Seweryn Goszczyński (Siemieński, 1865)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Seweryn Goszczyński
Pochodzenie Portrety literackie
Data wydania 1865
Wydawnictwo Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SEWERYN GOSZCZYŃSKI.

I on się także urodził na Ukrainie, w téj arkadyi naszéj; i on odebrał tam najpierwsze, najsilniejsze wrażenia, które wyrobiły w nim poetycznego ducha i obdarzyły skarbami swémi tak obficie, iż naraz buchnął całą lawą młodzieńczéj fantazyi, całem bogactwem uzbieranych barw i obrazów, całą siłą palnych namiętności, uniesień i długo tłumionych gniewów; — od razu téż, jak nieznajomy rycerz, ze spuszczoną przyłbicą wjechał w romantyczne szranki. Klątwę, jaką niedawno rzucił był smak klassyczno-francuzki Dmochowskiego na Maryą, powetowano uniesieniem, z jakiem przyjęto Zamek Kaniowski. — Powiadacie — wołali romantycy — że szkoła nasza niepłodzi nic, krom bajek podkądzielnych i lichych ballad — otóż patrzcie na utwór szerokiego rozmiaru, bujnéj fantazyi — dzikiéj jak szekspirowskie sceny, pełny charakterystycznych postaci, jakby rzuconych ręką śpiewaka Lary lub Korsarza. A wszystko swojskie, ludowe, wyrwane z serca dziejów. — I mieli słuszność po sobie: obok mickiewiczowskich Dziadów, przypominających nieco szkołę sentymentalną niemiecką, obok Grażyny odsunionéj w daleką przeszłość i klassycznie pięknéj, obok ckliwych i manierowanéj prostoty ballad Witwickiego, obok Maryi, któréj rzeczywistych piękności nieumiano jeszcze ocenić godnie, Zamek Kaniowski wyglądał jak który z olbrzymów wywołany zaklęciem z głębi pieczary, w pomoc słabemu hufcowi rycerzy, dobijającemu się o rękę królewny. — Zjawisko to, takie niespodziane sprawiło niemałe zamieszanie równie w obozie Trojan jak Greków, przyjaciół i nieprzyjaciół. Nieznana, nietknięta jeszcze kopalnia gminnego żywiołu w wzburzeniu przeraziła jednych swoją głębią i ogromem, drugich podziwem nowości przejęła. — Jak-to? — więc ten lud, pełzający czołem przed władzą pana, co się sam stawiał na równi z pracującém bydlęciem, ten lud — gruby, nieokrzesany, może tak czuć gwałtownie, tyle namiętności dzikich i szczytnych może się mieścić w piersi okrytéj kożuchem; serceż jego tak silnie dla niepodległości bije, że aż bohatérów tworzy?!.. O dziwach i czarodziejstwach pięknéj Ukrainy zasłyszano już z dumek Bohdana, ale o takich charakterach i postaciach, dopiéro Goszczyński dał wiedzieć.... Na próżno krytycy utrzymywali, że rozmowa puszczyków przypomina scenę czarownic z Makbeta, że opisy i apostrofy do słońca, są jakby odbiciem się barw walterskockiéj Dziewicy jeziora; że Nebaba zerwał coś z bajrońskich bohatérów; że w całym utworze przebija duch dzikości krwawéj, taki niezgodny z sielankowością słowiańską, wystawioną za typ poezyi narodowéj przez Brodzińskiego — mimo tych zarzutów krwawy obraz uderzał nowością, niekiedy prawdą poetyczną, a najbardziéj ową prawdą ludzką: że gwałtowne namiętności, uczucia tkliwe i wzniosłe, równie mogą się gnieździć pod „słomianym daszkiem,“ jak pod adamaszkami pałaców. O tém wszystkiem w poetach naszych niebyło ani słychu; lud wystawiano sobie tak sielankowym, jak go malowały idylle Szymonowicza i Zimorowiczów, a najświeższémi czasy Wiesław. Ale w Zamku Kaniowskim dzikie, szorstkie, zuchwałe postacye kozacze zagadały jakby głosem wieszczym; zdawałoby się że obroczona ręka Orliki przemyła nagle oczy. Kto znał autora, wierzył w niepodejrzaność źródła. Ścigany na Ukrainie za należenie do jakiegoś tajnego związku, tułał się po tych puszczach i stepach dnieprowych, które tak poetycznie a wiernie odmalował: nie białe dwory otwarły wrota swe tułaczowi, ale wieśniacza strzecha przyjmowała go i chroniła. Tam więc na wieczornicach, na pogadankach w kole potomków koliszczyzny wysłuchał tyle tajemnic; ów dąb gaduła — to lud ukraiński prawiący mu dzieje téj ziemi. Odtąd można powiedzieć, poczyna się wątek wyobrażeń, który przesuwa się naprzód przez poetyczne utwory podsycane pieśniami i podaniami gminnemi, co mu nadają pewną pierwotną świeżość i woń, a potém wkracza w dziedzinę polityki, budującéj ciągle na uczuciu, na poetyczném mamidle; a pędzonéj do tego stopnia, iż całą stronę historyczną narodu odrzuca i potępia, wywołując natomiast takich Nebabów i Szwaczków. Zamek Kaniowski wyszedł naprzód w Warszawie w roku 1828 — i cenzura wyrzuciła zeń ten ustęp z odezwy Nebaby:

