Tragedja Cesi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Tragedja Cesi
Podtytuł Urywek z pamiętnika wygnanki
Pochodzenie Zaszumiały pióra
Wydawca Wielkopolska Księgarnia Nakładowa Karola Rzepeckiego
Data wydania 1922
Druk Drukarnia Zjednoczenia Młodzieży
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TRAGEDJA CESI
(URYWEK Z PAMIĘTNIKA WYGNANKI)

Archangielsk, 29. Listopada.

Jestem już tu od tygodnia razem z Julka i Olską. Przyjechałyśmy pod etapem. Konwojował nas z Warszawy oficer żandarmerji, Andrzej Bieruzow. Dziwna i straszna podróż wśród żołdackich pik. Tyle dni bezbrzeżnej tęsknoty za ukochanymi, żalu, goryczy.... Od chwili aresztowania naszej paczki, żyję życiem gorączkowem. Wzięli nas wszystkich do ratusza. Badanie, śledztwo, Potem cytadela. Och ten głuchy hurkot kół na dziedzińcu cytadeli, dotąd w uszach mi brzmi. Nie wydaliśmy nikogo ale i nie ujrzeliśmy więcej. Tylko z rodziną krótkie pożegnanie w obecności żandarmów. Gdyby nie Bieruzow, nawet rozmówić byśmy się nie mogli. On ułatwił na dworcu pożegnanie z mamą i Jontkiem. Poczciwy! Teraz Jontek pozostał jedynakiem, on się mamą zajmie.
Biedna mama! Jej oczy bolesne, oczy błogosławiące! Szczęśliwy ten kogo w takiej chwili żegnają matczyne łzawe oczy. Chociaż to większa tęsknota, większy żal, że ktoś został i myśli o nas i kocha.
Co oni dziś robią?... Płaczą zapewne wspominając wieczór przed rokiem. Dwanaście miesięcy a ile zmian! Ja w Archangielsku, Staszek na Syberji, mama i Jontek w żałobie po nas.
Pamiętam ten wieczór andrzejek: wylewanie z wosku, palenie kartek... wróżby.
A jednak dziwne! przecie to tylko zabawa, nikt się tem nie przejmuje, nikt nie wierzy, jednak Staszkowi wylał się z wosku wieniec cierniowy a mnie jakieś mury. W kartkach spaliłam się ja i Andrzej... Co za ironia!
Oficer, który mię eskortował nosi to imię.
Jeszcze wtedy nie byłam wciągniętą do naszej paczki, nie chowałam proklamacji, nie widywano mię na wiecach. Uczyłam się, chcąc zdać maturę. A teraz?... Staszka za jego odezwy i działalność pędzą na Syberję, nawet nie wiem do jakiej miejscowości. Pożegnaliśmy się w cytadeli. Mnie rzuciły losy nad Dźwinę północną... Śniegi i śniegi, lasy, bagna. Dziki kraj.
Bieruzow mieszkanie nam wyszukał. Ja z Julka, zajmujemy duży pokój przy rodzinie Chołmaczowa, urzędnika z admiralicji. Olska mieszka u kupca Kirylicza. Podobno dobroduszni ludzie, namawiają Olską, aby sprzedawała ryby w ich sklepie. Pewno się zgodzi bo... cóż m a robić?....
Ja niespodziewanie otrzymałam oferty na lekcje polskiego i francuskiego języka. Przyjęłam. Praca ułatwi mi wygnanie, choć przez kilka godzin zapomnę o tęsknocie. Ale zdziwiła mię ofiarność miejscowej inteligencji dla rewolucjonistki. Przeczuwam tu opiekę Bieruzowa, nikt mi jednak wyraźnie nie mówi, że te lekcje są z jego poleceń. On jest delikatny, mieszka w hotelu na wprost Chołmaczowów. Na szczęście bywa rzadko. Patrząc na niego, przypominam cytadelę. Julka go nie znosi. Strasznem jest widmo niewoli! Od czasu aresztowania minęło trzy miesiące.

30 Listopada.
Już późno. Ja piszę a Julka leży na łóżku i gwiżdże. Jak ona może? wiem zresztą, że nadrabia miną. Ona biedniejsza odemnie, zostawiła rodzinę prawie w nędzy. Sama zarabiała na ich życie, i teraz pozostali bez niej. To okropne! Julka wymawiała mi moje lekcje, ale dowiedziawszy się, że udzielam je tylko w polskich domach, uspokoiła się. U Pogórskich (także zesłańcy) daję dwie godziny francuskiego; u Stawiczów (inżynier-budowniczy) godzinę francuskiego i 2 godziny polskiego.
Pogórska mówiła, że chciałaby abyśmy u nich mieszkały, ale mogliby z naszego powodu mieć przykrości, jesteśmy pod ścisłym nadzorem policyjnym. Bieruzow nad nami czuwa. Gniewa mię jego argusowe oko, lecz nie szkodzi nam, przeciwnie pomaga.
Chołmaczowowie dobrzy ludzie, dość prości, bez pretensji, nie mają dzieci, więc cieszą się nami w zabawny sposób i chcą nam dogodzić. Do niego co dzień przychodzą znajomi na karty, ale gra ją po drugiej stronie mieszkania. „Eudoksja Iwanowna“, nasza gospodyni wyprawiła ich tam, mówiąc głośno, że tu będą przeszkadzali „polaczkom rewoilucjonerkom i dopieroż by Bieruzow nas zrugał“. Pomimo woli, zaśmiałyśmy się z Julką, tak to zabawnie mówiła do swych gości w przekonaniu, że my śpiemy.
Pada dziś gęsty śnieg, jakby chciał świat zasypać, takie niesłychane lecą płaty, równo, cicho. Ach Boże! jak u nas w Warszawie.
Co się ze mną dzieje?.... Są chwile, że bez namysłu pozbawiłabym się życia. Ogarnia mię już nie melancholja ale rozpacz.
A śnieg wali i wali. Jak tam dźwięczą sanki na ulicach Warszawy? Na ratuszu teraz jedenasta. Niedziela, tłumy się kręcą, idą do kościołów. Mama z Jontkiem są u Kanoniczek.
Wolę nie myśleć o tem! Boże, ile męki! Czy takie serdeczne tęsknoty ludzkie biegną do siebie przez ponurą dal? Czy spotykają się z sobą, łącząc w mistycznym uśmiechu żale i gorycze?...
Gdybyż wiedzieć?...
15 Grudnia.
Nie pisałam dwa tygodnie, bo o czem?... Odnawiać je na papierze to jeszcze więcej boli.
A przytetm... coś ze mną dzieje się, czego pojąć umysłem dotąd nie mogę, boję się zagłębiać w myślach, by nie odgadnąć prawdy.
Ludzie rodzą się na to, aby wiecznie walczyć, wieczną z sobą prowadzić kampanię i zawsze rozwiązanie jest niejasne. Złe i dobre instynkta w duszy borykają się z sobą, spychają wzajemnie, wygrażają sobie pięściami, szczerzą na się zęby, ale stanowczo żadne nie wygrywa. I ta walka trwa wiecznie. Dobrze, jeśli siła ciężkości spoczywa w dobrych instynktach, źle jeśli w złych.
Nie sypiam po nocach, słyszę jak dmie wicher i wstrząsnę się nieraz, okropnie wstrząsnę na myśl, że jestem w Archangielsku. Staje przy mnie mara jakaś, gorsza od wygnania, czasem wołałabym kajdany jak te niepojęte uczucia.
17 Grudnia.
Julka mię drażni swym badawczym wzrokiem, coś przeczuwa, o czem ja sama nie chcę wiedzieć.
Matuchno! przyszlij mi przez tysiące mil swe oczy błogosławiące, może one obronią mię, może odwrócą nieszczęście, gorsze od wiecznej niewoli. Matuchno!
19 Grudnia.
Można jednak wytworzyć sobie cudną chwilę, nawet w moich smutnych warunkach. Lecz chyba tylko tam, gdzie wchodzi muzyka.
Taką chwilę miałam dziś, przed zapaleniem lamp. Grałam trochę na rozklekotanym fortepianie Chołmacziowów, ale to mię rozstroiło. Nakręciłam gramofon. Niecierpiałam przedtem tego instrumentu, lecz pragnienie muzyki jest silniejsze nad uprzedzenie.
Gramofon grał — arję Bacha. Zwykle wrzaskliwy, ten jeden utwór poprostu pieści. Rzewne, pełne intonacji tony płynęły w ciszę i mrok wieczorny, dźwięczną, z da się, aksamitną harmonią.
W melodji tej arji jest coś dziwnego, jakaś prośba do samego Boga, jakiś żal, drga na pojedyńczych akordach i przejmująca skarga i tęsknota i ból. Na słodkich i spokojnych dźwiękach, kładzie się gorzka rozpacz, odczuć się daje tragedja bezgraniczna. Słuchając duch wznosi się hen! na wyżyny, po za chmury i obłoki, gdzie białe skrzydła Aniołów, muskają w złote struny arf eolskich. Siedziałam, zagłębiona w fotelu, patrząc na świetlany pas, pozostały po zniknięciu słońca. Dokoła kłębiły się ciemne obłoki nocne, tem jaskrawiej uwydatniając promienny szlak, nie gorący, nie wesoły, nie nasz, ale dziwnie smętny, błyszczący suchem światłem, jak zgaszona dusza człowieka. I zdawało mi się, że na tej jasności zjawiają się cienie, uwypuklające me marzenia, lepiej powiem, wspomnienia. Okno Chołmaczowów było dla mnie jakby panoramą na świat mego minionego szczęścia. Miałam wrażenie, że mój duch wychodzi z ciała i płynie na tej jasności, płynie w dal siną, łudząc się, że trafi na światło gorętsze, bardziej świetlane, aż po długiej wędrówce, z nadzieją i hejnałem szczęścia, trafia na zbitą masę czarnych chmur. I ginie w nich, jak topielec bez ratunku, nawet z radością, że cierpienia ustały.
A dokoła snuły się cienie, zapadał mrok.
Są chwile, że się nie czuje własnej istoty, nie czuje się ciała, brak wszelkiej realności, tylko duch potężnieje, staje się tak ogromnym, że aż rozsadza ramy warunków i otoczenia.
Czułam, że mój duch był tam, na świetlanym pasie, skąd mógł widzieć — niebo Warszawy.
Przymknęłam oczy i ujrzałam obraz, namalowany sercem, cieniowany tęsknotą. Oto w naszem mieszkaniu, w stołowym pokoju, przy lampie, siedzi mama. Siwe pasma włosów srebrzą się w blasku lampy. Oczy zaczerwienione od bezsenności, co ją trapi i od łez. Przy niej klęczy Jontek. Tuli swą czarniawą głowę do jej kolan i pociesza i błaga o spokój. „Staszek — Cesia“, te imiona mama i Jontek zdejmują sobie wzajemnie z ust. Obraz nagle zadrżał mi w oczach, zaczęły do źrenic napływać łzy.
