Verte/Część druga/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Verte
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.

Przebyła tak pół dnia, pogrążona w niemej kontemplacji tego, co zaszło. Płakała z żalu nieokreślonego dla samej siebie, wyrzucała sobie kłamstwo, popełnione przed Arturem, oburzała się za jego bezwzględność, to znowu dumną się czuła i szczęśliwą świadomością jego uczuć. Wstyd ją palił, gniew unosił, i grały hejnały radosne w jej duszy. Wieczorem przyniesiono jej list Artura. Czytała zachłannie, oblewając łzami litery, jego ręką kreślone, ale przyszedł nowy, zawrotny prąd w tym oceanie jej uczuć, więc poszarpała list i rzekła głośno z wielką mocą:
— Już Tomka nie rzucę. Jego świat to mój świat, jego życie mojem będzie...
Całą noc przemęczyła się w gorączce duchowej i fizycznej, rozpalała ją walka tytaniczna zmagających się z sobą potęg okrutnego pragnienia, rozbudzonej i rozkwitłej miłości dla Artura, szalonego pożądania, by uledz jego woli, by oddać mu życie i siebie całą na wieczne posiadanie, — temu człowiekowi jedynemu, któremu oddać się byłoby cudem, ekstazą szczęścia, którego władanie dałoby rozkosz najwyższą, wytęsknioną, wyśnioną.
— A jednak już teraz z Tomkiem nie zerwę. Z nim mój los — szeptały bezwiednie usta.
Elża czuła całą grozę swego położenia, tragizm i bezsens. Znalazła się na słabej łódce obowiązku, wśród walących na nią ze wszech stron fal oceanu, gnanych huraganem uczuć, żądz, tęsknoty bezbrzeżnej. Często zatapiały ją te mocarne fale. Elżę opadały siły, darło się w niej wszystko na strzępy, każdy nerw życia wołał o ratunek, ramiona wyciągały się błagalnie.
— Arti!... jam Twoja!...
Oczy paliły się od łez i gorączki, usta piekły żarem, ręce, na których czuła pocałunki Artura, przytulała do spiekłych warg, zcałowując z nich te stygmaty rozkoszy. Opanowywała ją egzaltacja, szał, kładła się w myśli u nóg Artura, jak niewolnica, byle być jego, jego, choć przez chwilę złudy, choć w halucynacji. I znowu ten bezwiedny, pełen rezygnacji szept ust:
— Tomek, to już mój los, moja konieczność.
Więc uciekać, wyrwać się z pod naporu fal przeciwnych, skryć się do spokojnej przystani — Warowni — błądziła myśl. — I znowu stchórzyć?...
Najpierw kłamstwo, potem ucieczka, — istotnie szlachetna broń, godna kobiety — odzywał się szyderczo głos jakiś.
A gdzie wola?... gdzie stanowczość i słowo dane Tomkowi przed czterema laty? Obietnicę szczęścia zrujnować mu własnym szczęściem?
Skoro wzamian za obietnicę szczęścia masz mu dać złudę i kłamstwo — lepiej zrujnować dziś jego nadzieje.
A sobie zbudować gmach cudu niebotyczny.
A sobie stworzyć raj na ziemi, zaspokoić czteroletnią tęsknotę, swoją i Artura, dać mu wymarzone szczęście i samej zatonąć w przestworzu szczęścia. Zaznać haszyszowych upojeń w ramionach tego człowieka, być duszą duszy jego, sercem jego serca, należeć do niego, być jego własnością, rzeczą.
A Tomasz?...
Ogromny rozhukany bałwan ironji ryknął sarkazmem:
Tomasz?... Czyż po nim nie można przejść bezkarnie do szczęścia z Arturem! Czyż go nie można podeptać, gdy się dąży ku wyżynom?... Czy on może dorównać Arturowi, czy on sam nie usuwa się z konieczności na bok wobec tamtej potęgi?...
Giń, giń, giń, Tomku — szumiały fale.
Łódka znikła w ich zalewie, zsunięta w otchłań przepastną.
Pierś kobiety prężyła się namiętnie, usta, buchające żarem, wołały gorąco:
Arti mój, jam Twoja tylko i zawsze Twoja!