Komu rózgami ojciec zasieczony,
Czyja się panu podobała żona,

Komu najmilsza córka pogwałcona,
Kogo zbawiono lubéj narzeczonéj;
Na ojca boleść, na smutek matczyny,
Na hańbę dzieci, na łaskę dziewczyny; —
Tego zaklinam, wołam po imieniu,
Niechaj wyjedzie i stanie tu, przy mnie!

Lecz w późniejszém wydaniu pism Seweryna w Lwowie r. 1838, miejsce to przepuścił cenzor, jakby złą wróżbę, która się miała spełnić na téj saméj ziemi, w lat kilka potém.

Poeta najmniéj tu winien: uczucie szlachetne, serce bijące dla wolności widziało niesprawiedliwość popełnioną na jednéj części społeczeństwa, i ujęło się za słabym i zgnębionym. Cecha — to zwykła dusz wyższych i pięknych, że stają w obronie słabszych i pognębionych; tém więcéj, jeżeli sobie wyobrażają, że z tych wzgardzonych żywiołów, wyprowadzić mogą nową, świeżą potęgę życia w narodzie. — Cóż dziwnego, jeżeli wierzyli, że wskrzeszając sławę hetmańskiéj kozaczyzny, lub wywodząc na scenę wszystkie passye zemstą rozhukanéj czerni, pokażą tém samem, gdzie szukać właściwéj potęgi, i odnowienia sił, które się niejako w żywocie historycznym zużyły. Tułający się lirnik po stepach i puszczach dnieprowych, podsłuchał jakie wspomnienia i myśli grały w piersiach ukraińskiego ludu; sam prześladowany, wyjęty z pod prawa, a w niecierpliwości młodzieńczej oburzony na brak hartu współrodaków, na charaktery miękkie i niepewne, tknięty został jeżeli nie pięknotą cnót i bohatérstwa, to ogromem dzikości i zbrodni. W ślepym szale rozhukanéj czerni, któréj godłem pożoga i mord, widział narzędzie zemsty za długie krzywdy narodu. — Ślubował więc bożyszczu zemsty; ono — poecie — zsyłało natchnienie, wprawdzie niezaprawne słodyczą anielskiéj miłości, niepromienne i nietęczowe, lecz krwawe z widmami ruin, pożarów, wisielców, puszczyków, — straszne, jak noc popełnionego zabójstwa; tajemnicze, jak przysięgi spiskowych. Ależ umysł artysty taki dotkliwy i wrażliwy na wszystko, co piękne, co szlachetne, czuł się niekiedy jak w więzach; służba czarnemu bóstwu, ta szata zakonna sprzysiężeńca, niepokoiły go; on — malarz cudów świata ukraińskiego, który doń przemawiał to starożytnym szumem puszcz Lebedyna, to zwierciadłami Białozyrja; on nadewszystko marzyciel, kochanek samotności i ciszy — wzdrygał się w rachunkach z własném sumieniem, i niedarmo wołał w pieśni:

O moi bracia, wam się niepodoba,
Żem wybudował poezyi (zemsty) bożyszczu
Świątynię, w której kapłanem żałoba,
A płomień śmierci na ofiarném zgliszczu;
Że samę uczuć krwiących się szkaradę,
Jako objatę, na jéj ołtarz kładę.

