Sto lat dobiega/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paulina Wilkońska
Tytuł Sto lat dobiega
Pochodzenie Poseł-męczennik, Sto lat dobiega
Redaktor Szczepan Wicherek
Wydawca Towarzystwo im. Stanisława Staszica
Data wydania 1891
Druk W. A. Szyjkowski
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cała broszura
Pobierz jako: Pobierz Cała broszura jako ePub Pobierz Cała broszura jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała broszura jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
STO LAT DOBIEGA.


Wy chytrych zdrad sąsiedzkich służalce nikczemni,
Błędu, dumy, prywaty, krzykacze najemni;
Wy wszyscy, coście różne ławry przybierali,
I zgubą matki Waszej ręce powalali!
Niech ta krew na was spadnie i na wasze dzieci,
I piętnem matkobójczem na czole wyświeci,
A przekleństwo zgubionych milionów ludzi,
I tych, których potomność z ich wnuków obudzi,
Niechaj was obłąkanych po puszczach ścigają
I nory wasze wyciem srogiem napełniają.

J. P. Woronicz.
Czy kto myśli, że krew poślubioną Ojczyźnie można ukraść? — Nigdy!
A. Mickiewicz.
I.

Po obszernej, wysokiej komnacie w starym zamku po praojcach odziedziczonym, pan szambelan niespokojnym przechadzał się krokiem. Niski, szczupły, ruchliwy, raz po raz niecierpliwie pudrowanego poprawiał tupetu, marszczył brwi mocno narysowane, czarne niemal, a kąciki warg dużych, obwisłych ściągały się gniewnie. Miał ubiór z francuska: frak popielaty, wiązanie na szyi batystowe z fontaziem dużym, kamizelkę złotem tkaną.
Komnata była zastawiona sprzętami z ciemnego mahoniu, z rzeźbami pięknemi; ciężkie kanapy i krzesła poręczowe pokrywał aksamit utrechtski zielonego koloru. Gobeliny zdobiły ściany, marmury, złoto i wielkie zwierciadła. Bogaty dywan perski mozaikową zaścielał posadzkę.
Wprost drzwi głównych, po nad kanapą szerokich rozmiarów, wisiał wielki obraz, złotogłowiem zasłonięty.
Szambelan przystąpił do okna i wyjrzał na dziedziniec, jak gdyby wyglądał kogoś.
Słońce przedzachodnie jaskrawem światłem daleko sięgające, zielone pozłociło niwy. Od zachodu zwolna czarna, gęsta nadciągała chmura, a łamiąc promienie pożegnawcze gwiazdy dziennej, rumianego dodawała im błyskotu.
Szambelan odwrócił się od okna, stanął przy stoliku i jakieś przerzucał papiery.
Zadźwiękła na bruku podkowa. Wyjrzał: młodzian na wronym koniu przemknął przez dziedziniec i w ciemnej zniknął bramie. Szambelan ramionami ruszył — „Waryat!“ głosem wyrzucił stłumionym, i grube, sinawe usta ściągnęły się znowu.
Rzucił się na krzesło poręczowe i chmurne czoło wsparł dłonią. W tej chwili zaturkotało. Porwał się. Przed zamkiem czworokonna stanęła kolasa.
„A!“ zawołał i ku drzwiom pobiegł.
Służba otworzyła podwoje i wszedł mężczyzna lat średnich, w mundurze pułkownika rosyjskiego: wysoki, barczysty, ciemnej twarzy, z nosem zadartym a grubym.
— Witam, hrabio, witam! zawołał gospodarz z rozjaśnionem obliczem. Przybyły francuzkim odpowiedział frazesem.
— I cóż tam? I cóż? pytał szambelan niecierpliwie.
— Rzecz skończona, jak przewidzieć było można: najjaśniejsza monarchini moja słusznie stała się panią tej tu części ziemi, która już więcej polską nie będzie.
— Podpisali podział?
— Podpisali. A wielką jest zasługa marszałka sejmu Ponińskiego, Młodziejowskiego kanclerza, biskupów Ostrowskiego, Massalskiego...
— Niech żyje najjaśniejsza imperatorowa, Katarzyna II, wszechpotężna a błogosławiona monarchini nasza! zawołał szambelan, jakoby w ekstazie. Przybiegł do obrazu, odrzucił ze złotogłowia przysłonę, i ukazała się w majestatycznej postawie Katarzyna Anhalt-Zerbst, wszechwładna caryca rossyjska, ręką biegłego wykonana mistrza. Zgiął poddańczo kolano a potem dodał:
— O dziękj, dzięki, że się pod to błogosławione dostajemy berło!
— Oceniono szambelanie, i wasze pod tym względem niepoślednie zasługi. I najjaśniejsza pani nigdy nie zapomni o was. Czeka was order i dygnitarstwo.
— Czyniłem co mogłem — pokłonił się zdrajca. Działałem, przekonywałem... a ciężka niekiedy była ta robota. Użyłem obietnic, złota i poszczęściło się w końcu.
— Nie zapomnimy! Najjaśniejsza imperatorowa zasługi nagradzać umie.
Uścisnęli sobie ręce.
— Jadę wprost od Stackelberga, bez wytchnienia. Spieszę, lecz do was jednakże na chwilę wstąpiłem.
Szambeian znowu pokłonił się nisko. Zadzwonił. Służba opleśniałe wniosła butelki i błyszczące puhary.
— Nie mam chwili do stracenia!
— Pozwólcie hrabio: za zdrowie najjaśniejszej pani!
— Zawsze! zawsze!
Gospodarz złotego nalał płynu. Przykląkł znowu i wymówił:
— Ku czci monarchini naszej, władczyni Rossyi i Polski!
Pułkownik z namaszczeniem toast ten powtórzył.
— To i wolniej teraz odetchnąć można, gdy wreszcie ta twarda kończy się sprawa — zaczął znowu szambelan.
— A musiała przecie w ten skończyć się sposób odrzekł pułkownik, mrużąc oko jedno filuternie. — Rozum w tem Repnina, Stackelberga i żelazna energia Salderna.
