Wieść z tamtego świata

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michalina Domańska
Tytuł Wieść z tamtego świata
Pochodzenie Fotografje mówią...
Wydawca „Książki Ciekawe“
Data wydania 1922
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Zygmunt Grabowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WIEŚĆ Z TAMTEGO ŚWIATA.


Gdy powiał ku polskiej ziemi potężny okrzyk do broni!... gdy porwały się polskie orlęta we wspaniałem uniesieniu, aby murem młodych piersi odeprzeć nawałę barbarzyńską, poszedł z innymi Zygmunt Dolski, jedyne na ziemi ukochanie matki. Poszedł w niezrównanej glorji swych osiemnastu lat, niosąc jak ofiarny snop kwiecia bujne swe nietknięte siły, płomienny zapał młodego serca, jasny umysł, nie znający trosk i życia radość promienną. Matka nie zatrzymywała jedynaka ani jednem słówkiem i przy pożegnaniu nie wylała ani jednej łzy. Wiedziała, że tak być musi.
Odparta niezwalczoną mocą narodu, który broni wolności swej ziemi — cofała się złowroga nawała. Goniły ją orle zastępy, upojone chwałą. Od Zygmunta, raz po raz, przez każdą okazję, każdą pocztą polową przychodził list promienny, przepojony radością zwycięstwa i poczuciem własnej budzącej się mocy; podobny do triumfalnego śpiewu istotnego ptaka, który po raz pierwszy skrzydła rozwinął. A w sercu matki rosła najsłodsza duma...
I nagle wszystkie wieści ucichły.
Pułk ułański Zygmunta powracał, po stoczeniu kilku ostatnich utarczek i po wygnaniu daleko wroga. Ten i ów z młodych ochotników zjawiał się pod rodzinnym dachem. Dolska co dnia się budziła z sercem bijącem radosnem oczekiwaniem. Zdawało się jej chwilami, że teraz dopiero pozna, co to jest szczęście, gdy witać będzie syna, wracającego w promiennej chwale... Mijały dni, mijały tygodnie — bez wieści. Wówczas zatargał nią niepokój bardziej przejmujący, niż wszystko, co znała dotąd na świecie. Opuściła głuchą wieś i pojechała na poszukiwanie — wieści. Dotarła najprzód do dowództwa pułku. Tam jak grom spadła pierwsza wiadomość, że w pułku go niema. Nie był na oficjalnej liście zmarłych, ani też wziętych do niewoli. Prawdopodobnie zatem ranny, w którejś z ostatnich utarczek i pozostawiony w jednym ze szpitali polowych. I odtąd zaczęła się dla matki Golgota. Etap po etapie odbywała drogę powrotną pułku od najdalej wysuniętego na wschód punktu, skąd jeszcze przyszła do niej wiadomość. Zatrzymywała się wszędzie, gdzie były miejsca postoju lub staczane utarczki. Zaopatrzona w zdobyte pełnomocnictwa, zwiedzała jeden po drugim szpitale. Pytała, szukała. Imię Zygmunta wciąż dzwoniło na jej ustach żałosnem echem. Napróżno! Odpowiadała jej przeraźliwa pustka. Nie było go nigdzie, nikt o nim nie słyszał. Wówczas spadła na nią druzgocząca pewność: Zygmunt nie żył! Gdyby żył — nie mógłby jej pozostawić w takim niepokoju. I rozpoczęło się straszne poszukiwanie grobu jego. Ta jedna myśl zdawała się trzymać ją przy życiu: odnaleźć jego zwłoki lub grób.
Przerażona jej listem, przybyła do niej siostra, bojąc się jakiegoś aktu ostatecznej rozpaczy. Znalazła ją z siłami podnieconemi gorączkowo, opanowaną jedynem pragnieniem, tułającą się bez przerwy, bez chwili wypoczynku. Odważnie stanęła u jej boku na tę piekielną wędrówkę.
Przybyły pewnego wieczora do dużego miasteczka. Szły wolno wśród głębokich już cieni. Noc była cicha i słodka, najlżejszy powiew nie mącił ciszy. Szły w milczeniu, przygniecione ciężarem swych myśli, niepewnością i fizycznem zmęczeniem do hotelu, gdzie miały przenocować. Mijały mur cmentarny, na którym majaczyły wielkie, rozłożyste drzewa. I naraz Dolska zawołała:
Ach! gdyby Zygmunt leżał na tym cmentarzu, napewno, by mi dał jakiś znak, abym go odnalazła i przestała się tak męczyć...
— Ależ Heleno — zaczęła siostra bez przekonania — po co te myśli? Zygmunt żyje i zobaczysz, że w najbliższym czasie....
Urwała. Dolska chwyciła ją za rękę. Wśród głębokiego spokoju cichej nocy, ogromne drzewo za murem cmentarnym zaczęło naraz szumieć i drżeć, jak gdyby niem wstrząsała niewidzialna i potężna ręka. Gęsto sypały się listki, jak w czasie wielkiej wichury. Spadały im na głowy i ramiona. Były to liście dębu, które nie opadają nawet zimą.
Powietrzem nie przeciągał żaden powiew.
— To znak od Zygmunta, szepnęła Dolska. On tu leży... Ledwo ją siostra oderwała od zamkniętych wrót cmentarnych.
— Nazajutrz udały się do miejscowego szpitala Czerwonego Krzyża.
— Ułan, szeregowiec, Zygmunt Dolski? Ciężko ranny w piersi; krwotok wewnętrzny. Był taki, odpowiedziano im na zwykłe pytania.
— I.....?
Głos matki zamarł. Oczy tylko pytały, rozgorzałe, jak gdyby dusza zawisła w tem spojrzeniu.
Zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Pochowany na wojskowym cmentarzu. Papiery są u naczelnego lekarza. Ani jedna łza nie spadła z oczu Dolskiej. Zachwiała się, jak pod uderzeniem, ale wnet wyprostowała się znowu.
Siostra jej tylko cicho jęknęła.
Poszły zaraz na wojskowy cmentarz, nie zamieniwszy ani słowa. Nie było takiego, któreby mogło być wymówione. Cmentarz wojskowy zajmował dużą przestrzeń. Był widocznie niedawno założony. Nie rosło tam ani jedno drzewo. U wejścia zatrzymała się Dolska.
— To nie tu, powiedziała, wstrząsając głową. Tu Zygmunta niema.
— Ależ, Heleno, przecie w szpitalu chyba wiedzą...
— To szukaj tu, a ja pójdę... pod tamto drzewo.
Odszukała wczorajszy cmentarz, poznała zaraz olbrzymi dąb przy murze. Poszła tam prosto. Pod konarami, sklepionemi jak kaplica — była świeża mogiła. Na niej krzyżyk drewniany i tabliczka z napisem:

