Szanchaj/Tom I/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Szanchaj‎ | Tom I
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
I WIDZIAŁEM NIEWIASTĘ, SIEDZĄCĄ NA CZERWONEJ BESTJI...
(Obj. Jana Apostoła).

Przeklęte, znienawidzone miasto.
Jedno z tych, gdzie długo nie gasła łuna minionej wojny ludów, gdzie płonie ona dotychczas na skłębionych obłokach.
Niektóre z nich szeroko rozsławiły po świecie okrutne swoje nazwy.
To jednak najstraszniejsze było napewno, bo przerażająco obce, beznadziejnie dalekie.
Nazywało się — Szanchaj.
Anglicy wymawiają to słowo inaczej — Szanghai.
Jest w tem coś z uderzenia topora, spadającego na chudy kark chińskiego bandyty, coś z drapieżnego chrząknięcia kata przy zamachu. Nasz język nadaje tej nazwie brzmienie beztroskiej obojętności, a może — lekkiego podrażnienia: „zejdź z drogi!“
Kto lub co ma zejść z drogi? Przedmiot, który można odrzucić kopnięciem nogi? Pies lub kot bezpański? Czy też człowiek głodny, chory, zrozpaczony?
Tak, tak — wszystko razem ogarnia to straszne słowo — Szanchaj...
Bogate, przerażająco ludne, pełne fabryk, biur linij okrętowych wszystkich na świecie bander, okazałych gmachów bankowych, lloydów, towarzystw ubezpieczeniowych, składów handlowych, agencyj eksportowych, ożywione niebywałym ruchem ulicznym i jeszcze większym — w porcie, na Bundzie, i w drugim — na Wusungu, oddawna pociągało ku sobie z całego świata rozbitków życiowych możliwością zarobku lub przynajmniej nadzieją na najmarniejsze choćby istnienie.
Tysiące, nie! setki tysięcy szukających dla siebie kawałka chleba wchłonął rozległy, gwarny, zgiełkliwy Szanchaj.
Nikt nie zdołałby zliczyć i jako-tako usystematyzować tych, kogo wyrzuciły na jego granitowe wybrzeże i wspaniałą jezdnię asfaltową wzburzone fale dziejowe, wciąż jeszcze przewalające się od Atlantyku do Oceanu Spokojnego!
Przedewszystkiem — któżby potrafił policzyć samych Chińczyków?
Conajmniej miljon głodnych gardzieli zapędziła tu nieustająca w „Państwie Nieba“ wojna domowa, gdy to niedouczona w Berlinie, Londynie, Paryżu i Nowym Jorku młodzież wielkiego niegdyś i, choć bezbronnego, ale niezwalczonego cesarstwa od roku 1912-go, nie oszczędzając miljonów istnień ludzkich, mienia narodowego i wspaniałej swej kultury tak trwałej, iż można nazwać ją odwieczną, usiłowała pchnąć Chiny konfucjańskie i cesarskie, kraj ładu, dyscypliny i etykiety obywatelskiej, na tory „eksprescywilizacji“.
Panować poczęło bezmyślne marzenie o przekreśleniu jednem pociągnięciem pióra, o obaleniu czczym fajerwerkiem krasomóstwa odrębnej, przez pięć, czy ileś tam tysiącleci kroczącej własnemi szlakami kultury i o prześcignięciu we wszystkich wadach i błędach ludów Zachodu, dla których ci wychowankowie uniwersytetów europejskich i amerykańskich czuli bezmierną pogardę i zimną nienawiść. Wynik okazał się niezmiernie opłakanym dla kraju „Synów Nieba“, w okresie, gdy ostatnia ich latorośl pędziła monotonny żywot więźnia honorowego za szkarłatnemi murami „Zakazanego Grodu“. Radykalny Kanton wystąpił przeciwko umiarkowanemu Pekinowi i — zawrzała wojna południa z północą, krwawa, zaciekła wojna domowa! Ambitni, awanturniczy generałowie-chrześcijanie, podjudzani przez misjonarzy protestanckich; generałowie, wierni dynastji, i wprost hersztowie bandytów, werbując ochotników, tworzyli armje, prowadzili wojnę na własną rękę, pustosząc kwitnące niegdyś prowincje i miasta, leżące wpobliżu nielicznych dróg, przecinających kraj. Ościenna Rosja bolszewicka agitowała wściekle, rzucając złoto, głosząc podstępne hasła i znajdując najemnych awanturników, którzy na czele „czerwonych“ oddziałów od zachodu i północy posuwali się dolinami Żółtej i Niebieskiej rzeki, wzmagając zamęt i szerząc klęskę. Powtarzał się tragiczny i żałosny obraz upadku potęgi Assyrji i Babilonji, imperjum perskiego, Rzymu i koczowej monarchji Dżengizydów.
