnym, uniósł nad ziemię i zaczął oddawać jej pocałunki z jakąś straszną, okrutną pasją. Dziewczyna krzyknęła głucho, wijąc się z rozkoszy. Zdarł jej płótno z ramion, nie broniła mu. sama rozszalała do utraty zmysłów.
— Królu mój złocisty....
Tomasz drgnął i oprzytomniał w jednej chwili; puścił Karolcię i ręce podniósł do czoła. Zlane było ukropem potu. Zdławił go wstyd i żal.
— Czemuś przemówiła? — szepnął z wyrzutem bezwiednie prawie.
Ale ona go nie zrozumiała, rzuciła się znowu na niego, choć ją odsuwał. Prosiła go, zaklinając z płaczem, błagała, by ją wysłuchał, aby ją nie odtrącał, aby pozwolił jej widywać go choć czasem tu w lesie, gdzie ich nikt nie spotka. Że ona za miesiąc jedzie jako sanitarjuszka na front, że będzie szukać śmierci, bo nie żyć jej bez niego i zresztą nie chce doczekać się jego ślubu. Więc prosi go prawie modlitwą, aby darował jej kilka chwil szczęścia, że nic więcej nie chce, jak tylko porozmawiać z nim czasem, głos jego usłyszeć i w oczy mu patrzeć.
Tomek zmęczony całą tą sceną obiecał, trochę z wyczerpania nerwów, trochę ze wzruszenia a trochę przez delikatność dla kobiety i z podziwu nad jej urodą. Miłość jej działała na niego podniecająco. Odjechał wzburzony do dna duszy, przyrzekając sobie solennie więcej Karolci nie widzieć.
Na drugi dzień udał, że jest chory, nie wychodził ze swego pokoju.
Bał się spojrzeć w oczy Elży. Gdy zaś ona z panią Urszulą szła go odwiedzić, udawał, jak uczeń rozkapryszony, że śpi. Zaniepokoiło to Burbinę, chciała posyłać po lekarza, lecz pan Mel, domyślając się psychicznych powodów tej niedyspozycji Tomka, prosił, aby go zostawić przedewszystkiem w spokoju, gdyż organizm nadszarpnięty na wojnie dopomina się o swe prawa.
Tomasz Uniewicza nie wtajemniczał po dawnemu w swoje sprawy, czuł w nim także pewną zmianę w stosunku do siebie, jakąś sztywność, zręcznie ukrywaną, która ich obu krępowała.
Drażniły Tomasza rozmowy Elży z Uniewiczem i dysputy wyczerpujące, takie, że on nie mógł do nich należeć, gdyż tematy były mu za mało znane, lub zupełnie obce. Zamiłowanie Elży do tych rozmów sprawiało mu głęboką przykrość. Zdawało mu się, że o ile Elża kocha go prawdziwie, powinna unikać tego, co go od niej usuwa zasadniczo, powinna znać stopień jego wykształcenia i intelektu i nie narażać go na upokarzającą rolę niemego słuchacza. Gdy jednakże Elża, spostrzegłszy się czasem, zwracała nagle rozmowę w kierunku przystępniejszym, było mu tymbardziej przykro.
Zazdrościł Uniewiczowi, że mówi biegle po francusku, że grywa z Elżą na cztery ręce, zły był nawet za przyjaźń pana Mela dla Elży, gdyż wydawała mu się zbyt żywą i zbyt pełną uwielbienia. Wszystko to wpłynęło na znaczne ochłodzenie stosunku wzajemnego obu przyjaciół, ze ścisłem zachowaniem dawnych pozorów.
O spotkaniu z Karoliną Uniewicz nie wiedział, Tomek zaś, uspokoiwszy się, oddalał od siebie myśl o tej dziewczynie, lecz rozdrażnione pragnienia przywoływały ją często, nasuwając wizje rozkoszne, jakkolwiek bez uczuciowego tła, poprostu fizjologicznie potrzebne dla głodnych zmysłów.