I zmienił się. Widzę Staszka. Gdzieś w śniegach i lodach Syberji. Wzrok ma przygasły, bladą twarz. Myśli o nas i tęskni. Ale nie! Staszek nie traci otuchy! On kocha kraj i dumny jest z tego, że cierpi za ojczyznę.
Staszku! i ja chcę być silną, łączmy się myślami i nieśmy je wspólnie przez obce kraje, do tej naszej drogiej matki, za którą cierpimy i do naszej mamy i Jontka.
Nie chciałam oczu otworzyć, by nie prysnął czar, bałam się odetchnąć, by nie spłoszyć widzenia, tej halucynacji złudzeń.
Muzyka ustała, zaległa cisza, tylko igła na nutach gramofonu zaczęła syczeć przeciągle.
Pomyślałam, że tak się wszystko na świecie kończy. Że jak wyczerpała się nuta, tak wyczerpują się ludzkie uczucia i duch ludzki w walce z przeciwnościami życia. Ale, jak po zgaśnięciu melodji echo gra jeszcze, tak w człowieku jęczy ból, czasem wiekuiście.
Wstałam i znowu powróciłam życie instrumentowi, znowu grał arję Bacha. Gdybyż to i człowieka po agonii, po stracie wszystkich atomów życia duchowego, jakaś ręka cudownie pobudzić mogła, ożywić, dotknięciem ocucić.
Stanęłam przed oknem. Arja płynęła, płynęła ciągle, a na niebie wśród szaro białych kłębów, sterował srebrny sierp. Chował się za ciemne zwoje, wdziewał na się ciężkie futra chmur, czasem zrzucał z siebie te ciężary i kapryśnie przysłaniał się przezroczą gazą obłoczków. Złożyłam ręce i wpatrzona w jasny punkt, szeptałam słowa modlitwy. Księżyc słyszał, rozumiał moją prośbę, niósł ją do Boga, każde słowo cieniował swemi obrotami. Patrzał mi wprost w twarz, jakby z życzliwym uśmiechem, albo z gniewem zasuwał się za ciemny kłąb, lub nagarniał na się szarą mgłę niepewności. Raz na mój szept gorący, błysnął smugą brylantów, cisnął stos światła na mą głowę, aż twarz mi się rozjaśniła. Szepnęłam: Zrozumiałeś — odczułeś? Ale sierp znowu rozwiał błogą chwilę, schował się zupełnie.
Uklękłam wówczas i gorąco westchnęłam do Boga, z prośbą, niemal z łkaniem, schyliłam się aż do ziemi, błagając. Ujrzałam blask na podłodze. Sierp znowu siał brylanty, złocił się nadzieją, otuchą. W tem zadzwoniono w przedpokoju.
Czar prysnął!
20 Grudnia.
Dziś był Bieruzow. Otworzył mi drzwi jak wracałam z lekcji. Rozmawiałam z nim w salonie Chołmaczowów. Przyniósł mi paczkę numerów Kurjera Warszawskiego z ostatnich tygodni. Boże! co za wrażenie! Wiadomości z Warszawy! Dziękowałam mu szczerze, a on rzekł: „To taka drobność, a dla pani wesoło“. Po polsku, choć łamane słowa, ale po polsku. Zdziwiona spojrzałam na niego, a on odrzekł: „ja uczę się po waszemu, panno Cecyljo“, Dotychczas mówił mi zawsze „Cecylja Kazimirowna“. Taki miał dziwny wyraz w piwnych oczach, gdy ogarnął mię niemi... Brrr! oficer żandarmerji! Nie chcę o nim mówić. Idę czytać Kurjery; skąd je dostał i.... czemu sam nie wraca już do Warszawy?
21 Grudnia.
W kraju wre. Ciągłe aresztowania, ciągła walka o byt. Pochłonęłam wiadomości, nawet wszystkie ogłoszenia. W nekrologach jest znajome nazwisko studenta, zmarł nagle. Może samobójstwo? Chłopak był młody i zdrów.
22 Grudnia.
Pojutrze wigilja w Warszawie.
Radość w szczęśliwych rodzinach, płacz w wielu domach wśród nędzy. Ile niedoli na świecie! Ile łez płynie!
A na ulicach ruch, ciągły wzmożony ruch.
Przed rokiem wyjeżdżaliśmy wszyscy na święta do ciotki. Mama i Jontek wciąż mi są w myśli i Staszek! Boże! On w ciężkich robotach. On! Staszek! Może to tylko straszny sen, mara? Wściekłość mię ogarnia, rozwaliłabym świat, byle wyrwać Stacha z Syberji. I nic nie mogę dla niego zrobić, nic. Przecie to gorsze od śmierci!
Julka mi mówi, że nie powinnam go żałować, bo on walczy za kraj, jest bohaterem. Ja to rozumiem, tylko sercem objąć nie mogę. Wszystko się we mnie buntuje, sama do siebie czuję wstręt. Ja co jestem o tyle mniej warta od Staszka, mam mniejszą karę. Ciągle niby wyrzut gorzki, stoi mi przed oczyma postać brata zakutego w żelazach.
Julka inaczej na to patrzy, ona ma twardy charakter, nazywa mię głupią patrjotką. Może to słuszne? ale ja mam tylko mniej mężne serce od niej, a patrjotyzm równie silny.
I mnie, mnie mogą ogarniać takie dziwne uczucia?... Takie sprzeczności straszliwe?... Po wszystkiem co się stało ze Staszkiem, ja mogę patrzeć na Bieruzowa z życzliwością? Dziękować mu za jego dobroć — żandarmskiemu oficerowi?.... To zgrzyt! to ironja!... A jednak cóż on winien?... Jest rosjaninem i na służbie. Mógłby naprawdę być złym, gdyby chciał i miał to w swej naturze. On jest uczciwy, coś ma w sobie łagodnego, pomimo dzikich ogni w oczach. Wczoraj Julka patrząc przez okno, zawołała nagle: „Bieruzow idzie do nas, wiesz Cesia, że to dziwny człowiek“.
— Dlaczego? — spytałam.
— Ma w sobie coś, co bierze — odrzekła Julka. Zauważ tylko jego oczy i straszne i zarazem łagodzące.
Patrzałam na nią zdumiona. Nie znosiła go przecie, skąd ta zmiana? A Julka mówiła dalej.
— Albo jego brwi... zrośnięte jak czarne łuki.
— Prędzej jak nahajki — odpowiedziałam z gniewem. Rozdrażniły mię zachwyty Julki.
Ona spojrzała na mnie i odrzekła spokojnie, ale ironicznie.
— Czego się dąsasz? wiem, że ci się podoba „Andrej Andrejewicz“, ja się nie dziwie, bo on jest typowy. Zupełnie do Bohuna podobny.
— Szkoda, że żandarm! — rzuciłam nerwowo.
— A szkoda! — westchnęła Julka.
Nic już nie odpowiedziałam, bo zadźwięczały ostrogi w przedpokoju. Poznałam kroki Andrzeja. Zastukał do nas.
— Nie można! — zawołałam.
— Przepraszam!
— Cesia! on po polsku mówi — krzyknęła Julka.
— To i cóż!
Julka skoczyła do drzwi, pobiegła za nim do salonu. Słyszałam jak rozmawiali. Ja szarpałam chustkę na sobie. Gniew mię porywał niepojęty. Po kilkunastu minutach weszła Julka, była zmieniona.
— Co się stało?! — zawołałam.
Nie odpowiedziała ani słowa. Podeszła do okna i oparłszy czoło na szybie, stała cicho jakby zgnębiona. Lęk mię przejął straszny. Podbiegłam do niej i szarpnęłam za ramię.
— Julka! nie masz prawa ukrywać przedemną nieszczęścia! mów co się stało?!
— Nic się nie stało złego, tylko Bieruzow to dzielny i zacny człowiek. Powinniśmy go, Cesiu, bardzo szanować.
— Julka, co to?!...
Wzruszyła ramionami.
— Czego tak zbladłaś? Ty, Cesia, nigdy rozumu nie będziesz miała. Powtarzam ci, że Andrzeja powinniśmy bardzo cenić, — to nasz dobry duch.
— I to ty mówisz o nim? Ty?...
Julka wyprostowała się dumnie.
— Potrafię ocenić duszę człowieka nawet we wrogu — odrzekła z mocą.
Niczego więcej nie dowiedziałam się. Julka wyszła zaraz do Pogórskich, gdzie młodszym dzieciom udziela początków. Uległa moim namowom, gdyż bezczynność źle na nią działała.
23 Grudnia.
Dziś była trudna lekcja z Anią Stawiczówną. Musiałam panować nad sobą, by nie rozpłakać się. Taki mię żal dławi, tak mi czarno i pusto. Pusto bezbrzeżnie.
Olska szczęśliwa. Sprzedaje ryby u Kirylicza i mówi, że nie martwi się bo i to minie. Obiecuje sobie zarobić przez te dziesięć lat wygnania i jest pewna, że miną one, jak jedna doba. Jak ona może tak filozofować?... Nie pojmuję tego spokoju! Może to tylko brawura?....
Rodziny prawie niema, mąż stracony, więc już do kraju nawet nie tęskni. Czy tak można zagłuszyć w sobie uczucia? Nie, jeśli Olska chce nas pocieszać tą swoją filozofią, to się myli. Mnie tylko napawa goryczą.
24 Grudnia.
Dziś wigilja. Dziś mama, Jontek, kraj cały święci ten dzień uroczysty. Skowyczy we mnie wszystko co czuć potrafi, serce struga ostry nóż wspomnień. Taki szalony męt w mózgu. Takie młoty, obuchy walą, miażdżą w duszy, każdą jej cząstkę. A Staszek zakuty! Żeby mu Bóg na ten dzień odebrał siłę wspomnień! Niechby nie pamiętał, że to wigilja! Niechby wpadł w jakiś letarg, cudowny sen, któryby go przeniósł do swoich duchem. Niechby nie czuł tęsknoty. Boże zlituj się nad nim, nad mamą i Jontkiem. Zlituj się nad tymi co dziś cierpią, nad wygnańcami z kraju. Zeszlij im ukojenie.
24 Grudnia, 12-ta w nocy.
Okropnego doznałam wstrząśnienia, dziś, po powrocie od Pogórskich. Oni obchodzą święta starego stylu, więc tylko rozmawialiśmy o kraju, aż do zmroku. Potem wyszłam, chcąc u siebie spędzić wieczór. Julka poszła do Olskiej.
W domu otworzyła mi drzwi „Eudoksja Iwanówna“ z jakimś zagadkowym uśmiechem na twarzy. Gdy weszłam do pokoju, zdrętwiałam z wrażenia. Na środku stała choinka, mała, zgrabna, na wysokim słupku umocowana. Służąca Nadia, kończyła zapalać świeczki. Nie mogłam pojąć czy to sen, czy to jawa. Tak plastycznie uprzytomniło mi to drzewko kraj mój i rodzinę. Łzy spłynęły mi z twarzy, nie mogłam wypowiedzieć słowa. Upadłam na kolana przed drzewkiem i załkałam boleśnie.