— Musiała skończyć się po myśli! I pamiętne co Saldern napisał:
„Węzeł między trzema dworami jest tak zręcznie zagmatwany, że nawet sam szatan nie potrafi go rozplatać!“
— Zuchwali, waryaci, przeszkadzali zwołaniu sejmu. Chcieli tam jeszcze zrobić pospolite ruszenie i zawezwać pomocy państw europejskich. Ale nasza pani miłościwa groźną nadesłała notę, i Stackelberg połajał królika polskiego w imieniu imperatorowej: że monarchini opuści go całkiem, jeżeli zechce obcej szukać pomocy. Wyrzekł przecie i król pruski: że, aby Polaków nauczyć rozumu, potrzeba z nimi postępować ostro.
— A Stanisław August wysłał jeszcze i Branickiego do Wersalu, by wyrozumieć zamiary tamtego gabinetu.
— Półgłówek! Skłonili go do tego patryoci. Lecz to jedynie podraźniło więcej, chwyciliśmy się tem energiczniejszych środków, i zanim Branicki do Strassburga dojechał, już uniwersały na sejm były wydane, którego szaleńcy gwałtem dopuścić nie chcieli — pułkownik znowu oko przymrużył i fatalnie usta przekrzywił. — Barszczanie pogrzebani także! Zuch wielki Pułaski broń złożył i pięcioletnia skończyła się burda! zaśmiał się sarkastycznie.
— I gdzież się podział Pułaszczyk?
— Drapnął awanturnik.
— Wasze zdrowie, hrabio!
— Na podziękowanie!
— Ale — zagadał pułkownik — cóż to za młodzieńca na karym koniu po za bramą spotkałem?
— To mój bratanek Jerzy, którego adoptowałem, nie mając dzieci... ostatni naszego rodu. Oddam go na służbę najjaśniejszej imperatorowej.
— Piękny kawaler! wymówił hrabia z ironią — ale rzucił na mnie jadowite spojrzenie, bestyjka.
— Co? co? szambelan spochmurzał straszno.
— Nic to nie znaczy! zaśmiał się pułkownik złośliwie. — To syn brata waszego Szymona, który na Syberyi umarł?
— Tak syn tego nieszczęsnego obłąkańca.
— A!!... Coś tam ma niby mina rebelianta — a la Rejtan! wyrzucił moskal ze śmiechem.
— Uchowaj! Uchowaj! — krztusił się szambelan — nie zna was, hrabio, nie wiedział...
— Wiedział jednakże!... Lecz mniejsza oto. Nie jeden to młodzieniaszek szalony roztrąci jeszcze butę swoją wraz z czaszką, dopóki rozsądek wśród was nie zawita. Strzeżcie tego na karym koniu, panie szambelanie, bo mu dziko z oczów patrzy. Dzisiaj jest już poddańczukiem najjaśniejszej imperatorowej, a my mamy hamulec... Ale mi czas w drogę, lubo że w zamku waszym przyjemno! pułkownik trzeci kielich przechylił. — Bywajcie mi zdrowi! — Uścisnęli się.
Gospodarz sprowadził gościa. Podali sobie raz jeszcze ręce. Pułkownik wsiadł do kolasy. Zaturkotało szybko. Szambelan za powozem popatrzył, a potem zacierając dłonie, do komnaty powrócił.
Stanął przed obrazem Katarzyny, popatrzył, uśmiechnął się niby. Przystąpił do stołu, nalał kielich perlącego wina i przechylił go odrazu. Nagle krew na przybladłe uderzyła mu lica.
W tem na progu drzwi głównych ukazała się piękna postać młodziana. Wysoki, kształtnej wysmukłej budowy, miał na sobie czarny żupanik i od koszuli bielutki wywinięty kołnierz. Ciemny wąsik świeże a ogorzałe zdobił mu lica. Włos gęsty wysokie odsłaniał czoło. Wyraz twarzy jego i postawy całei pewna znaczyła duma i wola nieugięta.
— Stryj kazałeś mnie przywołać — dźwięcznym wymówił głosem.
— Tak — Szambelan zwrócił się ku niemu, zadzierając głowy, i brwi nasrożył. — Dla czegóż waść przeleciałeś gdyby rustykus jaki obok pułkownika, hrabiego...
— Nie znam go wcale. A nie jestem żołdakiem moskiewskim, bym pokłon takim oddawał szlifom.
— Waść przecie widziałeś, że on do mnie jedzie. Było to nieokrzesanie, gburowactwo, które na skarcenie zasługuje.
— Stryju! zadrgnął młody — dusza moja do niewoli nie nagnie się nigdy.
Szambelanem gniew zatrząsł, lecz zmitygował się i dolną zagryzł wargę.
W tej chwili Jerzy spostrzegł odsłonięty obraz carycy i pobladł trupio.
— Mam z asanem na pieńku o jedną jeszcze sprawę, zaczął szambelan znowu. — Cóż to tam za duby smalone głupim młokosom szlacheckim gadałeś na stypie u tego wygi starego w Polanowce? Zakazuję głupstw podobnych surowo.
— Jakież to duby? zapytał Jerzy ostro, z wpatrzonemi w obraz oczami.
— O jakiemś ratowaniu zwietrzałej Rzeczypospolitej polskiej, a przeciwko naszej najjaśniejszej monarchini i wzkazał obraz.
Naszej?... powtórzył młody głosem złamanym a dzikim.
— Tak jest, naszej! Ta ziemia dzisiaj, dzięki Bogu, nie jest już polską, a należy pod berło wielkiej monarchini północy.
— Więc się stało!! jękło w piersi młodej boleśnie, dokonano zdrady przeklętej, sromotnej! wyrzucił z ust posiniałych. — O! załamał dłonie z rozpaczą, a był bladym jak mara. — Trzymałeś mnie tu na uwięzi, łudząc i oślepiając! Kłamałeś, stryju!... Niechaj ta hańba i zdrada na głowy spadnie występne! Ziemio rozstąp się dla mnie!