Pozbawieni ziemi, mienia i bezpieczeństwa rolnicy, rzemieślnicy, drobni handlarze, a nawet bezdomni, niemający nic do stracenia kulisi szukali bezpiecznego miejsca.
Gdzież znaleźć je można było pewniej, jak nie w Szanchaju, gdzie ześrodkowały się interesy kapitału zagranicznego, gdzie na ulicach tkwiły posterunki policji cudzoziemskiej, w konsulatach kwaterowały oddziały angielskie, japońskie, amerykańskie, francuskie i włoskie, na redzie zaś stały, wyciągając drapieżne szyje dział, torpedowce, krążowniki i pancerniki pod banderami obcych państw?
Półmiljona, a nawet, jak znawcy twierdzili, cały miljon takich bezdomnych, pozbawionych wszystkiego uciekinierów przekroczyło mury chińskiej dzielnicy — Czapei, wsiąkło w małe, brudne jej domy, wyciągnięte szaro-żółtemi szeregami wzdłuż ulic i kanałów, zabagnionych zawsze, cuchnących gnijącym moczem, padliną i — śmiercią.
Wsiąkło i... czekało na coś, czego nie umiało sobie uświadomić.
Żywiły się te setki tysięcy ludzi niewiedzieć jak i czem. Wybierano wszystko, co się dało wybrać ze śmietnisk miejskich, wyłapywano gołębie, wrony, żaby, myszy, szczury i krety po polach i ogrodach, wykopywano korzenie jakichś, głodnym ludziom tylko znanych roślin jadalnych, łowiono ryby po brzegach morza i w rzece, zbierano mięczaki i wodorosty, wyrzucane podczas przypływu, żebrano i kradziono. Za miseczkę spleśniałego i skisłego ryżu ludzie bez wytchnienia pracowali po osiemnaście godzin poto, by po miesiącu tego piekła gdzieś za miastem, dumnem ze swego bogactwa i przepychu, skonać z przekleństwem na ustach w ohydnej gliniance lub w rowie przydrożnym.
Tej wezbranej fali, napływającej z Mandżurji, Dżeholu, z prowincji południowych i zachodnich liczono najwięcej, chociaż nikt w przybliżeniu nawet nie wiedział, ile zrozpaczonego materjału ludzkiego zgromadziło się w Szanchaju i po wioskach okolicznych.
Krocie! Prawdziwa nawała! Powódź nędzy i obłędu!
Nikt nie troszczył się o los przybyszów i bezpieczeństwo samego miasta. Myślał o tem tylko konsulat angielski i żądał od chińskich władz niezbędnych zarządzeń, aby ochronić cudzoziemców od możliwych epidemij cholery, dżumy, trądu... i zaburzeń ulicznych.
Sprzedajni i powolni rozkazom angielskich i amerykańskich rezydentów ojcowie miasta wykonali żądanie obcokrajowców i w pobliżu Sicha-Wei zbudowali olbrzymi piec, przypominający indyjskie »wieże milczenia«. Zwożono tam znalezione trupy nieboszczyków i palono na stosach, układanych z łodyg — „gaoljanu“. Oszalała z głodu i strachu biedota, która narazie pozostawała jeszcze przy życiu, z radością powitała to zarządzenie władz miejskich.
Całe tłumy głodomorów — półnagich, owrzodzonych i owszonych — mogły teraz grzebać w popiołach i wyciągać kości z ochłapami niedopalonego mięsa.
Rada municypalna poszerzyła, rozbudowała stare więzienia i wzniosła gmachy dwu nowych... Spokój zapanował w Szanchaju.
Tysiące ludzi, ginących z wycieńczenia, duru i szkorbutu, w milczeniu, cierpliwie, z tępym uporem oczekiwało jakichś nieznanych zmian, które nadążały... nadążały.