To uniewinnienie się poety dowodzi, że świat, w którym stanął, ścieśnił jego widnokrąg, że wyobrażenia jego były rodzajem zakonnéj szaty, któréj bujny duch niemógł się pozbyć, bez ubliżenia świętości przysiąg wiążących go. Przeto téż, chciawszy zbadać z gruntu talent poetyczny Goszczyńskiego, trzeba niejako oddzielić w nim artystę od człowieka tajemnych stowarzyszeń; lubo z drugiéj strony trudno jest naznaczyć granice natchnień; jedne bowiem płynęły z celu jaki miał przed sobą, — drugie czerpał z cudów widomego świata, z wspomnień i uczuć młodości, i obrabiał je jako mistrz, tworząc obrazy i postacye pełne krwi i życia, silnie i wydatnie, choć szorstko i jaskrawie. Jak wiemy, talent wyrabia się i przekształca pod wpływem tysiącznych przyczyn, które należy badać lub odgadywać. Zastanawiać się więc, nad manierą tego lub owego autora, jedno jest, co zapuszczać wzrok w najgłębsze tajniki jego życia, co trzymać rękę na biciach jego serca. Dziś możemy śmiało powiedzieć, że Zamek Kaniowski winna literatura nasza okrutnemu losowi, który poetę ścigał; gdyby nie ten pobyt między ukraińskim ludem, nigdyby może niezdobył się na taki utwór. Ten sam Goszczyński rzucony w duszną atmosferę miast, ciasne widzenia stronnictw, fanatyzm spiskowych, byłby płodził pieśni, które mimo pochwał Mochnackiego o ich liryzmie, mają tylko ołowiane skrzydła myśli zaledwo wylęgłéj, wyraźnie ciążącéj do ziemi, i raczéj są opracowanémi aforyzmami, niż pieniem rwącem się z duszy w najwyższém nastrojeniu uczuć. Lecz wróćmy do Zamku Kaniowskiego. Co nas najbardziéj w nim uderza? Oto rzadka w naszych pisarzach plastyka, wydatność postacyi i charakterów, ów Nebaba, Szwaczka, — to posągi tak wykończone, tak z jednego wykute, że gdy je przymierzysz do dzisiejszych półcharakterów, zdają się odnosić do jakiejś przedpotopowéj epoki, a jednak znamienia prawdy nietracą. Tylko niepospolita indywidualność artysty, zdolną jest zdobyć się na taki utwór; Goszczyńskiego téż duch silny, niezłomny, ognisty i głęboki jak Dniepr jego matka, i szeroki jak step bezbrzeżny, tworzył na podobieństwo swoje; niedarmo go téż w kole przyjaciół mianem Nebaby ochrzcono. — Bo jakże po mistrzowsku skreślił tego atamana:

Ataman: stary, w kole starych ojców;
Jak sam pan polski, przed panem tak hardy;
Prędki, jak połysk, co biegnie żelazem
Lecz w swojéj zemście jak żelazo twardy;
Czczony od swoich zarówno z obrazem:
Duszą jest dziewcząt i wieczornic razem!
Ten czarny wąsik, co w drobnym pierścieniu
Nad różowémi ustami się zwija;
Ten wzrok, co przy brwiach ciemnych tak odbija
Jak blask południa przy północy cieniu;
Ten kształt postawy, co burką opięty
Tak się wydaje w wspaniałym pochodzie
Jak maszt bajdaku, gdy żagel rozdęty
Mknie go z wiatrami po Dnieprowéj wodzie.