Weź mnie, weź stąd, zabierz dla siebie, ty Panie, ty potęgo, ty... piekło moje, demonie mój!
Szloch szczęścia zatargał sercem, bo oto łódź obowiązku ginie gdzieś w zachłannej głębi. Nasuwają się najsłodsze rojenia, wizje cudowne płyną, płyną złotym nieprzerwanym potokiem. Ona, Elża, żoną Artura, z nim, w Anglji, tam nad morzem, w jego domu, w jego władaniu duchowym i fizycznym; więc baśń, więc pieśń i cud i poezja i marzenie i zachwyt jedyny w życiu. Więc zasadniczy motyw jej twórczości dotychczasowej: co było cudną jawą i to, co rzeczywistością cudowną stać się mogło, niech się w złotym uplastyczni śnie — istotnie przyoblecze kształty realne, gdy Artur weźmie ją za żonę.
On ją tak silnie kocha, on Artur?... Czy to nie sen olśniewający, czy nie zorza złudna, która rychło zgaśnie?...
Elża chwytała list podarty Artura, składając z kawałków całość, wyławiała słowa, przypominała sobie każdy cień na twarzy jego, dźwięk barytonowego głosu, każde zmarszczenie brwi i każdy błysk zmrużonych oczu. Wówczas w czytelni nie widziała nic, ogłuszona, oślepiona jego obecnością, teraz zaś mogła wyznać mu wszystko, kłamstwo i prawdę i to, że chce być jego.
Zamknęła oczy by wywołać nowe wizje czaru i uroku pełne, jak po zażyciu opjum. Lecz ujrzała obraz zupełnie inny. Tomek, w okopach wśród gradu kul, wśród trupów, w ogniu, zmizerowany, zmęczony a tęskniący do niej, z myślą o niej i o dniu, w którym nazwie ją żoną swoją.
I oto pragnienie ofiary z samej siebie ożyło znowu, a choć czuła całą jego sztuczność, ale droga do poświęcenia pociągała ją ku sobie z nieprzepartą mocą. Gdy błysnął jasny dzień, Elża była zdecydowana.
— Niech się spełni to, co już ma być moim przeznaczeniem.
Zaczęła się ubierać gorączkowo ale starannie, włosy układała tak, jak lubił Artur. Ironja w niej zgrzytała bezlitośnie:
— Ach, jakże tylko kobietą jestem.
W najwyższym zdenerwowaniu biegała po pokoju, nie wiedząc jak postąpić, jak Artura zawiadomić o powziętej nieodwołalnie decyzji. Pomimo stanowczości postanowienia pragnęła w duszy chwilę ostateczną oddalić jeszcze, bo straszyło ją widmo tej pustki okropnej, jaka miała się wówczas otworzyć przed nią! Mroził ją i przerażał chłód śmiertelny. Zaczynała parokrotnie pisać do Artura, ale po kilku zdaniach rwała kartki bezradnie, najpierw nie wiedząc, co pisać, powtóre — dokąd wysłać. Adresu jego w Warszawie nie znała, ani też przybranego nazwiska.
— Jak on strasznie ryzykuje przyjazdem swoim tu — uderzyła ją myśl trwożna. Szalone ryzyko i odwaga; wszak on kładzie życie na szali. Wykryty poniósłby okropne konsekwencje swego postępku, Śmierć mu groziła na każdym kroku.
— Dla mnie to zrobił, dla mnie, dla mnie!
Hejnał szczęścia wznosił piersi Elży.
Jak on to przyjmie, gdy się dowie że... jestem wolna?
Cóż za siła w tym człowieku! Czemu ja się bronię od szczęścią, czemu odpycham szczęście, dla jakiej idei, czy chimery? co inną powoduje?... Jezus Marja! czy ja zmysłów niestraciłam, odpychając Artura?
Słowo, obowiązek, przeznaczenie... uczciwość... sumienie... prawo... — Jakie prawo?! Wszak jestem wolna! Jakiż mnie trzyma obowiązek?...
— Oszaleję! — krzyknęła Elża, wciągnięta w obłędny wir myśli. Uczciwość, sumienie, prawo — wszystkie te głosy odezwały się naraz, jak dzwony całego świata, zerwane z wieżyc jakimś wichrem piekielnym.
