Szanchaj/Tom I/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
SYNU CZŁOWIECZY, W POŚRODKU DOMU DRAŻNIĄCEGO TY MIESZKASZ.
(2 Pror. Ezech.).

Bohater nasz, jeśli wogóle można zaliczyć go do osobników o tak pompatycznej nazwie rodzajowej, nie mógł w owych czasach liczyć sobie więcej, jak trzydzieści lat. Jednak — trzydzieści lat w pewnych okresach, nawiedzających ludzkość, stanowią epokę o takiej rozpiętości przeżytych wrażeń i zmienności psychiki, że z trudem daje się ona ogarnąć umysłem. Mózg w tych wypadkach wikła się w labiryncie wątpliwości, zaczynając od najbardziej zdumiewającej, gdy to człowiek nie jest pewny, czy nie pomieszał różnych ludzi i czy nie przypisuje jednemu osobnikowi przeżyć kilku lub kilkunastu, i — kończąc wreszcie na najtrudniejszej, — kiedy to sam sobie zadaje pytanie, w jaki sposób wszystkie te wypadki można było przeżyć i czy istotnie przeżyło się je? A może był to tylko zły sen, ciężka zmora, lub chorobliwe majaczenie człowieka, pod wpływem nieznanych pobudek wchłaniającego nagle fizyczne i emocjonalne przeżycia dziesiątków pokoleń?
To też każdy rok takiego wytężonego, powikłanego, nieprawdopodobnego życia równał się kompleksowi kilku bytów. Zacierały się granice poszczególnych okresów, kolejność zjawisk wymykała się z pod kontroli pamięci, cała zaś linja życiowa — łańcuch przyczyn i skutków — stapiały się w chaotyczne zbiegowisko faktów, które traciły już swoją ostrość i nie wzbudzały jakichkolwiek emocyj, z wyjątkiem chyba pewnych momentów szczerego zdumienia niezainteresowanego zresztą w nich obserwatora. Objektywność i obojętność wyczerpanej emocjonalności — takie tylko wyniki pozostawia po sobie podobne życie — bogate w nieznośnie ostre wrażenia. Nic więc dziwnego, że trzydziestoletni zaledwie człowiek, jakim poznajemy naszego bohatera, choć miał młodą, ściągłą twarz, gęste, jasne włosy, białe, zdrowe zęby, wysoką i muskularną postać, zdradzającą niepospolitą siłę fizyczną i jakąś przyczajoną drapieżną zwinność zwierza, gotowego do skoku, mógł powiedzieć o sobie (a w rzadkich chwilach szczerości nawet mawiał), że jest już stary — stary spadającem nań doświadczeniem kilku naraz generacyj różnych, niepodobnych do siebie okresów dziejowych.
Wprawny zresztą obserwator spostrzegłby u niego zapewne nieomylne oznaki starości. Na czole, pomiędzy brwiami i od kącików warg, umiejących mocno się zaciskać, — aż do mocnego podbródka wyżłobiły sobie zawiłe łożyska głębokie zmarszczki, które już niczem złagodzić się nie dają; w blado-niebieskich, szeroko rozwartych oczach, patrzących twardo i zimno, jakaś wewnętrzna, mętna mgiełka przysłaniała źrenice, ukrywając dokładnie wszelkie uczucia i wrażenia. Z pod energicznie zarysowanych łuków brwi patrzyły te oczy przenikliwie, czujnie i groźnie; zdawało się, iż widziały wszystko, przebijając potęgą tysięcy ukrytych w nich źrenic mury gmachów, tkaninę ubrań, mięśnie i kości oglądanego człowieka.
Małe, rasowe ręce o długich, cienkich palcach zdolne były do nagłego i mocnego chwytu, chociaż zachowywały spokój, dowodzący wielkiej równowagi duchowej, lub siły woli; małe stopy mocno wpierały się w ziemię, jakgdyby każdym krokiem swoim podkreślając stanowczość i niezłomność zamierzeń ich właściciela. Na zimnej, spokojnej, prawie nieruchomej twarzy błąkał się chwilami szyderczy uśmiech, jakgdyby zadając komuś pogardliwe pytanie:
— N-no! Co będzie dalej?
