Rob-Roy/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Walter Scott
Tytuł Rob-Roy
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1875
Drukarz Drukarnia Emila Skiwskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Michał Grubecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XXII.
Tu są zamknięci, których cała zbrodnia
Że byli losem na nędzę skazani.
W tych murach gaśnie nadziei pochodnia.
Łzy są pokarmem, rozpacz serce rani.
Więzienie. Scena III, Akt I.

Każdy łatwo domyśléć się może, że zaledwie wszedłem do tego przybytku rozpaczy, rzuciłem cieikawym wzrokiem na mego przewodnika, ale przy słabém świetle lampy, twarzy rozpoznać nie mogłem. Lampę trzymał stróż więzienia, a cały blask nadawał jemu samemu dziwną postać, która jednak mniéj mnie obchodziła. Było to, ledwie nie powiem, szkaradne jakieś zwierzę, którego rażące rysy pokrywały w znacznéj części czerwone i gęste jak las włosy. Patrząc na radosne zachwycenie, z jakiém spoglądał na mego towarzysza, zdawało mi się, że widzę przed sobą dzikiego pustyń Ameryki mieszkańca, oddającego cześć swemu bożyszczu; twarz jego i każde poruszenie okazywało to zupełne poświęcenie się, tę niecierpliwą gotowość spełnienia wszelkich rozkazów, które jedynie powyższém porównaniem objaśnić się dają. Zdawało się, że zbytek radości mowę mu odjął. — O!... Ach!... wieki pana nie widziałem!... i inne tym podobne krótkie wykrzyknienia językiem niezrozumiałym, którym się przed wejściem naszém odezwał, to tylko zdołał wyrzec. Nieznajomy przyjmował te osobliwsze powitania poważnie, lecz i dobrotliwie razem; jak monarcha, któremu pochlebstwa dworzan nie są nowością, a jednak płaci za nie wdzięcznym uśmiechem. Podał swą rękę stróżowi i zapytał łaskawie:
— Cóż tam słychać u ciebie poczciwy Dugalu?
— Rany Boskie, — zawołał Dugal stłumionym głosem, spozierając trwożliwie naokoło siebie. — Pan tu, na tém miejscu?... a gdyby któremu z tych oprawców zamarzyło się odbyć przegląd dzisiejszéj nocy?...
Przewodnik mój przyłożył palec do ust i rzekł:
— Nie bój się Dugalu; ręka twoja nie obróci za mną klucza w tém więzieniu.
— Z pewnością że nie — bodaj mi wprzódy po sam łokieć odpadła!... Ale kiedyż wrócisz pan tam? — Nie zapomnij mię ostrzedz, wszak biedny Dugal jest krewnym pana choć w siódmém pokoleniu.
— Dowiesz się o tém Dugalu, niech się tylko spełnią moje zamiary.
— Zaręczam panu, że kiedykolwiek powiesz mi o tém choćby o północy w sobotę, — Dugal rzuci klucze więzienia w oczy komendantowi i pobiegnie za panem, nie czekając do poniedziałku. — Obaczysz pan, że dotrzymam słowa.
Nieznajomy przerwał oświadczenia stróża, przemawiając doń językiem (jak się późniéj dowiedziałem) szkockich góralów. Zapewne uwiadomił go jakiéj żąda posługi, stróż bowiem zawołał skwapliwie:
— Całém sercem, z całéj duszy! — a podniósłszy nieco knot lampy, dał mi znak, abym szedł za nim.
— Czy pan nie idzie z nami? — rzekłem do pierwszego.
— Niepotrzeba, — odpowiedział, — towarzystwo moje mogłoby panu przeszkadzać, a zostawszy tu, potrafię przynajmniéj odwrót zabezpieczyć.
— Niespodziewam się, żebyś mię pan chciał narazić na jakie niebezpieczeństwo.
— Na żadne, któregobym sam nie podzielał, — odpowiedział nieznajomy takim szczerości tonem, że o prawdzie słów jego wątpić nie mogłem.