Nadia przedtem wybiegła z pokoju. Musiałam długo płakać, bo nareszcie Chołmaczowowa zastukała do drzwi. Chciałam jej dziękować za niespodziankę, ale ona rzekła:
— To nie ja, to nie ja, to Bieruzow.
I opowiedziała mi jak on sam choinkę ustawił, świeczkami ubrał i papierowym łańcuchem, a złote orzechy i te „konfiekty“ to zawieszał, to zdejmował, bo się bał, żeby się panna Cecylja nie obraziła.
Wzruszyła mię do głębi duszy dobroć tego człowieka. Stałam przy drzewku niema z radości i różnych stłoczonych z sobą uczuć. Nagle dojrzałam coś białego na słupku.
Krzyknęłam strasznie, był to list od mamy! Stempel warszawski i adres napisany ręką matuchny. Nie pytając więcej o nic, rozszarpałam kopertę i klęcząc przed choinką, rozwinęłam list. Wypadły opłatki. Co za szczęście! Czytałam te drogie litery połykając je z chciwością nadludzką.
Mama i Jontek pisali na czterech arkuszach, maczkiem. Dodają mi otuchy, pocieszają, jak słodko mama przemawia i o Staszku mówi z taką boską rezygnacją. Tyle miłości i poświęcenia w jej kochanych słowach. Takie musiały być dawniejsze matki chrześcijańskie, oddające dzieci na arenę męczeństwa. Jontek pisze o sobie, że się uczy pilnie i w następnym roku skończy gimnazjum. Daj mu Boże szczęście i hart, aby mama miała z niego pociechę. Droga matuchna! Ile ją kosztują te słowa nadziei, które mi przysyła. Pisze tak: „przetrwaj lata niedoli, bądź mężną, a wiary nie zgub, bo to skarb nasz najcenniejszy. Gdy Bóg pozwoli ci powrócić po dziesięciu latach, będziesz kobietą trzydziestoparoletnią, więc jeszcze młodą i pełną sił; jeszcze kraj znajdzie w tobie zacną obywatelkę i społeczniczkę. A ja modlę się gorąco, bym chwili twego powrotu doczekać mogła i uścisnąć cię po dniach rozłąki“.
Na zakończenie Jontek unosi się nad dobrocią Bieruzowa. On podobno pisał do mamy pozwalając na korespondencję ze mną przez jego ręce. Jaki to szlachetny charakter! Jaka delikatność tego człowieka. Sam się nawet nie pokazał tego wieczoru. Są jednak zacne dusze w ludziach, którzy nas skądinąd przerażają. Nie domyślamy się często, gdzie jest prawość, nawet słodycz charakteru. Bieruzow od początku opiekował się nami serdecznie, strzegł od wszelkich przykrości. I tu na każdym kroku odczuwam jego dobroć.
Gdy nadeszła Julka z Olską, spłakałyśmy się wszystkie przy choince. W ścianach rosyjskiego domu w Archangielskn rozbrzmiała pieśń polska, o narodzinach Boskiego dzieciątka. Dzieliłyśmy się opłatkiem, a łzy żalu jedna przed drugą skrywała. Dziewięć takich wieczorów musimy jeszcze spędzić, w tym północnym kącie. Czy przeżyjem?.... Może Olska dobrze radzi, żeby najmniej myśleć o przyszłości, bo to niweczy siły życiowe, a przecież powinnyśmy dbać o to, by zachować zdrowie dla kraju, gdy doń powrócimy. Trudno o taką trzeźwość, trzeba ją posiadać; wyrobić się nie da.
Tęsknota i beznadziejność, wyżera istotę człowieka w barbarzyński sposób.
Czytałam list mamy Julce i Olskiej i one się spłakały nad nim, a Julka mi powiedziała z zapałem.
— „A widzisz? Cesia? mówiłam prawdę. Bieruzowa trzeba cenić“.
Pytałam ją, czem Bieruzow ją zjednał wówczas w salonie; odrzekła bez namysłu.
— Swą szlachetnością. Dowiedział się, że ma być u nas rewizja, policją widział przed domem i ostrzegał nas. Jest tu jakiś oficer z admiralicji, który nie lubi Andrzeja i nas śledzi, prawdopodobnie zechce nam dokuczać przez złość dla Bieruzowa.
Zaniepokoiłam się tem, a Olska rzekła.
— Ta opieka Bieruzowa nad nami jest podejrzana. Tu wchodzi w grę coś innego niż prosta uczciwość. Ja trochę domyślam się.
Nie pozwoliłam jej dokończyć; przeczułam dalszy ciąg jej słów.
Boże mój! Czyżby to była prawda?... Nie, nie, jaknajdalej z podobnemi myślami! Niszczyć je zawzięcie, jak gady kąśliwe, by się nie rozmnażały. Przesiedziałyśmy we trzy aż do tej chwili. Olska przyniosła jakichś rybek i herbaty. Urządziła nam wieczerzę. Bawiła nas krzątaniem się przy spirytusowej maszynce.
Teraz Olska śpi na mojem łóżku, Julka drzymie i nuci kolędy.
Cisza wielka, wszystko dokoła śpi. Czy wszystko? Uczucia chyba nie znają snu. One błądzą stale w atmosferze, choć nie pobudzane umysłem. Dusza ludzka nie zna snu i serce nie zna, ono bije zawsze. Nad uśpionem ciałem błądzi moc uczuć, z serca wypłyniętych, błądzi i gna w strony ukochane przez jaźń duchową i dosięga serdecznych strun i gra na nich. Tak, uczucia nie śpią. Tworzą sny, tworzą mary, abstrakcyjnie pływają w przestworzu, dopóki umysł ocknięty nie zgromadzi ich w jednolitą całość.
Na ulicy gdzieś słychać szczekanie psa. Jak przed rokiem na wsi u ciotki, tylko świstka nocnego stróża nie usłyszę tutaj.
Chciałabym zamienić się w niedźwiedzia i zasnąć twardo na tę zimę mego życia; obudzić się, aż kiedy znowu słońce wzejdzie.... Za dziesięć lat. Czy ja spokój odzyskam? Czy ta newroza jest u mnie czasem przejściowym?... Czy będzie trwać?... To byłoby okrutne!
Karcę siebie za taką słabość i brak odwagi. Mama staruszka już i tyle ma hartu w duszy. A ja mając dwadzieścia parę lat, chcę jakiegoś zaniku, byle nie cierpieć? Chcę doczekać słońca bez męki?... Egoistką jestem, nikczemną!
Moja dola jest jeszcze promienną w porównaniu z nędzą Staszka. On listu od mamy nie otrzymał, on cierpi najwięcej. A ja chcę spać, byle nie czuć niewoli?...
Wstydzę się za siebie!
26 Grudnia.
Drugi dzień świąt. Zagłębiam się w ponure myśli, aby choć odrobiną zbliżyć się w cierpieniu do cierpień Staszka. Ta choinka i list mamy to dla mnie gorzki wyrzut. Czemuż ja tego przesłać nie mogę Staszkowi?...
27 Grudnia.
Coś nowego! Dręczy mię jakaś kolizja niepojęta uczuć, wrażeń przestraszających. Obawa własnego cienia i najbliższej przyszłości.
Czy można stanowczo zawładnąć nad swemi myślami i uczuciami?...
Nie! Największa siła woli i gmach postanowień nic nie znaczy wobec tej potęgi, wyższej ponad wszystko, co nam je nasuwa.
Serce jest władcą ducha ludzkiego, ono zbiera uczucia i rozprasza je. A siła, energja?... jest dla pobudzania muskułów, może i umysłu? Lecz nie dla uczuć.
Może być energja czynu, a moc ducha.
Więc się nie obronię? To mię przeraża jak jeszcze jeden bardzo ostry młot mego nieszczęścia.
1 Stycznia.
Nowy rok! Smutne niesie nam horoskopy. Nam wygnankom. Otrząsam się z nawału ciężkich myśli. Tak dłużej trwać nie może. Po za godzinami lekcji siedzę u siebie i rysuję. Z kart pocztowych z widokami Warszawy, które znalazłam u Pogórskich, przerysowuję na duże kartony. Mam już plac Teatralny z gmachem teatru i Łazienkowski pałac. Wszystko to teraz pokryte śniegiem. Rysuję z myśli różne zakątki naszego mieszkania, powiększam fotografie moich najdroższych. Tęsknoty to nie osłabi lecz zabija czas i przenosi do swoich. Czytam dość wiele. Pogórscy mają polskie książki.
Zwalczam w sobie tę przeogromną nudę, która zdaje się iść do mnie przez stepy i pola, śniegiem obrosłe. Jęczy mi głuchy dzwon w mózgu i tak kołacze, aż ból fizyczny odczuwam. I myślę. Myślę nad tem, poco w duszy człowieka żyje uczucie patrjotyzmu? Poco ta świętość poczyna się jeszcze w dziecinnem łonie i rośnie i potężnieje? Poco?! By jeden wybuch tego ognia, jeden błysk wyszły z poza obowiązkowej powłoki niweczył cały płód? Takiej potęgi nie można w sobie zaniknąć, bo gdy jest potęga — musi być zapał, a zapał jest głośny i jasny, daje się widzieć. Taki cichy, bezczynny patrjotyzm, cóż wart? Może go nie być równie dobrze. Jest praktyczniejszy. Zapewne, można z nim żyć dostatnio, nawet tłuścieć, ale to tylko wegetacja, to nie czyn.
4 Stycznia.
Była dziś u nas rewizja. Oficer z admiralicji działa na naszą niekorzyść. Ale Bieruzow był na kilka minut przedtem i schował w kieszeni szynela, mój dziennik oraz listy z Warszawy. Kurjery nam zabrano.
Bieruzow oddając mi paczkę ocalonych papierów, rzekł po polsku: „Niech się pani nie boi, ja pilnuję, krzywdy wam nie zrobią“. Tak przytem dziwnie patrzy. Boję się tych oczu.
5 Stycznia.
Ciągle prześladują mię oczy Andrzeja. To jakieś przekleństwo! Co się ze mną dzieje? Co się we mnie poczyna?...
Ach te oczy!
Podła jestem! podła!
25 Stycznia.
Nie mogę pisać teraz. I pragnę tych zwierzeń serdecznych i odpycha mię od nich — strach! Mara! Boję się spojrzeć w oczy tej bestji, która już we mnie rozwielmożnia się, którą już odczuwam. Ciężarem osiadła na mem sercu; kaleczy je do krwi. Julka milczy, rozumie wszystko ale milczy. Och! lepiej by mnie wybiła!
Od mamy i Jontka znowu były długie, długie listy.
Matuchno!
30 Stycznia.
Czy wy wiecie co to jest wygnanie i ta długa zima na północy? Nie wie tego ten, kto szczęśliwy. Ale niedola nigdy sama nie chodzi, zawsze w parze, zawsze wlecze za sobą inną, czasem gorszą jeszcze i okrutniejszą, I ze mną poszły dwie. Jedna żre duszę, druga serce. Piekielne twory! Zima na wygnaniu, w Archangielsku! Te noce nieskończone, mróz, albo monotonne mamrotanie wichru! Coś wówczas za włosy porywa, rozcząstkowuje nerwy.