— Waść bredzisz jak chłystek — zatrząsł się Szambelan złością — bo nic nie rozumiesz! Runęło drzewo zmurszałe, podgniłe, robactwem stoczone. A w miejscu tego wyrośnie inne, świeże, jędrne, i szeroko swoje dobroczynne rozpostrzeże konary. Rzeczpospolita zwietrzała, bezsilna, upaść musi, a na jej gruzach pod berłem Katarzyny...
— Stryju! Przez rany Crystusa Pana! Na cień ojca!... Och, oszaleć przyjdzie!... — tchu młodemu nie stało, i niby myśli mięszały się jego.
— Czyliż nie rozumiesz? Złamano głupią a zuchwałą opozycyę zwycięzko! Podeptano usiłowania rebebeliantów...
— Sejm...
— Podział zbawienny podpisał...
— Podpisał!... — Jerzy uderzył się w czoło i cała jego wyprężyła się postać.
— Pułkownik wstąpił do mnie z tą wiadomością. Skończyły się wszystkie porywy szalone. Niech żyje Katarzyna II monarchini nasza! Klęknij i powtórz to za mną!
— Nigdy i Przenigdy! Raczej trupem padnę! porwał się młody. — Przekleństwo i wieczna sromota zdradzie! — krzyknął rozpaczliwie. — Wyrzut pali mi duszę, rozdziera serce, żeś mnie oszołomił stryju, uniedołężniał! Fałszywemi zwodził wieściami... i trzymał tutaj, jakby na łańcuchu haniebnie ukutych zamiarów! Inaczej, byłbym oddawna tam, gdzie mnie święta wzywała powinność!... Panie szambelanie, wyrzekam się krwi twojej i bogactw! Drogi nasze dzielą się na zawsze. Obyśmy już nie spotkali się więcej! — i wypadł z komnaty.
— Szalony! Półgłówek! Rebeliant! — szambelan rzucił się ku drzwiom, i nagle przystanął. — Ależ opamięta się!... Bo niełacno wyrzec się krwi i żebrakiem zostać — zaśmiał się dziko — powróci i będzie u stóp moich skomlał.
Przeszedł się razy kilka. Spojrzał przez okno w noc ciemną. Zadzwonił. Wszedł pokojowiec.
— Gdzież jest panicz?
— Poszedł do jaśnie wielmożnej pani kasztelanowej.
— Do mojej matki... Dobrze. Odejdź.
Tymczasem czarna nadciągnęła chmura — i głucho zagrzmiało.

II.

Jerzy przebiegł długi kurytarz. Z cicha otworzył rzeźbione podwoje i wszedł do niedużego pokoju. Był pusty, lecz z przyległego dochodziły go tłumione, chóralne powtórzenia: „Módl się za nami!“
Młodzian ostrożnie z ciężkiego adamaszku odchylił zasłonę i wszedł do obszernej komnaty.
W krześle wielkiem, poręczowem, siedziała pani sędziwa, w sukniach żałobnych. Oblicze jej bledszem wydawało się jeszcze przy czarnym kornecie na bielutkich włosach i wdowiej zasłonie.
Obok klęczał zakonnik z siwą brodą. A w koło panny respektowe, dwie starsze niewiasty i wiejska dzieweczka.
Na stole w kilkuramiennym świeczniku srebrnym jarzące paliło się światło.
Jerzy przykląkł na stronie. Zakonnik czytał:

»Gwiazdo zaranna!
Uzdrowienie chorych!
Ucieczko grzeszników!
Pocieszycielko strapionych!
Wspomożenie wiernych!
Królowo męczenników!
Królowo polskiej korony!«

„Módl się za nami!“ powtarzali wszyscy w około. Powtarzał i Jerzy — a po młodem jego licu dwie łzy grube spłynęły.
Sędziwa kasztelanowa złożone dłonie przyciskała do piersi i z głębi duszy wołaniu przyciszonym wtórowała głosem.
„Pod Twoją obronę.......“ nastąpiła modlitwa.
Uroczysta cisza przez chwilę zaległa, jak gdyby dla skupienia ducha obecnych. Poczem sędziwa pani srebrny poruszyła dzwonek.
Panny i służebne niewiasty powstały i wyszły. Pozostał się tylko młodzian i zakonnik.
— Jerzy! przywołała go babka.
— Babko moja najdroższa! młody u stóp jej klęknął. Położyła mu rękę na głowie.
— Coś strasznego zaszło... nieprawdaż? zapytała głosem stłumionym — mówił mi ksiądz Prokop. Był tu pułkownik, prawa ręka Repnina i Stackelberga...
— Tak jest, babko moja.
— Zdrady dokonali Judasze!
— Polska rozćwiertowana!... Chrystus na krzyżu umiera!... Grób wykopali dla Polski! — młody żalem gwałtownym wybuchnął.
— O ciężko!... Wielki Boże! — sędziwa matrona złożyła dłonie. — Twoja wola, ojcze w niebie, i klęski spuszczasz na grzeszników!... Ale ta zdrada jest dziełem szatana!... O!! O! — wydawała jęki srogiej boleści — i on... on rękę przyłożył!... Syn mój! Syn szlachetnego Illii!... O mój Boże! załamała ręce — łez nie mam, bo zdrój ich wysechł od takiego bolu!... Matka zdrajcy!... Zaprzedańca!... Najemnika wszetecznicy! — zakryła chustką blade oblicze.
— Babko moja, ale byłaś i matką Michała, który krew przelewał za Polskę, który za nią cierpiał i w katuszach sybiryjskich skończył!
— Matką Michała!... Matką Michała i twoją, mój synku!... Nadzieja przyszła! — objęła go za szyję i przycisnęła do piersi. Potem pobladła więcej, złożyła ręce, pochyliła czoło i z cicha szeptała: zdrada... przekupstwo... podstępy... rusztowania... nieszczęścia bez nazwy... bez kresu... ofiary!... Dzicz będzie przewodziła, znęcała się... a od zachodu wróg imię Polaka pochłonie... Sto lat niewoli... sto lat klęsk i ciężkiej pokuty jeszcze nie zmażą winy... nie przejednają!... Och krwawe lata! Krwawe wieki całe!... Ale... Boże! — rozkrzyżowała ramiona i zniosła oczy ku niebu, nadziemskim jaśniejące blaskiem. — Z krwi męczeńsko przelanej wykwitną lilije i róże... z otchłań ciemnych jasne wskrzesną gwiazdy... na gruzach nowe powstaną gmachy... synowie i córy starych praojców staną, się godni... Bóg jest miłosiernym a sprawiedliwym!... „Królowo polskiej korony, zmiłuj się nad nami!“ — przycichym powtórzyła głosem, a melodyjnym zarazem, jakby nie z tego świata. Głowa jej obwisła. Złożyła dłonie i wzrokiem nieruchomym objęła wnuka.