Elża słuchała tych głosów despotycznych z zapartym oddechem, jak skazaniec wyroku i jak skazaniec przed szafotem, w obliczu kata czekała jeszcze łaski, — cudu.
W tem silne stukanie do drzwi. Zmartwiała.
— Uciekać stąd... uciekać!
Stukanie powtórzyło się.
— Proszę!
Portjer stanął w progu, wymienił obce, szwedzkie nazwisko, poczem cofnął się w tył.
Artur wszedł prędko, nerwowo, z lekkim, charakterystycznym pochyleniem wysokiej szczupłej postaci i złożył Elży głęboki ukłon. Drzwi zamknęły się cicho. Chwilę stali oboje naprzeciw siebie bez słowa. Elża, oparta ręką o stół, drżała, oblewały ją zimne i gorące dreszcze, twarz łuną spłonęła i zgasła w białym macie. On patrzał na nią z pod zmrużonych powiek, jakby do duszy jej wnikał, zbliżył się o krok i dłonią przykrył jej rękę na stole, ścisnął mocno, podniósł do ust, nizko chyląc głowę, oczu nie zdejmował z jej bladej twarzy.
— Elly...
Wstrząsnęła się gwałtownie.
— Elly... ukochanie moje...
Brakło jej tchu, gardło ścisnął skurcz spazmatyczny. Czuła, że milczeniem wypowie mu wszystko, co pragnie ukryć, ale mówić nie mogła. On ujął drugą jej rękę, zwieszoną bezwładnie, i obie dłonie przy tulił do warg, palących gorączką.
Ocknęła się. Nadpłynęła ku niej moc postanowienia. Spojrzała poważnie w oczy Artura i, wysunąwszy łagodnie ręce z jego dłoni, rzekła głucho:
— Dziś wyjeżdżam...
Usta mężczyzny opadły, zarysowując krzywą linję sarkazmu.
— Do męża — syknął.
Zamilkła i ciężko usiadła na krześle. On stał przed nią.
— Chcesz uciekać do męża i dzieci... przedemną i sądzisz, że ja, pokonany takim argumentem, odjadę i... zapomnę? Och, no, kochając cię przez cztery lata, bez widywania ciebie, bez słowa od ciebie, ale z wiarą, że tylko mnie kochasz i moją będziesz, teraz po otrzymaniu tej wiadomości, przyjechawszy z narażeniem życia do Warszawy po ciebie, mam się wystraszyć twojej godności małżeńskiej i odjechać pokornie, zwyciężony przez twoje tchórzostwo... twoją słabość?
Sądziłem, żeś silniejsza duchem, że potrafisz zwalczać warunki i nie dasz się wciągnąć w nieszczęście, łamiące ciebie.
— Ktoś z nas jednak musi być złamanym.
— Nazbyt cię kocham, by ciebie nie wyrwać z tej otchłani. Powiedziałaś mi wczoraj, że już zapóźno, czyli, że do rozwodu nie dopuścisz. Zabrania ci tego etyka małżeńska, godność kobieca, tradycja i kościół zapewne. Och, wszystkie ironje, wszelkie sarkazmy niczem są wobec tej siły, która we mnie z tych anachronizmów drwi. Te nakazy, trzymające cię w więzach, maleją śmiesznie wobec pragnień moich, naszych, wobec potęgi, która nas ku sobie skłania. Takie nakazy, to karły wobec nas. Nie hołduj karłom, bądź twórczą, nie zaś odtwórczą w swych uczuciach. Nie przystoi ci szablon, zaniechaj go i bądź sobą, nie lekceważ drogi swej do szczęścia osobistego, nie marnuj życia i talentu, który posiadasz, którego rozwinąć nie możesz, stojąc w miejscu, rozterce i ciągłej męce bez przestrzeni, bez ujścia dla twego temperamentu... Och, no nie dla zmysłów, bo te... zaspakajasz, — syknął z tłumioną pasją i zerwał się z miejsca.
— Jezu, Jezu, Jezu — rwało się z piersi Elży.
