Ratunkowa akcja panny Joli

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michalina Domańska
Tytuł Ratunkowa akcja panny Joli
Pochodzenie Fotografje mówią...
Wydawca „Książki Ciekawe“
Data wydania 1922
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Zygmunt Grabowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
RATUNKOWA AKCJA PANNY JOLI.


— Tatuńciu, ja wiem, czemu jesteś tak markotny...
— Zdaje ci się, mała!
— O nie! Ja cię tak dobrze znam — i rozumiem!... Jesteś zakochany... i zazdrosny.
Pan Giżycki aż podskoczył. Takie twierdzenie — zupełnie zresztą zgodne z prawdą — wydało mu się w ustach jego córki rzeczą niesłychaną... Wogóle jego mała była dla niego wieczną niespodzianką. Rola ojca dorosłej dziewczyny wprawiała go w wieczne zakłopotanie i była źródłem nieustannej niepewności. Chwiejnie stąpał po tym nowym dla siebie terenie. Dziewczęca psychologja była dla niego łamigłówką, a już spełnienie roli mentora wobec kobiety było dla tego niepoprawnego kobieciarza czemś przechodzącem jego kompetencję. Ubóstwiał swoją jedynaczkę, ale w duchu żałował mocno, że klasztor, który się podjął wychować to dziecko bez matki, nie zajmuje się także wyszukaniem dobrego i odpowiedniego męża. On czuł się całkiem niezdolnym do tej roli; wiedział, że córkę swoją zacznie rozumieć dopiero jako mężatkę. Obecnie czuł głęboko niestosowność dziedziny, w którą córka jego pragnie wkroczyć, ale nie wiedział dobrze, jak sobie w tym wypadku poradzić.
— Moje dziecko... — zaczął, usiłując przybrać ton uroczysty i karcący.
Skoczyła mu na szyję i ukryła główkę w cieniu starannie pielęgnowanej i pachnącej bródki à la Henri IV.
— Ja cię tak rozumiem, bo ja też..
Zaniepokoił się i wnet prysnął ton uroczysty.
— Ty też... Co to ma znaczyć, mała?... — powiedział, unosząc główkę o wijących się ciemnych puklach, sięgających do pół szyji wedle modły Klaudyny Willy’ego.
— No, ja też kocham się i jestem zazdrosna, ale to zazdrosna... Oczybym wydrapała! I nawet ta sama osoba...
— Co ty pleciesz, na Boga?..
— Bo, niby ta sama osoba jest powodem mojej i twojej zazdrości... a raczej... Mnie chodzi o niego jednem słowem, a tobie o nią... Rozumiesz?
— Jola!..
— O! zaraz: Jola! z całą grandezzą! Co w tem widzisz dziwnego? Ty kochasz się w pani Marjecie i chcesz się z nią żenić...
Ożenić się z panią Marjetą; Giżycki chciał parsknąć śmiechem, ale wobec jasnych oczu córki, zawstydził się, jak to często bywało, i odpowiedział łowiąc powagę, która mu wciąż uciekała:
— Nie myślę się żenić z panią Marjetą, bo nie chcę ci dawać macochy...
— Ach! jakiś ty dobry! Ty się dla mnie poświęcasz, złoty, kochany! Ale słuchaj, ja także dla ciebie zrobię poświęcenie. Ja cię uwolnię od rywala.
— Co ty pleciesz?
— Nie udawaj, że nie wiesz! No, przecież pan Jur... pan Korecki! — Rozumiesz?
Korecki! — To nazwisko miał wbite w pamięć jak bolesną drzazgę! Skąd na tych „dzikich polach“ kresowych biorą się tacy chłopcy, bujni jak rasowe rumaki, śmigli jak młode świerki, z oczami pieszczotliwemi, jak u kobiety, i z łobuzerskiemi uśmiechami? A nadewszystko, po co tu przyjeżdżają i plączą statecznym i wyrobionym ludziom ich rachuby? Wszystko szło tak dobrze, forteca oblegana z całą strategiczną finezją poddać się miała lada chwila, rozkoszny finał mądrze prowadzonego flirtu wisiał już w powietrzu, jak kuszący miraż, mający się lada chwila zamienić w rzeczywistość uroczą, gdy przyniosło licho do zakładu Chramca tego syna stepów...