— Babko! Matko Michała męczennika, pobłogosław mi!... Mojej pobłogosław drodze!
Uniosła czoło i pochyliła się ku klęczącemu.
— Uchodzisz z domu sromoty i zdrady!... położyła obiedwie dłonie na skłonionej jego głowie: Błogosławię ci synu Michała!... Illiiego!... Synu dzielnych a prawych ojców!... Błogosławię drodze twojej!... bo drogą będzie cierniową a cnoty!... Drogą Golgoty!... — zrobiła nad nim znak krzyża św. — Idź-że w imię Boże! „Królowo polskiej korony, zmiłuj się nad nami!“ — obwisła bezsilnie w krześle.
Jerzy przytulił się do kolan matczynych, okrył jej ręce gorącemi pocałunkami najserdeczniejszej miłości dziecęcej i cześci. Poczuł jakby stygmat poświęcenia na czole. Powstał. Przeżegnał się, pokłonił ojcu Prokopowi i wybiegł z komnaty. A gdy za nim zwarły się podwoje, dziecięcemi wybuchnął łzami.
W tejże samej chwili zagrał płacz żałośny w piersiach osieroconej babki.

III.

Czarna, gęsta chmura cały niebokrąg zawlokła. Zkrzyżowały się błyskawice. Zagrżmiało ciężko, straszno, jak gdyby kula ziemska miała ze swoich wypartą być posad.
Z dziedzińca zamkowego czarny wygonił jeździec.
Podkowy wronego iskry sypały, a stukot ich łączył się z odgłosem wichru. Krwawo — płomiennie rozwarła się ciemna niebios opona. Jeździec w cieniach groźnej przepadł nocy.
Komnata szabelana ponury, jakby grobowy przedstawiała obraz. Świeczniki niedostateczne rzucały światło. Sklepiony sufit czarne zaległy smugi. Po oknach głucho dzwoniła burza.
Jaskrawy gzygzak rozświecił na chwilę carowej oblicze — niby uśmiechnięte szyderczo... szatańsko. Wicher spotęgowaną zahuczał siłą. Cały zamek zadrżał, a jedno z okien z trzaskiem na posadzkę wypadło.
Szambelan porwał się z krzesła, sino-blady, z rozwartemi szeroko a straszno oczami. Zadzwonił silnie. Pokojowiec przydążył.
— Poproś tu panicza! rozkazał pan zamku.
Sługa wybiegł i po niedługiej wrócił chwili.
— A co? uniósł dumną głowę szambelan.
— Pan Jerzy wyjechał.
— Dokąd?
— Nie wiadomo.
— Jak?
— Konno.
— Czy dawno?
— Gdy tak ciężko zagrzmiało.
— Gonić! szukać! pochwycił za taśmę od dzwonka i targał co sił starczyło.
Zbiegła się przerażona służba.
— Gonić za paniczem! Choćby w sto koni... Na strony wszystkie! Po wszystkich szlakach! Całe piekło poruszyć! — wołał rozwścieklony. — Gonić! Chwytać! Sprowadzić go! Rzucę kiesę złota! Dostawcie mi żywego... lub trupa! Słyszycie? Żywego lub trupa!
Nagle stanął w progu blady zakonnik, wysoki, z długą siwą brodą i głuchym ale donośnym głosem wymówił:
— Panie szambelanie, matka twoja Bogu pobożnego oddała ducha. Módlcie się!
Służba na kolana upadła. Szambelan stał nieruchomy, sinoblady — a tupet upudrowany dźwigał się niby na jego występnej głowie.
Połysnęło krwawo — zagrzmiało. Przez okno wyparte wpadł wicher i światła pogasił.
Ciemność w koło zaległa.

IV.

Do starej, z dawnych czasów baszty przytykał dwór nowszy, obszerny.
W baszcie był pokój ośmiokątny z dwoma oknami wązkiemi, w łęk zakończonemi. Na ścianach wisiała broń różna, rogi jelenie i sarnie. Po nad łóżkiem kilimkiem przykryłem, krucyfiks i obraz Matki Boskiej berdyczowskiej.
Była godzina poranna. Deszcze w nocy spadłe całą orzeźwiły przyrodę. Liście drzew, krzewów i trawy w słonecznem promieniu kroplistemi połyskiwały brylantami. Na gałęziach starej lipy przy baszcie, ptaszęta mokre jeszcze strzepywały skrzydełka. Okoliczny obraz sielski w cudne przebrał się barwy.
Przy oknie otwartem stał młodzian nieliczący jeszcze lat dwudziestu, wysoko wystrzelony, szczupły i giętki. Twarz nader kształtnych rysów zdobiło dwoje modrych, pięknych oczów, z niedościgłem spojrzeniem; ponad świeżemi ustami półkołem pierwszy puszczał się meszek. Płowe włosy były nieco w nieładzie, jakby z wiatrem pokumane. Miał na sobie półżupanie granatowe, a białą szyję odsłoniętą całkiem. W zadumie patrzył się na dziedziniec, na gumna, gołębnik, bocianie gniazdo na gruszy przy bramie. To modre zaiskrzyły się oczy, że aż niby płomień nich trysnął, i jasne pogodniało czoło. To znowu rzewny zamigotał wyraz młodziutkiego uczucia.