Udałem się więc za stróżem, który przez kręte schody wprowadził mię na długi i wąski kurytarz, opatrzony z obu stron rzędem drzwi żelaznych. Otworzywszy jedne, wszedł do małego pokoiku, rzucił okiem na leżący w kącie słomiany barłóg, a postawiwszy lampę na stole, rzekł po cichu:
— Śpi biédna istota.
— Biédna istota... Wielki Boże! — pomyślałem, — miałżebym w tém okropném miejscu znaleźć Djanę Vernon?
Spojrzałem na posłanie, i przekonałem się uradowany, że obawa moja była próżna. Ujrzałem twarz ani młodą, ani piękną; część jéj niższą pokrywała siwa, od kilku dni niegolona broda, a głowę czerwona obcisła szlafmyca. — Lecz jakżem się zdumiał, gdy po przebudzeniu się więźnia, rozpoznałem zupełnie odmienne, lecz żywo mię obchodzące rysy przyjaciela mego Owena! — Odwróciłem się natychmiast w bojaźni, aby zobaczywszy mię niespodzianie, nie wydał okrzyku, którymby wszystkich nas o niebezpieczeństwo przyprawił.
Lecz nieszczęśliwy formalista opiérając się jedną ręką na barłogu, a drugą zdejmując szlafmycę, rzekł niezupełnie jeszcze rozbudzony:
— Masz wiedzieć panie Dugwell, czy jak cię tam nazywają, że jeżeli raz jeszcze przerwiesz mi mój spoczynek, oskarżę cię niezawodnie przed lordem majorem.
— Jest tu ktoś, co chce z panem mówić, — rzekł Dugal przybiérając ton ostry stróża więzienia, zamiast radosnéj i pokornéj mowy, jaką przywitał mego przewodnika. — Poczém odwrócił się, i wyszedł.
Długo biédny Owen wpatrywał się we mnie, nim zdołał mię poznać. W końcu, rozumiejąc żem przyszedł dzielić z nim więzienie, zawołał w rozpaczy:
— Oj panie Franku, panie Franku, jakie to nieszczęścia ściągnęłeś na siebie i na dom twój! — Nie mówię nic o sobie, jestem proste i nic nie znaczące zero; ale za cóż dożyłem tego smutku, abym ciebie, który byłeś ogólną summą nadziei swego ojca, jego omnium jedném słowem; który mogłeś zostać pierwszą osobą, w pierwszym banku, pierwszego miasta Wielkiéj Brytanii, ujrzał w nędzném szkockiém więzieniu, gdzie nawet szczotki dostać nie można do oczyszczenia zakurzonéj sukni!
Mówiąc to, ociérał z gniéwem ów niegdyś bez żadnéj plamki frak orzechowy; a długi nałóg wykwintnego ochędóstwa, zdawał się nową goryczą zaprawiać jego położenie.
— O Boże zlituj się nad nami! — mówił daléj Owen. — Co za nowina na giełdzie! nie było podobnéj od bitwy pod Almanza! — Chociaż w niéj padło naszych koło 5,000 ludzi, nie licząc rannych i w niewolę wziętych; ale cóż to znaczy w porównaniu z wiadomością, że dom Osbaldyston i Fresham zawiesił wypłaty.
— Przerwałem te wyrzekania, uwiadamiając go, że nie jestem więźniem, chociaż sam nie wiem za czyją pomocą odwiedzam więzienie. — Nie mogłem położyć końca ciekawości jego inaczéj, jak zadając mu nawzajem pytania o nieszczęściu, które go spotkało. — Po długim i dość niezrozumiałym wywodzie (wiesz bowiem, że Owen nie był tak mocny w wymowie jak w arytmetyce), otrzymałem następną acz nie zbyt dokładną wiadomość.
