Passyans wyszedł

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Passyans wyszedł
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Z pola i z bruku
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1897
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PASSYANS WYSZEDŁ!
OBRAZEK



W roku tysiąc osiemset siedemdziesiątym którymś wiosna zaczynała się szkaradnie: w końcu marca zaczęły śniegi topnieć, lód pękał na rzekach i jeziorach, woda występowała z brzegów, strumienie zamieniały się w potoki, ziemia była rozmiękła jak galareta, drogi grzęzkie, błotniste, nie do przebycia. I żeby chociaż promień słońca zabłysnął, żeby osuszył tę wilgoć nadmierną! ale gdzież tam! Niebo od dwóch tygodni było ołowiano-szare, deszcz padał nieustannie drobny, jak na jesieni, przenikający do kości...
Siedzieliśmy w domu jak zamurowani, odcięci od świata, gość nie mógł się dostać przez błota, sąsiad nie zajrzał, nawet poczta, ta jedyna pocieszycielka, co trzy razy tygodniowo dawała nam wieści ze świata, w tym czasie utraciła swą punktualność.
Chłopak wyjechał z domu do miasteczka wczesnym rankiem, prawie o świcie, powinienby powrócić z torbą pełną gazet koło południa. Czekamy na niego jak na zbawienie, patrzymy w okno, czy na grzęzkiej grobli nie zarysuje się jego sylwetka. — Ale gdzież tam! Mija godzina, dwie, trzy, żywego ducha nie widać, ziemię otula mrok szary, taki posępny, smutny, żałobny, że aż się płakać chce...
Tak przynajmniej powiada panna Kamilla.
Nareszcie słychać chlapanie kopyt końskich po błocie, to Jasiek powraca.
— Światła! światła prędzej...
Magda przynosi wielką lampę i stawia ją na stole, dziadek fularową chustką przeciera okulary, babka szuka rozpoczętej robótki, a panna Kamilla biegnie ku drzwiom.
— Jasiek! czy to Jasiek?!
— Juści ja — odpowiedział przemokły do nitki chłopak.
— Masz torbę?
— Jest.
— Dawaj...
Panna Kamilla chwyta w białe rączki torbę, nie zważając, że ta jest mokra i powalana błotem... Chwyta, ale jednocześnie na twarzyczce jej maluje się wyraz zdziwienia.
— Taka lekka!
— Bo pusta, proszę panienki — odpowiada spokojnie Jasiek.
— Nie ma ani listów, ani gazet?! Dlaczego?
— Bo nie dali...
— A z jakiego powodu, cóż to znów!
— Powiedział pocztylion, że pod Zagnanką most zerwało i przez to poczta nie przyszła.
— Mój Boże... i cóż my będziemy teraz robili?
— Ja pójdę do stajni — odpowiedział Jasiek, jak gdyby to pytanie do niego się stosowało.
— A idź sobie gdzie chcesz — odrzekła zadąsana panienka.
Dziadek niecierpliwie wąsami poruszał.
— I cóż, Kamilciu — rzekł do wchodzącej wnuczki — gdzież te gazety?
— Niech dziadzio zdejmie okulary — odrzekła — feralny dzień dzisiaj; nie ma co czytać... Most pod Zagnanką zerwany i zapewne nie zreparują go prędko, trzeba się przygotować na długie, długie nudy; tem bardziej, że szkaradny deszcz ani myśli ustać... a słońce się już chyba nigdy nie pokaże...
Dziadek spojrzał uważnie na wnuczkę.
— No, no — rzekł — nie prorokuj tak smutno, będzie jeszcze sucho i ciepło i jasno. Twoja biała buzia opali się na słońcu, wiśnie, maliny dojrzeją...
— Kiedy to tam będzie! Wprzód można melancholii dostać...
— Proszę, jaka panna niecierpliwa...
Babka odłożyła rozpoczętą robótkę, przyniosła kilka talii kart i zaczęła rozkładać je na stole.
— Cóż to będzie, moja pani? — zapytał dziadek.
— Passyans położę...
— Masz racyę... to przyjemna rozrywka... a podobno i przyszłość przepowiada...
— Jakbyś wiedział... wolno ci żartować z tych przepowiedni, ale mniej więcej sprawdzają się one.
— Jejmościuniu dobrodziejko, że też nie możesz się pozbyć przesądu!...
— Nie narzucam go nikomu, a czas mogę przepędzić, jak mi się podoba... Zresztą, jeżeli ci to przykrość sprawia... mogę dać pokój...
— Ależ co znowu, moja kochana, nie róbże mnie tyranem... Ja żartowałem tylko...
— Więc kładę i ciekawa jestem, czy też wyjdzie...
— Eh, moja droga babciu — rzekła panna Kamilla — na taki szkaradny czas, to nic wyjść nie może, nawet passyans...
— Nie grymaś, Kamilciu, i nie narzekaj... Weź jaką książkę lub robótkę.
— Książki wszystkie, jakie są w domu, już przeczytałam, niektóre nawet po dwa razy, zaś rozpoczętej robótki kończyć nie mogę dla tej przyczyny, że zbrakło mi włóczki, a nawet marzyć nie można o tem, żeby jej skąd dostać... Jak żyję nie widziałam tak szkaradnej wiosny...
— Oj dziecko, dziecko — rzekł sentencyonalnie dziadek, — żeby tylko takie zmartwienia były w życiu!... Dajże mi, kochaneczko, dawne gazety, przywiezione onegdaj, odczytam je raz jeszcze. W braku laku dobry i opłatek... A cóż to pana Wincentego nie widać? Już jest godzina... która Kamilciu, bo nie dowidzę...