Taki młokos! nie wyrobione to, surowy jeszcze materjał, nie zna się na żadnych subtelnościach, nie ocenia kobiety z należytem smakoszostwem... Wprost piękny osobnik rodzaju męskiego, podany całkiem in crudo. Bodaj nawet, że głupi poprostu... I ona, taka wytrawna, taka wysubtelniona, taka nawet przerafinowana istota wzięła się odrazu na lep tych podłużnych, jak migdał, szafirowych oczu, które śmiały się szelmowsko za kratą rzęs iście dziewczęcych i tych zębów, błyskających za każdym uśmiechem... A on, zadowolony don Juan, „niezwyciężony Victor“, jak go nazywali przyjaciele, odrazu poszedł w kąt... Ale! patrzeć na niego nie chciano. A właśnie tym razem czuł się silnie draśnięty strzałą Amora. Aż się niepokoił, czy to nie zwiastun nastającego dla niego „wieku niebezpiecznego“, tego wieku wielkich namiętności i wielkich popełnianych szaleństw lub głupstw poprostu... A bodaj to wszyscy djabli...
Z tych niemiłych rozmyślań obudził go głos córki.
— A co? nie mówiłam? Szarpiesz wąsa, sumujesz, gryziesz się... przybyło ci zmarszczek...
— Co mówisz?..
— Prawda! Tatuńciu, ja cię ocalę. Tak postanowiłam. Ja... ja zbałamucę Koreckiego, odbiję go pani Marjecie...
Na to oświadczenie, rzucone z tupetem, pan Wiktor spojrzał na córkę. Po raz pierwszy spojrzał na nią, jak na kobietę. Oceniał ją jako taką. Hm! przyznać trzeba, że była wcale... wcale... Można nawet powiedzieć: urocza w swym rodzaju. Zbyt jeszcze zielona, trochę „cierpki owoc“, trochę zbyt „garçonniere“, coś niby źrebak jeszcze nieułożony, niby ładny sztubaczek w sukience, ale za to ta świeżość, ta niezastąpiona świeżość maliny leśnej i te figlarne oczy chochlika i ruchy zwinne, gibkie, niczem sarna... Ale pani Marjeta! wcielona pokusa!.. Aż westchnął.
— Bo słuchaj, czego ona może chcieć od niego. Przecie nie wyda się za młodego chłopca, taka stara...
— Stara? Moja Jolu, w twoim wieku wydaje się, że kres młodości to dwudziesty piąty rok. A to zaledwo młodzieńczość.
— Niech tam! — uśmiechnęła się Jola chytrze. — Nie będziemy się spierali o to. Ale przecie dużo stosowniej dla niego...
— Asystować takim, jak ty, dzierlatkom?... Słuchaj no, mała — rzekł z nowym przypływem niepokoju — więc on i tobie głowę zawraca? A to huncwot dopiero! Licho go tu przyniosło!.. Tak było dobrze, spokojnie...
— Ależ, tatuńciu, Pan Bóg go zesłał! Tak było nudno, a teraz... Teraz mogłoby być cudnie... — zawołała z nagłym wybuchem.
— A jużci! — mruknął srodze zafrasowany pan Wiktor. — Od powietrza głodu, wojny i takich młokosów. Pędziwiatr jeden! bigosu narobi i dalej w świat pofrunie. I co wy w nim widzicie! — zawołał z nagłym gniewem. — Lala malowana i tyle!
— On lala! — zaperzyła się panna Jola, płonąc w jednej chwili od nastroszonej grzywki, aż po niskie wycięcie sukienki. — On zdobył złoty żeton na wyścigu narciarskim i drugą nagrodę za kierowanie bobsleyem...
— Moja Jolu — powiedział nagle udobruchany pan Wiktor — jesteś w ogóle takiem jeszcze „gorzkiem dzieciątkiem,“ że z tobą nie można poważnie rozmawiać. Ale to nic złego, moja mała. Młodość — to wada, z której ludzie prędko się poprawiają... niestety! — Dokończył z westchnieniem.
— Dobrze już, tatuńciu, myśl sobie, co chcesz. Ja ci tyle powiadam: podziękujesz jeszcze Joli!...