Bohater nasz przybył do Szanchaju jakoś dziwnie raptownie i od pierwszych chwil, ledwo podeszwami żółtych trzewików dotknął granitowych kostek jego ulic, miał wygląd człowieka, oddawna tu zamieszkałego i nieoczekującego żadnych już niespodzianek. W kołach emigrantów rosyjskich, uczęszczających do tych samych tanich restauracyj i drugorzędnych kawiarni, pojawienie się nieznajomego wzbudziło ostre zaciekawienie i pewien niepokój. Większość Rosjan wyrażała nawet przekonanie, że jest to tajny agent policji angielskiej.
— Może ktoś z naszych rodaków w tak wielką wplątał się aferę, że aż z Londynu przysłano tu urzędnika Scotland-Yardu? — domyślali się dawni ministrowie i szefowie różnych departamentów.
Wojskowi, obejrzawszy bacznie nieznajomego, mruczeli do siebie:
— Trudno nas nabrać! Cha-cha! Tego ptaszka podesłali nam bolszewicy! Przekonacie się, że, dla zamydlenia oczu powałęsawszy się kilka dni samotnie, pocznie „nawiązywać kontakty“, na modłę szpiegów sowieckich... Znamy już te sztuczki!
Pomylili się jednak wszyscy, gdyż nieznajomy, siedzący właśnie przy stoliku w kawiarni i bezceremonjalnie przyglądający się obecnym gościom, wstał nagle i podszedł do okna, gdzie zasłonięty gazetą ukrył się stary senator, tajny radca Ableuchow.
— Ekscelencjo, Piotrze Pawłowiczu, nie poznaje mnie pan?
Senator nasunął okulary na nos i, odłożywszy dziennik, przyjrzał się uważnie stojącemu przed nim nieznajomemu.
— Przepraszam... — mruknął niechętnym głosem, obawiając się nieuniknionego zawsze w takich wypadkach ataku na kieszeń z powołaniem się na „znane szerokiemu ogółowi miłosierne serce ekscelencji“ i na wspólnych znajomych, a nawet krewniaków, — przepraszam, ale...
Stojący przed nim człowiek o skrzepłej twarzy nie dał mu jednak skończyć zdania. Pochyliwszy się nad stolikiem i czując zwrócone na siebie spojrzenia wszystkich obecnych, powiedział tak cicho, że tylko sam radca mógł go posłyszeć:
— Jestem Sergjusz Wagin... Wie mam zamiaru o cokolwiek prosić pana, Piotrze Pawłowiczu, niech się pan nie obawia!...
Przez twarz mówiącego przemknął szyderczy uśmiech.
— Na szczęście, życie nauczyło mnie obchodzić się bez czyjejkolwiek pomocy — dodał natychmiast.
— Sergjusz Wagin, syn... — wyszeptał Ableuchow z jakiemś przerażeniem w głosie.
— Syn pańskiego kolegi z Senatu — kiwnął głową Wagin, ale, spostrzegłszy lęk w starczych oczach biurokraty, mocniej zacisnął wargi i syknął:
— Przepraszam, że ośmielam się przypomnieć ekscelencji, ale po tylu latach tułaczki i, doprawdy, niebywale ohydnego życia, chciałem spędzić choć półgodziny w dawnem towarzystwie! Odejdę zaraz, ale, skoro nazwisko moje aż tak przeraziło pana, proszę o dyskrecję...! Czy przyrzeka mi to pan?
Starzec prawic nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w groźną w tej chwili twarz Wagina, aż wreszcie z trudem wyjąkał:
— Jeżeli pan tego sobie życzy... owszem... zachowam nazwisko pana w tajemnicy!
— Dziękuję! Nie tyle chodzi mi, oczywiście, o nazwisko, ile... o komentarze do niego, ekscelencjo, — powiedział z naciskiem.
Wagin ukłonił się i, powróciwszy do swego stolika, z obojętną miną usiadł przy nim. Nic nie zdradzało w nim wzruszenia, tylko trzy głębokie bruzdy na czole poruszyły się gwałtownie raz i drugi, ale znieruchomiały wkrótce.
Wypił podaną mu herbatę, przerzucił ogłoszenia w rosyjskim świstku, wydawanym w Szanchaju przez jakiegoś bezczelnego rekina żółto-prasowego, zapisał sobie coś w notesie i, zapłaciwszy kelnerce, opuścił kawiarnię.
