Vita Nuova (Domańska, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michalina Domańska
Tytuł Vita Nuova
Pochodzenie Fotografje mówią...
Wydawca „Książki Ciekawe“
Data wydania 1922
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Zygmunt Grabowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VITA NUOVA.


— Panie rotmistrzu, melduję, że przyniesiono list...
Zdzisław niechętnie podniósł głowę z nad mapy, rozłożonej na nieheblowanym, sosnowym stole.
— Skąd i kto?
— Ordynans z kantyny, co przyszła z pociągiem.
— Jaka tam znowu kantyna z pociągiem? — mruknął ociężale, nie sięgając po list.
— A to wczorajszej nocy przyszedł na stację pociąg. Jest tam sklep i kantyna, i obiady gotują — z ożywieniem tłumaczył Jaś, szczery Mazur, o płowej, krótkiej czuprynie. — Prawdziwe panie wszystko tam same robią.
— Skąd ten pociąg?
— Mówią, że przysłany z Warszawy.
Rotmistrz wyciągnął rękę, wziął list i twarz jego, spalona na bronz od słonecznej spieki i wichrów stepowych, pociemniała jeszcze.
— Dobrze, możesz odejść — rzucił krótko.
— Odpowiedzi nie będzie?
— Powiedz, że przyślę później... jeśli będzie potrzeba.
Chciał jak najprędzej pozostać sam. List, rzucony na mapę, bielił się wydłużonym kwadratem. Nie dotykał go. Przyglądał mu się, wsparłszy na rękach głowę. Z niedowierzaniem wsłuchiwał się w bicie własnego serca. Biło gwałtownie... trzepotała się w niem rzecz nieznana — trwoga! On, „szalony rotmistrz“ i trwoga! Trwoga przed kawałkiem papieru, zaadresowanym ręką kobiecą. W jakimś półświadomym zakątku pamięci, mignęła mu chwila gdy sam jeden, osaczony przez bolszewików, jak dziki, niebezpieczny zwierz, bronił się na wszystkie strony straszliwą swą ułańską szablą, bo nie mógł już użyć broni palnej: Czuł wtedy wściekłość niepohamowaną, ale, ani cienia czegoś, coby podobne było do trwogi. A przecie stał w obliczu nietylko śmierci, co byłoby rzeczą prostą, ale strasznych, wyrafinowanych męczarni. A oto teraz..
— Listu tego nie otworzę — powiedział sobie stanowczo. — Po kiego licha mi to potrzebne! Akurat pora na babskie faramuszki! Jużbym takich listów nie potrafił doczytać do końca. Raport... rozkaz... — to mi literatura! Reszta — dla niedołęgów!
W błyskawicznym skrócie stanęło przed nim życie, jakie prowadził od lat czterech: jeden rapsod czynu, dźwięczący jak stal, mocny i zwarty. Nie było w niem miejsca ani na refleksję, ani na wspomnienia. Kraj cały znał jego czyny — „drugiego Kmicica“ — jak go nazywano. Czy było to bohaterstwo, czy szaleństwo, czy brawura? Nie zastanawiał się nad tem. Potężny jak wiew nieskończoności okrzyk: „Za Ojczyznę!“ wyzwolił w nim i rozpętał moc drzemiącą. Kto wie? może od całych pokoleń, może w spadku po husarzach skrzydlatych, a może po tych, co z dzidami na polach Grunwaldu walczyli. Mniejsza. Ta moc zaczarowała go, opętała, był cały w jej władzy, zagubił się w niej i żył niby w heroicznym rapsodzie, z krwią tętniącą gorączką wielkich czynów, surowy i zakrzepły w sobie.
A przecie nie zawsze był taki.
Ta moc, co w nim drzemała, szukała sobie długo ujścia. W sytem, przyziemnem, tępem, przedwojennem życiu szalał także. Lecz wówczas moc ta była niszczycielską. Spalał się w sobie, trawił, hulał bez zastanowienia i pamięci, bez ładu i rachuby, aż moc ta, przedzierzgnięta w namiętność, rzuciła go bezwładnego pod stopy kobiety, tej kobiety...