Tymczasem w hotelach, „arystokratycznych“ kawiarniach i na dancingach biali dżentelmeni i strojne „ladies“ flirtowali, tańczyli i bawili się, jak mogli i umieli najlepiej. Patrząc na to życie białych przybyszów — aroganckich i pogardliwych, wydać się mogło, że to jakieś ćmy kreślą swój nieopatrzny, szaleńczy lot kolisty nad niszczącym płomieniem lampy, że to odurzeni haszyszem derwisze i obłędne, histeryczne bajadery miotają się w tańcu śmierci w mieście zadżumionem, od świata odciętem.
Do morza bezrobotnych i głodnych Chińczyków po zagarnięciu Syberji przez bolszewików wpłynęły nowe potoki. Zupełnie odmienne niosły one w swoich wirach odłamki społeczeństw.
Niezmiernie barwne było to nowe zbiegowisko ludzkie. Niemcy, Łotysze, Madjarzy, Austrjacy, Czesi, Polacy, Gruzini, Ormianie i inni z tej wieży Babel, z tej nieprzerwanej „mêlée des nations“, dezerterzy z oddziałów amerykańskich, angielskich, francuskich, przysłanych jako posiłki dla krótkotrwałego rządu niezależnej Syberji republikańskiej. Byli też tacy, którzy, spędziwszy kilka lat w obozach dla jeńców z wielkiej wojny, zapomniani przez swoje władze ojczyste, tułali się po Sybirze; część ich dla kawałka chleba i ciepłego kąta założyła „przygodne gniazda rodzinne“, nie czując bynajmniej dla tych „cichych przystani“ miłości, ani wdzięczności i nie wysilając się nawet na zrozumienie duszy kobiety, z zaufaniem a nieraz i prawdziwem uczuciem marzącej o zgodnem i szczęśliwem pożyciu; jedni, jako fachowcy znaleźli zatrudnienie dla siebie na kolejach i w kopalniach, drudzy znów, przekradając się ku wschodowi, gdzie spodziewali się znaleźć opiekę swoich konsulów, zarabiali na każdy etap męczeńskiej włóczęgi pracą u chłopów na porębach, przy budowie domów, przy naprawie narzędzi rolniczych, zegarków, broni, imali się rybołóstwa, a nawet wróżbiarstwa i znachorstwa. Tych już nic nie łączyło z krajem — ani wspomnienia, ani sentyment dla łagodnego i wyrozumiałego ludu syberyjskiego. Cała ich wola i energja skierowane były jedynie na powrót do tej czy innej „ojczyzny“, która, jak wierzono powszechnie, po wstrząsie wojennym cudownym sposobem kwitnąć zaczynała, wzbogacać się i cieszyć niebywałym dobrobytem i trwałym pokojem.
Za temi ptakami wędrownemi przybyli tu też wkrótce i Rosjanie — emigranci, uchodzący przed bolszewikami, sunącymi ku Pacyfikowi. Wyższa biurokracja przedwojenna, niedobitki arystokracji, której nie udało się zawczasu umknąć na zachód, oficerowie „białej“, walczącej z „czerwonymi“’ armji, inżynierowie, lekarze, adwokaci, kupcy a nawet duchowieństwo — tak to się przedstawiał unoszony wartkim potokiem wydarzeń ów miał z gruzów doniedawna jeszcze wielkiego i potężnego, zda się, gmachu, gdzie stał tron dynastji, z krwi i ducha obcej Rosji i do rdzenia zniemczałej.
Na bruku szanchajskim znalazły się całe nieraz liczne rodziny — mężczyźni, kobiety, młode dziewczyny i dzieci.
Wszyscy przybywali do Szanchaju z promienną nadzieją, niby do Ziemi Obiecanej, przeświadczeni, że dawni konsulowie rozporządzają znacznemi sumami, dostatecznemi dla przewiezienia emigrantów do Francji, Włoch lub Jugosławji, gdzie zbiegowie spodziewali się odnaleźć krewnych i przyjaciół, słyszano bowiem o tych, co zawczasu wraz z posiadanemi kapitałami wynieśli się z ogarniętej krwawym szałem Rosji; inni pokładali jeszcze nadzieje w bankach rosyjskich.
Przecież — rozumowały miotające się przerażone mózgi biedaków — skoro nie stało Rosji carskiej, pieniądze jej należą do obywateli wiernych tradycjom caratu? Nastąpi podział kapitałów, zgromadzonych w kasach bankowych, każdy otrzyma sumę, dostateczną na przetrwanie roku lub dwóch, bo dłużej wszak ta wichura trwać chyba nie może!
I oto rozpoczęło się poszukiwanie konsulów i obijanie progów banków.
