Rozmowa filozofa z marszałkową de *** (Diderot, 1920)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Denis Diderot
Tytuł Rozmowa filozofa z marszałkową de ***
Pochodzenie To nie bajka...
Wydawca Księgarnia J. Czerneckiego
Data wydania 1920
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

ROZMOWA FILOZOFA Z MARSZAŁKOWĄ DE ***.
ROZMOWA FILOZOFA[1] Z MARSZAŁKOWĄ DE ***

Miałem nie pamiętam już jaką sprawę do omówienia z marszałkiem de ***. Udałem się, pewnego rana, do jego pałacu; marszałka nie było w domu, kazałem się więc oznajmić marszałkowej. Jestto urocza kobieta; piękna i nabożna jak anioł; twarz pełna słodyczy; dźwięk głosu i prostota wysłowienia harmonizują z fizyognomią. Była przy gotowalni. Podano mi fotel, usiadłem i zaczęliśmy gawędzić. Parę uwag jakie rzuciłem zbudowały ją i przejęły zdumieniem: była bowiem przeświadczona, iż człowiek, który zaprzecza istnienia przenajświętszej Trójcy, jestto skończony obwieś, godzien rusztowania. Jakoż, rzekła:
marszałkowa. — Wszak to pan jesteś Krudeli?
krudeli. — Tak, pani marszałkowo.
marszałkowa. — To pan zatem nie wierzysz w nic?
krudeli. — Do usług pani.
marszałkowa. — Mimo to, pańskie poglądy moralne nie różnią się od pojęć człowieka wierzącego.
krudeli. — Czemużby nie, o ile ten wierzący byłby, zarazem, uczciwym człowiekiem?
marszałkowa. — I stosuje pan te poglądy w życiu?
krudeli. — Jak umiem najlepiej.
marszałkowa. — Jakto, nie kradniesz pan, nie zabijasz, nie grabisz?
krudeli. — Bardzo rzadko.
marszałkowa. — Cóż pan tedy zyskujesz na tem że w nic nie wierzysz?
krudeli. — Nic a nic, pani marszałkowo; czyż wierzy się dlatego, aby na tem coś zyskać?
marszałkowa. — Nie wiem; ale korzyść osobista nic nie zawadzi, nawet w takich sprawach.
krudeli. — Przykro mi to nieco, ze względu na nasz biedny rodzaj ludzki. Nie przydaje nam to zaszczytu.
marszałkowa. — Więc pan w istocie nie kradnie?
krudeli. — Nie, na honor.
marszałkowa. — Jeżeli pan nie jesteś złodziejem ani mordercą, przyznaj, w takim razie, że nie jesteś konsekwentny.
krudeli. — Dlaczego?
marszałkowa. — Bo mnie się wydaje, iż, gdybym się nie spodziewała ani nie lękała niczego po śmierci, nie odmawiałabym sobie, dopóki żyję na świecie, różnych drobnych przyjemności. Wyznaję, że pożyczam panu Bogu na procent.
krudeli. — Tak pani myśli?
marszałkowa. — Nie myślę: to fakt.
krudeli. — A wolno zapytać, co to za rzeczy, na któreby sobie pani pozwalała, gdybyś nie wierzyła?
marszałkowa. — O, nie! to tajemnica spowiedzi.
krudeli. — Co do mnie, umieszczam mój kapitał na dożywocie.
marszałkowa. — To ucieczka nędzarzy.
krudeli. — Wolałaby mnie pani widzieć lichwiarzem?
marszałkowa. — Ależ tak; pan Bóg nie boi się lichwy: niema obawy aby się go zrujnowało. Wiem dobrze, że to nie zbyt ładnie, ale o cóż chodzi? Skoro rzecz w tem, aby sobie zdobyć niebo, zręcznością lub siłą, trzeba wszystko brać w rachubę, nie lekceważyć najmniejszej korzyści. Och, daremniebyśmy się silili, stawka nasza będzie zawsze licha w porównaniu do zysku jakiego się spodziewamy. A pan, panie Krudeli, czy się pan niczego nie spodziewa?
krudeli. — Niczego.
marszałkowa. — To smutne. Przyznaj pan tedy, że jesteś bardzo zły, albo bardzo szalony?
krudeli. — Doprawdy, nie mogę, pani marszałkowo.
marszałkowa. — Jaką przyczynę może mieć niedowiarek aby być dobrym, o ile nie jest szalony? Chciałabym bardzo wiedzieć.
krudeli. — Powiem pani.
marszałkowa. — Bardzo będę wdzięczna.
krudeli. — Czy nie myśli pani, iż człowiek może przyjść na świat z tak szczęśliwą naturą, iż znajduje wielką przyjemność w czynieniu dobrego?