Do komnaty weszła młoda dziewczyna, istnie siostrzany obraz chłopca przy oknie; drobniejszem tylko i bielszem było jej lice. Takież same modre oczy ciemna zdobiła brewka. Grube warkocze miękkiego włosa kształtną otaczały główkę. Miała na sobie skromną białą sukienkę w rzucik niebieski, lecz wyglądała strojno, tak wdzięczną jej była postać. — Na ustach rumianych uśmiech nie igrał wszelako, a modre gwiazdki łzami błyszczały.
Przysunęła się zlekka i położyła rękę na ramieniu młodego.
Zadrgnął i obejrzał się.
— Hanio moja! zawołał rozjaśnionem spojrzeniem, dzień dobry, kochana i — objął siostrę. W tem nagle zpochmurzał i zapytał: oczy twoje łez pełne! cóż tobie, siostrzyczko?
— Odjeżdżasz, Bogdanku! szepnęła i białe czoło na jego wsparła ramieniu.
— Odjeżdżam, droga, bo dłużej niepodobna mi gnuśnieć! Pragnienie i żądza czynu pali mi duszę oddawna. Niemoc chłopięcia, wycieńczenie przykuwało mnie do łoża, gdy Pułaski był z konfederatami na Litwie, złorzeczyłem doli swojej, żem pobiedz do niego nie mógł. Później, ojciec chory, cierpiący nad miarę, trzymał mnie przy sobie... A nieraz zrywałem się w nocy, wybiegałem gorączką trawiony, szukając chłodu dla duszy. Błąkałem się, jak szalony po polu i jarach, gnany jakby potępieńczym głosem: „Tam zaprzedają ojczyznę, a ty gnuśne wiedziesz życie, gdy młode siły potrzebne są Polsce! Kto kocha ojczyznę, winien biedz na jej ratunek!... Ryczałem z bolu duszy... wracałem o świcie złamany, przybity, padałem na łoże i gorącemi zalewałem się łzami.
Hanna dłonią zacisnęła oczy, a między drobnemi palcami łzy rzęsiste spadały.
— Szukałem rówieśników po okolicy. Zjednałem sobie zastęp... I wreszcie wczoraj, gdy ojciec jak zwykle dawał mi na dobra noc błogosławieństwo, wypowiedziałem mu żądzę... palącą duszę moją. Łza na jego połysnęła źrenicy, poruszył konwulsyjnie nogą drewnianą... objął mnie i do serca przycisnął. Mówiliśmy długo i wiele o sprawach kraju. O królu, o wielkich wrogach zewnętrznych, a i największych wśród braci rodzonej, wśród synów Polski, z których jedni grzeszą obojętnością i niedołęztwem, drudzy obłędem i przekonaniem wstecznem... a inni sprzedajnością, występkiem, zdradą, zbrodnią bez nazwy... O... Bogdan załamane dłonie do czoła przycisnął.
— Stanęło zatem — mówił po chwili boleśnego milczenia — że dziś jeszcze wyjadę. Wiara i wolność!
— Ale dokąd pojedziesz?
— Ha!... Do Warszawy! Skąpo tylko pewniejsze dochodzą nas wieści, zatem na własne oczy z bliska o wszystkiem przekonać się trzeba.
— I do kogoż udać się chcesz?
— Alboż ja wiem w tej chwili?... Szukać ojców ojczyzny!... Czuję wrzące pragnienie boju: pójść na śmierć, by tylko przysłużyć się Polsce i świętą spełnić powinność!... gnuśnieć dłużej niepodobna, gdy ojciec z łaski Bożej już jest rzeźwiejszym. Tam prowadzą frymarkę ohydną: jedni z Prusami, inni z dyplomacyą carycy! Rozkład jest okrutny a nagły. Zatem kto żywy, w kim polska krew płynie, w kim serce bije jeszcze, niechaj za broń chwyta...
— Ależ tak na oślep, Bogdanie!
— Och nie na oślep! Znajdziemy ojców kraju i ofiarujemy krew swoją i życie. Jest Klemens Branicki, Mokronowski, Pułaski, i wielu jeszcze innych!
— Jakże krwawo — bolesnem będzie rozstanie nasze!
— Pożegnam was z tęsknem uczuciem — wymówił Bogdan rzewniej — ojca, ciebie, starych przyjaciół i tych wszystkich, wśród których wzrosłem. Tę moją komnatkę miłą, obrazy, przed którymi modliłem się codzień. Kościół, dokąd prowadziła mnie matka... Łany nasze zielone... wszystkie kwiaty młodego życia! Ale dusza porywa, Polska woła... i oszalałbym tutaj!
Hanna cicho płakała.
— Ale Hanio moja — młody posmutniał bardzo — muszę z tobą pomówić, a strasznie mi ciężko, siostrzyczko! złożył dłonie, oczy łzą nabiegły chłopięcą, a głos stał się miękkim, jak żałosny ton lutni. — Hanio! siostro moja! Jerzy nie dla ciebie! domówił głucho, stłumionym głosem.
— Przeczuwam... — odszepnęło dziewczę, blade jak tarniny kwiatek.
— Syn adoptowany szambelana, zdrajcy, potępieńca, szatana Polski w służbie carycy, twoim nie może być mężem!
— Bodziu! Jerzy szlachetny, prawy syn kraju, gorąco Rzeczpospolitą miłuje!
— Toćże i jam go pokochał jak brata! Ale niechaj porzuci stryja, odstępcę zdradnego i jego złociste komnaty! Niechaj się wyrzecze krwi potępionej i całkiem stanie się naszym! Wtedy, o wtedy i ojciec nasz swoje otworzy mu ramiona. Lecz on tego nie uczyni.
— Tłómaczy go przywiązanie do babki — wymówiła Hanna głosem dosłyszanym zaledwo.
— Babka jego! Kasztelanowa niewiasta szlachetna, matrona polska. Ale cóż ona w obec zdrajcy — syna znaczy? Jerzy winien zrobić rozbrat z wszelką czułością rodzinną... bo ta go zawiedzie w przepaść potępienia i ohydy... Hanio! Moja Hanio! — Bogdan przykląkł i ujął jej ręce — Hanio moja, wyprzej ze swojego serca Jerzego! On stryja nie porzuci... i sam... och, domówić nie mogę, bo go kocham zawsze, bo i ty kochasz go biedna! Lecz potrzeba serce zakrwawić — a będzie to dla Polski ofiarą! Hanio, ty nie chciałabyś nigdy dwulicowego mieć męża, barwy dwuznacznej...