Konsulowie jednak oddawna już doręczyli posiadane przez nich pieniądze skarbowe rządowi syberyjskiemu i generałom, resztkami sił szalonych ochotników podtrzymujących wojnę dywersyjną z Sowietami.
Banki likwidowały interesy i zdążyły już przekazać wszystkie depozyty do centrali, tworzących się w Paryżu, Londynie, Berlinie i Zurychu.
Pewnego marnego, burzliwego dnia, gdy na Wusungu aż ponad skarpy przystani z sykiem i hukiem wylatywały wspienione bałwany, a porywczy wiatr jesienny potrząsał konarami starych drzew w parku na Bundzie, podmuchy jego rozwiały ostatnie widma nadziei i obaliły marzycielskie, efemeryczne plany co do przyszłości nowych przybyszów do miasta, którego nazwa tak bardzo przypominała chrząknięcie kata, ścinającego głowę skazanemu na śmierć nędzarzowi.
Przyszłość bowiem jedynie w okresach trwałej ideologji poddaje się ujęciu w ramy liczb stałych lub przynajmniej prawdopodobnych. W dobie zaś, kiedy kościoły zdobywały się jedynie na błogosławieństwo dla poszarpanych odłamkami szrapneli „bohaterów“, broniących wiary, państwa, króla jednogłowego — czyli monarchji, lub wielogłowego — inaczej — demokracji, na kropienie wodą święconą dział, karabinów, pocisków gazowych i łodzi podwodnych; gdy myśl elity, rządzącej narodami, skierowana została na grabież i rozbój, które miały być wykonane rękami spokojnych wieśniaków i spracowanych robotników — wszelkie plany musiały zawieść, ponieważ nie znalezionoby w owych czasach centymetra bodaj stałej powierzchni, gdzieby można je było na czemś pewnem oprzeć i ugruntować.
To też w kołach emigracji wybuchła odrazu panika i rozpacz. Opustoszały hotele, zajmowane przez zamożniejszych ludzi; biedniejsi szukali przytułku w chińskiej dzielnicy. Najbiedniejsi, to znaczy — zupełnie nic nie posiadający, przenosili się na dżonki i krypy rybackie, gnijące na cuchnącej Hwang-pu i Wusung-Kiangu, lub głodni i ponurzy wałęsali się po streeta‘ch, parkach i po okolicach Szanchaju, na Nanking- czy Fuczou-road, godzinami wystawali przed szybami zakładów jubilerskich, gdzie chińscy kupcy umieszczali miljonowej nieraz wartości złote przedmioty, drogie kamienie i srebro.
Mieszkania bardziej zasobnych emigrantów oblegane były od rana do wieczora przez tych, którym głód i rozpacz skręcały kiszki, wysuszały język i wykrzywiały twarz.
Coraz częściej padały tam surowe, gorzkie, obraźliwe a nawet groźne słowa. Z dniem każdym rozlegała się coraz śmielej jadowita mowa nienawiści.
Tak trwało całe dwa miesiące, aż wreszcie stało się to, co stać się musiało, gdyż podobne okoliczności niezmiennie do nieuniknionych, a zawsze tych samych doprowadzają wyników.
Niezłomne i logiczne prawo nędzy!
Pewnej nocy nieznani sprawcy przedostali się przekopem z jadłodajni, utrzymywanej przez Greka, Archistratiga Podypulosa, do sąsiedniego sklepu słynnego złotnika Wu-Czang-Hsina i wynieśli na pięć tysięcy dolarów towaru. Ponieważ jednak przy tem włamaniu zginęła oddana do naprawy kolja żony wice-konsula Wielkiej Brytanji, w sprawę tą wdała się policja angielska i, z całą bezwzględnością i zawodową systematycznością przeprowadziwszy dochodzenie, ustaliła, że pewien były wysoki urzędnik rosyjski zaproponował Grekowi spółkę na ograbienie Wu-Czang-Hsina. Właściciel jadłodajni „Iljada“, a z nim dawny biurokrata osiedli w ponurej „Lousa“ — więzieniu karnem.
Czcigodny Podypulos wpadł w taką rozpacz, że powiesił się na własnych szelkach; biurokrata zaś odsiadywał swój termin spokojnie, zadowolony z ciepłego przytułku i codziennej polewki ryżowej z suszoną na słońcu rybą lub cuchnącemi krabami. Myjąc ustępy, uśmiechał się tajemniczo, żywiąc nadzieję, że odnajdzie kiedyś ukrytą przez siebie zdobycz, o czem teraz wiedział jedynie tylko on, gdyż wisielec-Grek już się nie liczył. Spółka została rozwiązana w sposób naturalny i kategoryczny.
