Strzelec bez ręki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Strzelec bez ręki
Podtytuł Ze wspomnień
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


STRZELEC BEZ RĘKI.
(ZE WSPOMNIEŃ).



Żywo jeszcze stoją w mej pamięci wielkie lasy, z których dziś już niema ani patyka; bagna i jeziorka wśród leśnej gęstwiny, łozy, przez które przedrzeć się nie było sposobu. Dziś bagna te wyschły, jeziorka zmalałe wyglądają jak kałuże, a na miejscu łóz nieprzebytych rośnie chuda trawa, którą skubią również chude krowiny chłopskie. A nie tak to bardzo dawno temu... zaledwie ćwierć wieku. Lubiłem las, który imponował mi zawsze swojem niesłychanem bogactwem, podziwiałem drzewa olbrzymie, rozrośnięte potężnie, przez których konary słońce się przedrzeć nie mogło, słuchałem chętnie śpiewu ptasząt, śledziłem bacznie życie i obyczaje leśnych mieszkańców.
I fuzyjka, jak dla każdego młodego, szczególne miała dla mnie powaby. Nie mogę się pochwalić, żebym nią wielką krzywdę wyrządzał zwierzynie, alem ją chętnie nosił. Przyłączałem się do myśliwych, aby podziwiać ich fortele, celność i szybkość strzałów, a co najważniejsza, tę pewność siebie, która ich nigdy nie opuszczała.
Mówili: będzie zając, i był zając; puścili psy, odezwała się szczególnie melodyjna, z różnych głosów złożona ich orkiestra i ni stąd ni zowąd słychać strzały na linii — jest zając jeden, drugi, i dziesiąty.
Skąd oni wiedzieli, że zające tam siedzą; dlaczego psy goniły je nie w tę, lub ową stronę, ale wprost na strzelców, to przez długi czas było dla mnie trudną do rozwiązania zagadką. Dziwiło mnie również, gdy gajowy, wskazując kilka zeschłych liści, mówił, że tędy przechodziły sarny. Ja, pomimo największych wysiłków, żadnego śladu dostrzedz nie zdołałem.
Dużo spotykałem w życiu mojem strzelców i strzelców doskonałych, to znów myśliwych przygodnych, amatorów i takich, którzy sobie polowanie za cel życia obrali; słyszałem z ich ust opowiadania, których treść bajeczna przechodziła wszelką fantazyę — i pełne prostoty relacye o faktach szczególnych, lecz prawdziwych, na które wielu ludzi własnemi patrzyło oczami — a na tle moich wspomnień, przesuwa się ogromna karawana nemrodów różnego wieku i uzbrojenia, przed nimi i za nimi zaś, na sforach i luzem masa ogarów, wyżłów, jamników i prostych kundlów wiejskich do chwytania dzików zaprawionych.
Najlepszym wśród wielu dobrym strzelcem budzącym podziw nie tylko we mnie, ale i w starych doświadczonych myśliwych, był człowieczyna niepoczesny, wzrostu małego, blady, mizerny i kaleka. Prawą rękę, którą, małym jeszcze chłopcem będąc, nieostrożnie w tryby młocarni wsadził, miał poniżej łokcia urżniętą.