Boże! czego ona chcieć może od niego teraz? Dlaczego go aż tu, na froncie, potrafiła odszukać? Pociąg-kantyna! — znowu jakaś fantazja, nowa poza, może pretekst. Znów chce rozpocząć grę okrutną i wyrafinowaną. Nęci ją tytuł „narodowego bohatera“. Wieczna kabotynka! Zawrzała w nim wściekłość i coś podobnego do nienawiści. Gdzie teraz miejsce dla takich kobiet. Wściekły pęd dziejowej wichury powinien je zmieść, jak zeschłe płatki kwiatu! Gdzie dziś miejsce na egzotyczne przerafinowanie, na potworne pielęgnowanie własnego „ja“? W wizji przedziwnie wyrazistej, stanęła przed nim taka, jak ją natchnęła ostatnia jej przedwojenna fantazja: Salambo! Przepaska na włosach koloru dojrzałego kasztana, łańcuszki, brzęczące u rasowych wysmukłych nóg, szata prosta ogarnia miękko, pieszczotliwie jej przecudne, strzeliste kształty... Te oczy przymrużone, czające się i mądre i te wąskie wargi z uśmieszkiem okrutnym... I do tego tło wyszukane jej buduaru w dziwacznym asyryjskim stylu i przedziwny zapach, nad skombinowaniem którego trawiła godziny...
Błyskawiczne zestawienie przeżytych w ciągu tych lat czterech dziejów — i znów porwała go wściekłość i jakiś śmiech litosny. Do kroćset piorunów! jakież to teraz dalekie, nikłe, drobne, zagubione, jakby w perspektywie niezmiernie dalekiej...
Z koperty zwykłej, prostej, bez dawnych wyszukanych barw i form, czerniły się ku niemu litery jego nazwiska, kreślone dziwacznem, śpiczastem pismem. Jakże je znał!... odgadywał każde załamanie, każdą kreskę i witał się z niemi, jak z zapomnianą pieśnią szczęścia. Ile szarpiących wzruszeń budziły w nim te same kreski! ile w takiej zamkniętej kopercie taiło się rozkosznych udręk wówczas, gdy świat dla niego zamykał się w zaczarowanym kręgu tej kobiety!
Boże! jakże on szalał za nią! jak bardzo był w mocy jej niewysłowionego czaru — i jakże go wyrafinowanie dręczyć umiała!
Wzdrygnął się na to wspomnienie. To nigdy wrócić nie może. Nie istnieją dla niego Dalile. Zbyt wyrósł i zmężniał duchowo przez czyny własne. Dziś kobieta dla niego — to deser, wety, zabawka, tyle niemal co dobre cygaro lub butelka dobrego wina po męskim, bojowym trudzie.
Z tych rozmyślań i wspomnień wyłoniła się przed nim, jak żywa, ta jedyna — jak mu się długo zdawało — i ta niezdobyta nigdy. Potężną falą wezbrało w nim nagle pragnienie: ujrzeć ją i wziąć brutalnie, po żołniersku, na ukojenie długich mąk tęsknoty, jako zapłatę za udręki, za młodą miłość, za wiecznie zawodzone wołanie ku niej.
Ruchem stanowczym rozdarł kopertę. Jak rzucone jej wyzwanie — mignęła mu myśl:
— Jeśli to znowu osiem stronnic psychologicznych dociekań, to rzucam w ogień odrazu!
Na prostej ćwiartce widniało tylko słów kilka, które odrazu odbiły się w jego mózgu, jak na fotograficznej kliszy:
„Przyjechałam tu na krótko z kantyną. Chcę bardzo pana widzieć — proszę przyjść.

Iwa“.

W jednej chwili dzwonił, wydawał rozkazy, przebierał się. Przed wyjściem spojrzał w lustro; uśmiechnął się. Jakże niepodobnym był do rozpieszczonego wykwintnisia, którego ona znała... Tak, to wszystko było przed wiekami, w jakimś innym świecie, który się zapadł na zawsze. Ona to zrozumieć musi.
Odnalazł prędko pociąg kantynę. Składał się z paru wagonów i stał na bocznej linji. Miał wesoły i schludny wygląd. Pęki kwitnącej czeremchy wyglądały przez któreś okno. Ożywiony gwar panował wokoło. Do wagonu ze sklepem dostawione były schodki, literalnie oblepione przez żołnierzy. Ich rozradowane twarze wprowadziły uśmiech na twarz rotmistrza. Przepadał za swymi chłopakami, tak jak i oni za nim.
Wagon restauracyjny, wygodny, niemiecki wagon był obok. Gwarno tam było, jak w ulu. Przez okna kuchni migały niewieście postaci, przybrane w białe czapeczki i białe fartuchy. Stoliki gęsto były obsadzone przez brać żołnierską: zapach smażonej słoniny, zmieszany z zapachem tytoniu, buchał przez otwarte okna, wraz z gwarem rozmów i śmiechów.