Z dwóch korrespondentów ojca mego, którzy w Glasgowie jego handlowe interesa ułatwiali, dom Mac Vittie, Mac Fin i komp.: zdawał mu się podobnie jak i Owenowi, na szczególniejszą zasługiwać ufność. — Gotów na wszelkie rozkazy, spełniał je spiesznie i trafnie; a przytém ograniczając się rolą szakala, który się spuszcza na wspaniałomyślność lwa, tak dom ten jakkolwiek szczupłą nagrodę mu wyznaczono za jego pomoc, nie omieszkał nigdy zaręczać, — że zupełnie jest zadowolniony; — chociaż poruczona czynność wiele mu pracy zadawała, — zawsze mienił się szczęśliwym, iż miał sposobność zasłużenia na szacunek i względy zacnych swych przyjaciół z Crane-Allej.
Wola ojca mego była dla domu Mac Vittie prawem Medów i Persów, w którém żadnéj odmiany, żadnego dodatku nie śmiano uczynić; na który nawet nie godziło się zwrócić uwagi. — Co większa, samą najściślejszą dokładność, jakiéj wymagał formalista Owen w rachunkach i korrespondencyi, ilekroć przemawiał ex cathedra, równie święcie zachować pp. Mac Vittie; Mac-Fin: — nie dziwna przeto, że podobna uległość podbiła zupełnie serce pierwszego kommissanta. Ale mój ojciec, który nieco głębiéj umysły ludzkie przenikał, nie dowierzał zbytniéj gorliwości korespondentów swoich, i stale opierał się ich żądaniu wyłącznego kierowania jego interesami w Szkocyi; owszem znaczną część poruczył innemu domowi, na którego czele był człowiek zupełnie odmiennego charakteru; — pełen dobrego w sobie rozumienia, nieciérpiący wszystkich Anglików, podobnie jak ojciec mój Szkotów, do żadnego nie chciał przystąpić układu, tylko pod warunkiem zupełnie równéj korzyści, — niemniéj uparty w zdaniu jak Owen, nie ustąpiłby ani kroku, gdyby nawet miał przeciw sobie wszystkich bankierów Londynu.
Ponieważ podobne ułomności charakteru pana Nikol Jarvie utrudniały stosunki handlowe między nim a domem angielskim, i dawały często powód niechęci, którą jednak wkrótce uśmierzał obustronny interes; ponieważ takowe zatargi miłość własną Owena nieraz obrażały, łatwo pojmiesz Treshamie, że stary nasz przyjaciel wolał zawsze odbywać handlowe czynności z układnymi i pełnymi uległości panami Mac-Vittie i Mac-Fin, aniżeli z tym jak go nazywa, nadętym i zuchwałym Szkotem Jarvie.
Jak tylko więc po odjeździe mego ojca i nagłém zniknięciu Rashleigha, Owen ujrzał się w trudném i niebezpieczném położeniu, pośpieszył natychmiast do Szkocyi, a stanąwszy w Glasgowie dwoma dniami przed mojém przybyciem, wezwał ufnie pomocy owych doświadczonych przyjaciół, o których wdzięczności i przywiązaniu dla swego pryncypała, nigdy nie powątpiewał. Jakoż pierwsze przyjęcie pp. Mac-Vittie i Mac-Fin odpowiedziało zupełnie jego oczekiwaniu; ale niestety! piękna pogoda niedługo trwała; kiedy bowiem opowiedział im najotwarciéj niespodziane mego ojca nieszczęście, i prosił o pomoc i radę wiernych korespondentów, — Mac-Vittie osłupiał zdumiony, a Mac-Fin niedoczekawszy końca, przerzucał karty dziennika, znosząc skwapliwie kolumny Credit i Debet. — Jak na nieszczęście bilans odkrył, że ojciec mój znaczną summę zawinił szkockiemu domowi. — Zasępione twarze zacnych przyjaciół, pokryła wkrótce czarna chmura bojaźni i gniewu; na prośbę Owena o cierpliwość i ratunek, odpowiedzieli wzajemném żądaniem zabezpieczenia od wszelkiéj straty, a w końcu oświadczyli wyraźnie, że chcą miéć w swoich rękach zastaw wyrównywający należącéj im summie. — Rozgniewany Owen odrzucił to żądanie dowodzące ich niewdzięczność, uchybiające pryncypałowi, i niesprawiedliwe względem innych jego wierzycieli.