— Szósta, dziadziu...
— Powinienby już być...
— Nadejdzie lada moment — rzekła babka.
W tejże samej chwili rozległy się w sieni ciężkie kroki i do pokoju wszedł mężczyzna barczysty, krępy, z krzaczastemi brwiami, twarzą zarośniętą prawie pod same oczy...
Wszedł, skłonił się niezgrabnie i rzekł tubalnym głosem:
— Moje uszanowanie państwu...
— Jak się masz, panie Wincenty — rzekł dziadek — siadajże, siadaj, bardzo proszę, cóż tam w gospodarstwie?
— Ano, panie dziedzicu, chlapie psia kość.
Babka zmarszczyła czoło, pan Wincenty to spostrzegł i chciał naprawić złe wrażenie.
— Przepraszam panią dobrodziejkę najmocniej — rzekł — ale na taki szelmowski czas, to człowiek o wszelkiej delikatności zapomina i tak czasem coś palnie, że później sam oto, z przeproszeniem państwa...
— Daj pokój, panie Wincenty, nie przepraszaj, bo jeszcze gorzej zabrniesz...
— Święta prawda... Człowiek ma ciągle z chłopstwem do czynienia, a przytem gospodarstwo, to jest taka psia... z przeproszeniem procedura, że trzeba przy niem ciągle się użerać... to jest, chciałem rzec, ujadać i co chwila można się spodziewać, że jaki... niech go marności! Państwo sami dobrze wiedzą, że trudno miodowych słówek dobierać i w pakuły owijać, to jest chciałem powiedzieć w bawełnę... Oto na przykład dziś... proszę pana dziedzica, jak jestem tu rządcą, a już Bogu dziękować dwadzieścia dwa lata, takiej szarugi, takiej flagi, takiego za pozwoleniem... szkaradzieństwa nie pamiętam... Rano wstaję — ciemno, budzę parobków, ledwie wstali... zaczyna się robota, ale jaka, psu na budę nie zdatna... każdy łazi jak zmokła kura i nie dziw, ja sam nawet jestem, z przeproszeniem, niby mucha jesienna...
— Ale brzęcząca — wtrąciła panna Kamilla.
— Juściż, proszę pani trudno, musi w gospodarstwie być ktoś taki co brzęczy, bo bez brzęczenia nic nie będzie... Oto dziś na przykład... u machiny łajdak Józiek tryb wyłamał, szczęście, że miałem zapasowe kółko... Dałem mu parę razy w kark, a ten jeszcze z gębą! Ledwiem odsapnął, wołają mnie znowuż... Co się stało? A to, proszę pana; mówią na młynie chorągiew... Co u milion dyabłów... to jest, co to ma z przeproszeniem znaczyć?
— Pewnie woda zalała tych biedaków — wtrąciła babka — trzeba im było zaraz dać ratunek...
— Dałem ja mu ratunek, że mu się na drugi raz odechce ludzi niepokoić, bo proszę pana dziedzica...
— Może czego potrzebował?
— Właśnie, że nic... Do młyna teraz dojechać nie sposób, bo zalany dokoła, ale skoro daje taki za pozwoleniem, sygnał, biorę dwóch parobków, siadam w czółno i płyniemy... Sam myślałem, że jakie nieszczęście, bo pocóżby spódnicę na żerdzi wywieszał... Przybijamy — nic. Młyn jak stoi tak stał, a że dokoła woda, to nie nowość, zawsze o mokrej wiośnie tak bywa... Wchodzę: w stancyi spokojnie. Lejbuś Biblię czyta, jego żydowica przy kominie, bachory łażą po kątach, w drugiej stancyi mendel gęsi gęga... Cóż u starego dyabła, z przeproszeniem, po co Lejbuś szmatę wywieszał, po co ludzi niepokoił? Może nie macie co jeść? pytam... Mają łajdaki: jest mąka, kasza, kartofle, cebula, na parę tygodni pożywienia... Więc czego, co chcesz? co ci potrzeba?... — A to, powiada, my się boimy... A ty, powiadam, za pozwoleniem taki, taki i owaki, ja dla twego bania się, mam ludzi ganiać i chlapać się po wodzie, jak z przeproszeniem, kaczka! Powiedziałem mu delikatnie kilka słów, w których ani jednego poczciwego, kazałem żerdź z komina zdjąć i o mało, żem mu brody nie oberwał.
— Ale chyba pan tego nie zrobił — spytała panna Kamilla.
— Nie zrobiłem, proszę pani i żałuję, ale już po niewczasie, nie zobaczę go prędzej, jak za tydzień, kiedy woda opadnie, a wtenczas i moja złość przeminie.
— Biedny Lejbuś — rzekła babka — wyobrażam sobie, ze jest nieborak w strachu. To musi być bardzo przykro, siedzieć w domu oblanym dokoła wodą.
— I ja nie mówię, że to przyjemność, ale po co ludzi niepokoić, kiedy nic nie zagraża. Wiadoma rzecz, że woda opadnie i młyn będzie młynem jak był.
— A jakże nasze łąki, panie Wincenty? — zapytał dziadek — wyjechałbym sam, aby je obejrzeć, ale wiesz, że zreumatyzmowany jestem, wilgoć mi bardzo szkodzi.
— Łąki, panie dziedzicu, zalane furt, wody na jaki łokieć, ale ja myślę, za jaki tydzień to spłynie i będziemy mieli takie siano, że choć pannom do jedzenia dawać.