— Salambo tu! To ciekawy będzie widok! — zaśmiał się rotmistrz. I z wizją jej w oczach taką, jaką mu się zjawiła raz ostatni — urocza, perwersyjna i sztuczna, jak dziwaczny storczyk z cieplarni — wskoczył do wagonu. Pierwszy przedział był czytelnią. Nad stolikami, zarzuconemi pismami, schylały się nisko ostrzyżone głowy żołnierskie. Panowała tu cisza i skupienie; nie czytano — wchłaniano wprost przywiezione warszawskie pisma. Tej strawy, bardziej niż innej, byli spragnieni. Rotmistrz poczuł zadowolenie, że dogodzono jego chłopcom i wśród zrywających się do salutowania szarych postaci przebiegł do jadalni. I tam stoliki gęsto były obsadzone. Cynowe łyżki skrobały o metalowe menażki, pełno było dymu i smakowitej pary. Szybko i zręcznie przesuwały się usługujące panie między stolikami, unosząc nad głowami dymiące miseczki. Praca była nielada, ale szła dziwnie ochoczo i wesoło. Wiały tu prądy sympatyczne — z jednej strony wdzięczność, z drugiej szczere oddanie. I wszystko razem było okraszone zdrową tężyzną i pogodnym uśmiechem. Anibyś odgadł, że o kilka wiorst stąd czaiła się groza...
— Dzielne kobietki! pomyślał „straszny rotmistrz“ z uznaniem. Stał w ciemnem przejściu między przedziałami, nie zauważony przez nikogo, nawpół ukryty za firanką.
Naraz rozległ się śmiech, na który drgnął cały. Śmiech młody, niefrasobliwy i odrobinę drwiący, i wówczas nie poznał jej — lecz odgadł.
Odgadł, bo ubrana jak inne, okryta bielą od czubka głowy aż do stóp, różniła się od wszystkich strzelistością swej postaci i zwinnemi, płynnemi ruchami. Odgadł po śmiechu, choć brzmiała w nim nuta nowa. Wysoko w ramionach podniesionych trzymała tacę zastawioną. Cisnęli się koło niej, z bonami w ręku a ona mówiła wesoło:
— Powoli, panowie, powoli, trochę cierpliwości! Usłużę wszystkim, wszystko będzie na czas.
Boże, czy to możliwe! Wszak to inna kobieta. Ona — i nie ona. Z pod białej chusteczki wyglądała twarz dużo młodsza, opalona i świeża, jak u wiejskiej młodej dziewczyny. Szerokie jasne brwi i jasna oprawa oczu, wolne od farby, nadawały łagodniejszy wyraz wyrazistym oczom. I oczy spoglądały inaczej. Miały wyraz pogodnego wesela i słodycz kobiecą, nieznaną dawniej.
Spoglądał na nią z taką mocą, że odczuła natychmiast ten wzrok. Odwróciła głowę, dostrzegła go za firanką. Po opalonej twarzy przeszła łuna. Uśmiechnęła się. Postawiła pustą tacę i szła wprost ku niemu i z wesołą prostotą wprowadziła go za sobą do tak zwanej „kancelarji“. Stał tam stół z rachunkowemi księgami i pełno czeremchy w wazonach. Na ścianach fotografje bohaterów — tych dawnych i tych nowych. Z przyjemnością wśród nich ujrzał pułkownika Mościckiego, pod którego wodzą uczestniczył w Krechowieckiej szarży. Za portrecikiem jego zatknięta była kwitnąca gałązka. Wszystko to objął jednym rzutem bystrych oczu żołnierskich — a potem przeniósł wzrok na nią. — Siedziała uśmiechnięta i pełna swobody za stołem i wskazała mu miejsce naprzeciw siebie. Zerwał się w nim krzyk radosny: ona! to ona! — miła! ach milsza jeszcze stokroć.
Ale stłumił w sobie uniesienie szczęścia. Postanowił nie dawać się porwać czarowi. Po inkwizytorska, sucho, głosem nawykłym do rozkazów krótkich — spytał: — Co pani tu robi? — i poco to?
Zaśmiała się srebrzyście jak dawniej i jak dawniej drwiąco.
— Służę Ojczyznie, jak umiem, panie rotmistrzu!
— Nowa zabawa? spytał chmurnie.
Spoglądała mu głęboko w oczy tym wzrokiem jasnym, który był u niej nowy.