Ten Nebaba — to cała historya, to poetyczna wielkość Ukrainy; za Batorego byłby może hetmanił kozaczyźnie, dziś — prosty buntownik, watażka zbieranéj kupy chłopskiéj. Niedarmo téż bohatérski i dumny umysł jego niemoże się zgodzić z tą drugą na pół komiczną figurą Szwaczki, mieszczanina kaniowskiego, która jest nieporównanym typem prostego rabusia, obdarzonego instynktem zwierzęcym, co w polu otwartem niepostawi czoła, a wietrzy tylko za rzezią i łupiestwem. Stosowne téż rozdał im poeta role: kiedy pierwszy stacza rycerski bój z wojskiem koronném — drugi przebudzon z snu pijanego, bezbronny zamek napada, podpala i w jego gruzach się grzebie. — Podobnych postaci pełno w całym poemacie; a wszystkie żywe, poetyczną rzeczywistością przyodziane, mimo, że wyobraźni są dziećmi. Orlika i Ksenia: aczkolwiek pierwsza w scenie zamordowania rządzcy przypomina Parysinę, a druga na myśl przywodzi obłąkaną Blankę w Dziewicy jeziora — jednakże powinowactwo to zaciera się pod rysunkiem i kolorytem właściwym poecie. Orlika zawsze pozostanie typem Ukrainki, téj ofiary chuci swojego pana, ale gotową mścić się żelazem za śmiertelną obrazę serca. Ksenia, to znowu cała poezya i wiara gminu upostaciowana; upiór — topielec — zjawia się jak zła wróżba na wieczornych schadzkach, i, jednego tylko Nebabę zastraszyć niemoże, który się rzuca nań z pięścią, jakby się czuł wyższym nad sam przesąd gminu... A lirnik-że? — ów tajemniczy ślepiec, pewien mefistofelicznéj ironii, zjawiający się tak niespodzianie Nebabie w gęstwi boni — jakaż to oryginalna kreacya!
Niemożna już nic trafniejszego stworzyć z włóczącego się dziada, téj figury tak popularnéj na Ukrainie, jak stworzył Goszczyński w lirniku. Krótki, pełen najżywszej dykcyi dyalog jego z Nebabą, tyle mieści w sobie prostoty, prawdy, humoru, a szczególniéj frantostwa naszego chłopa, że nieledwo za najjenialniejszy uważałbym w całym poemacie....
Dotąd mówiłem o samych aktorach krwawego dramatu — a teraz-że co powiedzieć o tle obrazu? o tych opisach tak malowniczych, że tylko jakiemu Claude — Lorrainowi brać pendzel i umaczawszy go w barwy najżywsze, wyrażać te nieskończone perspektywy, jak je poeta pendzlem swych słów wyraził. Goszczyńskiego poezyi ta jest wybitna cecha, że on nigdzie gołéj sentencji nierzuca, ale ją wszędzie wplata w otaczającą cię naturę. Mruganie księżyca i gwiazd, lot obłoków, szum puszczy, klekot krynicy, drżenie kropli rosy, szmer cichéj trawki, głos puszczyka, cienie olbrzymie, wszystko to gra wspólnie z człowiekiem, przejmuje jego myśli, odpowiada na nie, zgoła żyje i rusza się, jakby w jakim dramacie sanskryckim. Niedziw, dlaczego ten ubóstwiciel natury, nieraz w ciągu opowiadania zrywa nagle wątek swój opopei i wpada w liryzm, w hymn tak wspaniały, tak pełen szczérego zachwytu, jak w żadnym z jego wierszy, które pisał z pretensją do liryki, niemógłbyś znaleźć. Komuż obce to pożegnanie jesiennego słońca:

Gwiazdo świetna, wesoła jak anioł młodości!..

Poruszywszy raz piękności Zamku Kaniowskiego, trudno tak prędko z niemi skończyć; a najtrudniej powiedziawszy tyle, zapomnieć o najszczytniejszym, głęboko przejmującym obrazie trwogi i przeczuć strasznych, napełniających Kaniów, gdy gruchnęła wieść o hajdamakach. — Wszystkie rysy zgromadzone tu przez poetę tak są trafne, tak przyczyniają się do wrażenia, jakie cały ten ustęp na czytelniku wywiéra, że gdyby je malarz rzucił, jak są, napłótno, mielibyśmy jeden z najwspanialszych obrazów, przerażający i patetyczny, jak jaki sąd ostateczny:

Z rękami w niebo, płakał lud skruszony
Wśród poświęconych sklepień Wszechmocnego:
Ściany świątyni wtórzyły płacz jego.
Księża śpiewali pokutnémi tony
Kaniowskich dzwonic jęczały wciąż dzwony.
W każdym ołtarzu światła wciąż pałały.
Nieocenione słano zewsząd wota,
Z drogich kamieni, ze szczérego złota.
Wielkie ofiary, bo i strach niemały!