Czoło ścisnęła dłońmi i oparła je na stole. Szalała w niej rozpacz, że oszukuje Artura, szydził okrutnie śmiech jakiś szatański i skuwał ją lęk, by się nie zdradzić, bo wówczas... wówczas... już się nie oprze. Dławił ją wstyd, obelgą były ostatnie słowa Artura. Jak on śmie wierzyć, że ona należy do innego, że ona oddała się innemu!...
Artur chodził wzdłuż pokoju. Nagle usiadł, kurczowo zgiętą dłonią podparł czoło, zasłaniając oczy. Elża podniosła na niego wzrok pełen obawy, niemal pokorny i poddańczy. Padłaby mu do nóg z rozkoszą i wyznała swoje kłamstwo. Patrzała na jego rękę smukłą i bladą, na drżenie palców, wgniecionych w czoło, na ostro spięty mankiet i rękaw ubrania i znowu tępo wznosiła oczy na głowę ciemną, na rozdział włosów na boku i na widoczny dół twarzy: pyszny zarys brody smagłej z błękitnawym odcieniem wygolenia, na usta zacięte stanowczo i pionowe fałdy około nich. Patrzała na niego i potężniał w niej krzyk duszy, serca: Artur, Artur przy niej! Szarpała się, mocowała nieludzko z pragnieniem rzucenia się przed nim na kolana. Niech ją bierze, niech się nie męczy, niech wie, że ona czysta, że nie należy do nikogo, bo chce należeć tylko do niego.
Wtem Artur odsunął dłoń, oczy jego padły na Elżę i utkwiły w jej źrenicach chmurne, przenikliwe, badawcze. Ostra igła tego wzroku przeszyła ją nawskroś. Artur oczami otwierał jej duszę, sondował ją, wyłuszczał z niej prawdę, sięgał w głąb serca śmiało, zaborczo, szukając w niej nie istoty uczuć, bo tę znał, lecz innej prawdy, prawdy faktu, którym się przed nim zasłaniała. Oczy mężczyzny stawały się coraz chłodniejsze w wyrazie, coraz więcej ostrza i stali było w nich. Elża straciła panowanie nad sobą, nie mogła znieść tego wzroku i jego wyrazu. Spuściła powieki, a on je oczami przepalał, przepalał. Kobieta czuła, że on na nią patrzy i, nie widząc, zaczynała rozumieć myśl, pytanie, zawarte w jego oczach. Ogarnął ją lęk nagły, jakiś przeczuciowy dreszcz przed gromem. Bała się i drżała. Artur wyprostował się i rzekł martwo, patrząc w przestrzeń:
— Szczególne uczucie... podejrzenie raczej, wkraczające niemal... w pewność, prześladuje mnie coraz natarczywiej.
Elża struchlała.
— Hm! Och... no! czyżby jednak?..
Kobieta zamknęła oczy, oblał ją żar. Czuła, że Artur znowu patrzy na nią i nie śmiała oddychać.
— Czyżby jednak?, powtórzył ciszej.
Milczenie.
Lekko, lekko pochylał się ku niej, przenikał wzrokiem jej zamknięte drżące powieki, okolone sinemi cieniami, jej twarz koloru opłatka, jej usta, z których uciekła ostatnia kropla krwi. Był jak tygrys nad ofiarą, tak zabójczym, dzikim wzrokiem przepalał ją nawskroś.
— Elly... Czyśbyś Ty... szepnął.
Elża miała wygląd zemdlonej i zupełny bezwład w sobie.
— Elly... — powtórzył głośniej z tłumionym wybuchem.
Bez słowa, bez ruchu siedziała jak martwa, tylko głowa jej opadła ciężko na piersi.
— Wiem już, rozumiem, chyba przeczucie nie myli mnie. Ty nie możesz być zamężną. Jesteś wolna.
Milczenie.
Szarpnął nią gwałtownie.
— Elly, ocknij się... mów! Jesteś wolna?!.
— Nie.
Brwi Artura zbiegły się w straszny, piorunowy zygzak.
— Nie?
Przecząco poruszyła głową.
— Więc... nie kłamałaś jednak. Jesteś żoną?.. Więc to prawda?..
Znowu przeczący ruch głowy.
Dovencourt zbladł, groza mignęła mu w oczach.
— Co to znaczy?!.