Powstała kłótnia, z któréj korzystając bankierowie; szkoccy, niby przez zemstę za doznaną obelgę, użyli broni, jakiéj w każdym innym razie, jeżeh nie przez sumienie, to przynajmniéj przez wzgląd na przyzwoitość, użyćby może nie śmieli.
Owen, jako pierwszy komissant banku ojca mego, miał w nim szczupły udział, był przeto odpowiedzialnym w części za wszelkie zobowiązania. — Wiedzieli o tém Mac-Vittie i Mac-Fin, a mniemając, że tym sposobem skłonią Owena do spełnienia ich życzeń, postanowili wyjednać przeciw niemu wyrok uwięzienia, który stosownie do praw szkockich (otwierających w tym względzie obszerne nadużyć pole), nie może być odmówionym wierzycielowi zeznającemu pod przysięgą, że dłużnik zamyśla opuścić granice królestwa. — Na skutek takiego wyroku, biedny Owen wszedł do więzienia, do którego mi tak dziwnym sposobem ułatwiono przystęp.
Powziąwszy wiadomość o tém co zaszło, należało zastanowić się co czynić wypada; lecz im jaśniéj widziałem otaczające nas niebezpieczeństwa, tém trudniéj mogłem wynaleźć skuteczne przeciw nim środki. — Ostrzeżenie, które w tym dniu rano odebrałem, zdawało się wskazywać, że działając otwarcie za oswobodzeniem Owena, mogę sam wolność moją postradać: przyjaciel mój tak był mocno o tém przekonany, że w uniesieniu bojaźni, zaręczał mi, iż Szkot za jeden grosz długu wtrąci do więzienia Anglika, z żoną, dziećmi służącymi płci obojéj, a nawet i gośćmi, którzy by się u niego w owéj znajdowali chwili. — Prawa przeciw dłużnikom są w wielu krajach tak surowe, że obawy Owena uważałem za podobne do prawdy; co większa, uwięzienie moje w tym zbiegu okoliczności, odjęłoby ostatnią nadzieję ratowania mego ojca. — W tak dotkliwém położeniu, przyszło mi na myśl zapytać Owena, czyli się nie zgłosił do drugiego korespondenta, pana Nikol Jarvie?
— Pisałem dziś rano do niego, — odpowiedział Owen, ale jeżeli słodziuchni mieszkańcy Gallowgate tak postąpili, czegóż się spodziewać po tym niezgrabnym dziku z Saltmarket? — Czyliż można pomyślić, aby wekslarz kiedykolwiek odstąpił swego procentu? — Oto nawet nie raczył odpisać na list mój, chociaż wiem pewno, że mu go w ręce podano, gdy do kościoła wchodził. — Tu biedny Owen rzucił się w rozpaczy na posłanie i zawołał: — upadliśmy bez nadziei! — O panie Frank, panie Frank! — wszystkiego jest przyczyną twój upór!... Ale co ja mówię? — Mamże pomnażać jeszcze pańskie cierpienia? — O nie, nie! — Tak się podobało Bogu, a człowiek winien poddać się bez szemrania Jego mądréj woli.
Pomimo całéj mojéj filozofii Treshamie, nie zdołałem oprzeć się smutkowi. — Połączyliśmy łzy nasze, — lecz moje, zaprawiła gorycz, nieznana Owenowi; czułem bowiem, że wyrzuty, które mi przez dobroć chciał oszczędzić, są aż zanadto sprawiedliwe; że rzeczywiście nieposłuszeństwo moje woli ojca, sprowadziło wszystkie nieszczęścia nasze.
Kiedyśmy tak smutnie siedzieli, słyszemy naraz mocne stukanie do zewnętrznych drzwi więzienia. Wybiegłem przelękniony na kurytarz i zbliżyłem się ku schodom, chcąc poznać przyczynę hałasu; alem nie usłyszał nic więcéj oprócz głosu stróża, który naprzemian, raz podniesionym tonem odpowiadał przybylcom, to znowu po cichu przemawiał do przewodnika mego: — zaraz, zaraz! (Burmistrz z wartą przychodzi; skryjcie się pod łóżko więźnia). Idę, już idę! — (Bieżcie na schody, bo już muszę otworzyć). — Oto jestem; cóż znowu u licha temu zamkowi? zardzewiał czy co?