— Nigdy! Nigdy! dziewczyna modlitewnie złożyła dłonie — nigdy, braciszku! W czem mi, panie Boże, dopomóż, i matko najświętsza!
— To i ze spokojniejszą odjadę duszą! zawołał Bogdan z czołem promiennem i przycisnął siostrę do piersi, najszlachetniejszem wrzącéj uczuciem.
— Bądź spokojnym zupełnie — wymówiła z cicha, takiego nigdy nie popełnię grzechu. Raczej zamrze to serce.
Brat i siostra chwilę jeszcze rozmawiali z sobą. A potem wyrzekł Bogdan:
— Teraz pobiegnę i zwołam mój zastęp. Pod wieczór zbierzemy się przed kościołem. Spólnie gorącą zmówimy modlitwę. Proboszcz pobłogosławi. A potem dalej w imię Boże i Rzeczypospolitej!
Do widzenia, siostrzyczko!
Do zobaczenia, Bogdanku!

V.

W godzinę potem siedziała Hanna z robotą przy oknie w pokoju, gdzie zwykle zbierała się rodzina i domownicy. Była bledszą jak zwykle a powieki miała zrumienione.
Pan chorąży, jej ojciec, rozłożył się w krześle poręczowem i jakąś przerzucał książkę. Był to piękny starzec o białych włosach i długim bialutkim wąsie. Nogę drewnianą wsparł na ławeczce, a syknął niekiedy zcicha, gdy ją nieostrożnie poruszył. Szczudła stały obok.
Wiek młody i męzki sterał na usługach kraju i wielokrotnie krew zań przelewał. Po Bogu kochał najwyżej Ojczyznę, a potem dzieci swoje. Honor był dlań godłem świętem i gwiazdą przewodnią. Chętnie każdemu udzielił gościny i przytułku. Dla służby i chłopów ojcem był raczej.
Przy drugiem oknie wiązał nową siatkę na ryby pan porucznik, rówieśnik chorążego, towarzysz broni, przyjaciel i stały jego domownik. Starzec dziś już zgrzybiały, nie lat liczbą, ale wycieńczony ranami i różnym trudem bojowym. Los straszny walecznego Sawy, którego kochał jak brata, a wielbił jak bohatyra i gorliwego syna Ojczyzny, zbyt srogie na umyśle jego wywarł wrażenie. Gdyby dzielny ten konfederat był skonał na pobojowisku, zmówiłby zań paciorek i łzę otarł z powieki. Ale z urwaną nogą, kulą armatnią, zdradzony przez felczera — Żyda z Działdowa — i wydany w ręce Moskali... gdzie umarł męczeńsko — obraz ten okropny stępił mu zmysły do reszty i duszę przybił na zawsze.
Cisza zaległa w komnacie, bo każda z trzech osób znać własnemi była zajęta myślami.
W tem zwolna drzwi otworzono i w szedł trzeci starzec w sutannie czarnej. Trzymał list w drżącem ręku. Wyraz twarzy chudej, pomarszczonej, jawił pomięszanie i boleść.
— Proboszczu kochany, dzień dobry! wymówił chorąży, wyciągając ku niemu rękę — ale, Chryste! cóż się stało? Czytam na licu twojem nieszczęście...
— Nieszczęście! Wielkie nieszczęście! odrzekł starzec, drżąc cały.
Hanna porwała się od okna, do żywego przerażona. Porucznik sieć z ręki wypuścił. Jeden tylko pan domu zwykły spokój powagi zachował, lubo że usta jego ściągnęły się cierpieniem.
— No i cóż nas spotkało? zapytał.
— Polska rozćwiertowana! jęknął starzec — kapłan.
— Więc szatańskie stało się dzieło!... Zdrada plon odniosła! rotmistrz w dłoniach twarz ukrył.
— Sejm podpisał frymarkę?
— Podpisał: pod laską marszałkowską zdrajcy Ponińskiego, przeklętej na zawsze pamięci!... Polska rozćwiertowana!...
— Boże! chorąży ręce załamał.
Hanna na kolana upadła, zalewając się łzami. Porucznik siedział osłupiały, jak gdyby skamieniał.
— Mam oto list! mówił kapłan dalej — sprzedajność dokonała zdrady na hańbę i sromotę wieku! Wraży sąsiedzi, czyhający oddawna na zagrabienie kraju, podstępem i niemem przekupstwem zagarniają część trzecią nieszczęśliwej Polski, a ponad resztą zawiśnie żelazne berło Katarzyny!... Pod Częstochową strzały konfederatów umilkły. Kazimierz Pułaski, najwaleczniejszy syn kraju, szlachetny i prawy broń złożyć musiał!
— O po cóż mi tego było doczekać! zawołał chorąży z rozpaczliwym żalem — po cóż raczej kości moje gdzie tam na tatarskim nie bieleją szlaku!... Czyliż wszystko było daremnem? Krew i ofiary! Wszelkie wysilenia Sołtyka, by nie dopuścić sejmu, i patryotów innych obrócone w niwecz! — drewniana noga rotmistrza konwulsyjnie drgała, a twarz jego trupia powlekła bladość.
— Stackelberg Sołtyka waryatem ogłosił, a Lentulus, komisarz pruski, nawet i książkę napisał o tem.
— Przekleństwo! Wieczne przekleństwo na występne głowy! rotmistrz porwał się i znowu na siedzenie upadł, złamany i siny.
— Zasiadło tylko 111 posłów, zatem ani połowa zwykłego kompletu.
— A może Panie zastępów! lepiejby było, gdyby, skoro zebraniu sejmu żadne starania nie zdołały przeszkodzić, ażeby prawi w komplecie na nim byli zasiedli i nie dopuścili zaprzedańcom przewagi.