Płakali wierni, płakali niewierni.
Wprzódy niżeli noc barwy poczerni,
Dzieci Solimy, przed ark% bóżnicy
Bez płci różnicy, bez wieku różnicy,
Upadli na twarz w pogrzebowej bieli,
Jakby od gniewu Bożego olśnęli.
I, w pyle ziemi czoła ponurzywszy,
Podnieśli głucho lament, żałośliwszy,
Niźli go słyszał świata wiek daleki,
Na obcych brzegach babilońskiej rzeki,
I łzy Dawida z ich się ócz polały
Szczére-to płacze, bo i strach niemały!....

Dotąd przebiegłem częściowe, pojedyncze pięknoty Zamku Kaniowskiego; nie od rzeczy będzie napomknąć o całości kompozycyi. W utworze tym znać ówczesny wpływ romantyzmu; poeta niewydobył jeszcze z siebie, ani z narodu tych pojęć, jakie prace krytyków i poetów późniéj wydobyły przy tworzeniu rodziméj poezyi. Początek zawiązuje się intrygą: Rządzca rozkochany w prostéj dziewczynie Orlice, chcąc ją zmusić do oddania sobie ręki, każe jéj bratu kozakowi pilnować wisielca, którego potem odkrada z szubienicy. Szyldwach staje się winnym kary śmierci; siostra chcąc głowę brata ocalić, przystaje na niemiły związek. — Jaka niepotrzebna plątanina, kiedy wiemy, że wola pana dostateczną była, aby opór dziewczyny złamać. Wreszcie ten nieswojski sposób zdradza tylko chętkę wprowadzenia wisielca, szubienicy, rozmowy puszczyków i jakiejś zagmatwanéj tajemniczości, która może być bardzo romantyczną, ale niezgodną z prostotą, a najbardziéj z prawdą.
Jak już napomknąłem na początku, Seweryn w utworach swoich występuje jako artysta, i jako polityczna indywidualność; pieśni jego noszą ten ostatni charakter; w nich téż najwybitniéj maluje się młodość, marzenia, dążności i czyny poety; z nich najlepiéj można fizyonomią jego odgadnąć. Mochnacki kreśląc w historyi powstania tę ważną figurę, powiada że w dzień pisał liryki swoje, a w nocy miewał tajemne narady. Obdarzony siłą atlety i siłą woli, zdawałoby się, czytając jego pieśni, że natchnienie, jak latawiec, gdy doń zaśpiewał: wypłyń, wypłyń z za obłoku!... związane rozkazem, spływało w pierś poety — ale wiemy, że duch Boży zstępować zwykł w pewnych tylko momentach, ubi vult, a nie na zawołanie lub zaklęcie; bo tak jawią się tylko złe duchy. — Ten gwałt, to silenie się — wszędzie przebija w jego lirykach; dlatego tak są ciężkie, tak filozoficznie zimne; zakrawające nieraz na gruby materyalizm i sarkazm wolterowskiego wieku, to znowu na mistyczny symbolizm, lub na jakieś bajrońskie przesyty i nudy. Wszędzie przymus, lub z góry postawiona teorya; nigdzie prawdy i szczérości w natchnieniu. A bez téj zalety, jakaż może być wartość pieśni? Cóż w istocie przez tyle wieków przemawia za poezyą czasów Peryklesowych i Augustowych? Oto, że wspaniałości i cuda zewnętrznego świata, serce z pragnieniami, życie z smutkiem i weselem, wystarczało najszczytniejszym natchnieniom liry. Sztuka zwykle idealizuje temat pieśni; ale temat ten ma swój przedmiot ziemski i ludzki, a zarazem znaczenie bezpośrednie i wyraźne. Żeby tylko Horacego przytoczyć, w którym się skupia w kształcie najsyntetyczniejszym, najpłynniejszym, wszystko co tchnie swobodą i lekkością muzy