— Nie. Służba: czasem ciężka, ale bardzo, bardzo miła. Nie rozumiem dobrze ludzi chorych i nie umiem z nimi obcować; nie poszłam przeto za siostrę. Prowadzę kantynę i czytelnię. Dano mi kierownictwo w organizacji, w której pracuję i jeżdżę wzdłuż frontu. Mówią, że wywiązuję się dobrze z zadania. I tak być musi, bo wkładam w nie całą duszę. I bardzo, bardzo mi z tem dobrze. Żałuję, żem nie powołana do szczytniejszej roli, ale nie czuję się Joanną d’Arc. Od czynów wielkich są na szczęście inni...
Skłoniła przed nim biało ubraną główkę. Oczy się śmiały, ale serdecznie.
— Wystarczy mi, że czem mogę i jak mogę, służę żołnierzykom naszym. Ponad wszelkie spodziewanie, ponad wszelkie określenie ukochałam wcielone nasze marzenie o czynie, wyczarowana może długą, bezwiedną tęsknotą...
— A gdy ta fantazja przejdzie, Salambo?
Wstrząsnęła głową spokojnie i surowo.
— Pogrzebana Salambo. To wszystko było szukaniem czegoś, coby wyprowadzało poza drobne, ohydne, przyziemne życie dawniejsze. Dziś szukać nie trzeba: rzeczy olbrzymie, cudowne i straszne — przyszły same i przekształciły dusze. Nauczyły patrzeć oko w oko nieprawdopodobnym ziszczonym snom. Rotmistrzu! ty to dobrze rozumiesz, ty taki dziś inny...
— Prawda — rzekł z nagłą skruchą. — Jeśli mnie tak zmieniły rzeczy nowe, dlaczego innym tego odmawiam?
Myśl o mnie dawnym wydaje mi się śmieszną.
— A myśl o mnie dawnej? Spytała, nie przestając spoglądać mu w oczy z uśmiechem, jak ongi drwiącym, lecz serdecznym jak nigdy.
— Snem dręczącym, ale cudnym! wybuchnął.
Położyła mu na obu dłoniach swe rączki, jak dawniej miękkie, lecz ogołocone z pierścionków.
— Życie nowe nauczyło nas jednego: prostoty. To nie było łatwe. Dusze nasze tak się popaczyły w daremnem szukaniu; w gonitwie czczej. Ale dziś nauczyliśmy się, że tylko rzeczy proste są wielkie i piękne. Proste i mocne...
Czekał z oddechem zapartym. Walenie własnego serca w piersiach ogłuszało go. Czuł, że jak motyl tęczowy trzepocze się nad nim jakaś chwila cudna, wyśniona...
— Pamiętałam, tęskniłam, zrozumiałam swą winę, szepnęła głosem, który stał się jak tchnienie...
Ujął w swe silne dłonie jej rączki małe, które tuliły się w nich jak biało-różowe płatki.
— I co?... co dalej?... pytał wbijając w nią oczy, w których płynęły ognie.
— I przebacz — bo kocham...
Spłomieniał. W uścisku władczym tulił jej małe dłonie i nie odrywając zachwyconych oczu od jej źrenic, w zapamiętaniu przyciągał je ku sobie... z wzrastającą mocą.
Uśmiechnięta i zarumieniona, jak młoda dziewczyna, starała się oswobodzić z potężnego uścisku.
— Jestem tu na służbie, szepnęła. Spokoju trochę, „rotmistrzu szalony!“
— Spokoju! — wybuchnął. — Może jeszcze cierpliwości...
— Nie, rzekła słodko. Ja także jestem na żołnierskiej służbie i wiem, jaką wartość ma czas, jaką wagę ma każda chwila — tu na froncie. Szczęście żołnierskie powinno być mocne i pełne, bo jest krótkie. I takie będzie nasze — dziś, bo jutro nie istnieje. Ufaj mi, rotmistrzu...
Obezwładniony nadmiarem niespodziewanego szczęścia, z wrażeniem, że śni mu się nieprawdopodobny sen, w milczeniu spoglądał na nią. Nie znajdował słów.
— Masz teraz oczy zdobywcze, drapieżne jak jastrząb — mówiła, uśmiechając się słonecznie.
— A ty... takie drogie, takie słodkie, takie kobiece... dopiero teraz, kobiece, odpowiedział.
— Ty orle!...
— Ty moja!...
Pili nawzajem szczęście z zachwyconych oczu. Otaczał ich opar czarowny, w którym niknęła reszta świata. Ginęła pamięć i świadomość. Potężnie tętniła jedynie rozkosz istnienia..
...A opodal czaiła się straszliwa groza... Lecz wołanie szczęścia było tem potężniejsze...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michalina Fiediuszko.