Wtedy dopiero znajdujący się na sali emigranci otoczyli starego senatora, wypytując go o nieznajomego.
Ableuchow marszczył czoło i wzruszał ramionami, mrucząc niezadowolonym głosem:
— Nie wymienił mi swego nazwiska... Omylił się, wziąwszy mnie za kogoś innego...
— Ale czy to nasz — Rosjanin? — rozległy się pytania.
— Sądzę, że tak! W każdym razie biegle i czysto mówi po rosyjsku — odpowiedział Ableuchow, znowu zasłaniając się gazetą i zsuwając szkła na czoło.
— No, jeśli tak, — mówili rozczarowani Rosjanie, nic innego, tylko przybył tu nowy szpieg bolszewicki, aby nas śledzić i o wszystkiem donosić do Moskwy.
Wygnańcy, tchórzliwi zbiegowie omamiali się szczególną uwagą, jaką musiał zwracać na nich czerwony rząd proletarjatu. Tymczasem w Moskwie nikt o nich nawet nie wspominał. Sprytni i doświadczeni macherzy rewolucyjni wiedzieli, że te odłamki caratu muszą się rozsypać, jak stara cegła gmachów średniowiecznych; inni zaś, jeśli wymrzeć nie zechcą, powrócą, skamlać będą, kajać się i błagać o litość i kawałek chleba. Komisarze ludowi znali przecież dokładnie historję Rosji, a zagarnięte przez nich tajne archiwum polityczne niejedną odsłoniło przed nimi nędzną i ohydną nikczemność. W Kremlu więc nikt nie wątpił, że jedno tylko słowo o amnestji i jakiej-takiej możliwości istnienia przyciągnęłoby do nowej Rosji dziewięć dziesiątych całej emigracji, lecz ta powrotna fala niepotrzebnych, ogłupiałych do reszty niedobitków przeszłości nie była wcale pożądana. Kilka tysięcy głodnych gąb i dwa razy tyle nigdy nie imających się ciężkiej, istotnej pracy rąk — naco i poco to było rządowi, burzącemu podwaliny caratu? Co mogli dać z siebie ci „dawni ludzie“ zuchwałemu Leninowi i jego Międzynarodówce, zmierzającym po skończonej wojnie domowej ku gorączkowej budowie czegoś zupełnie nowego, nigdy niewidzianego, a ogromnego i powstającego szybciej od osławionych piramid egipskich? Nie były to czcze i brutalnie reklamowe zamiary, gdyż nie jakichś tam nędznych sześćdziesiąt tysięcy, jak w Tebach, Karnaku i Gizeh, ale miljony niewolników pokornych i niczego nie żądających, oprócz kawałka chleba i cuchnącej, suchej ryby, można było w każdej chwili pchnąć na najzuchwalszą, najniebezpieczniejszą i najfantastyczniejszą robotę.
Agitacja zagranicą, skierowana przeciwko nowym gospodarzom Rosji, a więc — szkodliwa opinja, urabiana przez emigrantów? Lenin i jego towarzysze, przez szereg lat głodujący zagranicą, poznali dokładnie, do najgłębszych tajników zmaterjalizowaną, amoralną duszyczkę współczesnej cywilizacji, gdy to ilością złota w bankach i wartością koncesyj oceniano i mierzono „kulturę“ ludów! Wszelką agitację przeciwko nim i najgorszą o nich opinję można było w ciągu jednej doby zmienić i rozproszyć, dając Europejczykom i Amerykanom opcje na naftę, węgiel, żelazo, mangan, azbest i złoto syberyjskie! Czy warto było zatem przejmować się starczem zrzędzeniem jakichś tam umarlaków, z głodu, chorób i zimna padających na ulicach wspaniałych stolic Zachodu i gdzieś — aż w Szanchaju lub na rozszalałym, puchnącym od bogactwa Manhattanie? Nikt w Moskwie o tem nie myślał i żadnych obserwatorów do Szanchaju nie posyłał. Kontrrewolucja od roku już zachłysnęła się w morzu krwi i odrodzić się nie miała sił i woli.