marszałkowa. — Owszem.
krudeli. — Że może otrzymać doskonałe wychowanie, które wzmacnia wrodzony pęd do dobroczynności?
marszałkowa. — Z pewnością.
krudeli. — I że, w dojrzalszym wieku, doświadczenie może nas przekonać, iż, razem wziąwszy, bardziej opłaci się, dla własnego szczęścia, być uczciwym człowiekiem niż łajdakiem?
marszałkowa. — Oczywiście; ale w jaki sposób zostanie ten człowiek uczciwym, jeżeli złe zasady łączą się z namiętnościami aby go ciągnąć do złego?
krudeli. — Jest niekonsekwentnym; czyż może być coś pospolitszego niż być niekonsekwentnym?
marszałkowa. — Niestety! na nieszczęście, nie; można wierzyć, a codziennie postępować tak jakby się nie wierzyło.
krudeli. — A nie wierząc, żyje się mniejwięcej tak jakby się wierzyło.
marszałkowa. — Niech i tak będzie; ale cóżby zawadziło mieć jedną racyę więcej — religię — do czynienia dobrze, jedną zaś racyę mniej — niedowiarstwo — do czynienia źle?
krudeli. — Nic a nic, gdyby religia była pobudką do czynienia dobrze, a niedowiarstwo pobudką do czynienia źle.
marszałkowa. — Czyż można wątpić o tem? Czyż nie płynie z ducha religii, iż staje ona w każdej chwili wpoprzek naszej szpetnej skażonej naturze, podczas gdy niedowiarstwo zostawia swobodę złym instynktom, wyzwalając je z obawy?
krudeli. — Zdanie to, pani marszałkowo, wtrąci nas w długą dyskusyę.
marszałkowa. — Cóż to szkodzi? Marszałek nie wróci tak rychło; lepiej wszak pogadać o rozsądnych rzeczach niż obmawiać bliźnich.
krudeli. — Trzeba mi będzie wziąść rzecz nieco z wysoka.
marszałkowa. — Z jak wysoka pan zechce, bylebym zrozumiała.
krudeli. — Gdyby mnie pani nie zrozumiała, byłaby to z pewnością moja wina.
marszałkowa. — To bardzo grzeczne co pan mówi; ale trzeba panu wiedzieć, że jedyne dzieło, które czytałam, to książka do modlenia, i że wyłącznem mem zajęciem było strzeżenie zasad Ewangelii i rodzenie dzieci.
krudeli. — Dwa obowiązki, z których się pani wywiązała wzorowo.
marszałkowa. — Tak; co się tyczy dzieci; widział ich pan sześcioro dokoła mnie, za kilka zaś dni będzie pan mógł ujrzeć jeszcze jedno na moich kolanach; ale niech pan zaczyna.
krudeli. — Pani marszałkowo, czy istnieje coś dobrego na tym świecie, coby nie miało ujemnej strony?
marszałkowa. — Nie.
krudeli. — A coś złego, coby nie miało swojej korzyści?
marszałkowa. — Również nie.
krudeli. — Co pani tedy nazywa dobrem albo złem?
marszałkowa. — Złem, to, co ma więcej ujemnych stron niż korzyści; dobrem, przeciwnie, to, co ma więcej korzyści niż ujemnych stron.
krudeli. — Czy pani marszałkowa raczy zapamiętać swoją definicyę?
marszałkowa. — Zapamiętam. Pan to nazywa definicyą?
krudeli. — Tak.
marszałkowa. — Zatem to jest filozofia?
krudeli. — W najlepszym gatunku.
marszałkowa. — Zatem ja filozofuję!
krudeli. — Jest pani tedy przekonana, iż religia ma więcej korzyści niż ujemnych stron i dlatego nazywa ją pani dobrem?
marszałkowa. — Tak.
krudeli. — Co do mnie, nie wątpię, iż intendent okrada panią nieco mniej w przeddzień Wielkiej Nocy niż nazajutrz po świętach; i że, od czasu do czasu, religia zapobiega pewnej ilości drobnych niedoli i wydaje pewną ilość drobnych korzyści.
marszałkowa. — Troszka do troszki, to razem robi dużo.