Kiedy Dugal niechętnie i jak najpowolniéj otwierał zapory jednę po drugiéj, przewodnik mój wpadł do pokoju Owena, i ja za nim. Rzucił okiem naokoło siebie, jak gdyby chciał rozpoznać, gdzie się ma ukryć, potem rzekł do mnie:
— Daj mi pan swoje pistolety... albo nie, nie potrzeba, obejdę się bez nich. — Cokolwiek wyniknie, nie mięszaj się pan do niczego i zostaw mię własnym siłom. — Sam wpadłem w łapkę, sam wydobyć się potrafię. — Ileż razy daleko większe groziły mi niebezpieczeństwa!...
To mówiąc, zdjął płaszcz którym był okryty, a nie spuszczając drzwi z oka, cofnął się o kilka kroków jak dzielny koń, mający przesadzić wysoką zagrodę. Domyśliłem się, że postanowił rzucić się na wchodzących jak tylko drzwi otworzą; a korzystając z pierwszéj chwili zamięszania, wypaść na ulicę. Siła i zręczność ciała, zimna odwaga w spojrzeniu, nie dozwoliły mi ani na chwilę powątpiewać, że pokona przeciwników swoich, jeżeli nie mają palnéj broni.
Zostawaliśmy czas niejaki w trudnéj do opisania niespokojności. — Otworzyły się drzwi pokoju, — a zamiast bagnetów i szabel, ujrzeliśmy młodą i nieszpetną dziewczynę, trzymającą jeszcze w jednéj ręce czerwoną spódniczkę, którą z powodu błota była podniosła, a w drugiéj latarnię. — Postępowała za nią poważna jakaś osoba, niskiego wzrostu, dość otyła, i w ogromnéj peruce. Był to, jak dowiedzieliśmy się późniéj, burmistrz miasta, nadęty godnością swoją, i pałający gniewem. Przewodnik mój na widok téj figury, zaniechawszy jak widać piérwszych zamysłów, usunął się na bok nieznacznie; nie uszedł jednak bystrego wzroku dygnitarza.
— Pięknie! bardzo pięknie, panie kapitanie Stanchells, rzekł burmistrz do głównego dozorcy, — pół godziny stać musiałem na dworze, nim mię wpuszczono! powiedziałby kto, że równie trudno wejść do więzienia, jak wyjść z niego! — Cóż to jest?... a to co takiego?... Nieznajomi... tu... po północy? Panie Stanchells, — to nie ujdzie bezkarnie. — Zamknąć drzwi natychmiast! mam pomówić z tymi panami; ale wprzód słowo tylko do starego przyjaciela. — Jakże się macie panie Owen?
— Nieźle na ciele, — dziękuję panie Jarvie; ale na duszy!...
— Wiem, wiem; nic dziwnego — smutna to rzecz, a zwłaszcza dla kogoś co nos do góry zadziérał. — Ale fortuna kołem się toczy; co tobie dziś, mnie jutro. Pan Osbaldyston jest to zacny człowiek — uczciwy człowiek; lecz ja zawsze mówiłem, że za wysoko chciał latać. — Kto powoli postępuje, ten daléj zajedzie, powtarzał świętéj pamięci ojciec mój wielki Dyjakon. Nieraz do mnie przemawiał temi słowy: Nicku! (trzeba wiedzieć, że ojciec mój miał na imię Nikol, tak jak i ja: dla różnicy więc, nazywano go stary Nick, a mnie młody Nick) — Nicku! mawiał tedy mój ojciec, — nie wścibiaj palców tam, zkąd je trudno wydobyć. — Powtarzałem ja to nieraz panu Osbaldyston, ale nie chciał słuchać, choć był człowiek rozumny.