„ś. p. Zygmunt Dolski,
szeregowiec X... pułku ułanów
zginął za Ojczyznę“.

Zdało się jej, że te wyrazy dawno już nosi wyryte w mózgu, w podświadomych głębinach. Wiedziała też, że nic i nigdy nie zdoła ich zetrzeć z pola wewnętrznego widzenia, że na zawsze pozostaną pomiędzy jej świadomością, a całym zewnętrznym światem.
Osunęła się na klęczki. Suchemi oczyma przenikała ziemię mogiły. Widziała ciało swego dziecka, straszliwą raną przeszyte; widziała je najdokładniej wszechwidzącym wzrokiem duszy. Wpatrywała się w nie, znieczulona i odrętwiała. Korowodem ją otoczyły mary, różne wcielenia Zygmunta. Zdawały się opuszczać grób i snuć się około jej pochylonej głowy. Niemowlę, słabo jeszcze z życiem związane, uczepione u jej piersi, jak u życiodajnego źródła; małe pacholę o lokach miękkich, jak złocisty jedwab; chłopak podobny do źrebaka, upojonego samym faktem istnienia; młodzieniec promienny, jak bóg. Które było jej najdroższe?
Wizja kwitnącego ciała, rozdartego kulą, przesłoniła wszystkie..
Gdy tak klęczała ze straszliwie suchemi oczyma, dreszcz znów przeleciał po dębu konarach potężnych. Zielone liście, zwycięstwa symbol, sypać się zaczęły wśród słonecznej ciszy poranka, jak łzy... anielskie łzy współczucia, nad najwyższym, lecz zarazem najbardziej godnym czci bólem, jaki szarpać może ludzkie serce.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michalina Fiediuszko.