krudeli. — Ale, czy sądzi pani, że straszliwe spustoszenia jakie sprawiła w minionych wiekach, i sprawi jeszcze w przyszłości, znajdują dostateczne wyrównanie w tych mizernych korzyściach? Pomyśl pani, iż ona stworzyła i ona utrwala najgwałtowniejsze antypatye między narodami. Niemasz muzułmanina, któryby nie wyobrażał sobie, iż spełnia uczynek miły Bogu i świętemu prorokowi, tępiąc wszystkich chrześcijan, którzy znów, ze swej strony, okazują niewiększą tolerancyę. Pomyśl pani, iż ona stworzyła i ona utrwala, w jednym i tym samym kraju, rozdwojenia, które rzadko się obeszły bez rozlewu krwi. Historya nasza przedstawia aż nazbyt świeże i opłakane ich przykłady. Pomyśl pani, iż ona stworzyła i ona utrwala, w społeczeństwie między współobywatelami, i w rodzinie między najbliższymi, najgwałtowniejsze i najbardziej wytrwałe nienawiści. Chrystus powiedział, iż przyszedł poto, aby rozdzielić męża z żoną, matkę z dziećmi, brata z siostrą, przyjaciela z przyjacielem, i przepowiednia jego spełniła się aż nazbyt wiernie.
marszałkowa. — To są nadużycia, ale nie rzecz sama.
krudeli. — To sama rzecz, jeżeli nadużycia są od niej nieodłączne.
marszałkowa. — I jak mi pan dowiedzie, że nadużycia religii są nieodłączone od samej-że religii?
krudeli. — Bardzo łatwo. Niech mi pani powie: gdyby jakiś mizantrop zaprzysiągł sobie nieszczęście rodzaju ludzkiego, cóż mógłby wymyślić lepszego, niż wiarę w istotę niepojętą, co do której ludzie nigdyby się nie mogli porozumieć, a do której przywiązywaliby większą wagę niż do własnego życia? Owóż, czy możebnem jest oddzielić pojęcie bóstwa od jego najgłębszej niepojętości, oraz największej ważności?
marszałkowa. — Nie.
krudeli. — Niechże pani tedy wyciągnie sama konkluzyę.
marszałkowa. — Wyciągam tę konkluzyę, iż jestto pojęcie, które, w głowach szaleńców, może się stać niebezpieczne.
krudeli. — I niech pani doda, że szaleńcy stanowili i będą stanowić zawsze przeważającą liczbę, i że najniebezpieczniejszymi z nich są ci, których szaleństwo czerpie źródła w religii, a z których burzyciele społeczności umieją w potrzebie uczynić sobie narzędzie.
marszałkowa. — Ale trzeba przecież czegoś, coby powstrzymywało ludzi od złych uczynków umykających się surowości praw; jeżeli zaś pan usunie religię, co postawisz na jej miejsce?
krudeli. — Gdybym nawet nic nie zdołał postawić w jej miejsce, byłby to zawsze ubytek jednego straszliwego przesądu; nie licząc, iż, w żadnej epoce i w żadnym kraju, mniemania religijne nie stanowiły podstawy obyczajów. Bogowie których ubóstwiali starożytni Grecy i starożytni Rzymianie, to była zgraja najrozwiąźlejszych łajdaków: Jowisz, godny aby go spalić na stosie; Wenus, aby ją umieścić w domu poprawy; Merkury, aby go zamknąć w kryminale.
marszałkowa. — Sądzisz pan tedy, iż to jest zupełnie obojętne czy jesteśmy chrześcijanami czy poganami; że, jako poganie, nie bylibyśmy gorsi, jako chrześcijanie zaś nie jesteśmy lepsi?
krudeli. — Na honor, jestem o tem przekonany, z tą różnicą że bylibyśmy weselsi.
marszałkowa. — To niemożliwe.
krudeli. — Ależ, pani marszałkowo, czy istnieją chrześcijanie? Ja ich nigdy nie widziałem.
marszałkowa. — I to mnie pan mówi, mnie?
krudeli. — Nie, pani marszałkowo, nie pani; mówię do pewnej mojej sąsiadki, osoby zacnej i pobożnej jak pani, i która, z najlepszą wiarą w świecie, uważała się za chrześcijankę, jak pani się za nią uważa.
marszałkowa. — I pan jej wykazał, że jest w błędzie?
krudeli. — W jednej chwili.
marszałkowa. — I jakże się pan wziął do tego?
krudeli. — Otworzyłem Nowy Testament, którym się często posługiwała, był bowiem bardzo zniszczony. Odczytałem jej Kazanie na Górze, i, przy każdym punkcie, pytałem: „Czy robi pani to? a to? a to?...“ Posunąłem się dalej jeszcze. Jestto osoba nader piękna, i, mimo iż wielce pobożna, wie o tem; ma płeć bardzo białą, i, jakkolwiek nie przywiązuje wielkiego znaczenia do tej błahej przewagi, nie gniewa się jeśli ją kto zauważy; ma prześliczny gors, i, mimo że bardzo skromna, rada jest, jeśli się ktoś tego domyśla.
marszałkowa. — Byleby wyłącznie ona i jej mąż wiedzieli to napewno.