Tomasz pożądał Elży tymbardziej, im częściej przypominał sobie scenę z Karolcią, ale obojętność narzeczonej, niekiedy nawet chłód jej i wyraźna niechęć do najniewinniejszych pieszczot, mroziła Tomka, wywołując porównanie uczuć Elży do miłości tamtej dziewczyny. Porównanie wychodziło na korzyść Karolci.
— Zimna analityczka, bez krwi, bez temperamentu, filozofka — jątrzył się Tomek na narzeczoną i wnet sam sobie przeczył, przypominając dawną Elżę, jej zapał, jej żywiołowość, jej żar płomienny w pierwszych czasach narzeczeństwa. A jej szaleństwo na łące wówczas przy księżycu... Toż to był żywy ogień, ale i wtedy coś się w niej nagle zmieniło, gdy stał się zbyt zuchwałym. Jeden moment i odrazu ostygła; pamiętał dobrze tę chwilę i słowa Elży. Czy nie od tej prawie sceny datuje się pewien przełom w jej zachowaniu się — myślał Tomasz. A Karolina, przez tyle lat oddana mu wiernie, czeka tylko jego skinienia, Namiętność leśniczanki budziła w nim dreszcz straszliwych żądz, unosiły go dzikie pragnienia. Elża onieśmielała go, ziębiła swą obojętnością, Karolcia rwała się ku niemu wrzątkiem całej natury swojej, łaknącej jego pieszczot, jego posiadania. Ta usuwała się,przebywając najczęściej u siebie ze swemi książkami i zeszytami, tamta wyczekiwała na niego w chłodzie jesiennym i nocą w lesie, by mu oddać bez zastrzeżeń dziewiczość swoją, urodę i miłość wielką, ślepą na wszystkie względy, głuchą na następstwa.
Rozmyślając tak pewnego wieczora, zmrożony nowym dowodem chłodu Elży, Tomasz odruchowo prawie, trochę biernie, pojechał konno na znajomą polankę w lesie. Nie omylił się. Karolcia czekała na niego. Upadła mu do nóg, jak przy pierwszym spotkaniu, nie czyniła mu żadnych wymówek, przyznając się, że czeka tu na niego codziennie prawie do świtu, dziękowała mu tylko z takim ciepłym promieniem w oczach, garnęła się do niego pożądliwie, a cicho, jednak z kokieterją zupełnie nową u niej, którą Tomek odczuł. Zauważył w niej, prócz rozkwitłej bujnie urody, duże zmiany. Dawna lękliwa Karolcia, potulna z natury i nieświadoma swych wdzięków, zmieniła się w kobietę pewną siebie, ufną w swój czar zmysłowy i zręcznie wyzyskującą go dla ukochanego. Snadź bytność w Kijowie paroletnia wyszkoliła ją w tym zakresie, a pochlebstwa męskie, niewykwintne w tej sferze, ale zapewne jaskrawe, nauczyły ją zalotności i różnych sposobów przywabiania mężczyzn. Sposoby były dość pospolite, wywołujące uśmiech pobłażliwy nawet na ustach Tomka, nie zaliczającego się do smakoszów wytwornej kokieterji, ale sama mistrzyni była niezwykle powabna, wzbudzająca apetyt szczery, nawet niecierpliwy. Był to pyszny typ na świetną kurtyzanę w przyszłości. Tomek widział to, rozumiał i zdumiewał się, niemniej jednak poddawał się pod jej wpływ, działała na niego.
Siedzieli w cieniu wielkiej jodły, zasnuci baldachimem gałęzi Karolcia mówiła mu ciągle o swej miłości, tęsknocie za nim o złamanym życiu i wiecznej już niedoli. Gdybyż choć o niego była spokojna, że on będzie szczęśliwy, ale... Umilkła z ciężkim westchnieniem, zawieszając niedokończone zdanie w powietrzu. Tomek wzdrygnął się i ostygł wyraźnie. Więc Karolcia prędko radziła się go, co ma teraz zrobić i czem życie stargane zapełnić. A gdy jej przypomniał, że ma wszakże iść na sanitarjuszkę, zająknęła się i dodała spiesznie, że przecież wojna się kiedyś skończy, a chociaż ona pragnie śmierci, jednak sanitarjuszka to nie żołnierz na froncie, jeśli zatem nie zginie, co wtedy?..