Bezmiar, bezmiar smutku!
Noce najgorsze! Przewalają się leniwie, łażą ciężkiem cielskiem po duszy ludzkiej i omaszczają rozpaczą. Wolno kapią godziny brzemienne w tęsknotę i straszną niemoc. A wiatr suwa się po szybach okien, tak ponury.
Ten wiatr, Bóg wie skąd, przywędrował tu do Archangielska. Tłucze w okna, a mówić nie umie. Może on był w Warszawie? Może wiał tam, na ulicach naszych? Może szeleścił nagiemi gałęźmi drzew w Łazienkowskim parku? Może w Wilanowie buszował, na Wiśle ze śniegiem się borykał? A potem... potem zajrzawszy do dziedzińców cytadeli, jęknął z żalu i ruszył odwiedzić tych, co płaczą, co tęsknią — wśród śniegów północy. Odwiedzić zesłańców. Chodź wietrze, chodź! Może otuchę niesiesz? Może w twym szumie usłyszę jeszcze niezgubiony po drodze, jesienny bełkot fal wiślanych? Może niesiesz; ostatni zew katedralnych dzwonów naszych. Może płacz dzieci, którym zabrano rodziców. Wietrze, mów, wiaterku! dotknij mego czoła i wygraj smętną melodję, zdjętą z bruku Warszawy. Niech ja się nią upoję.
Wietrze, dotknij mej skroni, rozpalonej tęsknotą. Niech ona upieści się twem głaskaniem, niech mam ulgę w myśli, że to nasz powiew rodzinny muska mię łagodnie i tak słodko.
Widzę w marzeniach swych nocnych nasze łąki, usiane złotogłowiem kwiecia. Zanurzam się w nich, pławię w kwiatach, niby w szumiącej fali jeziornej, gdzie przeglądają się obłoki. Nagarniam na siebie snopy traw i piję ich rzeźwość. Błękitne niezapominajki, otwierają szeroko swe ciekawe źrenice, patrzą na mnie i szemrzą swą wiekuistą pieśń wiosenną, którą motyle na skrzydłach roznoszą. Słodycz miodowa sączy się z pod traw, z pod kwiatów, idzie ona wonna i ożywcza, słodycz ziemi naszej drogiej, słodycz upoista.
A taka bezbrzeżnie tęskna.
A taka promienna.
Idzie ona za nami do murów Warszawy, przyjęta radośnie przez serca, co ją kochają. Ochładza czoła uznojone, rozszerza piersi, ściśnięte miejską dusznością.
A zwie się tam — odczuciem ziemi.
Idzie ona i dalej, śladem swych dzieci.
Idzie do pustyń upalnych, za ocean, gdzie polskie siekiery pracują, dla chleba, niwecząc bory dziewicze.
A zwie się tam — nostalgją.
Idzie do ludnych miast obcych, gdzie w cuchnących tłoczniach fabrycznych, wśród dymu i sadzy, wsącza się w dusze wychudłych robotników, dążących po pracę, z ubogich zagonów ojczystych.
A zwie się tam — nostalgją.
Idzie ta słodycz nasza ukochana, do czarnych kopalni, gdzie w czeluściach ciasnych korytarzy, ociekając potem, ze zgiętemi grzbietami, ciągną mozół przestraszny tłumy nawpół żywych istot, z gleby swej za bytem tam przygnanych.
I tam zwie się — nostalgją.
Idzie ona do nas, zesłańców za miłość dla Niej, do pustyń śnieżnych, do robót ciężkich, do wątłych ciał biedaków opasanych żelazami, z brzemieniem taczek za sobą.
A zwie się tu, — już nie tylko nostalgją, ale rozpaczną tęsknotą,— — — — — —i bezkresną miłością.
O łąki nasze złotogłowiem kwiecia usiane! Tak was kocham!
A tu śnieg! śnieg! śnieg!
Mróz ścina oddech i lodem osiada na duszy.
Tylko serca nie zgasi.
Ono żyje, tętni i kipi żywą krwią.
2 Lutego.
Dziś niedziela. Był u nas Bieruzow, całe południe. Siedziałyśmy z Julką w salonie, a on opowiadał o sobie. Urodził się i wychował w głębokiej Rosji i tam wstąpił do żandarmerji. Mówił, że dopiero w Warszawie, gdzie go przeniesiono, odczuł całą okropność swego stanowiska. Chciał już wystąpić, gdy oddano mu nas w opiekę. Wzbraniał się, nie chciał, ale po ostatniem śledztwie, na którem był obecny, zdecydował się odrazu.
„Ja bał się, żeby wam do konwoju nie dali jakiego grubego oficera, tak już wolał sam. No, bo mnie i pociągnęło za wami strasznie, prosto za serce chwyciło, a tu myślę takie delikatne panienki, a Boże broń czego?... Ot, ja jużby nie dopuścił krzywdy“.
Mówił tak, patrząc swemi przepaścistemi oczyma, na zamglone od mrozu okno, i wolnym ruchem gładząc brodę.
Jakaś melancholja była w całej jego postaci i przygnębienie, odcinające się dziwnie od jego energicznych rysów.
Siedziałam w kącie staroświeckiej sofy, otulona w szalu i patrzałam: na niego. Patrzałam jak przykuta a zupełnie bezwolnie. Rozbudził mie szyderczy głos Julki; mówiła do niego:
— Czemuż pan do Warszawy nie wraca? Przecie panu nie kazali ciągle nas pilnować.
— Nie, nie kazali — odrzekł cicho po długiej chwili.
To czego pan tu siedzi?...
On spojrzał na nią spokojnie, bez uśmiechu i rzekł jakby zdziwiony.
— Panna Julja, to widno tylko co narodziła się.
Tyle było prostoty i szczerości w tych jego słowach, że Julka zwykle obraźliwa, tym razem uśmiechnęła się łagodnie.
Mnie jakiś skurcz ścisnął serce.
— Oho! nie wiadomo kto z nas głupszy dzieciak, zażartowała Julka.
— Głupszy to może ja, ale wy napewno większe ditia odemnie — odrzekł Andrzej.
— Dlaczego?....
No bo jakże! Nawet i tego nie rozumicie czego ja tu siedzę; a jaż nie chodzę w masce.
Wstał i zaczął się żegnać. Do mnie zwrócił się ze słowami:
A panna Cecylja to milczy i milczy, nie łaskawa na mnie. Boże mój!
Duże jego oczy zaszły powłoką smutku. Nie chciałam widzieć i... jednak widziałam. Powtórzę za nim: — Boże mój! ale dodam: ratuj mię!
5 Lutego.
Nie sypiam nocami. Mordują mię przeróżne widziadła, okropne, podłe lecz i... takie słodkie. Im są słodsze, tem podlejsze, im rozkoszniejsze, tem śmielsze. Z głowy mej wypływają strugi myśli obłędnych, wprost czasem tyranicznych. I pełzną! do najtajniejszych skrytek serca. Po złodziejsku się do niego skradają, chcąc mu wyźreć tajemnicę i może zbeszcześcić. Bo myśl z uczuciem nie zawsze jest zgodną. Myśl jest już odruchem rozumu. A rozum to wielki pan, głupszy lub mądrzejszy, ale zawsze wyrachowany, sztywny; umiejący zatrzymać się zręcznie na progu, gdy widzi, że poza nim jest nieodpowiedni teren dla jego dostojnych nóg. Umiejący nie wyciągnąć ręki do skaleczonego biedaka, nie dotknąć łachmanów żebraczych, aby nie psuć sobie spokoju i nie powalać rąk. A uczucie, to proste pacholę wieśniacze, o ufnych, jasnych źrenicach i pełnej piersi dobroczynnych tchnień. Ono swobodnie idzie w przestwór, gnane tęsknoty, zanurza się w kwieciu, kłosy zgarnia na swą głowę, tuli do się wszystko co biedne, co łaknie. Ono brodzi nieustraszoną stopą, wśród lasów ciemnych i ciernistych, wskroś bagnisk nieprzebytych, wskroś plączących ljanów niedoli. Wciąż dąży do jakiejś wizji urojonej i przeczutej, która stać się może ukochaniem jego, pulsem jego życia. I gdy dosięgnie nareszcie, nie zatrzyma się na progu. Choćby ten próg nabity był ostremi ćwiekami, choćby go poranił, pachole ufne, szczęśliwe, stąpa śmiało, zwycięzko idzie naprzód i osiąga — marę lub cudną prawdę.
Uczucie dotknie się najbrudniejszej istoty, gdy widzi, że ona cierpi, a nawet gdy wprost intuicyjnie przeczuje w niej coś co nie mówi, nie błyszczy, ale jest, żyje i odczuć się daje. Wszystko co odczuć się daje, warte jest odczucia, wszystko co intuicyjnie odgadujemy, ma w sobie moc. Bierności nie odczujemy — chyba w ten sposób jak kamień, gdy go usuwamy z drogi. Ale i bierność ma swą filozofję.
Nie być. Może to największa prawda życiowa? może w tem koncentrują się wszystkie rozumy i przemyślenia, przetrawienia najistotniejszych dogmatów. Może to jest właśnie zdobycie wszechwiedzy i wszechzrozumienia ludzkości?
Nie być.
Kto sobie tak powie i tak trwa, ten jednak zdobył jakąś prawdę, i ona mu mówi, że walka — to nicość, że praca to nędza, że ideał to złuda, że myśl — to strata czasu a uczucia — miraż, a rozum — głupota.
I gdy dojdzie do takiej syntezy, oczywiście samą siłą zdobytych faktów, popada w bierność, trwa w niej i nawet rozkoszuje się nią.
Ale czy pozbywa się również ironji? Czy też ona zostaje w popielisku jego idei, i przez nią patrzy na ludzkość, borykającą się, wznoszącą i ginącą, ze śmiechem szyderczym, jakby mówił: „kręćcie karki, i was przegryzie rdza mojej filozofji i wy osiądziecie na mieliźnie bierności, bez pragnień zepchnięcia się z niej“.
Nie, jeśli absolutna bierność, więc i pozbawiona ironji. Tu stołek — przed którym fikają kozły, tańczą, płaczą, kołki na nim ociosują, siadają nań, rzucają w kąt, dywanami przykrywają, rozkładają na nim drogocenne dzieła naukowe i dzieła sztuki, ryby skrobią, a on nic, zawsze ten sam — niemy stołek.
Więc cóż jest bierność? największa mądrość, czy najgłębsza głupota? To coś trzeciego, całkiem odrębnego, to stoi po środku mądrości i głupoty zażywiane sokami jednej i drugiej. A znowu jeżeli — bierność — więc nie może być odrębną?
To jest — rodzaj nijaki. Daleko odbiegłam od uczucia, a przecie bodaj czy ono nie jest również w pewnych warunkach zbliżone do bierności. Nie rzeczowo — ale podobieństwem środowiska. Bo i uczucie to wytwór zasilany w równej mierze potężnym źródłem największej mądrości, i żyłą pędzącą muł z dna głupoty.