krudeli. — Sądzę, iż mąż wie o tem lepiej niż ktokolwiek inny; ale, jak na kobietę która się niesie wysoko ze swoim chrystyanizmem, to nie wystarcza. Spytałem jej: „Czy nie jest napisane w Ewangelii, że ten, kto pożąda żony bliźniego swego, popełnia w sercu cudzołóstwo?“
marszałkowa. — Odpowiedziała że tak?
krudeli. — Rzekłem dalej: „A czy cudzołóstwo popełnione w sercu nie skazuje na wieczne potępienie równie pewnie, jak cudzołóstwo dokonane najbardziej realnie?“
marszałkowa. — Odpowiedziała że tak?
krudeli. — Rzekłem: „A jeżeli mężczyzna jest potępiony za cudzołóstwo które spełnił w sercu, jakiż będzie los kobiety, która zachęca wszystkich wkoło do popełnienia tej zbrodni?“ To ostatnie pytanie zakłopotało ją.
marszałkowa. — Rozumiem: chodzi o to, że nie dość dokładnie zasłaniała ów gors, tak bardzo kształtny.
krudeli. — W istocie. Odpowiedziała, iż to jest rzecz przyjęta, jakgdyby było coś bardziej przyjętego niż nazywać się chrześcijaninem a nie być nim; że nie można się ubierać niemodnie, jakgdyby istniało jakieś porównanie pomiędzy tą nędzną śmiesznostką, a wiekuistem potępieniem własnem albo bliźniego; że zostawia troskę o strój swej modniarce, jakgdyby nie lepiej było zmienić modniarkę niż wyrzec się religii; że mąż sobie tego życzy, jakgdyby mąż mógł być dość szalony aby wymagać od żony zapomnienia o wstydzie i o obowiązkach, i jakgdyby prawdziwa chrześcijanka była obowiązana posuwać posłuszeństwo dla nierozsądnego męża aż do poświęcenia mu woli Boga oraz wzgardzenia groźbami Odkupiciela!
marszałkowa. — Ba, znam dobrze te wszystkie argumenty; byłabym je panu może tak samo przytoczyła jak pańska sąsiadka; ale ani ona, ani ja nie mówiłybyśmy z dobrą wiarą. I cóż ona poczęła, po pańskiem upomnieniu?
krudeli. — Nazajutrz po tej rozmowie (był to dzień świąteczny), wracałem do siebie, moja zaś nabożna i piękna sąsiadka wychodziła właśnie z domu aby się udać na mszę.
marszałkowa. — Ubrana jak zazwyczaj.
krudeli. — Ubrana jak zazwyczaj. Uśmiechnąłem się, ona się uśmiechnęła, i minęliśmy się nie zamieniwszy słowa. Pani marszałkowo, uczciwa kobieta! chrześcijanka! osoba nabożna! Po tym przykładzie, oraz stu innych tego samego rodzaju, jakiż mogę przyznać religii rzeczywisty wpływ na obyczaje? Prawie żaden, i temci lepiej.
marszałkowa. — Jakto, tem lepiej?
krudeli. — Tak, pani; gdyby dwudziestu tysiącom mieszkańców Paryża wpadło do głowy ściśle się stosować do kazania na Górze...
marszałkowa. — Więc cóż, byłoby kilka ładnych biustów szczelniej zasłoniętych.
krudeli. — I tylu obłąkanych, iż naczelnik policyi nie wiedziałby co z nimi począć: wszystkie domy waryatów nie wystarczyłyby dla nich. Istnieją, w natchnionych księgach, dwie moralności: jedna ogólna i wspólna wszystkim narodom, wszystkim wyznaniom, której mniej więcej przestrzegamy; druga, swoista dla każdego narodu i każdego wyznania, w którą ludzie wierzą, którą głoszą w świątyniach, zalecają w domach, a której nie przestrzegają zgoła.
marszałkowa. — I skąd ta sprzeczność?
krudeli. — Stąd, iż niepodobieństwem jest poddać całe społeczeństwo regule, odpowiadającej jedynie kilku melancholicznym osobnikom, którzy wzorowali ją na swoim charakterze. Z religiami jest tak jak z instytucyami zakonnemi, które wszystkie rozluźniają się z czasem. Są to szaleństwa, które nie mogą długo ostać się przeciw stałemu działaniu natury, sprowadzającej nas do swego prawa. Sprawcie, aby dobro poszczególnych jednostek było tak ściśle związane z dobrem powszechnem iżby obywatel nie mógł wręcz szkodzić społeczeństwu nie szkodząc samemu sobie; zapewnijcie cnocie nagrodę tak jak zapewniliście karę niegodziwości; niechaj, bez żadnej różnicy obrządku, w jakichkolwiek warunkach ujawni się cnota, prowadzi ona do wysokich stanowisk w Państwie; a nie ujrzycie ludzi złych, poza szczupłą liczbą tych których przewrotna i niezdolna do poprawy natura ciągnie do występku. Pani marszałkowo, pokusa jest za blisko, a piekło za daleko; niech się pani nie spodziewa niczego godnego uwagi prawodawców po splocie niedorzeczności na które brać można jedynie dzieci. System ten zachęca jeno do zbrodni przez łatwość rozgrzeszenia; każe winnemu prosić o przebaczenie Boga za krzywdę wyrządzoną ludziom; kazi porządek obowiązków przyrodzonych i moralnych, poddając go porządkowi obowiązków urojonych.