Drobne kradzieże, napady bandyckie, wymyślne i dowcipne w swej prostocie oszustwa, zuchwałe szantaże, szulerka wszystkich możliwych odcieni, fałszowanie czeków i weksli, stręczycielstwo wszelkiego, najohydniejszego nawet rodzaju, podejmowanie się krzywoprzysięstwa w sądach — zdarzały się codziennie, bo stały tu się takim samym zawodem, jak adwokatura, praktyka lekarska, fach inżyniera, budowniczego i rzemieślnika, jak odprawianie modłów nad nieboszczykiem, kropienie wodą święconą konających i dawanie ślubów.
Nie minęło nawet pół roku, a nikt już się nie gorszył temi zbrodniami i nie pogardzał rodakami, którzy staczali się coraz niżej i niżej.
Coprawda — różnice poziomów etycznych również uległy zmianie. Zbliżały się one coraz bardziej ku sobie. Wszystko, czego zmuszony był imać się człowiek, uważano już za normalną i niezbędną walkę o byt, za spryt życiowy, za ową „will of life“, za zdolność przystosowywania się do warunków istnienia.
W pogłębiającym się upadku upatrywano nawet jakąś aureolę i świętość męczeństwa, a genezy i przyczyn zbrodni i występku doszukiwano się w niezrozumiałym, drażniąco tajemniczym tekście Apokalipsy.
Lepiej nieco działo się w kołach wojskowych i duchowieństwa. Oficerowie otrzymywali jeszcze skromne zasiłki z pozostałych sum, znajdujących się w rękach dawnych dowódców „białej“ armji, korzystali z zapomóg a nawet stałego uposażenia od agentów japońskich, trzymających w rezerwie tych trzy tysiące bojowych oficerów na wypadek wojny z Rosją sowiecką; niektórzy wreszcie potajemnie szpiegowali na rzecz bolszewickiego poselstwa w Pekinie i otrzymywali od niego stałe wynagrodzenie za robotę.
Duchowieństwo natomiast znalazło przytułek w prawosławnej, niegdyś bardzo hojnie uposażonej przez rząd carski, prawosławnej misji w starej stolicy Chin i opuściło Szanchaj z rodzinami na zawsze.
Obie te grupy emigrantów rosyjskich zamknęły się w granicach swego zawodu i stroniły rygorystycznie od reszty rodaków, ginących w zgiełkliwym Szanchaju, rozzuchwalonym przez miljonowe afery, rozbawionym, żyjącym w ustawicznie trawiącej go gorączce i pościgu za złotem i szalonemi, zawsze niezdrowemi uciechami, gorszącemi Chińczyków. Żółci ludzie w milczeniu i pogardliwej nienawiści przyglądali się obłędowi najeźdźców, zdobywających ich ojczyznę podstępem, przekupstwem, bezczelnością i stałą groźbą, która wiała od opancerzonych burt milczących krążowników i zwróconych na miasto paszcz armatnich.
„I widziałem niewiastę, siedzącą na czerwonej bestji, pełnej słów bluźnierstwa, mającej siedem głów i rogów dziesięć. Niewiasta owa przyobleczona była w purpurę i karmazyn i uzłocona złotem, drogim kamieniem i perłami, mając kubek złoty w ręce swej, pełny obrzydliwości i plugastwa wszeteczeństwa swojego. A na czole swojem — imię napisane: Tajemnica, Babilonja Wielka, matka wszeteczeństw i obrzydliwości ziemi. Widziałem niewiastę ową pijaną krwią świętych, krwią męczenników“... — zaczytywali się głodni, śmiertelnie przerażeni emigranci rozdziałami objawienia Jana Apostoła w widzeniu jego na pustynnym Patmosie.
Coraz częściej i chętniej stosowali do siebie tajemniczy tekst Apokalipsy.
— Wszetecznica, okrutna Wielka Babilonja — to Szanchaj! — myśleli. — On to pije krew męczenników — naszą krew!
Nienawidzili nierządnicy, drżeli przed nią i bestją, na której siedziała.
Ich chora wyobraźnia utożsamiała potwora apokaliptycznego z Chinami o siedmiu głowach — wielkich miastach z Pekinem, Nankinem i Kantonem na czele, a rogów dziesięć bestji — toć dziesięć najwyższych pagód i świątyń, gdzie stały bóstwa przerażające, o kłach i rogach straszliwych.