— Proszę, co za porównanie! — odezwała się panna Kamilla.
— Nie chciałem obrazić... tylko się tak mówi, nie dla urągowiska pannom, uchowaj Boże, ale dla pochwały siana. Tak się mówi, a to znaczy, że nawet najdelikatniejsza owieczka angielska...
— Panie Wincenty, nie poprawiaj się — rzekł dziadek — nie poprawiaj się, bo zabrniesz po same uszy...
— A zabrnąłem, panie dziedzicu, zabrnąłem dziś prawie po kolana, chcąc zobaczyć czy rola bardzo rozmiękła.
— I jakże?
— Czyste błoto; cała nadzieja w rowach, pan dziedzic trochę się krzywił gdyśmy te rowy rznęli.
— Bo też kosztowały dość pieniędzy.
— Ale zabiorą dość wody, a to jak dziś, ma swoje grube znaczenie.
— Wiesz pan, że most pod Zagnanką zerwało... poczta nie przyszła, gazet nie ma.
— Słyszałem, właśnie Jasiek opowiadał, ale bo i ten most, z przeproszeniem państwa, na kurzych nogach stał, a nasz pod Wólką się trzyma.
— Choćby armaty prowadzić, jak mur stoi.
— Nie widziałeś dziś kogo z obcych?
— Skąd, panie dziedzicu, pies na taką drogę się nie ruszy. Żyd jakiś wlókł się z miasteczka biedą, noga za nogą, alem nie rozmawiał z nim, bo mnie ten, za przeproszeniem, Lejbuś głowę zaprzątnął.
— Nic a nic nie wiemy, co się na świecie dzieje — rzekła panna Kamilla.
Rządca ramionami wzruszył.
— Małe to nieszczęście — rzekł.
— Ależ wprost przeciwnie, panie, to jest nadzwyczajne, wielkie nieszczęście.
— Przepraszam panią, ale nie rozumiem. O gazety chodzi, o ciekawość. Nie ma ich dziś, to będą za tydzień, nie za tydzień, to za dwa, ale będą. Żadna się w nich odmiana nie zrobi... owszem, będzie od razu więcej do czytania.
— Pan się na tem nie zna.
— Nie mam też pretensyi. Polityki ciekawy nie jestem, a jak się cały dzień naużeram z chłopami, nałażę po polach, bucham się spać, to jest przepraszam, kładę się i śpię jak zarznięty, nie pytając o to, czy Francuz kocha Niemca, albo czy Anglik godzi się z Włochem. Niech ich siarczyste... to jest niech sobie robią co chcą, a moja rzecz, żeby zboża było dużo, żeby państwo zbierali, dla panny Kamilli, z przeproszeniem, na posag!
— Widzisz, jaki komplemencista — rzekł dziadek.
— Czy panu się zdaje — wtrąciła panna Kamilla — że bez posagu nie mogłabym się podobać?!
— Ale i jak, i jak jeszcze... Tylko widzi pani, najpiękniejsza bułeczka zawsze lepiej smakuje z masłem, aniżeli bez masła...
— Bułeczka! Mógłby pan też ładniejsze porównanie znaleźć.
— Czem chata bogata, proszę pani, tem rada, a swoją drogą niechno tylko woda spadnie to się tak na posag zazieleni, że aż się wszyscy dyabli, to jest chciałem powiedzieć, aż się dusza śmiać będzie...
— Oto jest mądre słowo.
— Wiesz mężu — rzekła babka — śmiej ty się, lub nie... a jednak mój passyans wychodzi...
— Proszę!
— Wychodzi i wyjdzie. Postawiłam go z pewną intencyą.
— Ciekawym.
— To mój sekret... później wam powiem jak wyjdzie, bo trzy razy wyjść musi, jeżeli przepowiednia ma być prawdziwa.
— Babcia zawsze bada przyszłość przez karty, ale ona nic nie chce powiedzieć.
— Żeby to pani dobrodziejka mogła nam przepowiedzieć, kiedy woda spadnie, kiedy rola obeschnie, że z pługami będzie można wyruszyć, toby była kabałka, ale...
— Nie kabałka, tylko passyans...
— Taki dobry kusy, jak i bez ogona; to jest chciałem rzec, że to wszystko jedno.
— A czy pan Wincenty wierzy w przepowiednie?
— Owszem, trochę wierzę, bo mam na sobie samym praktykę, że się sprawdzają. Temu dwadzieścia pięć lat Cyganka przepowiedziała mi, że się nie ożenię, i jako państwu wiadomo, do dziś dnia kawalerem jestem.
— To jeszcze nie dowód — rzekł dziadek — jeszcze masz czas...
— Eh, nie rychło już. Człowiek wygląda jak jagódka po świętym Marcinie.
Podano kolacyę, ale wszyscy niewiele jedli, tylko jeden pan Wincenty odznaczał się, jak zwykle, wielkim apetytem i z półmiska zrazów z kaszą mało co zostawił. Zaraz potem zaczęły mu się oczy kleić, osowiał i z trudnością ukrywał ziewanie.
— Idź spać, panie Wincenty — rzekł dziadek — zmęczony jesteś, spoczynku ci trzeba.
— Eh, nie; jabym jeszcze mógł siedzieć, choćby do północy, ale mnie ten łajdak Lejbuś, żeby mu broda spuchła, okropnie zirytował... no, i ten tryb wyłamany także.
— To też odpocznij sobie.