— Kłamałam, żem zamężna... ale... nie jestem wolną... jestem narzeczoną Tomasza Burby.
Jakby zarzewie ognia padło na twarz Artura. Czoło zajaśniało blaskiem, ale na usta sypnął grad szybkich krótkich drgnień. Nagły błysk zębów w drapieżnym rozchyleniu warg i — runął śmiech straszny, demoniczny.
— Ha, ha, ha! per Bacco.
Elżę śmiech ten obezwładnił narazie, ale na krótki moment. Oburzona powstała z krzesła.
— Z czego się pan śmieje?.. — zawołała ostro.
Dovencourt-Howe wziął jej ręce. Pomimo błyskających jeszcze w uśmiechu zębów, jak u rozdrażnionego lwa, była w nim stanowczość i moc zniewalająca. Posadził Elżę z powrotem i przyklęknął przed nią, chowając czoło w jej dłoniach.
— Moje ukochane maleństwo, moje białe, moje święte... — mówił gorąco i miękko.
Traciła władzę nad sobą, ale przemogła się.
— Panie Arturze... na Boga!.. Pan... zapomina...
Wstał i wyprostował swą wyniosłą postać. Szparki jego zmrużonych źrenic ciemno-szarych spadły na Elżę z góry, władczo.
— Ależ dobrze pamiętam! Jest pani narzeczoną Burby od czterech lat. Duży okres, wystarczający, by stracić wolność, poczucie samodzielności i... wszelkie prawa do szczęścia. Ha! to nadzwyczajne. Niesłychane!
— Nie widzę w tem nic zabawnego — rzekła sucho.
— Owszem, Elly... to jest nawet zabawne.
— Niewłaściwie mnie pan nazywa — szepnęła.
Silniej zmrużył oczy i przytrzymał ją niemi długo, poczem w milczeniu skłonił się lekko. Spytał:
— Dlaczego pani popełniła takie kłamstwo?..
— Pan mnie potępia...
— Ach, nie, ale to było niegodne pani. Czy to miało być tarczą obronną przeciw mnie?..
— Tak.
— Więc pani myślała, że mnie to spłoszy?
— Chciałam zniweczyć w panu i... w sobie... wszelką złudę.
— Złudę, która była... — zawiesił pytanie, pochylony ku Elży.
— Marzeniem — dokończył za nią — tęsknotą, nadzieją szczęścia wielkiego, niezmiernego, pani Elżo. I oto kłamstwo nie osiągnęło celu. Biegłem do ciebie, lekceważąc i roztrącając wszelkie tamy, prawa, biegłem, by łamać prawo uświęcone i ciebie zdobyć. A oto jesteś silną, nie uległaś przeobrażeniu. Pierwszy powiedział mi o tem... Warski. Nie pisałaś do mnie, lecz napisałaś „Fatum”. Druga świadomość mego trwania, to wrażenie twoje przy spotkaniu się naszym wczoraj; trzeci pewnik, to... owe kłamstwo. Jestem dla ciebie jedynym, tak, jak ty dla mnie. Nie zaprzeczaj, wszystko, co powiesz, będzie teraz parodją. Przed nami jest tylko jedna wyraźna, wytyczna droga — nasze małżeństwo.
— Nie, nasze rozejście się raz na zawsze.
— To znaczy?..
— Wyjdę, wyjść muszę tylko za Burbę.
— Muszę?... czy to nie za silne?...
— Dla pana... może, dla mnie jest to rzecz poważna, konieczna, więc ją odpowiednio traktuję.
— Zdaje mi się, że wpadamy w błędne koło. Co? na moje pytanie ścisłej odpowiedzi nie daje mi pani... Dlaczego wyjście za Burbę nazywa pani koniecznością?... Co panią do tego zmusza? Jakie dane są za tem? Żądam odpowiedzi zwięzłej, rzeczowej. Widzę, że torturuję panią, lecz będę bezwzględny. A więc... co się składa na owo „muszę”?
— Obowiązek... sumienie... słowo... — wyrzuciła jednym tchem.
— Taak? Och, no, bardzo czcigodny tryumwirat, zasłaniający swoją powagą imperatorski majestat miłości. O niej pani nie mówi. Czy to rzecz podrzędna?... Czy tamte siły, wymienione, zdolne są skruszyć ją na proch, odrzucić precz?