Słowa te wyrzeczone niepospolicie szybko, a pełne wyrażeń miłości własnéj, słabą zapowiadały nam pomoc ze strony pana Jarvie; — wkrótce jednak przekonaliśmy się, że lubo usta jego omijały przyzwoitą dobremu wychowaniu delikatność, serce pełne było szlachetnéj i niezmyślonéj dobroci, bo gdy Owen okazał niechęć swoją téj niewczesnéj i dotkliwéj przemowie, bankier glasgowski ujął go za rękę i rzekł:
— Bądź dobréj myśli panie Owen! — czyliż rozumiesz, że tu przyszedłem o drugiéj w nocy, i to jeszcze nocy niedzielnéj dla tego tylko, abym wymawiał człowiekowi który upadł, że nie patrzał gdzie nogę stawia? — O nie, nie! — nigdy burmistrz Glasgowa, ani ś. p. czcigodny ojciec jego Dyjakon, nie popełnili nieludzkiego czynu. — Macie zatem wiedzieć, że pierwszém mojém prawidłem, jest usuwać na bok wszelkie światowe zatrudnienia w dniu uroczystym sabbathu; a lubo robiłem co mogłem, aby nie myślić o liście pana, który wczoraj rano odebrałem, więcéj mię on jednak zajmował aniżeli kazanie. — Zwyczajem jest również u mnie, iść codzień do łóżka (ozdobionego żółtemi firankami) o dziesiątéj wieczorem, — chyba gdy mię sąsiad zaprosi, albo ja sąsiada na wędzonego łososia. — Zapytaj tego wisusa, jeżeli to nie jest fundamentalne domu mojego prawidło? — A przecież siedziałem cały wieczór nad bibliją, ziewając kiedy niekiedy, jakbym chciał połknąć kościół św. Euocha, póki nie wybiła północ. — Wolno mi było natenczas zajrzyć do dziennika dla przeświadczenia się, jak rzeczy stoją między nami? — A ponieważ wiatr pomyślny nie czeka na nikogo, rozkazałem dziewczynie zapalić latarnię, i ruszyłem w drogę, abyśmy z sobą pomówili, czémby wam można dopomódz. — Burmistrz Glasgowa wchodzi do więzienia w dzień lub w nocy, o któréj porze mu się spodoba, tak jak wchodził przed nim czcigodny jego ojciec wielki Dyjakon, świeć Panie nad jego duszą.
Chociaż głębokie westchnienie Owena, podczas uczynionéj wzmianki o dzienniku, przejęło mnie bojaźnią, czyli i tu także bilans rachunkowy nie jest nam przeciwny? chociaż słowa zacnego urzędnika objawiały niepospolite o znaczeniu swojém i zdolnościach umysłowych zarozumienie; dobroć jego atoli i szczera prostota, ożywiała w sercu mojém pomyślną nadzieję. Zażądał niektórych papiérów, wyrwał je niecierpliwie z rąk Owena, a usiadłszy bez ceremonii na łóżku, rozkazał służącéj przybliżyć się z latarnią i zaczął czytać, kręcąc głową, marszcząc się i tupając nogami, ilekroć znalazł co przeciwnego oczekiwaniu swemu.
Widząc, że burmistrz był zbyt pogrążony w rachunkach, aby miał spostrzedz, co się koło niego działo, człowiek, który mię tu wprowadził, przedsięwziął wymknąć się bez ceremonii, a dawszy mi znak milczenia, przysuwał się nieznacznie ku drzwiom bez najmniejszego szelestu. Ale czujny urzędnik (daleki od niedbałości sędziego Inglewooda), pomiarkował o co rzecz chodzi, i zawołał:
— Kapitanie Stanchells, — baczność! — zamknij drzwi na klucz, i nie oddalaj się ani kroku!
Nieznajomy zmarszczył czoło i zdawał się gotować do otwartéj wojny; lecz w téj chwili zapadł rygiel ogromnego zamku. Przybrawszy zatem spokojną postać, wrócił nazad wolnym krokiem, usiadł na stojącym w kącie stole i z najzimniejszą krwią świstać począł jakąś piosnkę góralską.