Więc moje uczucia?
Oh! nie mówić o nich, nie mówić!
8 Lutego.
Staram się zagłuszyć w sobie wszystko, co czuję i myślę. Chcę być głazem.. Chcę być — biernością.
Dzień za dniem przechodzi bez różnicy zewnętrznej. Co dzień śniadanie, obiad, kolacja i znowu śniadanie, obiad, kolacja. Odbywam lekcje, rysuję i czytam. Zaniechałam wstępowania do kościoła, bo chłodna cisza panująca tam i stygmat świątyni, przenosi mię do Warszawy, a przytem budzi rozpacz. Rozpacz mego obecnego istnienia, mej targaniny wewnętrznej, którą chcę zadławić doszczętnie.
Z Julka rozmawiamy ostrożnie, bojąc się naruszyć jakiej struny bolesnej dla mnie. Za to chodzę często do Olskiej. Patrzę jak ona waży ryby, jak je układa, i mówi bez przerwy. O czem mówi?... O kundmanach Kirylicza, o gatunkach ryb i w ogóle towarów, a razem o naszej tu podróży, o cytadeli, o Warszawie. Przeskakuje z tematu wielkiego na temat płaski, jak wiewiórka z niebotycznego dębu, na śmietnik. I tak samo jak wiewiórka, gryzie orzechy najgłębszych zagadnień, z filozofją ostrych zębów, jak i te orzechy z półki Kirylicza, które wciąż miażdży w ustach. Płytkość wieje od tej kobiety, drażniąca nerwy. A pomimo to, gdy siedzę u niej lżej mi jest, bo rozmyślając nad nią i badając ją, zapominam o tem co nurtuje własną duszę. Z Julką Olska się zawsze kłóci, a na mnie mówi, żem „zamarynowana w smutku“. Wyrażenie iście kupczychy rybnej, ale wybaczam jej, bo każdy na swój sposób biedę znosi.
Zresztą Olska, to z gruntu dobra dusza, a że prosta i bezuczuciowa, to może właśnie dogmat jej szczęścia.
Oto jest już dobry typ bierności.
22 Lutego.
Przeżywałam dnie zmagań się straszliwych, jakbym błądziła wśród puszczy, gdzie czycha tylko niebezpieczeństwo. Na ziemi gąszcz splątana i dzikie bestje, na drzewach kąśliwe węże truciciele. Żadnego wyjścia z tej otchłani poczochranych wrażeń, z tej masakrowanej niemiłosiernie gehenny uczuć. Puszcza nieszczęścia stoi przedemną otworem. Zieje z niej do mnie parzący war jak z huty piekielnej, słyszę kłapanie wilczych kłów na mnie ostrzących się. Zamykam oczy, zatykam uszy i nic nie pomaga. Puszcza przeraża mię, zbliża się nieubłagana, by mię pochłonąć. Nie mam sił, by się bronić i już się... nie obronię.
Każdy nerw, każda żyłka krzyczy we mnie protestem, a ten żar zabijający ciągnie przemocą niesłychaną i wchłania mię wolno po atomie zda się, ale stale, ale okrutnie.
Wyłam dziś przez sen, konwulsyjnie płakałam. Zbudziła mię przerażona Julka. Podbiegła do mnie.
— Co ci to Cesia? Dziecko, cicho!
Jeszcze drżąca, prawie bezprzytomna ze wzburzenia, wysunęłam się z łóżka i runęłam do nóg Julki. Za to jedno słowo — dziecko — za ten jeden dźwięk! Całowałam jej ręce, łzami je oblewając. I skarżyłam się jękliwie i błagałam o ratunek. Czułam jak przez mgłę, że się zdradzam, ale potoku skarg wstrzymać nie byłam w stanie. Musiałam jednak coś wypowiedzieć strasznego, bo Julka zamilkła, tylko tuliła mię mocniej i łzy jej ciekły na mą głowę. Tuliła mię jak matka i ja się do niej garnęłam, jak do swej matuchny. Ułożyła mię łagodnie na pościeli, ale już zasnąć nie mogłam.
Mój sen stał mi ciągle krwawą łuną w oczach.
Byłam wśród zesłańców; w kopalniach Nerczyńskich, widziałam Staszka, ale jak? Patrzał na mnie karcącemi oczyma i wskazując mnie innym, mówił z goryczą.
— „Patrzcie! oto wyrodna córka, Polka, patrjotka, a w sercu nosi żmiję i hoduje ją miast zadławić zanim wyrosła. Patrzcie w jej duszę! — jakie się tam potwory lęgną, widzicie jej uczucia spodlone, w bezwstydzie unurzane! Patrzcie to Polka!“
Staszek tak mówił, a oni wszyscy okuci w żelazach spoglądali na mnie ze smutkiem bolesnym i łzy im padały na szare więzienne sukmany. Stałam jak przed własnym szafotem, z głową zwieszoną na piersiach. Rzuciłam się do nich, nogi im całowałam, bo na tych stopach odczułam zebrany pył nieszczęść ojczyzny. O litość ich błagałam. „Nie potępiajcie mię, jam niewinna; ten gad wylągł się bezwiednie w mem sercu. Ono kochało tylko ojczyznę i za Nią cierpiało. A ta nowa jasność zgrzytem mię przejęła.... Staszek podniósł nademną przeklinającym ruchem ramiona.
„Ona tę ohydę jasnością nazywa! Potępiona, potępiona!“
I nie było dla mnie ratunku, nie było litości. Przeklinali mię bracia, mnie wygnankę taką jak oni.
Wołałam matki, ale nie przyszła i ona mię przeklina!
Wtedy zaczęłam wyć z bólu, rozpaczy, co mi jak hyena wyżerała serce.
Przeraźliwy sen. Tragiczny sen.
Na drugi dzień byłam chora, miałam gorączkę, Julka nie puściła mię z domu. Ale nie leżałam. Tłukłam się po pokoju, jak zwierzę w klatce, chciałam samą siebie gryźć, by fizycznym bólem zagłuszyć cierpienia duszy. Julka mię łagodziła, przemawiała do mnie serdecznie, ale to nie pomogło. O tem, co bolało mię w istocie, milczałyśmy obie.
Po obiedzie, którego nie jadłam, zastukano do drzwi. Weszła Chołmaczowowa mówiąc, że przyszedł Andrzej.
Zadrżałam, musiałam zmienić się na twarzy, bo poczciwa ta kobieta zaczęła się mną troszczyć i radziła wezwać doktora. Nareszcie wyszła, Julka za nią. Słyszałam głos Andrzeja. I on o doktorze mówił. Słuchałam z natężeniem troskliwych jego słów, chłonęłam w siebie głos niski a smętny, jakby zgnieciony teraz. Niewiem jak to długo trwało, tylko uniesiona byłam w zaświaty. Archangielsk, wygnanie, cała przykra jawa zapadła się gdzieś bez śladu. Brodziłam w pysznym gaju róż, obficie zroszonym rosą słoneczną. Słuchałam jak krzewy szepcą, tym niskim, smętnym jakby zgniecionym głosem Taki płynął spokój, taka upoista cisza i — ten głos.
Aż nagle, dźwięk ostróg w przedpokoju, głos żałosny, ale już inny, już zbyt wyraźny.
„To ja będę czekał. Jakby, Boże broń, gorzej“.... — Dobrze, zawiadomię — odrzekła Julka.
Żegnają się, szczęk drzwi. Wyszedł. Z piorunową szybkością i mocą powrócił znów do myśli mych Archangielsk, Nerczyńsk, wygnanie, przeklinający brat i.... oficer żandarmerji.
Spazmatycznie trzęsłam się, szarpałam jak w ataku wścieklizny. Julka weszła i bez słowa położyła swą dłoń na mej głowie.
Nie mówiłyśmy do siebie nic.
25 Lutego.
Miałam dziś listy od mamy i Jontka. Nie domyślasz się mamo, co się ze mną dzieje. Nie trzeba żebyś wiedziała. Ja jestem zbrodniarką.
Andrzej przyniósł listy. Nie było nikogo prócz mnie. Oddał mi paczkę i spytał o me zdrowie. Długo patrzał na moje podkrążone oczy, na bladość moją i wahał się. Chciał coś mówić ale się wahał.
Ja zresztą prędko skończyłam tę chwilę żegnając się. Ucałował moją rękę w milczeniu. Żar, żar jego ust. Spuściłam głowę i stałam jak po wymierzonym policzku, bo mi ten pocałunek odjął władzę nad sobą. I przeraził i wstrząsnął i krew napędził do serca. On stał także. Nie wiem gdzie nasze oczy błądziły, ale musiały się spotkać w jakiejś przestrzeni i zatonąć w sobie. Odczuwałam wulkan jego źrenic, choć nie plastycznie. Znikł jego mundur, znikło jego stanowisko, pozostał tylko on sam, jego oczy i dusza dziwnie jasna, dziwnie promienna, która mię brała w siebie żywiołową mocą.
Ja pierwsza się ocknęłam. Znowu Nerczyńsk! Odeszłam.
Widziałam go jak szedł przez ulicę. Głowę miał zwieszoną, chód ciężki.
28 Lutego.
Człowiek to bardzo słabe i ułomne stworzenie. Nie jest w możności zatrzymania fali swych uczuć, gdy ta rośnie, nie zdoła skierować umysłu na inny brzeg, gdy ten pędzi wprost na skały.
Nędzny taki byt — bezwolny.
Ja byłam silną, miałam hart. Gdzie się podział?...
Znikł, znikł. Tylko uczucia rosną i już są przeogromne, mocarze.
Byłam w kościele. W bocznej nawie klęczałam. Msza się skończyła i cisza wionęła taka przeuroczysta. Pogaszono światła. Stuk zamykanych drzw i od zakrystji uderzył ostro w sklepienie, rozbił się tam i echem przypadł do murów.
Zatuliłam się w kołnierz futra, twarz schowałam w mufkę i siedziałam cicho z natłokiem myśli, które tu jakoś złagodniały. Miałam wrażenie jakbym po wrzaskliwej orgji sępów i jastrzębi weszła w stado białych gołębic, słodko gruchających. Białe pióra łagodnie szemrały, cicha pieśń, jakiś nokturn melodyjny, otaczał mię i kładł do duszy rozwite gałęzie wonnych lilji. Powiewały nademną kwiaty. Błogość nieziemska wsnuwała się do żył rozpalonych męką, rozpuszczała zbite kawały serdecznej krwi, pieściła ją, mieszając z nektarem błękitnym wielkiej szczęśliwości. Pulsa moje biły równo i słabo. Pogoda błysnęła po burzach, pogoda słoneczna.
Pachnąca świeżością przestworów powietrznych, okraszona cudowną tęczą, nabraną kolorami, niby czara najdrogocenniejszych farb, zapożyczonych od słońca i gwiazd.
Tęcza ciężarna wielką nadzieją.
I wraz z nią i wraz z lutnią słowiczych pieśni, wzięła mię ta przedziwna pogoda w swe zaklęte kolisko.