— Wyjdziesz za mąż — rzekł Tomek, powracając mimowoli do dawnej formy nazywania.
Dziewczyna upadła twarzą na jego kolana, płakała z radości, że on ją znowu, jak swoją nazywa, że tak być powinno, bo ona chce być jego sługą, bo on może z nią zrobić wszystko, nawet zabić. I tak płacząc i zaklinając się, wczołgała się całym ciałem na jego kolana, zwinęła się jak wąż, przywarła do niego, otaczając go mocno ramionami. Białe jakieś batysty usunęły się z niej głęboko, rozplotły włosy, cisnęła się do niego tak zaborczo i namiętnie, że Burba ledwie głowy nie stracił.
Jednakże wspomnienie Elży oderwało go znowu od Słupskiej. Uciekł, przeklinając siebie, swoje zmysły i Karolcię.
— Szelma dziewczyna! co się z nią zrobiło. Nie na sanitarjuszkę dla chorych, ale na uciechę dla oficerów pójdzie.
Zaczął przemawiać w duchu do narzeczonej.
— Elżuś moja, wybacz, jestem łotr, ale to wybryki zmysłów, to nie moja dusza; dusza, serce tobie na wieki oddane.
Powróciwszy, stał pod oknem Elży i modlił się do niej.
Nazajutrz Tomek był wyjątkowo czuły, Elża chłodna i dziwnie zmieniona. Śnił się jej Dovencourt w jakichś odmętach brudnych fal, borykający się z potworami morskiemi. Oplotły go wielkie ośmiornice-głowonogi, on je zwalczał a nowe macki, jak baty, wysuwały się z morza, chwytając go wpół. Twarz Artura była zimna, lecz niezłomna w energji, zacięta wola i siła zastygła zda się na niej. Na jego piersiach widziała swoją fotografję, zdjętą w jego Kodak, w La Turbie.
Gorska nie mogła zapomnieć tego snu. Straszny niepokój nią targał o Artura.
— Może zginął na pancerniku. Boże, zmiłuj się nad nim i nade mną.
Czułości Tomka drażniły ją wyjątkowo; doszło do sprzeczki odrazu ostrej, bo oboje nie mogli dłużej panować nad sobą.
— Zawsze chcesz być królewną dla mnie łaskawą, lub nie — zawołał Burba.
Elża przerwała wreszcie potok wyrzutów narzeczonego, zamknęła się w swoim pokoju; Burba pojechał do lasu i... spotkał Karolcię. Ale tym razem wyśledził go Uniewicz. Wiedząc o sprzeczce, bał się o Tomka, gdyż Burba dosiadał konia z jakimś okropnym wyrazem złego w twarzy.
— Ten warjat wreszcie sobie co zrobi — pomyślał pan Mel i ruszył za śladem w głąb boru. Długo błądził, nie chcąc spotkać Tomka. O grubym już zmroku ujrzał z daleka leśniczego Słupskiego, który skradał się pomiędzy drzewami.
— Poluje jucha na upatrzonego. Na kłusowników narzeka, a sam pierwszy.“
Było już zupełnie ciemno, Pan Mel postanowił wracać do domu, niespokojny bardzo o Tomka. Bał się nawet, że sam zabłądził, szedł wolno, rozglądając się uważnie. Maszerował tak już zbyt długo, gdy wtem usłyszał nagle chrobot jakiś szczególny, chrzęst i jakby żucie potężnych szczęk.
— Łoś, albo jeleń w haszczach — pomyślał.
Jeszcze parę kroków i ujrzał w ciemnościach duże zwierzę z pochylonym łbem ku ziemi. Żuło trawę.
— Co u licha! Co to jest?
Podszedł bliżej, włosy zjeżyły mu się na głowie; poznał chrzęst uzdeczki i dźwięczenie wędzidła.
— To koń Tomka.
Był już przy wierzchowcu. Ataman drgnął, ale wnet parsknął porozumiewawczo i na nowo zabrał się do trawy.