Wielka Babilonja, ni to olbrzymia pajęczyca, coraz chciwiej wysysała krew „męczenników“ i zatruwała mózg ich i wolę.
Kilka rodzin wymarło już z głodu. Znajomi, przyjaciele i krewni jeden po drugim odeszli, wyzwoleni wreszcie i na zawsze ukojeni.
Zapomniano o nich niebawem w beznadziejnem borykaniu się o każdą godzinę życia.
Ten i ów zastrzelił się z pożyczonego rewolweru, lub otruł się karbolem. Kilku młodzieńców, ograbiwszy przechodzącego kupca, urządziło sobie pijatykę we wspaniałym „Carltonie“, podbijając serca Amerykanek i Angielek niezrównaną sztuką taneczną, a potem, zakradłszy się do zapasowej szatni, powiesiło się na hakach, zadzierżgnąwszy sobie na szyjach stryczki z porwanych na paski koszul.
Jakaś zrozpaczona matka porozbijała młotkiem główki swym dzieciom na parapecie Creek‘u, sama zaś z mostu skoczyła do brudnego kanału. Wpadłszy w nagły szał, jakiś mąż udusił głodną, chorą żonę, a potem rzucił się pod pociąg. Ale najgorzej bodaj i najniebezpieczniej układało się tu życie młodych kobiet. Umierały one coraz częściej, w sposób zagadkowy przerywając nikłą nić zohydzonego nędzą życia. Inne znów zatłaczały chodniki na ludnych ulicach i nawiązywały znajomość z przechodniami; w wyzywających, kuszących pozach przesiadywały, w parku na Bundzie i po kawiarniach, w objęciach podpitych Amerykanów — brutalnych dla kobiet, nie posiadających paszportu amerykańskiego, i zimnych, drapieżnych Anglików; ślizgały się po mahoniowych posadzkach Astor-House‘u, Splendid-Hotelu i Carltonu, nad ranem powracały do ubogiego barłogu na łono rodziny — milczące, znękane i zrozpaczone, rzucając ojcom i matkom banknoty, mające obieg na tej giełdzie walut, towarów, sumień, dusz i ciał ludzkich, życia i śmierci. Ojcowie i matki bez wahania już i wstrętu brali te pieniądze hańbiące i czemprędzej wybiegali z domu, aby zapłacić za brudne legowisko, kupić chleba, ryżu, mięsa...
Krew i łzy męczenników nikogo już nie wzruszały i nie przerażały... tyle ich bowiem wypłynęło we wszetecznym, okrutnym Szanchaju, — więcej niż wody w jego cuchnących kanałach i deszczu zimowego... Jedynej pociechy doszukiwano się w mętnych proroctwach twórcy Apokalipsy. I — znaleziono ją, bo oto samotnik patmoski napisał był:
„Z wina gniewu porubstwa Wielkiej Babilonji piły wszystkie narody, królowie ziemi wszetecznictwo z nią płodzili a kupcy ziemscy z mocy rozkoszy jej bogaczami się stali“.
Nienawiścią przesiąkli przeto ci wygnańcy do wszystkich ludów, królów i bogaczów świata i zemstę im zaprzysięgli do śmierci, jakoże sam Jan, umiłowany apostoł Chrystusowy, rozkazywał, mówiąc w swem Objawieniu:
„Oddajcież jej, jako i ona wam oddawała, a w dwójnasób dwojako oddajcie wedle uczynków jej, w kubku, którym nalewała, nalewajcie jej w dwójnasób! Jako się wiele wynosiła i w rozkoszach była, tyle jej dajcie męki i udręczenia...“
Piekło rozwierało się coraz szerzej z dniem każdym. A jednak i tu czekano na coś, co powoła do jakiegoś czynu i przyniesie wyzwolenie. Nadsłuchiwano i wypatrywano czegoś niecierpliwie, obłędnie i namiętnie. Czego? Kogo? W całem tem mrowisku nędzarzy, w wirze przerażenia, obłędu i nienawiści nikt na te pytania odpowiedzieć nie mógł. Tak przed nieuniknioną zagładą, stojącą już na progu legowisk ludzkich, broniła się ostatnia reduta — nadzieja ponuro mistyczna.
Do tego to piekła — do „Wielkiej Babilonji“ przybył bohater tej opowieści.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.