Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Mówili: będzie zając, i był zając; puścili psy, odezwała się szczególnie melodyjna, z różnych głosów złożona ich orkiestra i ni stąd ni zowąd słychać strzały na linii — jest zając jeden, drugi, i dziesiąty.
Skąd oni wiedzieli, że zające tam siedzą; dlaczego psy goniły je nie w tę, lub ową stronę, ale wprost na strzelców, to przez długi czas było dla mnie trudną do rozwiązania zagadką. Dziwiło mnie również, gdy gajowy, wskazując kilka zeschłych liści, mówił, że tędy przechodziły sarny. Ja, pomimo największych wysiłków, żadnego śladu dostrzedz nie zdołałem.
Dużo spotykałem w życiu mojem strzelców i strzelców doskonałych, to znów myśliwych przygodnych, amatorów i takich, którzy sobie polowanie za cel życia obrali; słyszałem z ich ust opowiadania, których treść bajeczna przechodziła wszelką fantazyę — i pełne prostoty relacye o faktach szczególnych, lecz prawdziwych, na które wielu ludzi własnemi patrzyło oczami — a na tle moich wspomnień, przesuwa się ogromna karawana nemrodów różnego wieku i uzbrojenia, przed nimi i za nimi zaś, na sforach i luzem masa ogarów, wyżłów, jamników i prostych kundlów wiejskich do chwytania dzików zaprawionych.
Najlepszym wśród wielu dobrym strzelcem budzącym podziw nie tylko we mnie, ale i w starych doświadczonych myśliwych, był człowie-