marszałkowa. — Nie rozumiem pana.
krudeli. — Wytłómaczę się; ale zdaje mi się, że oto słyszę karetę pana marszałka; zjawia się w samą porę aby mnie powstrzymać od powiedzenia głupstwa.
marszałkowa. — Powiedz pan, powiedz; nie usłyszę: przyzwyczaiłam się słyszeć jedynie to co mi się podoba.
Zbliżyłem się do ucha marszałkowej i rzekłem pocichu:
— Pani marszałkowo, niech się pani zapyta wikarego swojej parafii, co jest straszliwszą zbrodnią: nasiusiać do poświęcanego naczynia, czy też oczernić dobrą sławę uczciwej kobiety? Zadrży od zgrozy na myśl o pierwszem, podniesie krzyk o świętokradztwo; prawo cywilne zaś, które zaledwie interesuje się potwarzą, podczas gdy karze świętokradztwo ogniem, dopełni jeszcze zamętu pojęć i skażenia umysłów.
marszałkowa. — Znam niejedną kobietę, która nie ważyłaby się jeść mięsa w piątek, a która... Omal i ja nie powiedziałam głupstwa. Niech pan mówi dalej.
krudeli. — Ale, pani marszałkowo, ja koniecznie muszę się widzieć z panem marszałkiem.
marszałkowa. — Jeszcze chwilę, a potem pójdziemy doń razem. Nie wiem co panu odpowiedzieć: wszelako nie przekonał mnie pan.
krudeli. — Nie zamierzałem bynajmniej pani przekonywać. Z religią jest tak jak z małżeństwem. Małżeństwo, które jest nieszczęściem dla tylu innych, stało się szczęściem dla pani oraz dla pana marszałka; dobrze uczyniliście pobierając się. Religia, która czyniła, czyni i będzie czynić tylu złych, panią uczyniła jeszcze lepszą; dobrze robisz trzymając się jej. Słodko jest pani wyobrażać sobie, obok siebie, ponad swoją głową, wielką i potężną istotę, która patrzy na panią, jak kroczysz po ziemi, i ta myśl umacnia twoje kroki. Niech się pani nadal cieszy tym dostojnym orędownikiem swoich myśli, tym widzem, tym szczytnym wzorem swych uczynków.
marszałkowa. — Nie masz pan, wedle tego co widzę, manii nawracania.
krudeli. — Ani trochę.
marszałkowa. — Tem wyżej pana za to cenię.
krudeli. — Pozwalam każdemu myśleć na swój sposób, byleby mnie pozwolono toż samo; a zresztą, ci którzy są stworzeni potemu aby się oswobodzić z przesądów, nie potrzebują aby ich katechizować.
marszałkowa. — Czy pan sądzi, iż człowiek może się obejść bez zabobonu?
krudeli. — Nie, tak długo, jak długo będzie tkwił w niewiedzy i lęku.
marszałkowa. — A zatem, skoro zabobon być musi, lepszy już nasz niż inny.
krudeli. — Nie sądzę.
marszałkowa. — Niech pan powie szczerze, czy pana nie mierzi ta myśl, iż miałbyś nie być niczem po śmierci?
krudeli. — Wolałbym raczej istnieć, mimo iż nie wiem, dlaczego istota, która mogła mnie uczynić nieszczęśliwym bez przyczyny, nie miałaby się zabawić w ten sam sposób dwa razy.
marszałkowa. — Jeżeli, mimo tych dolegliwości, nadzieja życia przyszłego wydaje się panu pocieszającą i słodką, dlaczego nam ją wydzierać?
krudeli. — Nie mam tej nadziei, ponieważ samo pragnienie nie wystarcza aby mi przesłonić jej czczość; ale nie odejmuję jej nikomu. Jeżeli można wierzyć, że będzie się widziało, wówczas kiedy się nie będzie miało oczu; że będzie się słyszało, kiedy się nie będzie miało uszu; myślało, kiedy się nie będzie miało głowy; kochało, kiedy się nie będzie miało serca; że będzie się czuło, kiedy się nie będzie miało zmysłów; że będzie się istniało, kiedy się nie będzie nigdzie; że będzie się czemś bez wymiarów i miejsca, zgoda.