— Ma pan dziedzic dobrodziej racyę; w moich latach to już gnatom, to jest chciałem powiedzieć, z przeproszeniem, kościom, trzeba czasem pofolgować. A jutro, proszę pana dziedzica, owies młócę i sieczkę rznę.
— Dobrze, dobrze; jak uważasz, tak rób.
— Dobranoc.
Ukłonił się niezgrabne i odszedł.
— Cóż to za niedźwiadek — rzekła panna Kamilla.
— Prawda, kochaneczko, niedźwiadek, ale dusza poczciwa, serce złote... Ty go nie lubisz, a jednak zaręczam, że gdyby się, broń Boże, dom zapalił, to niedźwiadek pierwszy wskoczyłby w płomienie, aby cię ratować.
— Owszem, ja oceniam jego poczciwość, lubię go nawet, tylko... widzi dziadzio, on taki śmieszny ze swemi kościami, piorunami, z nieśmiertelnem przepraszaniem, najbardziej nie w porę używanem...
— Cóż robić, moja duszko, tak go wychowano, takim jest.
— A wiecie co — wtrąciła babcia — passyans znowu wychodzi, to już drugi raz... tasuję karty i kładę trzeci. Zaczyna się wcale dobrze. Święta to prawda, że jak co zacznie iść, to już idzie, a jak początek zły, to nie pójdzie, żeby nawet niewiem jak się starać.
Dziadek zabrał się do powtórnego wertowania już przeczytanych gazet, panna Kamilla przeszła do sali i usiadłszy przy fortepianie grała jakąś tęskną dumkę, a babcia przekładała karty jedną na drugą, uśmiechając się filuternie. Na dworze było ciemno, drobny deszcz bił w szyby, zegar gdakał miarowo.
— I cóż matusiu — rzekł dziadek, odkładając gazetę — jakże tam?
— Doskonale — odrzekła staruszka — wychodzi... wywija się jak z płatka...
— A to ślicznie... ciekawym tylko coś sobie jejmościuniu zamyśliła?
— Takiś niedomyślny. Cóżbym zamyślić mogła? Nam starym niewiele potrzeba, byle trochę zdrowia. Myślałam o Kamilci, pytałam kart, czy będzie szczęśliwa. Trzy razy odpowiedziały, że będzie, a choć to nie jest pewność, ale zawsze pociecha.
— Niechże będzie pociecha.. uśnij z tą myślą, moja babinko... i niech się twoja wróżba sprawdzi.
Zegar wydzwonił dziesiątą...
— Patrzaj no jejmość, jak późno już. Spać, spać! Kamilko, dziesiąta, dobranoc pannie.
— Już? tak wcześnie? — zawołała, przybiegając z drugiego pokoju.
— A cóż sobie panna myśli? Dziesiąta godzina, to wcześnie? Dwunasta zaraz będzie, a trzeba ci wiedzieć, że nie masz nic zdrowszego i posilniejszego nad sen przed północą. Jeżeli chcesz być zawsze ładną, taką jak dziś jesteś, to nigdy długo w nocy nie przesiaduj.
W domu zaczęła się robić cisza, dziadek w swoim pokoju fajkę palił — babka znów u siebie odmawiała pacierze, a panna Kamilla wyjęła szpilki z włosów i bogaty, złocisty warkocz, zsunął się na jej ramiona.
Nagle na dziedzińcu zrobiła się straszna wrzawa. Wszystkie psy, ile ich było na folwarku, zaczęły ujadać zawzięcie, a współcześnie rozlegał się głos ludzki i ciężkie stąpanie kopyt końskich po błocie. W czworakach wnet błysnęły światła, z oficyny wybiegł przebudzony ze snu pan Wincenty, z ogromną latarnią w jednej, a ze starą dubeltówkę w drugiej ręce.
Dziadek rzucił fajkę, ubrał się naprędce w kożuszek i zdjąwszy strzelbę z kolka, przez otwarte drzwi zawołał do kobiet:
— Jejmościuniu, nie bać się! jeżeli rabusie, damy im rady... bo widzę, że już Wincenty nadbiega i w czworakach ruch.
Pomimo tego zapewnienia, panie schroniły się do ostatniego pokoju i w niepewności oczekiwały co będzie.
Dziadek przed dom wyszedł i przy świetle latarni ujrzał człowieka w liberyi, siedzącego na koniu i oganiającego się od psów długim biczem.
— Co za jeden jesteś? czego chcesz? — wołał pan Wincenty.
— Swój — odrzekł — podróżny w przygodzie... A pójdziesz! Psiska tak ujadają zatracone, że człowiek oto do słowa przyjść nie może...
— Leżeć Zagraj! do budy Burek! Gadajże człowieku, co jest.
— Jestem dorożkarz ze stacyi, dwoje państwa wiozę do Tymiankowa. Jedziemy już od samego rana.
— I dopiero tu jesteście?
— Wielmożny panie... Skusili mnie, obiecali piętnaście rubli... wziąłem brykę na resorach z budą, a tu droga taka krwawa, że niech Bóg broni. Noga za nogą się wleczemy, noc nas zaskoczyła; ja tu obcy, dróg bardzo nie znam, wpakowałem się w jakiś bajor, ani wyleź, choć dobre cztery konie mam. Pan się złości, pani płacze... Cóż miałem robić... wyprzęgłem konia, siadłem wierzchem i jadę oto, prost na światło, prosić dobrych ludzi o ratunek. Choćby jeszcze z parę koni, latarnię, a znającego człowieka, możebyśmy się przecież wyrwali z tego piekła. Tyle lat oto po drogach jeżdżę i jeszcze takiej przygody nie miałem.