— Bóg to wie jedyny! — Otóż co mi piszą — kapłan list rozłożył i czytał:
„W lutym sejm zwołanym został. Katarzyna nasłała 4000 wojska, by nad nim czuwali. Stackelberg utworzył konfederacyą w opozycyi barskiej, przekupstwem dotąd nie praktykowanem. Ponińskiego mianował tejże konfederacyi marszałkiem, a Radziwiłła litewskim. Godło jej było: „Za wiarę, godność królewską i wolność!“...
— Szalbierstwo! rzucił się rotmistrz — matactwo!
— „Podpisali ją u niego 14. kwietnia posłowie państw ościennych, biskupi Poznania, Kujaw i Wilna, wojewoda kaliski i Teodor Wessel, skarbnik. — 15. rozpoczęły się konferencye. 17. już wielu podpisało podział Polski. 19. było wielkie nabożeństwo u ś. Jana, biskup kujawski celebrował...“
— Bluźnierstwo przez rany Chrystusa Pana! Obraza Boga!
— „Zebrał się sejm. Stackelberg mianował Ponińskiego marszałkiem...“
— Z podłych najpodlejszego!
— „Tadeusz Rejtan usiłował zdrajcy wydrzeć laskę. Rozkrzyżował się w progu, żeby posłowie nie wyszli. Ale wszystko było daremnem. Wydarli mu gwałtem klucz od Izby sejmowej i zagrożono banicyą i konfiskatą. Posłów, którzy z Izby wyjść nie chcieli, wyrzucono przemocą. Król sam nadbiegł in persona i skandal mitygował. A pełnomocnicy trzech mocarstw grozili mu, że jeżeli nie ulegnie, to 50,000 Moskali zbombarduje Warszawę. Posłowie litewscy, przez trzy dni i trzy noce z Izby nie ustąpili. — Akt sromotny 25-go podpisany został. A wymienić potrzeba, że biskup smoleński od tego uchylił się czynu. — 28-go przystąpił i król do konfederacyi, zmuszony straszliwemi Stackelberga groźbami, który odtąd stał się władcą Polski, i Fryderyk II trzymał w pogotowiu 25,000 wojska...“
— Wielki, o wielki Boże, a gdzież sprawiedliwość twoja! rotmistrz złożone wyciągnął dłonie.
„Winienem dodać, że mowy króla w ciągu obrad tchnęły miłością dla kraju...“
— To i na cóż się przydały?
— „Wreszcie 14-go maja sejm przychylił się na stronę Ponińskiego... ohydna zbrodnia spełnioną została!...“
Chwila gorżkiego, bolesnego potrwała milczenia. Żal i zgroza tamowały słowa. Potem kapłan czytał dalej:
— Biskup łucki raz wtóry wystąpił w obronie religii katolickiej i protestował przeciwko jej pogwałceniu. Nazajutrz weszło do niego jedenastu żołnierzy pruskich, by go do więzienia zaprowadzić, lecz ujechał do dyecezyi swojej. — Papież Klemens XIV stara się wszelkiemi siłami ocalić Polskę...“
— Chryste Jezu! Pan Jerzy! Istna mara! zawołał porucznik, jakby nagle ockniony, z wpatrzonymi w okno oczami.
Hanna porwała się drżąca i blada.
Przede dworem Jerzy z konia spienionego zeskoczył — raczej do widma podobny: w sukniach przemokłych, bezładnie wiszących na nim — sinobladej twarzy — znękany widocznie.
— Jerzy! Może od zdrajcy szambelana przybywa! zawołał chorąży, poruszając szczudłem. — Precz z nim! widzieć go nie chcę!
— Ojcze! Ojcze! cicho błagała Hanna, składając dłonie.
W tej chwili nagle drzwi otworzono i Jerzy rzucił się do stóp chorążego, wyciągając złożone ku niemu dłonie!
— Ulituj się, ojcze, i przyjmij sierotę! błagał z głębi duszy. — Piekło na zawsze rozdzieliło mnie ze stryjem! Wyrzekłem się krwi jego przeklętej. Wyrzekłbym się nazwiska, gdyby ono nie było nazwiskiem mojego ojca, prawego syna ojczyzny! — objął kolana starca, całował stopę jego i szczudło.
Chorąży ostrym spotkał go wzrokiem, ale zaraz zmiękła mu źrenica — poruszył się wąs mleczny, drewniana noga zadrgnęła — roztworzył ramiona i sierotę Michała-męezennika do polskiego przygarnął serca.
Chwila uroczysta potrwała. Hanna łzami zalana, przyciskając do ust Matki boskiej obrazek gorącą odmawiała modlitwę. Kapłan złożył dłonie. Porucznik oczy rozwarł szeroko.
— Powstań chłopcze, siadaj! pociągnął chorąży Jerzego na siedzenie obok. — Suknie twoje przemokłe, zmarnowanyś, pewno jechałeś noc całą?
— Porzuciłem zamek wieczorem wśród burzy. Zjechał tam wczoraj zausznik Stackelberga ze straszną nowiną... i zerwałem ostatnie węzły pokrewieństwa ze zdrajcą kraju — Jerzy zadrżał boleśnie. — Babka udzieliła mi swojego błogosławieństwa...
— Święta niewiasta!... O mój Jerzy, ale cóż teraz stanie się z nami?
— W chwilach ciężkich a groźnych, w doli strasznej, nieszczęsnej, siły wsystkich skupić się winny. A Polska ma jeszcze dość mocy, by z tej szatańskiej podźwignąć się matni.
— O mój chłopcze! starzec głową pokręcił i dłonią przycisnął czoło.
— Nie upadajmy na duchu! Nie poddajmy się potędze piekieł! Łączmy się, bracia krwi jednej, synowie jednej macierzy, a Bóg nam dopomoże!
— Łączmy się! zawołał rotmistrz ożywiony nagle — bo gdzie takie biją serca, tam jeszcze żyje Ojczyzna, gdyby i zdradni wrogowie zbrodniczo na szmaty poszarpać ją mieli. Ojczyzna żyje, wolność i wiara! — dodał z ogniem młodzieńczym. — Dola sroga, nieszczęsna, to kamień probierczy. Gdy nieszczęście siły jednoczy i w zgodne zlewa ją braterstwo, Bóg pobłogosławi z wysoka. Łączmy się zatem! Nie rozerwany splatajmy węzeł!... Synu mój! Chłopcze! Sieroto po zacnym Michale! Wnuku szlachetnego Illii i świętej matrony! Łączmy się, synu mój przybrany! Hanno!