Pan Jarvie, który jak uważałem, łatwo obejmował interesa, skończył przegląd papierów Owena i odezwał się doń temi słowy:
— Pokazuje się panie Owen, że dom wasz zawinił pewną summę pp. Mac-Vittie i Mac-Fin, na skutek układów o kupno drzewa z lasu Glen-Cailziechat (układów które mi z garści prawie wyrwali, a to podobno z twojéj łaski panie Owen, — ale dajmy temu pokój). — Owóż, dom wasz winien im rzeczoną summę, i z tego to powodu zostajesz teraz pod kluczem Stanchellsa. Oprócz téj summy winiliście im może i coś więcéj. — Winniście podobno komuś innemu jeszcze. — Może i mnie samemu Nikolowi Jarvie, burmistrzowi Glasgowa.
— Nie mogę zaprzeczyć, — rzekł Owen, — że w téj chwili ostateczny bilans nie pada na nasza stronę; ale zechcesz zważyć panie Jarvie....
— Nie mam czasu rozważać, — przerwał burmistrz. Pomnij panie Owen, że dopiéro co skończyliśmy sabbath, że wkrótce dzień zawita, a ja jeszcze ani oka nie zmrużyłem — że tu zimno i wilgotno. Nie mam więc czasu rozważać — koniec końców mój panie, winniście mi pieniądze i kwita. — Mało czy wiele, ale winniście. Lecz smutno jest prawdziwie, że człowiek tak czynny i tak umiejący chodzić około interesów, jak ty panie Owen, siedzisz tu pod kluczem wtenczas, kiedy założywszy nogi za pas i pobiegawszy tu i owdzie, mógłbyś i wierzyciela i dłużników wyciągnąć z téj toni. — Owóż mój panie, gdyby się znalazł kto taki, coby złożył na ciebie porękę judicio sisti, to jest, że nie wyjedziesz z kraju, byłbyś wolny dziś rano jeszcze.
— Możesz być pewnym panie Jarvie, — odpowiedział Owen, — że gdybym znalazł podobnego przyjaciela, użyłbym wolności mojéj na dobro naszego domu i tych wszystkich co z nim mają stosunki.
— I stawiłbyś się niezawodnie na wezwanie sądu, stosownie do złożonéj za ciebie poręki?
— Jak dwa a dwa, są cztéry; choćbym leżał na śmiertelnéj pościeli.
— Nie wątpię o tém, nie wątpię panie Owen, i dam tego dowód. — Jestem człowiek staranny, wie o tém każdy, i przemyślny, całe miasto poświadczy. — Umiem zbierać pieniążki, i chować pieniążki, i liczyć pieniążki, tak jak i kto inny, a może i lepiéj jak kto inny, czy to z Salt-Market, czy z Gallow-gate. Jestem przy tém ostróżny, jak przedemną był ś. p. ojciec mój wielki Dyjakon; ale znieść nie mogę, aby człek uczciwy, człek pracowity, który chce i umié zapobiedz nieszczęściu, siedział przykuty do ściany, nie mogąc ani sobie, ani drugim dopomódz. Dziéj się więc wola Boża! — Chybił, trafił. — Dam za pana porękę! — Ale pamiętaj, porękę judicio sisti, to jest, że staniesz, nie zaś judicatum solvi, to jest, że zapłacisz, — bo to wcale co innego.
Owen przyznał, że w tém rzeczy położeniu nie może się spodziéwać, aby ktokolwiek ręczyć miał za pewność wypłaty; lubo to prawdę mówiąc, żadnéj nie ulega wątpliwości; — lecz dodał, że co do stawienia się przed sądem, za to, każdy śmiało ręczyć może.
— Wierzę panu, wierzę, — rzekł burmistrz, — dosyć tego, dziś przed śniadaniem będziesz mieć wolne nogi. — A teraz zobaczmy co ci panowie powiedzą, i jakim sposobem dostali się tu po nocy.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Walter Scott i tłumacza: Michał Grubecki.