Strona:Klemens Junosza - Z pola i z bruku.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Pomysłowy bo był nadzwyczajnie. Wyrabiał rozmaite siatki, wnyki, samotrzaski, posługując się przytem jedną ręką tak zręcznie i dobrze, że niejeden chłopak w jego wieku dwoma rękami tego nie potrafił. Oczywiście, że ideałem, jedynem marzeniem tego Staśka była strzelba.
Ale skąd jej dostać?
Stary gajus sztumarka swego za nic na świecie pożyczyć nie chciał, miał bowiem przesąd, że obcy człowiek zaczarować go może i odebrać mu jego niesłychane zalety. Żałował także prochu i ołowiu.
— Dajcie choć raz wystrzelić, Andrzeju — molestował chłopak — jeden, jedyny tylko raz. Obaczycie, że z próżnemi rękami nie wrócę. Jeden pan z miasta sowę chce mieć do wypchania, a ja tu właśnie upatrzyłem taką wielką...
— Gdzie? — pyta ciekawie gajowy.
— Aha? Idźcie i poszukajcie. Sowa moja... Nie dacie strzelby, ja ją i tak wezmę.
Jakoż wziął sowę. Żywą owemu panu zaniósł i oczywiście, parę groszy za fatygę dostał.
To był początek kapitału, przeznaczonego na kupno broni. Zbierał grosz do grosza, składał, skąpił, a od czasu do czasu zabiegał do sąsiedniej wioski, do kowala. Tam był przedmiot jego pożądań, obejrzany, stargowany, zgodzony, wypróbowany za stodołą w polu.
Śliczny statek! Pojedynka o długiej, grubej lufie, z kolbą brzozową, w kilku miejscach