Na skutek tego wypadku, nie mógł oddać się pracy rolnej i szukał zatrudnienia odpowiedniejszego do sił swoich i kalectwa. Zdawało mu się, że służba leśna będzie dla niego właściwą, tem bardziej, że do polowania od najmłodszych lat szczególny uczuwał pociąg. Oddano go do pomocy gajowemu. Chodził po lesie, z kijem w ręku, wypatrywał, czy kto drzewa nie kradnie, spędzał baby, zbierające jagody i grzyby. Niekiedy zastępując starego gajusa z relacyami chodził do dworu, a zresztą cały czas w lesie przepędzał. Bardzo bystry i sprytny, o niezmiernie silnym wzroku, zwinny jak kot, szybko zapoznał się z naturą i zwyczajami leśnych mieszkańców. Nie było gniazda ptasiego, o któremby nie wiedział; znał wszystkie nory lisie i borsucze, wiedział w której dziupli kuny się gnieżdżą, jakiemi ścieżkami sarny przechodzą, gdzie dzik legowisko sobie obrał, gdzie wilczyca swoje małe wychowuje; mógł powiedzieć z pamięci, ile jest stad cyranek na błotach, słowem, ani las, ani bagna nie miały dla niego tajemnic. Zaglądał nawet i nad jezioro, a gdy było potrzeba ryb i raków, dostarczał je na każde zawołanie, chwytając je sobie tylko wiadomym, a może też i przez się wynalezionym sposobem.
Pomysłowy bo był nadzwyczajnie. Wyrabiał rozmaite siatki, wnyki, samotrzaski, posługując się przytem jedną ręką tak zręcznie i dobrze, że niejeden chłopak w jego wieku dwoma rękami tego nie potrafił. Oczywiście, że ideałem, jedynem marzeniem tego Staśka była strzelba.
Ale skąd jej dostać?
Stary gajus sztumarka swego za nic na świecie pożyczyć nie chciał, miał bowiem przesąd, że obcy człowiek zaczarować go może i odebrać mu jego niesłychane zalety. Żałował także prochu i ołowiu.
— Dajcie choć raz wystrzelić, Andrzeju — molestował chłopak — jeden, jedyny tylko raz. Obaczycie, że z próżnemi rękami nie wrócę. Jeden pan z miasta sowę chce mieć do wypchania, a ja tu właśnie upatrzyłem taką wielką...
— Gdzie? — pyta ciekawie gajowy.
— Aha? Idźcie i poszukajcie. Sowa moja... Nie dacie strzelby, ja ją i tak wezmę.
Jakoż wziął sowę. Żywą owemu panu zaniósł i oczywiście, parę groszy za fatygę dostał.
To był początek kapitału, przeznaczonego na kupno broni. Zbierał grosz do grosza, składał, skąpił, a od czasu do czasu zabiegał do sąsiedniej wioski, do kowala. Tam był przedmiot jego pożądań, obejrzany, stargowany, zgodzony, wypróbowany za stodołą w polu.
Śliczny statek! Pojedynka o długiej, grubej lufie, z kolbą brzozową, w kilku miejscach drutem oplecioną, i z kurkiem wielkim, odwodzącym się ciężko. Śliczna strzelba! Droga bo droga: dwa ruble kowal za nią żądał i ani grosza odstąpić nie chciał.
Dwa ruble! A prócz tego trzeba było funduszu na proch, śrut, pistony. Przy silnej woli zebrał się kapitał, Stasiek został właścicielem strzelby i zaczął uczyć się strzelać.
Gajowy przeczuwał rywala; stary wyga używał różnych dyplomatycznych sposobów, aby chłopakowi broni trzymać nie pozwolono, donosił do dworu, że z tego będzie zguba i nieszczęście, że Stasiek zacznie zwierzynę wybijać i żydom w miasteczku sprzedawać. Intryga o mało że nie odniosła pożądanego skutku, był nawet projekt, żeby Staśka z lasu odebrać i dać mu zatrudnienie przy śpichrzu... ale sprytny chłopak przeczuł knowania swego mistrza, i umiał się przeciw nim zabezpieczyć, oddając się pod opiekę panienek... Wiedział, że wobec ich protekcyi Andrzej nic nie wskóra, wiedział też o tem, że panienki go lubią.
I lubiły go rzeczywiście, przez współczucie dla jego kalectwa i za spryt, za zręczność kocią, za rozmaite drobne przysługi, jakie chętnie pełnił, choć nie proszono go o to.