Uniewicz obmacał go uważnie, stwierdził, że jest przywiązany.
— Gdzież Tomek?..
Mrowie przeszło go po ciele, targnął nim straszliwy lęk o przyjaciela, chciał krzyknąć, lecz się instyktownie powstrzymał, bo oto usłyszał znowu cichy jęk, jakiś dziwny w brzmieniu. Uniewicza oblał zimny pot przerażenia. Wtem spazmatyczny, łkający śmiech, kobiecy przeszył ciszę leśną.
Pan Mel zdrętwiał, stał przykuty do miejsca.
— Całuj... całuj... jesz... cze — głośny szept, znowu śmiech straszny, dziki, namiętny jakiś, bestjalski, śmiech samicy rozjuszonej.
— Cicho... Karolka! nie krzycz tak, sprowadzisz tu kogo — szeptał stłumiony głos męski.
Uniewicz poznał i oparł się ciężko o drzewo. Nie miał sil do ucieczki, nie chciał, by go wykryto, pragnął wsiąknąć w drzewo, zapaść w ziemię.
Słyszał pocałunki i znowu szept kobiecy.
— Bierz mnie, jam przecie twoja, chcę ciebie i ty mnie chcesz, czyś ty nie mężczyzna, panie mój. Przecie widzisz, jam ci nie oporna, ja mdleję... mdleję...
— Nie kuś mnie ty... nie można — odburknął Tomek.
Uniewicz odetchnął.
— Bogu chwała!
Szeptali coś jeszcze, ona prosiła pieszczotliwie, on się bronił słabo, wreszcie pan Mel usłyszał szybkie kroki Burby. Prędko usunął się w bok za drzewo. Tomek zdyszany dopadł konia i wskoczył na siodło.
— Boże mój, Boże!... — jęknął cicho, ale tyle było wyłącznego wyrazu w tym szepcie, taki ból i żal, że Uniewicz wszystko pojął, wszystko zgłębił.
Gdy Burba odjechał, Uniewiczowi zdawało się, że słyszy znowu jakieś szepty w tej samej stronie co poprzednio.
— Co u djabła!
Wytłomaczył to sobie następstwem przeczulonego słuchu i ruszył w kierunku Warowni, gdyż po polance zorjentował się w miejscowości. Ale wkrótce potem zastanowiło go ciężkie stąpanie kroków. Przyczajony czekał. Mignęła wśród drzewa czarna postać tęgiego mężczyzny, rozległo się wesołe gwizdanie. Szedł Słupski.
— Aha!... i przedtem go spotkałem, ana!... rozumiem! Powtarza się historja zamku Wileńskiego z czarnym i rudym Radziwiłłem, tylko z tą różnicą, że tu zdaje się i bohaterka wmieszana do intrygi; te drugie szepty może to i nie było złudzenie. Tfu! kanalje!
Uniewicz zamyślił się poważnie. Psychologję Tomka i Elży znał dobrze. Ona była już dawno zbyt wyraźna, on zaczynał pozbywać się swych złudzeń i to go wykoleiło z równowagi duchowej, podczas gdy obcowanie z narzeczoną działało drażniąco na jego bujną naturę i wprowadziło go w stan niemal chorobliwy.
— Skorzysta z tego ten pająk leśny i ta ćma. Sieci rozciągnięte.
Jeszcze nie wpadł w nie dzięki Bogu, ale to była jego ostatnia ucieczka — kombinował pan Mel. Nie tylko poznał to po Tomku, ale i odczuł w gwizdaniu Słupskiego.
Ścisnął zęby z wściekłości, wyrzucił przekleństwo z wzburzonej piersi i znowu szukał ratunku dla przyjaciela. Sprawa była trudna, skomplikowana, ale pan Mel zawziął się. Po długich namysłach doszedł do wniosku, że ocalenie Tomka zależy od Elży i jest w jej ręku. Ona powinna wszystko wiedzieć i niech się to ostatecznie rozstrzygnie.
Miotały nim uczucia bardzo szczególne: obawy o Elżę i o Tomka zarazem. Bał się finału, ale rozumiał, że jest on już niezbędny, nawet konieczny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.