marszałkowa. — Któż tedy uczynił ten świat, na którym żyjemy?
krudeli. — To ja się pani pytam.
marszałkowa. — Bóg.
krudeli. — Cóż to jest Bóg?
marszałkowa. — Duch.
krudeli. — Skoro duch stworzył materyę, dlaczegóżby materya nie miała stworzyć ducha?
marszałkowa. — Dlaczegóż miałaby go stworzyć?
krudeli. — Albowiem widzimy to codziennie. Czy pani myśli, że zwierzęta mają duszę?
marszałkowa. — Oczywiście że tak.
krudeli. — I czy mogłaby mi pani powiedzieć, co się dzieje, naprzykład, z duszą węża, podczas gdy wysycha zawieszony w kominie, wystawiony na działanie dymu przez dwa lata z rzędu?
marszałkowa. — Niechże się dzieje co chce, cóż mnie to obchodzi?
krudeli. — Bo pani marszałkowa nie wie, że ten wąż, uwędzony, zasuszony, zmartwychwstaje i odradza się.
marszałkowa. — Nie wierzę w nic podobnego.
krudeli. — Uczony człowiek, Bougner, tak twierdzi wszelako.
marszałkowa. — Pański uczony zełgał.
krudeli. — A gdyby mówił prawdę?
marszałkowa. — Pomyślałabym poprostu, iż zwierzęta, to są automaty.
krudeli. — A człowiek, który jest zwierzęciem jedynie nieco doskonalszem od innych... Ale pan marszałek...
marszałkowa. — Jeszcze jedno pytanie, i już koniec. Czy pan jest zupełnie spokojny w swojem niedowiarstwie?
krudeli. — Jaknajzupełniej.
marszałkowa. — Gdyby się pan wszelako mylił?
krudeli. — Gdybym się mylił?
marszałkowa. — Wszystko co pan uważa za fałszywe byłoby prawdziwe, i czekałoby pana piekło. Panie Krudeli, to straszna rzecz piekło; smażyć się całą wieczność, to bardzo długo!
krudeli. — La Fontaine utrzymywał, że będziemy się tam czuli jak ryby w wodzie.
marszałkowa. — Tak, tak; ale pański La Fontaine bardzo spoważniał w ostatnim momencie; tu pana czekam.
krudeli. — Nie ręczę za nic, skoro już nie będę przy zmysłach; ale, jeżeli skończę na jedną z owych chorób które zostawiają konającemu człowiekowi pełnię świadomości, nie więcej się będę czuł pomięszany w momencie o którym pani mówi, niż w tej chwili gdy oto z panią rozmawiam.
marszałkowa. — Zdumiewa mnie ta nieustraszoność.
krudeli. — O wiele bardziej nieustraszonym wydaje mi się konający, gdy wierzy w surowego sędziego ważącego wszystkie nasze najtajniejsze myśli, i na którego wadze najsprawiedliwszy człowiek zgubiłby się swem zarozumieniem gdyby nie drżał ustawicznie. O ileby ów konający miał wówczas do wyboru, albo pogrążyć się w nicości, albo pojawić się przed tym trybunałem, zdumiewałaby mnie zaiste jego odwaga, gdyby się wahał z przyjęciem pierwszej możliwości. Trzebaby mniemać iż bardziej jest szalony niż towarzysz św. Brunona, lub też bardziej zadufany w swoich zasługach niż Bohola.
marszałkowa. — Czytałam historyę towarzysza św. Brunona; ale nigdy nie słyszałam o owym Boholi[2].
krudeli. — Był to jezuita z kolegium w Pińsku, na Litwie; umierając, zostawił szkatułkę pełną pieniędzy, wraz z pismem, skreślonem i podpisanem własną ręką.
marszałkowa. — A to pismo?...
krudeli. — Opiewało jak następuje: „Proszę mego drogiego kolegę, depozytaryusza tej szkatułki, aby ją otworzył, skoro zacznę czynić cudy. Pieniądze w niej zawarte posłużą na koszta procesu beatyfikacyi. Dołączam kilka autentycznych dokumentów stwierdzających moje cnoty; mogą się przydać tym, którzy podejmą opis mego żywota“.
marszałkowa. — To w istocie pocieszna historya.
krudeli. — Dla mnie, pani marszałkowo; ale, co się pani tyczy, pani Bóg nie zna się na żartach.
marszałkowa. — Ma pan słuszność.
krudeli. — Pani marszałkowo, łatwo jest zgrzeszyć ciężko przeciw twemu Prawu.