Cisza pobożna, cisza anielska.
Wyratowałam się.... wyszłam z gniazda os zjadliwych, jestem oto wśród łątek, świecących skrzydełkami z kryształu, wśród cichej chmurki motyli, bujających nad roztoczą błękitno seledynowej fali. Czuję ukojenie i szepty łagodne. To drobne falki szeleszczą w sitowiu: Czasem w tę ciszę boską, niby błyskawica, wpadnie myśl nagła i zmąci ją. Jak szybki ukośny lot jaskółki, co spadając raptownie pomiędzy motyle, piersią swą roztrąca je i burzy na chwilę gładką toń wodną. Tylko na chwilę. Znowu spokój, pogoda, radość.
Uczucia me, zmordowane walką, targaniem się beznadziejnem, wypełzły na słońce tej pogody wewnętrznej i piły rozkosz, piły żarłocznie słodycz po goryczy. W całej istocie rozlał się przepiękny, dobry spokój i prądem silnym płynął. Burzył się radością. Więc minęła niedola duchowa? Już przebrnęłam nędzę największą swego bytowania?.....
Szczęście niezrównane!
Wszystko przetrwam, przeboleję, byle w tej pogodzie nie zaćmił się jeden blask, byle jedno skrzydełko kryształowej łątki nie zwisło umarłe, byle cisza się nie zmąciła.
Trwam w niej, trwam. Tak dobrze.
Usłyszałam czyjeś kroki. Ktoś idzie przez środkową nawę, cicho jakby się skradał. Nie otwieram oczu.
Może zakrystjan zamyka kościół?.... Niech zamknie. Tak mi tu dobrze. Nie spojrzy, nie zobaczy mię i odejdzie. Kroki ucichły. Ktoś stanął na wprost ołtarza.
Boże! gdybyż mię nie dojrzał! Powiem, że chcę się jeszcze modlić.
Słyszę westchnienie. Co to?! Westchnienie ciężkie skołatanej piersi. Westchnienie zrodzone z bólu, westchnienie tragiczne.
Co to?.... Jakieś znajome jest mi to westchnienie?!
Otworzyłam oczy.
Chryste! To Andrzej stoi!
Mocno zacisnęłam powieki, ale jakaś potęga wewnętrzna rozwarła je znowu.
Andrzej! Andrzej! Przy barjerze od prezbiterjum. On! On! Stoi pochylony z głową schowaną w dłoniach. I to westchnienie! Jego westchnienie. Takie ciężkie!
Zlituj się, Boże wszechmocny!
Huragan zawiał, zmącił pogodę! Rozprysły się łątki. Tęcza zczerniała, rozpadła się i jęła kapać na ciszę moją wielkiemi krwawemi łzami. Całą swą barwę w te łzy skupiła.
Fala z błękitnej siną się stała, potworną i bryzgać zaczęła brudną pianą i pluć i ryczyć zajadle. Gromy się jakieś odezwały w mem sercu. Ból przyczajony runął na nowo i darł mi żyły, i kąpał się we krwi, co jak wartki strumień buchnęła we mnie.
Nadzieja, spokój, błogość tylko co odczuwana, stała się utopią, śmiesznością.
Rozpacz powróciła straszna, ironiczna.
Zlituj się, Boże wszechmocny!
Patrzę, patrzę, jak oczarowana.
On pochylony, bez ruchu.
Czy modli się?...
Prawosławny!
Nowy kolec w serce, zatruty kolec.
Nie pytam siebie czego tu przyszedł?....
To konieczne, to naturalne!
Musiał przyjść, musiał zmącić tę pogodę słoneczną.
Musiał.
Może to wizja? Czego on taki czarny? Jednolicie czarny; od stóp do głów. Nic się na nim nie błyszczy.
Ale to nie wizja, On sam. On najwyraźniej. Boże mój! nie śpię, to nie sen.
Znowu sen, znowu Narczyńsk!
Zatargało mną. Za nic dłużej tu nie zostanę.
W stałam cicho. O gdybyż nie słyszał.
Szłam wolno, boczną nawą, sunęłam niby cień. Usłyszał. Idzie za mną. Nogi mi ciążyły jakbym miała obuwie z kamieni, Idzie, już jest blisko.
Zachodzi mię z boku, idzie środkową nawą.
Nagła myśl: uciec do zakrystji i stamtąd na ulicę. Nie dogoni, nie trafi.
Ale i ja nie trafię, pozamykane.
Na nic, na nic wszystko! Stanął obok mnie. Pochylił głowę w ukłonie.
Czego on taki czarny, cały czarny?
Już stanęliśmy przy drzwiach. Umoczyłam palce w kruży z wodą święconą i.... podałam jemu. Był to ruch mimowolny. Przeżegnałam się, on dotknął palcami swego czoła.
Wyszliśmy na ulicę. Śnieg, zadymka, i chłód. Nie widać świata poza gęstą zwałą śnieżycy. Szłam jakby niesiona, z twarzą ukrytą w mufce. On obok mnie. Taki wiatr, że nie słyszę jego ostróg, nic nie dźwięczy, szabla nie sunie się po ziemi. On idzie cicho i patrzy na mnie.
Jak długo to trwało? Może wieczność?.... śnieg sypał mi w twarz, wicher północny dął tamując oddech.
Dziwna plastyczność niektórych szczegółów, a mętnia innych.
Oto wiem, że dmie wiatr północny, wiem na jakiej jestem ulicy, poznaję domy. Ale kto idzie obok?.... Mąci się. Tak, to on, Bieruzow. Czy tylko on istotnie, czy duch, czy wizja?
Idziemy długo, bez słowa. Dlaczego ja nic nie mówię?... to głupie. Co on pomyśli?
Śnieg, śnieg, zda się nieprzebyty. Jakiś dźwięk nagły i ostry. Pewno szabla i ostrogi Andrzeja?
Nie, to sanki przemknęły, ruska „trojka“. Jakiś tęgi „jarmiak“ na koźle, lisia czapa, wyciągnięte jak struny ręce. To nie jak nasi dorożkarze.
Jakiś plac — może. Teatralny?....
Podnoszę oczy. To Archangielsk.
Mroczy mi się w głowie.
Nagle poślizgnęłam się, prawie uklękłam na śniegu. Nim zdołałam krzyknąć i pojąć co się stało, silne ramiona uniosły mię delikatnie, jakby bez dotyku. Na moment jeden owiało mię gorąco. Zadrżałam. To on się pochylił podnosząc mię.
Nie pamiętam, czy mu skinęłam głową, czy podziękowałam? Stałam już przy swej bramie i to spostrzegłam.
W tem jakiś śmiech. Śmiech szyderczy, mrożący, jak soplami lodu.
Spojrzałam obłędnie i Andrzej spojrzał. Trzymaliśmy się za ręce, nie wiem jak to się stało?... Pewnieśmy się żegnali.
Na trotuarze stał zakurzony śniegiem oficer i śmiał się.
To ten z admiralicji.
Wbiegłam do bramy. Za mną gonił śmiech bezwstydny oficera i głos Andrzeja.
— Tfu! drań!
Więcej nie słyszałam.
Czego się on śmiał?... czego się on śmiał?...
Upadłam na kanapę, jak stałam, w futrze białem od śniegu.
Ach! ten śmiech!
2 Marca.
Andrzej Bieruzow prosił o dymisję i już nie jest oficerem, nie jest żandarmem. Chodzi w czarnym palcie — bez mundura.
Mówiła to Julka.
12 Marca.
Z Julką nie rozmawiamy wyraźnie, ale się wybornie rozumiemy. Jest ona dla mnie dobra i pobłażliwa. Raz tylko widząc jak mizernieję, rzekła kiwając głową żałośnie.
— „Po co ci, Cesiu, ta druga niedola, po co ta nowa bieda? Chociaż to ty bierzesz zbyt tragicznie. My kobiety, widzisz, nie zawsze zależymy od swej woli, bo coś jest w nas już takiego, że musi się wyładować, że musi choćbyśmy się broniły nogami i rękoma. Jak pokoch.... jak to przyjdzie, przepadły wszelkie rozumowania“.
Widoczne było z niedokończonych jej zdań, że nie chce słowa wymówić, które jeszcze wśród nas nie padło i którego ja sama instynktownie boję się. Gdy mówiła, słuchałam z zapartym oddechem, jak ktoś, kto czeka, że lada chwila runie mu na pierś salwa karabinów. Lękałam się tego słowa, niby ostatecznej katastrofy, jakby ono, to jedno słowo, miało moc wyrokowania o mojem nieszczęściu.
Julka to odgadła i nic nie wyrzekła. Drugi raz Julka znowu zaczęła mówić. Było to w nocy, usłyszała, że nie śpię i nagłe rozległ się w ciemni pokoju jej głos smutny.
„Ciebie to musiało spotkać Cesiu. Ty jeszcze tego nie znałaś, a materjał masz podatny, bo uczucia w tobie kipią. Ty jesteś i sokół i gołąb, a przedewszystkiem kobieta z sercem gorejącem, I powiem ci nawet, że to nie głupi wybór serca, tylko nieszczęsny O! w tem rzecz“.
— Julka, dosyć, — przemówiłam głosem zduszonym.
— Ja nic nie mówię — ciągnęła ona dalej — tylko rozumuję, że uważasz to sobie za zbrodnię, a ja ci powiem, że się mylisz. Mogłaś trafić gorzej, w zwykłych warunkach, ale szczęśliwiej. To widzisz jest różnica. Teraz trafiłaś dobrze, lecz — nieszczęśliwie. Ale to nie zbrodnia, nie podłość. To tylko — nowy krzyż.
Zamilkła, a ja już tęskniłam za jej słowami. Cisza zimowej nocy rozsiadła się władczo w pokoju i smutek snuła ponury.
— Julka! — zawołałam.
— A co chcesz?...
— Mów jeszcze.
Ciche te słowa padły z mych ust, jak nieśmiała prośba. Wiedziałam, że grzęznę, że lecę na głowę w niebezpieczeństwo i brnęłam.
Usłyszałam szmer, lekkie stąpanie bosych stóp. Koło mego łóżka stanęła Julka. Nagle wsunęła się pod kołdrę i zaczęła mnie całować.
Włosy mi na głowie powstały.
Zechce zwierzeń, a ja nie powiem, nic nie powiem.
Przeczułam.
Julka całowała mię, tuliła moją głowę do piersi i szeptała.
— Cesia, dziecko biedne, my tu same na wygnaniu, bądźmyż jak siostry. Wyznaj, powiedz co czujesz. Nie bój się, ja zrozumie, ja nie taki kół, jak się może wydaję, ja nie Olska. Mów dziecko!
Zacięłam się. Łkałam wewnętrznie na piersiach Julki, ale usta nic nie wyznały. Milczałam.