— Gdzie on mógł uwięznąć? — zapytał pana Wincentego dziadek.
— Pewnie na grobli, koło starej cegielni.
— Albo ja wiem — odrzekł dorożkarz — miejsce jakieś zaklęte; chyba że mnie złe tam zaprowadziło.
— No, mój bracie — odezwał się rządca — jeżeli ty tam wpadłeś, to ci jedna para koni nie pomoże... ze cztery woły trzeba, żeby ciężką brykę wydobyć?...
— Cóż ja nieszczęśliwy teraz zrobię i gdzie tych państwa podzieję?...
— Sameś sobie winien, trzeba było od figury na lewo objechać, ludzie tak zawsze robią, a na starą groblę nikt się podczas roztopów nie puszcza.
— Ba! żebym ja był wiedział...
— Nie ma co — rzekł dziadek — jużci trzeba go poratować.
— Zapewne — dorzucił rządca — w takiej przygodzie, nie po chrześcijańsku byłoby biednych ludzi zostawić.
— O! niechże panom Bóg da zdrowie, niech stokrotnie na wszystkiem wynagrodzi.
— Ciekawym kogo on wiezie? — rzekł dziadek. — Nie znasz tych państwa?
— Skąd? w naszym stanie, jak wiadomo, kto się każe wieźć a płaci, to go się wiezie. A! na śmierć zapomniałem w tem zmartwieniu — dali karteczki dwie... Mówili: do kogo trafisz kartki pokaż, w tych stronach nas znają.
To mówiąc, podał dziadkowi dwa bilety wizytowe.
Dziadek przy świetle latarni przeczytał: Ewelina Korabińska, Jan Korabiński.
— Panie Wincenty! — zawołał — siadaj na konia, bierz ludzi, bierz koni ile chcesz, choćby dziesięć... ależ to dobrzy znajomi!... Sprowadź ich jak najprędziej. Sam pojechałbym na miejsce, ale się boję, wiesz, że mi wilgoć szkodzi...
— Jabym też panu dziedzicowi pozwolił jechać! — rzekł rządca — do czego to podobne? No, żwawo! chłopcy do stajni... kasztana mi osiodłać, trzy pary koni w chomantach wziąć, kilka latarni, linę... a ruszać mi się żwawo.
W kwadrans później już pomoc dążyła do uwięzionych w grzązkiem błocie podróżnych, a we dworku zrobił się ruch nadzwyczajny. Babka i panna Kamilla pobudziły uśpioną służbę, kazały jej przygotować pokoje gościnne, pomyśleć o pożywieniu dla zdrożonych i zziębniętych.
— Widzisz, Kamilciu — mówiła babka — co to znaczy passyans. Trzy razy, raz po raz wyszedł. Byłam pewna, że coś przyjemnego nas spotka, nie sądziłam jednak, że taka niespodzianka... pani Ewelina... mój Boże taka dobra i miła znajoma.
— Pamiętam ją doskonale, jeszcze z czasów pobytu mego w Warszawie na pensyi. Zapraszała mnie prawie co drugą niedzielę, zawsze zastawałam u niej liczne towarzystwo, nieraz tańczono.
— Jej syn musi być już słuszny młodzieniec.
— Nie widziałam go, babciu, od lat trzech, to jest od czasu bytności mojej w Warszawie. On wtenczas kończył kursa na uniwersytecie ja zaś pensyę... Z chwilą powrotu na wieś straciłam go z oczu...
— Jak to czas leci, moja Kamilciu, jak szybko leci — mówiła staruszka. — Mnie się zdaje, że dopiero wczoraj powróciłaś z pensyi, a to już trzy lata.
— Ściśle licząc, trzy i pół, nawet więcej: lat trzy, miesięcy siedm i dni dwadzieścia kilka... Przez ten czas, jak babci wiadomo, nie byłam w Warszawie ani razu.
— Prawda, ale bo też sama jesteś temu winna. Żeby też nie powiedzieć dziadkowi albo mnie: mam ochotę zobaczyć miasto, zabawić się, rozweselić... ktoby ci bronił. Owszem, pojechalibyśmy wszyscy troje. Czy to nam brak czasu, albo funduszów? Ale wnuczka skryta, nic nie powie, czeka aż się dziadek albo babka sami odezwą. Długobyś na to czekała, bo my starzy, lubimy siedzieć w swoim kącie, spokojnie, wygodnie...
— A widzi babcia, więc lepiej zrobiłam nic nie mówiąc.
— Wcale nie lepiej; gorzej, bardzo źle, bo mybyśmy jak najchętniej trochę fatygi poświęcili dla ciebie, a twoja przyjemność byłaby nam największą nagrodą.
Panna Kamilla ucałowała ręce staruszki.
— Dziękuję babci, z całego serca — rzekła — psujecie mnie swoją dobrocią...
— Czyż cię nie kochamy, moja sierotko; tak wcześnie straciłaś rodziców, więc któż ci ich zastąpi jeżeli nie my?
— Jadą! jadą! — oznajmił dziadek wchodząc do pokoju — widać światło na drodze. Pan Wincenty doskonale się sprawił, że ich tak prędko wydobył, a trzeba wam wiedzieć, że grobla koło starej cegielni, to niegodziwe miejsce. Co rok się staram, ażeby tę drogę skasowali, ale schodzi to jakoś... Już są koło bramy, tylko ich patrzeć... Ho, ho — dodał spojrzawszy na żonę i wnuczkę — cóż to za metamorfoza! Panie postrojone!...