Wiosną miały od niego kosze fijołków i konwalii, latem znosił najładniejsze poziomki, jerzyny i maliny leśne; jesienią aż się uginał pod ciężarem dorodnych grzybów i rydzów, a jeżeli spodziewano się gości i trzeba było ryb, albo raków, pani posyłała po Staśka.
— Mój Stasieczku, pilno trzeba, postaraj się jak to ty umiesz po swojemu.
Stasiek kłaniał się, znikał, i nazajutrz rankiem stawiał się w kuchni z żądanym transportem.
Jakże takiego chłopca nie lubić? To też wszelkie intrygi Andrzeja rozbiły się o protekcyę panienek. Potrafiły one wytłómaczyć, wyperswadować ojcu, że dziad jest intrygant, że sam musi mieć nieczyste sumienie i obawia się kontroli, że wreszcie Stasiek stworzony jest na to, aby w lesie mieszkał i strzelcem został.
Chłopak śmiało i jawnie mógł nosić swój wspaniały „statek.“ Wolno mu było strzelać do szkodników: zabijać jastrzębie, tępić lisy, borsuki i kuny, przeznaczono mu nawet za to umówioną nagrodę od sztuki. W krótkim czasie nauczył się strzelać dobrze; po roku doskonale, po kilku zaś latach strzelał jak mało kto.
Ujmował on broń lewą ręką przy zamku, lufę kładł na zgięciu łokciowem ręki prawej i przytrzymywał ją tą resztką przedramienia, którą mu przy amputacyi pozostawiono; przymykał oko prawe, a celował lewem, przekręcając przytem głowę na prawo w sposób, aby mógł patrzeć prosto po lufie. Ta niedogodna pozycya nie krępowała go bynajmniej.
W mgnieniu oka chwytał broń, podrzucał ją na rękę, strzelał i rzadko, bardzo rzadko chybiał. Na błocie bił dubeltów tyle ile chciał, i ile mu pies wystawił, w kniei nie chybił zająca, ani sarny. Pomiędzy dzikami, które w owym czasie rozmnożyły się ogromnie, tak, że stadami chodząc wielkie szkody w polach czyniły, robił rzeź istną. Zaczęto na niego zwracać uwagę. Starzy, doświadczeni myśliwi podziwiali pewność jego oka i ręki, a sława strzelca kaleki rozchodziła się po całej okolicy.
Stary Andrzej, także doskonały strzelec, zeszedł na plan drugi; na większych polowaniach zwracano się tylko do Staśka. On radził, skąd psy puszczać, on strzelców na stanowiskach rozstawiał, on dziki objeżdżał i na każdem niemal polowaniu był jakby gospodarzem.
Gdy zdarzyło się czasem, że na polowanie zaproszony był gość jaki znaczny, ale strzelec marny, gdy trzeba było koniecznie gościowi temu przyjemność zrobić, mówiło się do Staśka:
— Słuchajno — ten i ten pan będzie dziś na polowaniu i koniecznie musi jaką grubą sztukę zabić.
— Ha! skoro musi, to pewnie zabije — odpowiadał Stasiek — już ja go wezmę w swoją opiekę.
Stawiał owego niedzielnego strzelca na stanowisku, a sam ukryty gdzie za drzewami, lub w gąszczu, znajdował się na odległości strzału, słuchał grania ogarów i patrząc jastrzębim wzrokiem przed siebie, czekał chwili właściwej. Zwierz szedł jak na obstalunek i współcześnie padały do niego dwa strzały: gościa i Staśka. Zwierz leżał, Stasiek przybiegał, podziwiał tryumf znakomitego strzelca, przeklinał własne pudło i umiał zawsze dowieść, jak dwa a dwa cztery, że loftki ze strzelby gościa utkwiły w zwierzynie, z jego zaś broni siedzą w drzewie, lub też rozbiły mrowisko.
Gość, na którego grzeczności nieraz bardzo zależało, powracał z polowania uszczęśliwiony, w najlepszym humorze, zrobił wszystko, o co go proszono, a następnie przez długie lata zaczynał swoje opowiadania myśliwskie od słów:
— Wówczas gdym zabił tego przepysznego kozła...