Tylko, moje dziecko, bez żadnych wybryków, proszę cię bardzo. Pamiętaj, że dobrze...
— Wychowana i urodzona panienka... Oj! znam to, znam na pamięć... Tatuśku, tak ci z temi kazaniami nie do twarzy, wierz mi, mój złoty. Słuchaj, już dzwonią na kolację! Prędko do lustra! Ostatni przegląd przed wieczorną kampanją flirtową...
Schodząc na dół, oboje z jednakiem ściśnięciem serca skonstatowali, że najbardziej zaciszna flirtówka już była zajęta przez panią Marjetę i pana Jura.
Ona w sukni wieczorowej aż nazbyt wspaniałej na sezon sportowy, on w smokingu uwydatniającym jego zgrabną postawę, szeptali z cicha. Ona zatapiała magnetyzujący wzrok w jego szafirowych oczach, prawie za pięknych na mężczyznę, on uśmiechał się łobuzersko ustami soczystemi i purpurowemi, jak wiśnie.
— Najwyższy czas działać! — szepnęła sobie nieustraszona panna Jola. W imię Ojca i Syna... zaczynam! Muszę ratować tatuńcia... i jego...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jakiś istny szał sportowy powiał nagle wśród gości zakładu Chramca. Saneczki... bobsleygh... narty i znów w kółko: narty... saneczki... od wczesnego ranka do późnego wieczora. Całe młode towarzystwo zjawiało się zaledwo na krótkie chwile w obiadowej porze, aby zniknąć znowu, a wnet po spożyciu kolacji, zmożone ruchem forsownym na świeżem powietrzu, rozchodziło się na zasłużony spoczynek. Długie posiedzenia wieczorne, „godziny flirtu“ zniknęły z programu dnia. Na placu pozostawały jeno niedobitki, panowie od brigde’a i panie szczerze już „po tamtej stronie“. Nuda ziewała w pięknych salonach, robienie toalet wieczornych poczęło iść w zapomnienie.
Kto lubi dociekać przyczyn zjawisk, tenby wkrótce zauważył, że instygatorka tego sportowego zwrotu w życiu zakładu — to panna Jola. Była właścicielką wspaniałego „boba“ i narciarką wyśmienitą; niewyczerpaną przytem w swych projektach i pomysłach wycieczek, wyścigów, zawodów...
Tuż zaraz miejsce naczelne objął Jur Korecki. Jak w rumaku szlachetnym na widok wyścigów, tak w nim zagrała i coraz bardziej się rozgrzewała krew urodzonego sportsmena. Tych dwoje ciałem i duszą oddało się pięknym zabawom, jakie nastręcza górska zima. Pochłaniało ich to najzupełniej. Tylko o tem zdolni byli mówić. Porwała ich bujna fala zdrowego, młodzieńczego życia. Reszta dotrzymywała im placu wedle sił i możności — jedni przez snobizm, drudzy ze szczerego zamiłowania. Pani Marjeta usiłowała zająć wśród tej rozhukanej młodzi stanowisko przodujące, do którego przywykła zawsze i wszędzie. Niestety! musiała sama wkrótce uznać, że to przekracza jej możność. Z natury była tchórzliwą, rozpieszczoną sybarytką. Jazda bobsleyem wydała jej się równoznaczną z samobójstwem, na saneczkach wydawała takie okrzyki przerażenia, że cała ta dzielna fizycznie młodzież poczęła jej starannie unikać, jako zawady i przeszkody. Narty były dla niej wogóle karkołomną sztuką w rodzaju produkcyj cyrkowych i równie jej obcych. A co najważniejsza, to ciągłe przebywanie na ostrem powietrzu, wśród jaskrawej bieli rozsłonecznionych śniegów, fatalnie gasiło jej urodę. Czując, że nos jej czerwieni się w sposób szpetny, a każda drobniuchna rysa koło powiek występuje z dokładnością tragiczną, z zazdrością i podziwem spoglądała na tę „smarkatą“ Jolę, której twarzyczka świeża, jak płatek kwiatu, rumieniła się rozkosznie wśród bieli czapeczki i sweateru.