greckiéj, spiritum graiae teneum camenae, niewidzimy, aby się pod jego harmonijnym rytmem kryła jakaś myśl symboliczna lub dwuznaczna. Z czołem uwieńczonem mirtem i rychle więdnącémi różami, w ubiegających nagle godzinach widzi tylko bodziec do krótkich uciech. Kiedy Pyrrha rozpuszcza włos płowy, kiedy Thaliark wyciąga z piwnic stare massiaki i cekuby, on, wiatrom rzucając troski, które je roznoszą po morzu Kreteńskiem, śpiewa i wody Albuneju, i nimfy, i miłość, i zapomnienie szybko goniących lat. — Taka szczérota, przejrzystość uczuć, jakże jest daleką od tych humanitarnych filozofowań, od tych spowiedzi z przesytów, rozczarowań, niesmaków, od całéj téj pretensyonalnéj metody, która gardzi niejako tém, co ją otacza, a pragnie tylko wszędzie przeprowadzić swoją formułkę spółeczną. Takim mniéj więcéj jest Goszczyński, mianowicie w Trzech Strunach, z których dwie tylko wydał. Mimo, że pieśni te odpowiadały ówczesnym wyobrażeniom, zimno zostały przyjęte; taki w nich brak prawdziwego natchnienia i zapału, i polotności i śpiewności, i tego co się mimowolnie wyrywa z głębi duszy, a żadnym rozmysłem ani hartem woli zastąpioném być niemoże.
Goszczyński jako wieszcz i artysta tém chybił, że źródłem tych natchnień w pieśni, zrobił jeden moment w życiu narodu; moment przemija, inna myśl zaprząta umysły, więc i pieśń ma pójść w zapomnienie. Kiedy Zaleski obrał sobie czarowny świat Ukrainy, i uczucie religijne, on, więcéj ideolog, humanista, zstępuje w podziemia spisków i sprzysiężeń. — Żal tyła młodzieńczych uniesień i ogniów, że niesypnęły czemsić, coby przetrwało i żyło dłużéj, niż spisek wykryty lub zakończony katastrofą. Uczuł to i sam poeta, kiedy nawet ostatniéj z Trzech Strun nieogłosił — uczuł, kiedy na inne godniejsze siebie przedmioty puścił pióro; — uczuł — kiedy i w życiu innych, głębszych i wyższych poszedł szukać celów. Wola w niczem niezłomna, dusza wrażliwa nawszystko co wielkie, co wymaga poświęceń, fantazya bujna, lecz na wodzy trzymana rozmysłem artysty, pierś atletyczna, któréj tchu wystarczy na najszérsze dzieło, najdłuższe przedsięwzięcie; a przy tem surowa cnota, jeszcze zasilona i opromieniona gorącą wiarą — oto, rękojmie, które nam daje ten mąż narodu, że jeszcze nie wszystkie struny zerwał, a raczéj, że nawiązał nowe, z których popłyną orle kiedyś pieśni. Taką przynajmniéj wróżbą cieszę rodaków, smutnych, że głos Nebaby ucichł od dawna. Lecz zresztą, któż potrafił zgłębić organizm poetyczny; kto może na pewne wyrzec, dlaczego kwieciem się okrywa, lub więdnie i ginie? Jeden przestaje śpiewać, gdy niewidzi wpatrujących się w siebie dwoje ócz kochanych, gdzie czerpał życie, i radość i nadzieje; inny milknie, gdy ból, co go dręczył, schował swe żądła. — Tak więc o struny gęśli bije tylko ból lub wesele. — Niezbadane tajemnice! zagadki bez klucza! pocóż was badać? dość nam, gdy wierzym, że po téj grobowéj ciszy przyjdzie duch Boży, i wstąpiwszy w lutnie wieszczów, obudzi je do tak olbrzymiéj pieśni, jaką nigdy jeszcze niebrzmiały.

1849 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.