Stary Andrzej niedołężniał coraz więcej, wreszcie zachorował i umarł. Stanowisko jego i chałupę w lesie zajął Stasiek, ożenił się, i nazywano go już odtąd Stanisławem.
Zaczął żyć samodzielnie, a w strzelaniu dochodził do coraz większej perfekcyi. Hodował doskonałe psy, na całą okolicę sławne, urządzał polowania, las i okoliczne pola były jego domem, światem, żywiołem.
Poza tem nic go nie zajmowało i nic nie obchodziło. Jak owczarz wśród owiec, tak on chodził wśród swojej zwierzyny, co mu się podobało — wybierał, co chciał — zostawiał, strzelba nie zawodziła go nigdy.
Sławny swój „statek,“ od kowala za dwa ruble kupiony, zawiesił na kołku nad łóżkiem, rzadko kiedy brał go do lasu; posiadał już albowiem doskonalą dubeltówkę, z którą prawie nigdy się nie rozstawał.
Był nie tylko znakomitym strzelcem, ale i doskonałym gajowym, stróżem lasu. Nocami nasłuchiwał, czy nie rozlega się głuchy łoskot siekiery, a gdy go usłyszał, szedł po cichu, jak lis, i znienacka chwytał złodzieja. Siłę w sobie wyrobił i bali się go nocni goście, chociaż tylko jedną rękę posiadał. Postrach budziła strzelba, na jego ramieniu zawieszona.
Życie, które mu się zaczęło tak pięknie, w którem udało mu się osiągnąć najwyższy cel swoich marzeń, to jest posiadać strzelbę i zostać gajowym, smutne miało zakończenie.
Na polowaniu dzik raniony go ściął i okaleczył tak bardzo, że długi czas musiał biedny Stasiek w łóżku przeleżeć. Nie słyszał już grania psów; nie chodził z wiosną na ciąg słonek, nie czaił się na tokujące cietrzewie. Po roku choroby, zbiedzony i zmizerowany, kulejąc, chodzić zaczął — ale nie było już po co.
Strzelca ściął dzik, a jego las ulubiony zaczęli ścinać żydzi.
Właściciel zmuszony przez ciężkie okoliczności, pozbył się majątku, aby tym sposobem chociaż część jaką ocalić. Na jego miejsce przyszedł spekulant, ziemię kolonistom na kawałki posprzedawał, las do cna wyciął. W miejscach, gdzie były legowiska dzików, pewne zakłady sarn, gdzie roiło się od drobnego ptactwa i zwierzyny, stanęły tartaki. Potężne drzewa porżnięte i ociosane popłynęły na falach szerokiej rzeki — skończyło się wszystko.
Stanisław nie miał się gdzie podziać. Wzięto go na karbowego do sąsiedniego, ale już także bezleśnego majątku. Stał po całych dniach w stodole przy młocarni, przy młynku, kurz połykał i dusił się.
Nie mógł żyć bez przestrzeni, bez powietrza, bez broni. Czasami jeszcze wywlókł się na błoto, na kaczki, ale już mu to żadnej przyjemności nie robiło.
— Co to za zwierzyna? — mówił — prochu szkoda. Co będzie dalej — pytał — gdy tak pójdzie, będą na marnego zająca z obławami chodzili.
Zgorzkniał, humor stracił, stał się przykrym dla siebie i drugich. Głowę coraz niżej nosił, cherlał. Kaszel go ciężki wziął, podupadał, marniał coraz bardziej, aż wreszcie jednego dni jesiennego życie skończył.
Pochowano go na wiejskim cmentarzu pod parkanem; na jego grobie stoi krzyż sosnowy, opodal rosną dwie brzozy. Na grobie żadnego napisu niema; ale i bez napisu wszyscy we wsi wiedzą, że pod tą mogiłą spoczywa... strzelec bez ręki.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.