Czarne ślepki błyszczały gwiaździście z ogromnej uciechy, a zmęczenie lub strach zdawały się dla niej nie istnieć. Zwinna, gibka, nieustraszona, pewna swych ruchów, jak zawodowa tancerka, migała niby ptak biały, zawsze na czele, dzwoniąc nieustannie radosnym śmiechem. A obok niej — zawsze ten piękny chłopak, równie — lotny, zuchwały i szczęśliwy, jak ona. Przestrzeń rozbrzmiewała ich młodą uciechą...
Pani Marjeta przezornie wycofała się w półcień buduarów: Tam czuła się na swym gruncie...
— Tatusiu — stało się, jak ci przyrzekłam...
Pan Wiktor podniósł głowę z nad gazety i od pierwszego spojrzenia na córkę, poczuł chronicznie ojcowski niepokój. Gdy miała ten wyraz „chochlikowaty“ można się było założyć, że coś zbroiła. Od najmłodszych lat tak bywało.
— Co tam znowu, córuś?...
— Tatuńciu, droga wolna — na zawsze...
Słowom tym towarzyszył wspaniale szeroki gest.
— Mów bez zagadek, dziecko...
— Droga do pani twego serca. Ja biorę na siebie zobowiązanie trzymanie zdala od niej twego rywala na całe życie...
— Hm! to wygląda djablo poważnie! Na całe życie! Jesteś strasznie pewna siebie!
Będzie to bardzo łatwe zadanie. Będę ciągle przy nim! Ach! Tatuńciu! jakie to będzie miłe!
Uroczysty ton pierzchnął i już Jola ukrywała promieniejącą i zarumienioną towarzyszkę w ulubionem miejscu, w cieniu ojcowskiej brody. Dreszcz prawdziwy, zwiastun wielkich wzruszeń, jak zimny wąż, prześlizgnął się po plecach pana Wiktora. Odsunął córkę i trzymając ją przed sobą, wpatrywał się w nią badawczo.
— Jak to wszystko mam rozumieć?...
— No, będę żoną pana Jura...
— Oświadczył ci się?
— Nie, ale ja jemu...
Pan Wiktor jęknął i osunął się na krzesło.
— No, i cóż wielkiego, skoro ja mam zamiar być taką, taką dobrą żoną i dać mu tyle szczęścia.. Ja, widzisz, uznaję tylko radykalne środki, a sprawa była tak poważna.... Już, już opowiadam porządnie i szczerze, jak na spowiedzi. Było tak: Po kolacji, pani Marjeta zabrała Jura do tego najciemniejszego buduaru. Usiedli na kanapce i ona mu długo, długo i cicho coś mówiła, coś o tem jak była całe życie niezrozumianą. I raptem on głośno chrapnął... Cóż dziwnego? byliśmy na nartach aż przy Czarnym Stawie, a cały ranek na torze z moim bobem... Mnie się spać strasznie chciało, ale siedziałam schowana w fotelu, bo byłam ciekawa, co będzie. Było to tak komiczne, że parsknęłam śmiechem. Pani Marjeta zerwała się i była tak zła, że oczy jej stały się żółte zupełnie. Pierwszy raz to widziałam. Syknęła, że Jur to nie okrzesany parobek wiejski, głuptas i poszła, jak obrażona królowa. On był tak zawstydzony, że chciałam go prędzej pocieszyć, tembardziej że z mojej winy był tak zhasany.. Powiedziałam, żeby sobie z tego nic nie robił, że i tak z pani Marjety nic mu nie przyjdzie, bo mogłaby najwyżej być jego ciocią, że są inne, któreby za nim poszły w ogień, że nawet nie trzeba daleko szukać... Wówczas on zaraz się rozpromienił i powiedział, że on także poszedłby w ogień... że ja jestem skarbem, perełką... i już nie wiem... Zapytałam, czy on nie myśli, żeśmy dla siebie stworzeni. Odpowiedział, że oczywiście i że bardzo żałuje, że jemu to wcześniej na myśl nie przyszło. No i... Ach! Tatuńciu, jakaż to rozkoszna rzecz — poświęcenie dla szczęścia ukochanych osób! Tyle w tem słodyczy, że to okupi wszystko!...“







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michalina Fiediuszko.