Wagin szedł Bundem, zatłoczonym korowodem tramwajów, autobusów, samochodów i małych wózków, popychanych przez „rikszów“, a skręciwszy wspaniałą Nanking-Road, nie zwracał uwagi na przepych olbrzymich sklepów i składów drogich kamieni, złotych i srebrnych cacek i naczyń, jedwabiu, artystycznych wyrobów z czarnej i czerwonej laki. Dążył tam, gdzie na koncesji francuskiej asfaltowa jezdnia Avenue de deux Républiques urywała się nagle przed bramą w murze dawnego Szanchaju i gdzie biegła dalej ulica Fu-Tien-Koo, przecinająca całą dzielnicę chińską.
Tam dopiero zaczął się rozglądać z zaciekawieniem.
Tuż za murem brukowana już ulica biegła ku małemu sztucznemu jeziorku, otoczonemu drzewami i trawnikiem. Czerwono lakowany, połamany w zygzaki mostek prowadził do malowniczej, uczęszczanej przez Europejczyków herbaciarni „Pod wierzbami“, gdzie popołudniu przychodzili też Chińczycy, za którymi słudzy nieśli klatki ze skrzydlatemi śpiewakami, osładzającemi „dolce far niente“ żółtolicych dżentelmenów. W pobliżu kawiarni stały domy chińskich bogaczy i jeszcze wspanialsze „domy publiczne“, oznaczone czerwonemi latarniami z zachęcającemi i niezmiernie romantycznemi napisami. Wiśniowa i złota laka biła zewsząd w oczy, powyginane fantastycznie, okryte emaljowanemi płytkami dachy ulubionego w kraju stylu „tin“ jarzyły się w słońcu. Tam i sam jakiś dumny miljoner wybudował dla siebie siedzibę z kilkupiętrową basztą „gu“, ozdobioną po rogach złoconemi głowami smoków. Przepych ten urywał się jednak koło świątyni, stojącej w środku dzielnicy.
Dalej, jak okiem sięgnąć, na olbrzymiej płaszczyźnie rozparło się na wszystkie strony stłoczone zbiorowisko szaro-żółtych, małych domków tubylczych. Ulepione z gliny lub ziemi, zmieszanej z nawozem i słomą, o strzechach z badylów gaoljanu, mętnie wyzierając oknami, zaklejonemi szarym, przetłuszczonym papierem, chronione lekkiemi drzwiami z ram bambusowych i mat słomianych — domki ciągnęły się, zda się, w nieskończoność, przerywaną tam i sam wąskiemi poprzecznicami. Oko nie miało na czem spocząć, gdyż wszędzie wokół ciągnęła się ta szaro-żółta jednostajność i tylko w trzech miejscach jaskrawemi plamami odcinały się fałdowane wymyślnie dachy świątyń, a gdzieś daleko ponad bezbarwnem zbiegowiskiem ubogich i smutnych budowli, niby straż lub jakiś znak ostrzegawczy, tkwiła czerwona, siedmiopiętrowa baszta pagody Loonghwa, smukła o dziwacznie powyginanych, pogarbionych okapach z barwnych dachówek porcelanowych. Obok tej świątyni cieszyło wzrok kilka buro-zielonych drzew, które nie zdążyły jeszcze zrzucić wszystkich liści; zato w reszcie dzielnicy chińskiej, — na całej jego olbrzymiej szarej palecie nie biła w oczy żadna barwniejsza plama — ani zielonej korony lub czarnych konarów drzew, ani nawet badyla jakiejkolwiek rośliny — nic, tylko te szarożółte domki — „fantze“ i bure, cuchnące błoto miasta przyrodzonych, odwiecznych gospodarzy Szanchaju. Gdzieś tam, na końcu Fu-Tien-Koo powiewała trójkątna czerwonoczarna chorągiew i majaczył jakiś maszt z deską, zapisaną czarnemi hieroglifami. Idący ulicą cudzoziemiec nie wiedział, że zbliża się do chętnie i tłumnie odwiedzanego przez obcokrajowców „jaomynia“, gdzie sędziowie chińscy wykonywali wyroki śmierci, wraz z łapówką podsuwane im przez rezydentów europejskich.