— Trzeba się przecież było ogarnąć do ludzi — rzekła babka.
Na dziedziniec wtoczyła się wielka bryka, której niezgrabne kształty widać było z pokoju, w świetle kilku latarni; dziadek wyszedł przed dom na przyjęcie niespodziewanych gości. Zaczęło się od podziękowań i przepraszań za najazd nocną porą, za kłopot. Dziadek znów utrzymywał, że kłopotu niema żadnego, owszem, że mu ten wypadek dał miłą sposobność podejmowania w swoich progach tak miłych i rzadkich gości. Panie wzięły zaraz pod swoją opiekę panią Ewelinę, przyniesiono z bryki dwie ogromne walizy pełne sukien i wszelkich fatałaszków. Podczas gdy panie zajmowały się matką, dziadek rozmawiał z synem i dopytywał go o szczegóły podróży.
— Skądżeście się państwo wzięli tu, o tej porze, podczas roztopów?
— Wiadomo panu dobrodziejowi — odrzekł młody człowiek, — że mamy w Tymiankowie krewnych...
— A tak, tak, rodzona twoja ciotka, panie Janie.
— Mama od dawna wybierała się do nich, bo oprócz chęci zobaczenia siostry i szwagra, trzeba tam załatwić różne interesa majątkowe. Możnaby to było zrobić i później, po świętach, w maju, ale mama koniecznie postanowiła jechać zaraz, ponieważ projektuje w pierwszych dniach maja udać się za granicę, gdzie przepędzi całe lato, aż do jesieni. Słychać było wprawdzie o złych drogach, ale nie miałem pojęcia, żeby były aż takie...
— Wiosna nadchodzi, panie Janie, wylewy, a nasza okolica nizka, wilgotna, gdy rzeki wzbiorą, jesteśmy zalani błotem...
— Niech pan sobie wyobrazi, że od stacyi kolejowej jedziemy już kilkanaście godzin... Kiedy bryka tak fatalnie ugrzęzła, zdecydowani byliśmy całą noc przepędzić na dworze i gdyby nie pomoc szanownego pana... Jak daleko jest stąd do Tymiankowa?
— Około trzech mil. Wasz dorożkarz nie tędy powinien był jechać, jest krótsza droga od stacyi.
— Trzy mile — rzekł młody człowiek — ładna przyjemność... my tam ledwie jutro na wieczór będziemy.
Dziadek rozśmiał się.
— Tej sztuki nie dokażesz, mój dobrodzieju, choćbyś nawet jutro do dnia wyjechał, co oczywiście jest niepodobieństwem, gdyż matka zdrożona i sfatygowana, musi trochę odpocząć. Nie dokażesz tej sztuki, powtarzam.
— Ależ dlaczego? Czy i dalej taka droga fatalna?
— Droga, jak droga o tej porze, dobra, ale most pod Zagnanką zerwany i niema sposobu przedostać się za rzekę, chyba czółenkiem, a nie sądzę, żeby się mama pańska na to zdecydowała.
— A to fatalność!... Jak prędko mogą ten most naprawić?
— Dopóki woda nie opadnie, nie zaczną roboty.
— Ależ chyba nie jeden most jest na tej rzece?
— W tej okolicy jeden. Są wprawdzie promy, ale podczas wylewu nie radziłbym próbować... Cóż wam tak bardzo pilnego zresztą; posiedzicie u nas, skoro was Pan Bóg pod ten dach przyprowadził. Dołożymy starań, żeby wam było dobrze...
Młody człowiek zamyślił się.
— Trudna rada — rzekł dziadek — trzeba się z losem pogodzić. My także odcięci jesteśmy od świata, nawet gazet z powodu tego nieszczęsnego mostu chwilowo pozbawieni jesteśmy. Jak dla mnie, to bardzo przykra rzecz, przyzwyczajony bowiem jestem...
— Mam z sobą kilka — rzekł młody człowiek. — Wyjeżdżając z Warszawy kupiłem. Są wczorajsze, chętnie będę panu służył...
Dziadek ucieszył się niezmiernie. W prawdzie dziś już późno na czytanie, ale nazajutrz rano wynagrodzi to sobie... Nadeszły i panie. Młody człowiek przypatrywał się bacznie pannie Kamilli i zdziwiony był, widząc jak się zmieniła. Znał ją niegdyś w Warszawie jako podlotka, następnie jako dorastającą panienkę. Była wówczas szczupła i blada, dziś rozwinęła się doskonale, z ładnego pączka stał się kwiat jaśniejący pełnią krasy i uroku.
To, co młody człowiek myślał, matka jego wypowiadała głośno, zasypując pannę Kamillę komplementami. Wszyscy zasiedli do stołu, zaczęło się drobiazgowe opowiadanie o szczegółach podróży, o całym dniu spędzonym na bryce podczas nieustającego deszczu, o szkaradnej karczmie, w której zatrzymano się na popas, wreszcie o nocy.
— Nie miałam pojęcia — mówiła pani Ewelina, — żeby mogły istnieć podobne ciemności... Zdawało mi się, że straciłam wzrok, czułam tylko okropne kołysanie się bryki i słyszałam krzyk naszego woźnicy, znaglającego konie do pośpiechu. Czy państwo tu, na wsi, zawsze w takich warunkach odbywacie podróże?
