Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

i ile mu pies wystawił, w kniei nie chybił zająca, ani sarny. Pomiędzy dzikami, które w owym czasie rozmnożyły się ogromnie, tak, że stadami chodząc wielkie szkody w polach czyniły, robił rzeź istną. Zaczęto na niego zwracać uwagę. Starzy, doświadczeni myśliwi podziwiali pewność jego oka i ręki, a sława strzelca kaleki rozchodziła się po całej okolicy.
Stary Andrzej, także doskonały strzelec, zeszedł na plan drugi; na większych polowaniach zwracano się tylko do Staśka. On radził, skąd psy puszczać, on strzelców na stanowiskach rozstawiał, on dziki objeżdżał i na każdem niemal polowaniu był jakby gospodarzem.
Gdy zdarzyło się czasem, że na polowanie zaproszony był gość jaki znaczny, ale strzelec marny, gdy trzeba było koniecznie gościowi temu przyjemność zrobić, mówiło się do Staśka:
— Słuchajno — ten i ten pan będzie dziś na polowaniu i koniecznie musi jaką grubą sztukę zabić.
— Ha! skoro musi, to pewnie zabije — odpowiadał Stasiek — już ja go wezmę w swoją opiekę.
Stawiał owego niedzielnego strzelca na stanowisku, a sam ukryty gdzie za drzewami, lub w gąszczu, znajdował się na odległości strzału, słuchał grania ogarów i patrząc jastrzębim wzrokiem przed siebie, czekał chwili właściwej. Zwierz szedł jak na obstalunek i współcześnie padały do niego dwa strzały: gościa