Wyboistą, pełną wyrw i kałuż ulicą ciągnęły tu nieraz ukradkiem rozkołysane na resorach limuzyny, wiozące piękne ladies i dżentelmenów, wystrojonych już na dancing poobiedni. Dążyli tu oni na widowisko niepospolite. Kat oczekiwał już gości i co chwila obcierał swój szeroki miecz. Gdy zaś spadały głowy nikomu nieznanych i zrzadka tylko na gorącym uczynku pochwyconych bandytów, a wrony i jastrzębie w oczekiwaniu stypy rozsiadały się po krawędzi glinianego muru, dżentelmeni uprowadzali swoje lekko drżące, a czasem nawet roznamiętnione damy do aut i wieźli je do „Astor-House‘u“ i „Carlton‘u“ na kieliszek coctail‘u i niezbędną porcję tańców, po których razem znikali w przytulnych, dyskretnych gabinecikach w „tea-house“, gdzie, podobna do cienia, przesuwa się milcząca służba chińska o zagadkowych, nieruchomych źrenicach.
W pobliżu „jaomynia“ Wagin odnalazł mały, jak zresztą i wszystkie inne, domek pod N 1750.
— To tu... — mruknął do siebie, sprawdziwszy zapisany w notatniku adres, i zapukał do drzwi zalepionych papierem, wzmocnionym skrzyżowanemi deskami z czarnym napisem na nich: „Standard Oil Company“.
Opasły Chińczyk w czarnym, zatłuszczonym straszliwie chałacie i jedwabnej czapeczce na głowie, szczerząc rzadkie, żółte kły i mrużąc przebiegle oczy za grubemi szkłami okularów w śmiesznie dużej oprawie rogowej, spytał łamaną angielszczyzną:
— Czego życzy sobie wielce czcigodny cudzoziemiec?
— Chciałbym wiedzieć, czy tu mieszka pani Wiera Somowa? — spytał Wagin.
Chińczyk zaczął trząść głową i bełkotać:
— Tak, tak! Mieszka na podwórku, w bardzo pięknym domku!
Sergjusz przeszedł sień, pod pułap wypchaną worami z soją i skrzyniami z olejem bobowym, i przez przeciwległe drzwi wydostał się na podwórko, malutkie, czyste, po bokach obsadzone niskiemi krzaczkami herbacianemi; w środku jego na tle grubej warstwy żwiru, bił w oczy okrągły klomb, pełen jakichś jesiennych, fioletowych kwiatów i podobnych do kling szabel liści irysowych. Na końcu podwórza stał schludny domek o trzech rozsuwanych okienkach, z ganeczkiem o cienkich, rzeźbionych filarach i wymyślnym daszku z rynnami w kształcie głów żórawi.
— Tu dawniej miał mieszkanie syn mój — mówił Chińczyk, — ale odnająłem je teraz czcigodnej pani...
Na odgłos kroków idących ludzi, drzwi otworzyły się. Na ganeczek wyszła bardzo dostojna, siwa już dama i spytała po angielsku:
— Czy pan z ogłoszenia? Szuka pan pokoju?
— Tak jest! — odparł po rosyjsku Wagin, zdejmując kapelusz. — Czy mógłbym obejrzeć lokal?
Pani Somowa ruchem ręki zaprosiła go do wnętrza domku.
W małej izdebce z żelaznem łóżkiem, jednym stołem, umywalką i trzema krzesełkami usiedli i patrzyli na siebie tym dziwnie ostrym wzrokiem, jakim patrzeć umieją ludzie, którzy nieraz już widzieli przed sobą śmierć. Długie milczenie mogłoby ciężyć komu innemu, lecz tych dwoje ludzi uważało je za niezbędne. Musieli przypatrzeć się sobie, porobić własne spostrzeżenia i wyciągnąć wnioski, kierujące dalszem postępowaniem. W tej wnikliwej i szczegółowej obserwacji, zda się, brały udział nietylko znane, codziennie przez ludzi używane zmysły, lecz jakieś inne jeszcze, budzące się w nadświadomości, wyostrzone w ciężkiej niewymownie i zawsze tragicznej walce o byt. Wyczuwali oboje, że w tej chwili jakgdyby wymotywują z siebie jakieś nici tajemnicze, oglądają je milimetr po milimetrze, niby trwałość ich i forma zabezpieczyć miały sprawne czynności niewidzialnej maszyny, tkącej możliwość współżycia.