Ona odczuła mój upór. Nie nalegała i nie przestała mię pieścić. Długo przebyłyśmy tak splecione uściskiem siostrzanym. Szczersza nuta w nas zamarła.Julka zmowo rzekła:
„Ciężko żyć z takim kamieniem na sercu. Źle kobietom, które mają uczucia silnie rozwinięte. Ot, ja naprzykład, łojówka w porównaniu z tobą, bo ty gorejąca pochodnia. Dwa razy warjowałam w życiu, ale myślisz, że bardzo?... Gdzietam! Ot, jak mówią Moskale „od nieczewo diełat“. — Zgłupiałam i znowu zmądrzałam, ale żeby się tak zapaść bez wyjścia? to pewno nie dla mnie specjał“.
Westchnęła smutnie, a potem energicznie trzasnęła głową i rzekła:
— A może i to być?...
Umilkła i tylko pierś jej podnosiła się często westchnieniem.
Na dobranoc, kiedy już świtało, Julka rzekła smutnie i sennie:
„Źle robisz Cesia, że milczysz, to zeżre ci serce na wiór. I na ciebie przyjdzie czas. Ty przemówisz“.
Nie, nigdy! — pomyślałam z zaciętością.
Ale czułam, że Julka ma rację, że przemówię.
20 Marca.
Przez cały tydzień starałam się jaknajmniej myśleć o sobie. Pracowałam zawzięcie, jeszcze dobierając lekcji u Pogórskich, gdzie mi najlepiej. Dopytują się co mi jest, widząc we mnie zmianę, ale kładą to na karb tęsknoty za krajem. Znowu moja podłość ujawnia się. Bo ja powinnam tylko z tego powodu cierpieć. A ja?... Czy już ratunku nie ma istotnie?......
Andrzej dawno nie był. Widzę go tylko jak co dzień rano wychodzi z hotelu idąc do biura. Pracuje gdzieś jako urzędnik. Czasem nawet nie patrząc odczuwam, że on idzie ulicą. Po chrzęście śniegu poznaję, że jest gniecony jego stopą. Ogromne przeczulenie sugestyjne. A nie myślałam, żem zdolna do takich subtelnych przeczuć, w ogóle do takich abstrakcyjnych płynów. Bo sugestja, to jest istotnie niby czarodziejski płyn, który duchem przepływa z jednej jaźni w drugą, a jest niewidzialny.
Sugestja jest taką samą potęgą, jak naprzykład — młodość. Tylko nie dla wszystkich jest ona wyraźną, bo sugestja to wytwór wyłącznie duchowy, więc może być czynnikiem tylko tam, gdzie duch przeważa, a zmysły są mało znaczące. Odczucie zmysłowe, to już nie sugestja, ale raczej zwierzęcy pęd krwi, to się objawia inaczej. Można kogoś pożądać nawet na odległość, ale ten ktoś, nigdy nie wpłynie odradzająco na naszą duszę, przeciwnie, deprawująco. Odrodzić może tylko sugestja płynąca z silniejszej duchem istoty w słabszą. I nie koniecznie ma być poparta miłością. Jednak pewna wspólność, czy sympatja jest niezbędną. A może nawet jedynie wiara? Bo wiara to pobudka do sugestji. Nie może być sugestji bez uprzedniej ufności.
Musowe, lecz odruchowe branie kogoś na pytę swej woli, to już hypnotyzm, to już co innego.
Wspomniałam przed chwilą, że sugestja jest taką samą potęgą jak — młodość. Ale sugestja ma zastosowanie tylko w dziedzinie ducha, a młodość zawsze.
Gdyby mię zapytano — jakiego daru pragnę od życia — odpowiedziałabym:
— Być wiecznie młodą.
Co za moc leży w młodości!
Czy potrafi najrozumniejsza starość zdziałać to, co zdziała bujna młodość, gdy ma pragnienie czynu?
A któraż młodość nie czuje wiru we krwi, przyśpieszonego tętna, jakiejś pulsacji, znamionującej temperament i przypływ energji?
Wyjątki są. Jak między ptakami są lotniejsze i są ociężalsze, a są wiecznie gnuśne i powolne — tak samo i w ludzkich gminach. Bywają tacy, że młodość ich nie poruszy, limfatyczna krew, wolno sączy się w ich żyłach. Oddani są pracy bezzapalnej, zastosowanej ściśle do systemu pojęć ich, duchowych i fizycznych. Oni nie mogą wzlatywać, bo młodość dotknęła ich zaledwo powierzchownie, nie dała im ani piórka na skrzydła. Zewnętrznie młodzi, są to właściwie starcy, są jak żółwie zapancerzeni w skorupie swej gnuśności. Lecz taką samą pracę niech podejmie człowiek młody, wszystkiemi fibrami życia, żądzą czynu, ideę, zapałem, pędem krwi, którego młodość ukochała, na którego — złożyła wszystkie swe skarby ze — i wewnętrzne. Taki człowiek z najniższej pracy, zrobi górną, przypnie jej lotki i polecą w zwyż, bo dąży do celu materjalnego, czy do idei, mówiąc: „chcę“.
Człowiek stary wewnętrznym ustrojem ducha, powie tylko tak, jakby mógł powiedzieć wiekowy starzec:
„Chciałbym“.
A człowiek gnuśny i tego nie powie. Bo niczego nie pragnie, niczego nie żąda.
Talent urodzony z bujnej młodości stać się może gienjuszem, gdy kolebką jego jest wiek późniejszy, pozostanie tylko talentem.
Młodość duchowa może się stać w krainie abstrakcji potęgą najwyższą, par excellence niedoścignioną. W życiu realnem będzie zawsze siłą, podnoszącą największe ciężary do postulatów swej natury.
Nawet istotna starość u ludzi, którzy byli młodymi, w pełni znaczenia tego słowa, inną jest, niż przeciętna.
Jeśli nie ma już przed sobą czynów, ma wspomnienia, które nasuwając przed spłowiałe oczy, minioną jutrzenkę chwały, rozdmuchują taką samą w duszach nowych pokoleń.
Bujną, twórczą młodość złamać, jest tak samo trudno, jak skruszyć na proch młodziutką soczystą latorośl drzewną. Jest ona niby pancerz, na jakim nie każdy miecz zrobić może wygięcie.
Młodość ma w sobie blask złota, siłę stali, tylko czas żłobi na niej bruzdy.
Czas — ironizujący satyr.
Młody potrafi kochać duchem i dla idei, stary tylko dla siebie i zmysłami.
Młodość gdy kocha bierze wszystko i oddaje wszystko. Starość jak skąpiec, chciwie zgarnia wszystko dla siebie nie dając najczęściej nic w zamian.
Ale i młodość ma swoją — piętę Achillesa a jest nią — nieszczęśliwa miłość.
Ona jedna, z młodego może zrobić starca, z energji zrobi ociężałość, z wesela bezgraniczną apatję. Z krwi gorącej, pełnej tętna i pulsów nie zrobi wody, ale ją zwarzy, że stanie w miejscu spieczona bólem.
Miłość sama przez się jest wytworem młodości, jej zawdzięcza byt swój i życie, a ku niej obraca swe żądło umoczone w nieszczęściu. I czarę słodyczy, nad którą przeleciał anioł.
Mnie dała zatrute żądło.
22 Marca.
I on się męczy i on cierpi. Strasznie cierpi. Mówią to jego oczy. Ich głąb coraz się staje mętniejszą i bardziej zbolałą. Zgasły dawne iskry, dawne płomienie, tylko żar pozostał ten sam, nawet gorętszy. Żar duszy starganej, która płonie i parzy. Parzy uczuciem, tragizmem swym.
Na ustach usiadł mu bolesny wyraz. A jednak on chyba mniej cierpi, bo nie ma w swem sumieniu tego straszliwego wyrzutu, jaki mnie dręczy. Bo cierpi przez uczucie jedynie, a nie przez obawę obrażenia świętej idei.
Wiem, że to mój wyrzut urojony, że naszej idei ojczystej nie obrażam, a pomimo to u niego boleść jest odmienną.
Mój stan uczuciowy już się nie wzmaga, stanął na bezkresie. Cały ogrom jego mam w piersi.
Wobec tej mistycznej wielkości wszystko inne zmalało, stało się tylko czynnikiem do wywołania jej na nowo.
I tak: listy z Warszawy są przezemnie oczekiwane, bo — wiem kto je przyniesie.
Odbieram z jego rąk paczki i myślę, że one po to przyszły tu, aby on miał mi co ofiarowywać, a ja za co dziękować. Jednocześnie wyrzut własnego sumienia dławi mię, ale wrażenie obecności Andrzeja zagłusza wszystko co nie jest nim. Jest to może nikczemne, ale tego nie wykorzenię.
Gdy gram na fortepianie nasze polskie melodje a on chodzi po pokoju, jak zwykle, trochę przygarbiony i wolnym ruchem gładzi brodę, mam wrażenie, że nie tylko ja jestem wygnanką, lecz i on również. Więzień uczucia.
Miewam dnie spokoju, dziwnej błogości. Wtedy patrzę śmiało w czarne oczy Andrzeja, uśmiecham się, czytam w nich treść, pełną nowych dla mnie prawd. Nie analizuję, tylko biorę je w całości. Analizuję częściej siebie. Jego dusza to kryształ szczery i promieniejący. Jego dotyk nie wstrząsa mną, tylko mię gładzi tak łagodnie, niby skrzydłem łabędzim. Nazywa mię „panno Cesiu“ bo mówi, że mu tak łatwiej wymawiać. Rozmawia już po polsku, ale gawędzimy rzadko kiedy samotnie i nie pragnę tego. Bądźmy szczerzy, — boję się tego. On dysputuje z Julką, ja słucham i przez nią odpowiadam na kwestje, które on rzuca. Ten system pośredni męczy go, ja to widzę i mnie drażni, ale — jest bezpieczniejszy.
Ostatnim razem jak był u nas, poznał po mych oczach, żem płakała. Zupełnie niespodziewanie spytał o powód. Byliśmy sami. Zalękłam się. A gdy on dość natarczywie pytał, chciałam — wpaść w ulubiony jego temat analizowania wszystkiego i rzekłam:
— Tak, płakałam, ale pan wie, że płacz jest to transpiracja serca, skraplająca się w oczach przez filtr duszy. Gdy temperatura serca wznosi się wysoko, wówczas filtr bywa różowy, a skroplone łzy są słodkie i radosne. Przeciwnie, gdy temperatura opada do nizin, filtr jest szary, czasem czarny, a skroplone łzy są palące jak witryolej i gorzkie. Są także łzy wytłaczane tylko przez nerwy, a wtedy są bardzo różne.
Mówiąc sama siebie podziwiałam, że potrafiłam być tak bezecnie chłodną i rozumującą. On patrzał na mnie uważnie, w końcu rzekł:
— A wasze łzy jakie są, panno Cesiu?.... jaka u pani temperatura serca....
— Wysoka czy niska?
Zmieszałam się.
— Może nerwy — odpowiedziałam wymijająco.
— Nerwy?... no, nie! Wy, panno Cesiu, nie kapryśna baba, żeby się z nerwami porać. U was jest taka przepaść uczucia i duszy i serca, że nerwy to już poślednią rolę grają. To tylko figuranty.
— Więc pan myśli, że płakałam?.....