Młoda dziewczyna przystąpiła do ojca. Ujął jej rękę.
— Hanno, Jerzy, serca połączyły się wasze!... Córko moja, to twój przyszły małżonek! Starzec spoił ich dłonie, młodzi na kolana upadli, — Chłopcze, wysłużysz ją sobie walką za Polskę!
— Ojcze! Ojcze mój! Hanno! wołał młody ze łzawą źrenicą.
— Zbrodnia wykopała grób Rzeczypospolitej. Ale Ojczyzny ukochanej jeszcze nie pogrzebali! Straszny to ołtarz a krwawy, ale przy tym grobie rozwartym wasz związek poświęcam. Łączmy się! Tyżeś to wyrzekł, mój synu: że w chwilach przejść ciężkich wierni i kochający łączyć się winni, by spólnemi działać siłami. Niechaj żyje Rzeczpospolita! Niech żyje Polska! Wolność i wiara!
— Niechaj żyje Rzeczpospolita! powtórzyli wszyscy w około. — Niechaj żyje Polska! Wolność i wiara!
Amen! dodał kapłan z westchnieniem pobożnem.
— Jerzy przeleciał mil dziesięć wśród burzy i nawałnicy, zatem Hanio...
Popchnięto drzwi silnie, i Bogdan wpadł do komnaty: blady, jak widmo, z oczami krwią nabiegłemi — z włosem rozchwianym.
Wszyscy poruszyli się przerażeni.
— Więc to jest prawda?! zawołał głosem ochrypłym, złamanym — prawda! prawda... że Polskę rozerwali na ćwierci?! Szatani zdrajcy!
— Prawda, straszna prawda, mój synu! jęknął stary ojciec.
Jerzy załamane dłonie do czoła przycisnął.
— Polska rozćwiartowana! Bogdan skuloną pięścią uderzył się w głowę — zagrabiona, niewolnica!... Zniknie w otchłani, wtrącona piekieł przemocą i zdradą!... pobladł więcej jeszcze, posiniał, i drżał konwulsyjnie. Zwyciężyła zdrada!... Ohydna potęga górę wzięła!... Wyrodni zaprzedali lud wierny... O Boże, gdzie jesteś? Boże! i taką ścierpiałeś zbrodnię!... Dozwoliłeś lud sobie wierny zagarnąć, zbezcześcić!... Boże, czy sprawiedliwym jesteś?... Boże, czy jesteś?! zaśmiał się nagle straszno, przerażająco, niby włosy na jego powstały głowie i obłąkanym w około potoczył wrzokiem. — Polska rozćwiertowana, Polska wierna swojemu Bogu i ludom... Bóg sprawiedliwy takiej niedopuściłby zbrodni! wyrzucił z przepełnionej rozpaczą piersi — Polska na łup rzucona... Wolność i wiara! zaśmiał się znowu, straszniej jeszcze, okropnie.
Wszyscy na śmiech ten zdrętwieli. Hanna poskoczyła ku niemu.
— Bóg nas doświadcza tylko! złożone ku niemu wyciągnęła dłonie. Bóg jest wielkim i sprawiedliwym! Bóg miłościwym jest ojcem!
— Ha rozwarł oczy szeroko, straszno — Boga niemasz!... Tylko szatani!
— Bodziu! chciała objąć go za szyję.
— Precz! odepchnął biedną — Katarzyna! wszetecznica... Precz! targnął za włosy. — Precz! ryknął przeraźliwie i zadrżał, jakby dreszczem febry przeszyty. Wolność! zgrzytnął zębami — Wiara! Sprawiedliwość! zaśmiał się chichotem straszliwym. — Wolność! rzucił się ku drzwiom i wybiegł.
Jerzy poskoczył za nim, proboszcz i nieruchomy dotąd porucznik.
Z poza okna posłyszano jeszcze odgłos okropnego śmiechu.
Chorąży porwał się, chciał pobiedz także, podjął szczudła. Hanna w pół go objęła.
— Oszalał!... Oszalał z rozpaczy! Oszalał! — powtarzał nieszczęśliwy ojciec.
— Mój ojcze! Ojczuszku! błagała córka pobladła.
Rozległ się nagle huk niedaleki wystrzału. Ojciec na wpół omdlały na siedzenie upadł.
— Mój chłopiec! Mój syn! — porwał się bezsilny. Mój Bogdan! Moje dziecko! jęknął w boleści najsroższej. Usiłował powstać i upadł z niemocy.
Hanna do widma podobna, kolana jego objęła.
— Mój chłopiec!... Mój kochanek! jęczał w objęciu córki.
Zwolna wszedł kapłan do komnaty, poważny i blady.
— Mój chłopiec!... Mój jedynak!... Oddajcie mi syna mojego! rzucał się nieszczęśliwy starzec.
— Biedny ojcze, poddaj się woli Bożej! wymówił proboszcz głosem drżącym.
— Mój Bogdan!... Syn mój jedyny! Pociecha moja! starzec płaczem ryknął.
Wbiegł Jerzy, istny obraz przerażenia i rzucił się do stóp jego.
Porucznik osłupiały, raczej mumija, ukazał się we drzwiach otwartych.
— Bogdan!... Bodzio!... Chłopię moje! jęknął starzec z żalem rozdzierającym. — Oddajcie!... Oddajcie!... Boże, dziecię moje!...
Kapłan z krzyżem w ręku stanął przed nim.
— Bóg dał, Bóg wziął! wymówił uroczyście. Już nie masz syna! Szaleństwo rozpaczy w grób go wtrąciło!... Serce gorejące miłością Ojczyzny, wielkiego jej nieszczęścia, zbrodni dokonanej i hańby przenieść nie zdołało! Boże zmiłuj się nad nim! Boże odpuść!... Krew jego niechaj spadnie na głowy występnych! Boże, zmiłuj się nad nami!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Paulina Wilkońska.