marszałkowa. — Przyznaję.
krudeli. — Sprawiedliwość, która będzie rozstrzygała o pani losie, jest bardzo surowa.
marszałkowa. — To prawda.
krudeli. — I, jeżeli pani wierzy przepowiedniom swojej religii co do liczby wybranych, będzie ona bardzo szczupła.
marszałkowa. — Och, ja nie jestem żansenistką; widzę rzeczy jedynie z dobrej strony: krew Jezusa Chrystusa zasłania moim oczom wszystko inne; byłoby, w istocie, bardzo osobliwem, gdyby djabeł, który nie wydał wszak syna swego na śmierć, miał być górą.
krudeli. — Czy skaże pani na potępienie Sokratesa, Focyona, Katona, Trajana, Marka Aurelego?
marszałkowa. — Ależ fe! jedynie dzikie bestye zdolne są myśleć coś podobnego. Święty Paweł powiada, iż każdy będzie sądzony wedle prawa które znał, i święty Paweł ma słuszność.
krudeli. — A wedle jakiego prawa będzie sądzony człowiek niewierzący?
marszałkowa. — Pańska sprawa ma się nieco inaczej. Jesteś pan jednym z owych wyklętych mieszkańców Korozain i Betsaidy, zamykających oczy na światło które ich oświecało i zatykających uszy aby nie słyszeć głosu prawdy który do nich mówił.
krudeli. — Pani marszałkowo, owi Korozaińczycy i Betsajczycy byli to ludzie dziwnego pokroju, jeżeli mieli władzę wierzyć albo nie wierzyć.
marszałkowa. — Widzieli cudy, które, gdyby się działy w Tyrze i Sydonie, spowodowałyby wielki pokup na worki i na popiół.
krudeli. — Bo też mieszkańcy Tyru i Sydonu byli to ludzie inteligentni, mieszkańcy zaś Korozain i Betsaidy byli ciemne głupki. Ale czy ten, który ich głupcami zrobił, będzie ich karał za to że byli głupcami? Opowiedziałem pani przed chwilą anegdotę, miałbym ochotę opowiedzieć jeszcze bajeczkę. Młody Meksykanin... Ale pan marszałek...
marszałkowa. — Poślę dowiedzieć się czy można z nim mówić. I cóż młody Meksykanin?
krudeli. — Znużony pracą, przechadzał się, jednego dnia, nad brzegiem morza. Widzi deskę, która kąpie się jednym końcem w fali, podczas gdy drugi spoczywa na brzegu. Siada na tej desce, i, topiąc spojrzenia w bezkresnej przestrzeni która się przed nim roztacza, tak myśli: „Ani chybi, tylko babcia moja bajdurzy, kiedy prawi o jakichsiś mieszkańcach, którzy, niewiadomo już kiedy, przybyli tutaj, niewiadomo skąd, z jakiegoś kraju za morzami. To nie ma żadnego sensu: żali nie widzę, jak morze spływa się z niebem? I mogęż wierzyć, wbrew świadectwu zmysłów, starej baśni, której daty nikt nie wie, i którą każdy przykrawa na swój sposób? Toć to jedynie stek niedorzeczności, mimo iż ludzie wypruwają sobie o nie serca i wydzierają oczy!“ Podczas gdy tak rozumował, wzburzone fale kołysały go na desce, aż usnął. Śpi sobie smaczno, tymczasem wiatr wzmaga się, fala unosi deskę, i oto młody mędrek znajduje się na morzu.
marszałkowa. — Niestety! to nasz wierny obraz: każdy z nas na swojej desce; wiatr dmie, i fala nas unosi.
krudeli. — Kiedy się obudził, był już daleko od lądu. Zdumiał się, ujrzawszy się na pełnem morzu; zdumiał się jeszcze więcej, skoro, straciwszy z oczu brzeg na którym przechadzał się przed chwilą, ujrzał morze spływające się z niebem ze wszystkich stron. Wówczas, zaczął podejrzewać, iż mógł się snadno pomylić, i że, o ile wiatr nie zmienił kierunku, zaniesie go może na ów brzeg, między tych mieszkańców o których babka mówiła mu tak często.
marszałkowa. — Nic pan nie mówi jak musiał się przeląc.
krudeli. — Ani trochę. Powiadał sobie: „Cóż mi to szkodzi, bylebym gdzieś wylądował? Rozumowałem jak postrzeleniec, prawda; ale byłem szczery sam z sobą, a to wszystko czego można odemnie wymagać. Jeżeli posiadanie rozumu nie jest cnotą, jego brak nie może być zbrodnią“. Tymczasem, wiatr dął dalej, deska płynęła, i tajemniczy brzeg zaczynał się ukazywać: Meksykanin przybił doń, i oto jest w nieznanym kraju.