— Z jakiegoś uczucia — podchwycił prędko.
— Z serdecznego uczucia. Albo ono było jasne i miłe, co duszę łagodzi aż do płaczu, albo nieszczęsne i smutne, co gryzie serce, że prosto zabić się człowiekowi.
Umilkliśmy oboje. On stał oparty o futrynę okna, ja obok położyłam skroń na zimnej szybie i drżałam wewnętrznie. On po chwili mówił znowu:
— Dusza ludzka nieszczęsna jest. Żadna bestja nie jest narażona na tyle niebezpieczeństw co ludzka dusza. Zewsząd na nią czatują — jak nie anioł, to szatan. Różne pokusy a strachy i utrapienia bodą ją, niby rogi czarta, a z drugiej strony anielskie skrzydła głaszczą. Ni ratunku, ni szczęścia dla człowieka. Jak zdaje się, że szczęście masz w zanadrzu, że anioł ci je tam włożył, to zaraz ono czarne kły wystawi i zgrzyta, i uchwycenie go — niemożebnem czyni. Ot, ludzki los! ot męka!
Westchnął ciężko. Och! to jego westchnienie! wryło mi się w pamięć.
— A pani wie co to szczęście znaczy?.... a?.... — spytał.
— Nie, — odparłam krótko.
Popatrzał na mnie badawczo.
— Nieprawdę pani powiedziała, panno Cesiu. Pani wie co to jest szczęście, ale... i... wy uchwycić go nie możecie bo.... czarne kły zaporą stoją, jabym chciał te kły waszego szczęścia powyłamywać, żeby zostało swobodne i dobre, ale sił nie mam takich. To Herkulesowa robota.
Instynktownie czułam, że powinnam odejść. Nie mogłam! On szepnął zmienionym głosem:
— Jeden taki czarny kieł, to ja przed wami już złamał, bo ja już nie... żandarm.
Oderwałam się od okna jak brutalnie popchnięta. On posunął się do mnie.
— Panno Cecyljo, ja was proszę, nie uciekajcie. Co ja wam takiego zrobił, że się pani mnie boi?
Nagłym ruchem wziął mię za ręce, ale usunęłam je energicznie.
— Niech mię pan nie dotyka! — krzyknęłam wzburzona.
On patrzał chmurnie lecz spokojnie. Spytał powoli.
— Czy ja dla pani wróg?.....
Stanął w progu zagradzając mi drogę. Ogarnęła mię panika strachu i gniewu.
Nie panowałam nad sobą.
— Tak! wróg, wróg mój i mego narodu. Należy pan do plemienia, którego.... nienawidzę!
— I mnie... i mnie pani nienawidzi?...
Zacięłam się.
— Wy kłamiecie! Och, jak wy kłamiecie, panno Cecyljo. Ja wiem, wy plemienia mego nie lubicie, wy patrjotka! Ale ja?... Czy ja temu winny, że wy mnie poniewieracie. Ot! niesprawiedliwość!
— Niech pan idzie stąd i.... nie wraca! — wybuchnęłam.
Poczerwieniał jak sama krew.
— Dobrze! pójdę! ale wrócę, ja z wami chcę innej rozmowy i wy musicie......
— Do niczego mię pan nie zmusi, nie obawiam się pana i... i......
Brakło mi słów. On rzekł chyląc nisko głowę, ze czcią i smutkiem.
— Zmuszę was, jak obraz święty do słuchania modlitwy. Zmusić muszę, bo chcę i wam i sobie zdjąć wagę z serca. Co wy czujecie to ja wiem, tak samo, jak to co ja czuję. Boże broń takiej męki! Lepsza katorga! Wy nie oszukacie mnie. Możecie zdeptać, ale nie zawieść, ja wasze serce mam na swojem, to i znam dobrze.
Jeszcze niżej pochylił się w ukłonie i wyszedł.
Zostałam bez sił, bez ruchu. Przyparta do ściany, szłam jednak. Szłam w skurczu bólu, ruiny moralnej, przez jakieś zaspy czarnego kopciu; przez korytarze ponurych podziemi; przez kopalnie, duszących piersi sklepień sadzy. Kłęby potworne zabójczego pyłu wbijały mi oddech do płuc. Nie czułam nic, tylko ten tłusty kopeć w ustach, w oczach, do duszy się wtłaczał. Pokój, gdzie stałam ścieśniał się, zwężał, aż ściany jego zbiegły się z sobą i wsparły na mnie. Sufit miałam na głowie, piersi i plecy zgniecione. Jeden ruch i zginę, zmiażdżona murem. Żadnego ratunku! Płacz mię uratował. Płakałam strasznie skulona w kącie ścian.
30 Marca.
Wyznał Julce! Wszystko wyznał. Och, Boże! jak on mógł, jak śmiał! Julka mówi, że napadła na niego z góry, że mu zaczęła wymówki robić o mnie. Jaka ona głupia. Ale ona to robiła z powodu uczuć siostrzanych dla mnie. Ona wie co się ze mną dzieje, więc chciała prawdy. I wyznał. Mówił, że całemu światu wyzna, bo się tego nie wstydzi, ale się tem chlubi. Mówił podobno, że od kiedy ta siła wyrosła w jego duszy, czuje się mądrzejszym i lepszym, że ma dla siebie cześć, bo takie uczucia cześć wzbudzają. Julka jest podniecona i pod silnem ważeniem wyznań Andrzeja. Na mnie patrzy z jakiemś uwielbieniem, jakbym była ołtarzem, u stóp którego hekatomby składają. O na mówi z zapałem o Andrzeju i jego uczuciach. Podnosi jego szlachetność, miesza razem za chwyty nad jego sercem i nad głębiną oczu. Mówi tak:
— On bierze pod swój wpływ, bierze przemocą. Ty jesteś... pod innym, ale i ja jestem pod urokiem piękności jego duszy: A nawet zewnętrznie to się objawia. Powiedz?... Ten wyraz w oczach, albo chociażby ten miękko okalający jego profil krótki zarost. Nawet i to tchnie jakąś szlachetnością“.
Słuchałam niesłysząc. Ale jak on mógł to wyjawić?... Jak on śmiał?!...
Drażniło mię, że już wyjawił i... że nie mnie pierwszej. A przecie się tego bałam.
3 Kwietnia.
Listy od mamy i Jontka. Tam u nich święta nadchodzą. A Staszek?... Podobno w Nerczyńsku. Wyśnił mi się. Staszku, gdybyś ty wiedział? Czyżbyś przeklął?....
4 Kwietnia.
Dziś powiedział mi wszystko. Andrzej kocha mnie i... ja go kocham.
Więcej pisać nie mogę.
20 Kwietnia.
Zaledwo teraz doszłam do pewnego skojarzenia myśli i do jakiej takiej równowagi po tem co się stało.
Czwartego Kwietnia, w Sobotę, Andrzej wyznał mi swą miłość.
Przyszedł przed wieczorem, kiedy Julka była na lekcji, a Chołmaczowowa piekła ciasta i nie pokazywała się z kuchni. Zastał mię w naszym pokoju i tu wszedł. Odrazu zauważyłam zmianę w jego twarzy. Przeraziłam się. Dziw na mię ogarnęła niemoc. Wstałam z krzesła. Cały pokój zalany był zachodem słońca. Łuny te padły na smagłą cerę Andrzeja i rozjaśniły ją. Stał jak w glorji złocistej.
Wziął moją rękę. Nie broniłam. Wziął i drugą. Staliśmy tak kilka minut, może dłużej. Szczęśliwość bezmierna wionęła na mnie z jego oczu. A potem czarna ściana, czarna otchłań.... Nerczyńsk!.... Przekleństwo brata.......
Ale nie drgnęłam nawet. Większa siła trzymała mię w swych — drogich szponach. Milczenie, milczenie, tylko dusze mówią. Słyszałam jak się nasze serca trzepotały i rwały do siebie, jak objęły się w niewysłowionym uścisku i oddały sobie wzajem cały przestwór gorących uczuć.
Chwila święta, chwila uroczysta, wieczna w swej piękności. Cud mistyczny spełniony, cud duchowy! światłość.
— Cesia!.... ty moja szepnął Andrzej gorącem swych ust. Miłowanie płynęło z jego głosu, z tego szmeru.
Jęknęłam tylko, bez odpowiedzi.
Ogarnął mię ramieniem, tak lekko, jak skrzydła motyle kwiat ogarniają. Uczułam jego oddech tuż obok swych ust.
— Ty... moja! — powtórzył.
Straciłam przytomność.
Orkan szczęścia. Tak tylko nazwać możnaby tę chwilę.
— Twoja! — szepnęłam prawie głośno.
Byłam bez woli, bez myśli. Serce me z całym zastępem uczuć, wypełzło mi na wargi i wyznało.
— Duszeńka! Cesia! maja niewiesto!...
Runęło szczęście! Prysło jak nabrane serdeczną krwią serce ludzkie, ciśnięte fatalną ręką na ostre zęby.
Te słowa Andrzeja, ten akcent, ten język był dla mnie przeręblem z lodu.
Chlusnęła na mnie prawda obrzydliwą cieczą i wstrętem wstrząsnęła całą duszą, potworny młot rzeczywistości rozszarpał ją na strzępy.
Zanim Andrzej zdołał przycisnąć mnie do swej piersi, już stracił mnie na zawsze.
Krótko, stanowczo, zdyszanym głosem, wypowiedziałam mu treść i nędzę swych uczuć. Nie kłamałam! Kocham i byłam szczerą. Rzuciłam mu swe wyznanie.
Alę nic nadto. Żadnej nadziei!
Nic! Nic!
W smutku powstała moja miłość i w nim pozostanie.
On błagał, zaklinał, modlił się...
Nie pomogło.
Żądał nadziei na podstawie mej wzajemności...
Nie pomogło!
Płakał, a mnie w duszy wyły wszystkie rozpacze świata.
Ale... nie uległam.
Tej samej nocy Andrzej wyjechał z Archangielska.

Oficer z admiralicji przeniesiony do Kronsztadu. To wpływ Andrzeja.

Pozostałam z krwawą raną w jądrze serca, z tragedją, z rozdzierającym żalem.
Czy i z dumą zwycięstwa?...
Tylko z bólem.
Nie! i z wyrzutem! Z okrutnym wyrzutem w sumieniu, że ja mogłam pokochać człowieka, należącego społecznie do tych, co katują mych braci w kazamatach. Łzy tych męczenników spadały mi na serce, a każda żłobiła w niem jak rozpalonem żelazem, litera po literze hańbiącą obelgę.
Wyrodna! Wyrodna!
Zostałam z wyrzutem. Gorzki wyrzut mieszał się z bólem serca. Uczucia omdlewały pod tytaniczną banicją sumienia i tęsknota i żal.
Tragedją moją stał się teraz ten piekący wyrzut, co niby złowrogie krakanie sępa zagłady, huczał we mnie ponuro, jak trąba sądu.
— Wyrodna! Wyrodna!
I pomimo to kocham, rozpacznie boleśnie ale kocham.
Z tem pozostałam.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.