— Miłość to przedewszystkiem i zawsze egoizm.
— Niezwykle piękna teorja, ale paradoks jednocześnie. Zatem pani wychodzić chce za Burbę, spowodowana altruizmem. Czy i Burba żywi to samo w stosunku do pani?... Ciekawy łącznik.
— On mnie kocha.
— Ach tak. Czyli, że za jego miłość pani popychana przez altruizm, obowiązek i sumienie chce mu wyrządzić największą krzywdę, jaką kobieta może wyrządzić mężczyźnie. Bajeczny konglomerat!
— Panie, dosyć tej dysputy!
— Nie, pani, jeszcze nie koniec. Teraz wniosek zasadniczy. Pani Burby nie kocha i nie kochała nigdy! Był zapewne jakiś szał krótkotrwały i to niekiedy... otumania, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi bujny temperament i... zapalna głowa.
— Daruj mi, droga pani — wtrącił miękko — ale jeszcze... oto taka jaskrawa tęcza malowana farbami falsyfikatów...
Elża drgnęła. Przemknęło odległe wspomnienie: gdzie miłość istotna a gdzie złuda.
— Pani drży... z zimna, czy z wrażenia? spytał.
— Proszę, niech pan mówi.
Och, no... taka tęcza zwykle prędko gaśnie.
— O tem mogę tylko ja decydować.
Artur rzekł zimno:
— Ponawiam moje żądanie, chcę od pani odpowiedzi kategorycznej... i nie ustąpię.
— Słucham.
— Pani kocha Burbę?...
Podniosła smutne oczy na tego, który był jej całym światem, a któremu wyznać swych uczuć nie miała odwagi, a może nawet i prawa.
— Jak brata, jak... jak... przyjaciela — odrzekła.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie, innej odpowiedzi żądam. Czy pani kocha Burbę jak człowieka jedynego, wybranego i upragnionego na życie całe. Tout court, czy go pani kocha? i to słowo w danym razie zamyka w sobie wszystko.
— Nie — odrzekła Elża, śmiało patrząc w oczy Artura.
On schylił czoło nisko, jakby składając hołd wypowiedzianej przez nią prawdzie. Błysk jego źrenic zaniepokoił ją. Dodała prędko:
— Nie kocham Tomasza, ale będę jego żoną, bo dałam mu słowo i słowa nie cofnę, nie mogę łamać mu życia, nie chcę go ranić śmiertelnie.
Zaległa głucha cisza. Oboje stali przed sobą, milcząc, tylko Dovencort-Howe nie spuszczał oczu z twarzy Elży, ona zaś utkwiła źrenice w oparte o stół ręce Artura.
Po długiej minucie milczenia zabrzmiał jego matowy nizki głos: — „Get thee to a nuuery“... Gorska zastanowiła się. Spojrzała na niego.
— Co Pan mówi?...
— „Lub jeśli chcesz koniecznie wyjść zamąż“... wolno cedził Artur.
Krwisty rumieniec oburzenia oblał twarz Elży.
— To obraza dla Tomasza.
— Ty go obrazisz, skoro nie kochając, wyjdziesz za niego i nie unikniesz wówczas oszczerstwa. Niema takich praw, które prowadziłyby do ołtarza dwoje ludzi nie związanych wspólnym uczuciem. Gdy zaś z jednej strony jest miłość, a z drugiej, tylko poświęcenie, wówczas związek taki to zbrodnia. — Ty, Elly, nie popełnisz takiego kłamstwa wobec niego i... wobec samej siebie. Chcesz iść drogą ofiary, ale nie wytrwasz; instynkt, dusza, serce odepchnie cię od spełnienia tego czynu, takie ofiary mszczą się potwornie, ty tego nie spełnisz, bo moja miłość ocali cię od nieszczęścia.
Mówił z siłą, z przekonaniem, a ona słuchała słów jego z nabożeństwem, jak wyroczni. Wszystko w niej wołało, że powinna iść ufnie tylko za głosem jego. Milczała jednak, obezwładniona przez rozgrywającą się walkę serca z poczuciem obowiązku.