marszałkowa. — Spotkamy się tam kiedyś, panie Krudeli.
krudeli. — Pragnę tego, pani marszałkowo; w jakimkolwiek czasie i miejscu, zawsze będzie dla mnie szczęściem przedłożyć pani moje służby. Ledwie opuścił deskę i postawił nogę na piasku, spostrzegł czcigodnego starca stojącego tuż przed nim. Spytał go gdzie jest i z kim ma zaszczyt mówić. „Jestem panem tego kraju, odparł starzec“. Słysząc to, młody człowiek upadł na twarz. „Powstań, rzekł starzec. Przeczyłeś memu istnieniu? — W istocie. — I istnieniu mego władztwa? — Przyznaję. — Przebaczam ci, ponieważ jestem ten, który widzi dno serc, i wyczytałem w twojem że myślisz uczciwie: ale reszta twoich myśli i uczynków nie jest równie niewinna“. Wówczas, starzec, trzymając go za ucho, przypomniał mu wszystkie błędy życia; za każdym punktem, młody Meksykanin schylał się, uderzał się w pierś i prosił o przebaczenie. A teraz, pani Marszałkowo, niech się pani postawi na chwilę na miejscu starca, i powie mi, coby pani zrobiła? Czyby pani wzięła młodego głuptasa za włosy, i znajdowała przyjemność w tem aby go włóczyć przez całą wieczność po brzegu?
marszałkowa. — Przyznaję że nie.
krudeli. — Gdyby które z tych miłych dziateczek igrających koło pani, wymknąwszy się z domu rodzicielskiego i narobiwszy siła głupstw, wróciło wielce skruszone?
marszałkowa. — Co do mnie, pobiegłabym na jego spotkanie, utuliłabym je w ramionach i skropiłabym je łzami; ale pan marszałek, jako ojciec, nie wziąłby rzeczy tak łagodnie.
krudeli. — Pan marszałek też nie jest tygrysem.
marszałkowa. — Och, nie!
krudeli. — Srożyłby się może nieco, aleby przebaczył w końcu.
marszałkowa. — Z pewnością.
krudeli. — Zwłaszcza gdyby wziął pod uwagę, iż, zanim dał życie temu dziecku, znał wszystkie jego koleje, i że kara za jego winy byłaby bez żadnego pożytku i dla niego samego, i dla winnego, i dla jego braci.
marszałkowa. — Co innego pan marszałek, a co innego ów starzec.
krudeli. — Chce pani powiedzieć, że pan marszałek jest lepszy od owego starca?
marszałkowa. — Niechże mnie Bóg broni! Chcę powiedzieć, że, jeżeli moja sprawiedliwość różni się od sprawiedliwości pana marszałka, sprawiedliwość pana marszałka może być odmienna niż sprawiedliwość wielkiego starca.
krudeli. — Och, pani! nie zdaje sobie pani sprawy z następstw tej odpowiedzi. Albo ogólne pojęcie sprawiedliwości odpowiada jednako pani, panu marszałkowi, mnie, młodzieńcowi z Meksyku i starcowi, albo też nie wiem nic zgoła co to takiego, i nie mam pojęcia jak można stać się miłym albo niemiłym najwyższej istocie.

W tym punkcie rozmowy dano znać, iż pan marszałek nas oczekuje. Podałem rękę marszałkowej, która rzekła: To w głowie może się pomięszać, nieprawdaż?
krudeli. — O ile ktoś ma tęgą głowę...
marszałkowa. — Ostatecznie, najprostsze jest zachować się tak, jakgdyby starzec istniał.
krudeli. — Nawet gdy się w to nie wierzy.
marszałkowa. — A gdyby się wierzyło, nie liczyć na jego dobroć.
krudeli. — Jeżeli to nie jest najuprzejmiej, jestto, w każdym razie, najpewniejsze.
marszałkowa. — Niech mi pan powie, gdyby pan miał zdać sprawę władzom ze swoich poglądów, czy przyznałby się pan do nich?
krudeli. — Uczyniłbym co w mej mocy, aby im oszczędzić okrutnego postępku.
marszałkowa. — A, tchórz! A gdyby pan miał umierać, czy poddałby się pan obrządkom kościoła?
krudeli. — Bez wahania.
marszałkowa. — O cóż za szkaradny hipokryta!





Przypisy

  1. Utwór ten ukazał się po raz pierwszy w Correspondance secrète w r. 1776; później, w zbiorku drukowanym w Londynie, gdzie przypisano go mylnie włoskiemu filozofowi, Tomaszowi Crudeli.
  2. Zapewne Bobola (przyp. tłóm.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Denis Diderot i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.