Milczenie, długie i przesycone prądami intuicji, nie krępowało ich bynajmniej i nie nużyło.
Za cienką ścianą ktoś zanosił się od suchego, duszącego kaszlu, a gdy na chwilę urywał, dobiegało głośne tykanie ściennego zegara i lekki zgrzyt jego mechanizmu, starego zapewne i zardzewiałego. W kuchence za drugą ścianą pobrzękiwały metalowe kociołki czy kubki i pluskała woda.
Pierwszy przemówił Wagin. Zlekka wykrzywiając usta i odsłaniając białe, ostre zęby, powiedział:
— Jeżeli pani nie będzie miała nic przeciw temu — wynająłbym ten pokój. Na wszystkie możliwe pytania postaram się dać jak najszczerszą odpowiedź. Nie jestem zamożny, cha-cha — mam właśnie tyle tylko pieniędzy, ile mi starczy na miesiąc, więc ten czas ma pani bądź co bądź zabezpieczony... Miesiąc w naszem życiu — to wszak dużo? Nieprawdaż?
To mówiąc, położył na stole banknot i ciągnął dalej zimnym i obojętnym tonem:
— Zresztą przekonany jestem, że dam sobie radę w Szanchaju, jak dawałem ją sobie wszędzie, gdzie tylko od r. 1915 rzucał mnie los... doprawdy, dość kapryśny, nieszczędzący mi przykrych nieraz niespodzianek... Mam nadzieję, że pozostanę lokatorem na czas dłuższy...
Zaśmiał się z jakiemś gorzkiem szyderstwem, a zmarszczki głębiej wcięły mu się w skórę czoła.
— Czem się pan trudni? — spytała bez szczególnego zresztą zainteresowania, raczej poto tylko, aby wziąć udział w rozmowie i nie pozostawać bierną słuchaczką.
— Obecnie? Tu? — uśmiechnął się złośliwie prawie. — Zapewne tem samem, czem i pani — zamierzam walczyć o życie jak umiem i mogę. Różnemi się drogami chodziło i różnych, powiedzmy nawet bez przesady, wszystkich zawodów się próbowało... Ale, o ile sądzić mogę, to i pani łyknęła emigranckiej biedy?
Skinęła tylko głową i uniosła nieco ciemne brwi. Po chwili wyciągnęła do Wagina rękę.
— Więc w szczęśliwą godzinę — proszę się wprowadzić! — powiedziała spokojnym głosem.
Uścisnąwszy podaną mu dłoń, wyszedł na podwórko, mruknąwszy dość głośno, żeby pani Somowa mogła go usłyszeć:
— Miło tu i zacisznie...
— A tak! — odpowiedziała natychmiast. — Gospodarz Jun-cho-san — bogaty kupiec. Handluje soją, olejem i makuchami. Lubi porządek i czystość. Uważam, że trafiłam bardzo szczęśliwie, wynająwszy tę chałupkę.
— Istotnie! — zgodził się Wagin i, raz jeszcze ukłoniwszy się pani Wierze, skierował się ku wyjściu.
Wkrótce po tej wizycie przed dom Jun-cho-sana zajechała dwukonna dorożka chińska, a z niej wysiadł Wagin i z pomocą furmana wniósł do pokoju dwie walizki skórzane. W półgodziny później był już rozlokowany w nowej siedzibie.
Pani Somowa, zajrzawszy do pokoju, zapytała:
— Może potrzebuje pan czego? Czy nie dać wrzątku na herbatę?
— Dziękuję! — odparł krótko, urywając nikły wątek możliwej rozmowy.
Po chwili wyszedł z domu. Miał jeszcze bardziej skupioną twarz i niezwykle ostry, baczny wyraz oczu. Przypomniał mu się nagle przestrach na szerokiej, steranej twarzy senatora Ableuchowa.
Zacisnął wargi i syknął:
— Tchórze! Nędznicy! Krety! Zdrajcy!
Posłyszał własny syk i zdumiał się. Oddawna niczem tak bardzo się nie przejął.
Zmusił się do wyrzucenia z pamięci przerażonego oblicza ekscelencji. To go odrazu uspokoiło. Ruszył przed siebie, rozglądając się na wszystkie strony. Chciał dokładnie poznać dzielnicę, w której zamieszkał, i zajrzeć możliwie wszędzie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.