Powstała bardzo blada z wyrazem męczeńskim na twarzy, z bólem w oczach, rzekła głucho:
— Pan męczy mnie!, bo ja słowa nie złamię, zostanę żoną Tomasza.
Artur wstał również.
— Zostanę żoną Tomasza — powtórzyła twardo.
— Więc się myliłem. Nie kochasz mnie.
Elża była, jak posąg bólu i męki, bez słowa, bez ruchu.
Artur patrzał chwilę, poczem wziął jej ręce w swoje, przysunął ją trochę do siebie i tuż prawie nad jej czołem szepnął zaledwo szmerem ust, szaro-blady na twarzy:
— Czy masz względem tamtego jeszcze inne zobowiązania?...
Ocknęła się, zraniły ją te słowa. Jasnym dumnym wzrokiem spojrzała mu w oczy.
— Jestem czysta!
Blask niezwykły rozświetlił zmartwiałe rysy Artura, nizko popochylił głowę i całował jej dłonie gorąco z pietyzmem.
— Wybacz, ukochana, wybacz, dziecko, rozpacz nasunęła mi szaleńcze posądzenie, krzywdząc ciebie.
Elża wysunęła ręce z jego dłoni i zawołała stłumionym krzykiem:
— Pan mnie męczy, męczy!
— Czy mam wyjść i zostawić cię!
— Chcę być samą, samą.
— Więc dobrze, wychodzę. Uspokój się jedyna... Krótko, lecz mocno ucałował jej ręce.
— Męczymy się oboje — rzekł, skłonił się nizko i wyszedł z pokoju.
— Arti! skonał w jej piersi głośny okrzyk, zanim się wydostał na usta.
Stała z rękoma przy skroni, jak rażona piorunem. Nagle skoczyła do okna. Ujrzała Artura w powozie odjeżdżającego.
— Arturze!... Arturze... mój... jam twoja, twoja!!
Patrzyła do czasu; aż powóz zniknął na rogu następnej ulicy. Wtedy upadła na kolana i płakała długo. W płaczu tym dojrzewało ostateczne postanowienie. Gdy wstała z klęczek, była jak po ataku silnej gorączki. Zadzwoniła gwałtownie, wezwała portjera.
— Proszę mnie natychmiast, za wszelką cenę wystarać się o bilet na kurjer Wołyński. Jadę dziś.
— „Decug“ odchodzi za parę godzin, następny za kilka dni — rzekł portjer zdziwiony.
— Jadę zaraz!
Gorączkowo pakowała rzeczy, o niczem nie myśląc, nie dopuszczając myśli do głowy, pochłonięta pragnieniem ucieczki.
W godzinę potem już jej nie było w hotelu.
Zaledwo odjechała, gdy do hotelu wszedł chłopak z koszykiem w ręku i stanął przed portjerem, podając mu kartkę. Portjer przeczytał;
— „Pod 27.“ Ależ pani Gorska, czy Burbina, bo już sam nie wiem jak, tylko co wyjechała.
— Kazano oddać w ręce — rzekł chłopak.
Portjer klasnął w dłonie.
— Stanisław, prędko! na stację, zdążycie, pani dobrze zapłaci?
Windziarz chwycił koszyk, kartę i rzucił się do drzwi.
Elża siedziała w wagonie, gdy Stanisław wbiegł do przedziału.
Wręczył jej koszyk i kartkę z adresem napisanym ręką Artura.
Kwiaty od niego!
Gdy Elża rozwinęła koszyk, ujrzała pęk rosnących białych storczyków.
Zanurzyła twarz płonącą w wykwintnym kwieciu, całując subtelne kielichy z uczuciem okrutnego smutku i niezmiernej tęsknoty. Kilka łez ciężkich spadło na przeczysty welin storczyków, osiadając na nich srebrnemi kroplami.
— Arti! Arti! Arti! ukochany, jedyny, niezapomniany — szeptały jej usta.
Dusza jej cała, serce wrzące miłością, myśl tęsknota i pragnienie wyrywało się do tego, od którego... znowu uciekła.
W tych storczykach świetnych widziała jakby samego Artura. Oczami i sercem przywarła do nich.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.