— Jak czasem, pani dobrodziejko — odrzekł dziadek, — na wiosnę i na jesieni w takich, ale też unikamy wówczas jazdy nocnej, a nawet wogóle nie ruszamy się z domu, chyba, że konieczność zmusi do puszczenia się w drogę.
— Jeszcze póki się ta buda kołysała — ciągnęła dalej pani Ewelina — było pół biedy, wiedziałam przynajmniej, że jedziemy: nieznośnie, niewygodnie, powoli — ale posuwaliśmy się, krok za krokiem i zbliżali do celu. Naraz, buda staje, człowiek krzyczy na konie, przeklina, uderza batem — ani rusz. Nareszcie schodzi z kozła, bada drogę, choć co on mógł zbadać w takiej ciemności, i oświadcza, że dalej nie pojedziemy... Przyznam się, że ogarnęła mnie, rozpacz i zaczęłam płakać... Poczciwy Jaś pocieszał mnie jak mógł i odbył naradę z woźnicą. Nie mieliśmy pojęcia, gdzie się mianowicie znajdujemy, ale przecież wszędzie są dobrzy ludzie; woźnica więc wyprzągł konia i pojechał prosić o pomoc. Błyszczące z oddalenia światełko było wskazówką, że ludzie mieszkają na tem pustkowiu.
— No, i dobrze się stało — rzekł dziadek — trafił do nas od razu.
— Do śmierci państwu tego nie zapomnę. Skoro woźnica odjechał i zostałam tylko z Jasiem, wśród ciemności, ogarnął mnie strach. Tyle piszą w gazetach o napadach i rozbojach...
— Ależ mamo — wtrącił młody człowiek — obawa była nieuzasadniona, przecież ja znajdowałem się przy mamie... a zawsze w podróży mam przy sobie rewolwer...
— Swoją drogą, trzęsłam się ze strachu jak w febrze i dopiero zaczęłam przychodzić do siebie, gdy zajaśniały światła kilku latarni... Aniele-wybawicielu! zawołałam, gdy jakiś pan na koniu zbliżył się do bryki.
— Moja mamo — rzekł młody człowiek — porównanie to bardzo niefortunne...
— Dlaczego?
— Bo nasz anioł-wybawiciel klął strasznie...
— Prawda, ale za każdą klątwę przepraszał, mówiąc, że dosadne wyrażenia są przy takiej czynności konieczne.
— Poznaję mojego kochanego Wincentego — rzekł dziadek.
— Któż to jest?
— To, proszę pani, nasz rządca, najzacniejszy człowiek pod słońcem, tylko trochę rubaszny. Jestem przekonany, że sprawił się dobrze...
— Ależ przewybornie — wtrącił pan Jan — wydał kilka rozkazów, krzyknął na konie, zaklął, przeprosił, znowuż zaklął i buda nasza wnet została wyciągnięta z błotnistej przepaści.
— Gdzież jest ten pan? — spytała pani Ewelina — pragnęłabym mu podziękować.
— Zapewne już śpi — rzekł dziadek — ale nic straconego, zobaczy go pani jutro, gdy przyjdzie na obiad.
Cichy domek ożywił się, wesoła rozmowa płynęła swobodnie, podróżni zapomnieli o przebytych niewygodach, dziadek i babka o spóźnionej godzinie, a panna Kamilla od dawna nie była tak ożywiona i wesoła, jak tej nocy. Bo istotnie była to już, zwłaszcza jak na wiejskie zwyczaje, noc późna; zegar wskazywał pierwszą, ale w gwarze rozmowy nikt nie zważał na jego miarowe gdakanie, na posuwanie się, wskazówek, ani nawet na dzwonek dźwięcznie ogłaszający godziny.
Dawni wspólni znajomi, stosunki majątkowe i rodzinne, wspomnienia z czasu pobytu panny Kamilli na pensyi w Warszawie — dawały niewyczerpany temat do rozmowy. Pytanie za pytaniem goniło, odpowiedzi mijały się, jak jaskółki w locie, coraz to rozbrzmiewał dźwięczny śmiech panny Kamilli, budził wesołość jędrny koncept dziadka.
— Bójcie się Boga, toż już trzecia! — zawołała pani Ewelina. — Czy zawsze tak późno spać chodzicie?
— Spalibyśmy od sześciu godzin, pani dobrodziejko — rzekł dziadek — gdyby nie szczęśliwa przygoda, która państwa do nas sprowadziła. Szczerze wdzięczni jesteśmy za to urozmaicenie naszego monotonnego życia.
Na drugi dzień dziadek, jak zwykle, wstał rano, chodził na palcach, całej służbie nakazał ciszę, aby gości warszawskich nie przebudzić, aby się po trudach uciążliwej podróży wywczasować mogli.
Babka i wnuczka spały o godzinę dłużej niż zwykle, ale już o ósmej ukazały się w stołowym pokoju ubrane, gotowe do przyjmowania gości. Babka odbyła długą konferencyę z kucharką, aby ułożyć projekt najwystawniejszego obiadu, na jaki się na wsi, odciętej od świata, zdobyć można; kilkakrotnie chodziła sama do kuchni i spiżarni, dziadek zaś, włożywszy okulary, zagłębił się w czytanie gazet, przez pana Jana przywiezionych. Dopiero koło południa goście warszawscy wstali. Deszcz nie ustawał, niebo było wciąż szare i pochmurne, woda nie ustępowała z niżej położonych pól i łąk, przeciwnie, zdawało się, że wciąż jeszcze przybywa, jakby zasilana przez niewidzialne tajemnicze źródła.
Pani Ewelina wspominała o wyjeździe, lecz dziadek wytłómaczył jej, że nawet marzyć o tem nie można, dopóki woda nie opadnie.
— Nic nie pomoże, pani dobrodziejko — mówił, — jesteście państwo więźniami roztopów, a poniekąd i moimi więźniami. Trzeba pogodzić się z losem. Jak słońce zaświeci, woda opadnie, odeszlę was do Tymiankowa, albo i sam odwiozę, tymczasem zaś siedźcie w więzieniu.
Nie było ono jednak przykre; więźniowie oswoili się prędko z drewnianą warownią, otoczoną nieprzebytem błotem i ze swymi dozorcami; wspominali wprawdzie o słońcu, którego blaski miały być zapowiedzią terminu wyswobodzenia z niewoli, ale znać było, że ostatecznie nie zależy im na tem, aby owe blaski zajaśniały natychmiast.
Pan Jan przestał zupełnie o tem mówić, bo i rzeczywiście czasu nie miał; trochę rozmawiał z dziadkiem, to znów bawił wnuczkę, która mu się coraz milszą, coraz bardziej sympatyczną i pociągającą wydawała. Po upływie tygodnia był z nią tak, jak gdyby znali się od dzieciństwa; mieli już nawet z sobą drobne sprzeczki i nieporozumienia, które jednakże znikały szybko, jak mgła poranna przed promieniami słońca, jak biały obłoczek pod tchnieniem wiatru. Chmurka wnet znikała i znowuż śmiech się rozlegał wesoły, lub też płynęła cicha rozmowa, taka co to niby o niczem, a jednak o wszystkiem, niby obojętna, a przecież niezmiernie zajmująca. Przypominali sobie niedawno minione czasy, zabawy i przyjęcia u pani Eweliny i, rzecz szczególna, pamiętali oboje doskonale wszystkie walce i polki przetańczone razem, treść rozmów, jakie prowadzili ze sobą. Była mowa o jakimś kwiatku, pamiątce z ostatniej zabawy. Panna Kamilla z rumieńcem na twarzy, utrzymywała, że ten szczegół nie zachował się w jej pamięci, pan Jan utrzymywał, że posiada na to dowód niezaprzeczony, corpus delicti, sam ów kwiatek; że ten dowód znajduje się w Warszawie, w jego mieszkaniu, w biurku, w małej szkatułce hebanowej, ozdobionej mozajką. Przy pierwszej sposobności, przy pierwszem spotkaniu kwiat będzie dostarczony, aby dał świadectwo prawdzie i przekonał pewną osobę, że nie wszyscy mają krótką pamięć i że są ludzie, którzy nie lekceważą pamiątek. Wypowiedział to z pewnym naciskiem, a panna Kamilla zauważyła, że ma głos bardzo miły i że argumentuje w sposób nader łatwo trafiający do przekonania...
Jednocześnie pani Ewelina z babcią odbywała poważną konferencyę. Obie matrony zasiadły w salonie na kanapie i po pewnym wstępie, niby ogólnym, ale w gruncie rzeczy bardzo specyalnym, pani Ewelina wypowiedziała zdanie, że nie masz nic przyjemniejszego nad złe drogi, powodzie i roztopy, w pewnych bowiem wypadkach bywają one jakby narzędziem woli Bożej i przeznaczenia, boć niedarmo starzy ludzie powiadają, że śmierć i żona przeznaczona jest każdemu z woli wyższej. Z tego wstępu wynikał jasny wniosek, że pani Ewelina czułaby się nad wszelki wyraz szczęśliwą, gdyby synowi jej pozwolono przyjeżdżać do tego domu po dobrej drodze, często, jak najczęściej, żeby się młodzi bliżej poznali i... co jest przeznaczone, niech się stanie.
Bo dlaczego nie miałoby być przeznaczonem?
Babcia rozrzewniła się, otarła oczy chusteczką i odrzekła, że przekonania pani Eweliny podziela, że pomówi z mężem i delikatnie wybada Kamilcię. Wszystko miało być oczywiście w wielkiej zachowane tajemnicy, do czasu, ale dziadek zwierzył się panu Wincentemu, ten zaś kiwnął głową z uśmiechem i rzekł:
— Proszę pana dziedzica, ja zaraz, z przeproszeniem, zwąchałem pismo nosem... i tylkom spojrzał na tego warszawiaka, pomyślałem: nie na grobli koło starej cegielni ty paniczu uwiązłeś, ale tu, we dworze i już cię stąd czterema parami wołów nie wyciągnie...
Nareszcie ukazało się słońce w całym blasku, ciepłe, wiosenne. Dziadek wytłómaczył swym gościom, że należy poczekać aż wody spłyną i drogi obeschną. Czekano na to znów tydzień, który szybko upłynął; trawniki w ogrodzie zaczęły się zielenić, na wierzbinie ukazały się kotki, na krzakach agrestu drobne listki. Wiosna budziła ziemię do życia, nad zagonami dzwoniły piosnkę szare skowronki, woły zaprzężone do pługów kroczyły po polach, odwalając długie skiby tłustej roli.
Przed gankiem powóz stał, usadowiła się w nim pani Ewelina z synem.
— Szczęśliwej drogi, prosimy pamiętać o nas!...
— Za dwa tygodnie będę — zawołał pan Jan.
Konie ruszyły.
— Widzisz, Kamilciu — rzekła babka, całując rozpromienioną wnuczkę — widzisz, moje dziecko, passyans wyszedł.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.