Powrót dziedzica

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Michalina Domańska
Tytuł Powrót dziedzica
Pochodzenie Fotografje mówią...
Wydawca „Książki Ciekawe“
Data wydania 1922
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Zygmunt Grabowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
POWRÓT DZIEDZICA.


Nieprzeparta, żywiołowa, nie dająca się przemóc, ani wyrozumować — tęsknota przygnała Karola nad samą granicę, w bliskości rodzinnego domu i kazała mu trwać tam, bez myśli jasno sformułowanej, bez wyraźnego żalu. Czuł jedno pragnienie, rozsadzające mu piersi, popatrzeć na swój dom, przypaść piersią do ziemi rodzonej, poczuć jej tętno bijące z tętnem własnego serca — a potem bodaj zginąć!.. Przybywszy nad granicę, zamieszkał u znajomego od dzieciństwa życzliwego szlachetki zagonowego — i snuł się po całych dniach po okolicy tak sobie znajomej — a tak nagle i przerażająco zmienionej — przeciągniętą świeżo linją graniczną. Leżąc na miedzy, która zamykała łan bujnego, kwitnącego żyta, całemi dniami wpatrywał się w ciemniejący zarys swego lasu, ochranianego i pielęgnowanego z miłością całemi latami — i w strzelające z gęstwi drzew kominy swego domu. Poza tym widokiem wszystko go przestało zajmować. Nie buntował się. Czuł, że mu wydarto największe w świecie umiłowanie, czuł ogromne poczucie krzywdy tak, jak się czuje głuchy i nieustanny ból zadanej rany — lecz już nie zadawał sobie pytania: Za co? i w imię czego? — Być może, że do bezwładu woli i myśli przyczyniało się zmęczenie lat, spędzonych na wojaczce. Spełnił swój obowiązek, bronił tej ziemi mocą nieustraszoną, uczynił to, co było w ludzkiej możliwości. A że się wszystko obróciło przeciwko jego najgorętszym pragnieniom, cierpiał z poczuciem rozpaczliwej niemocy.
Przyszła noc ciemna i duszna, spowita w chmury, które zakrywały gwiazdy, jedna z tych tajemniczych nocy świętojańskich, w których cieniach spełniają się cuda i czary. Lipy roztaczały niezrównaną woń, kuszącą mirażem upojeń słodkich i nigdy niedoścignionych. Z nadrzecznych łąk, jego łąk, płynęła falami nagłemi woń siana, jak wieści z innych światów. Błękitne światełka świętojańskich robaczków zapalały się i gasły, ciche nawoływania miłosne.
Karol w głębokiej tajemnicy przed gospodarzem swoim, przybrany w łapcie i siermięgę, przedzierał się leśnym ostępem — do domu. — Nie mógł dłużej panować nad nieprzepartem pragnieniem: pójść, spojrzeć — i wrócić — z drogim obrazem w źrenicach i w duszy.
Bolszewickie patrole rzadkie były wzdłuż granicy. Omijał je zresztą starannie, zbadawszy wprzód miejsca ich postoju. Znał tę całą leśną okolicę tak, że mógłby iść z zamkniętemi oczyma. Wybierał gąszcze nieprzebyte, leśne bagienka, ścieżynki znane tylko leśnym zwierzętom. Przyjaźnie szumiały nad nim znajome drzewa boru.
Gdy się wydostał na przestrzeń otwartą — przystanął naraz, jak trafiony kulą, a potem zaczął biec.
Otwierała się przed nim wspaniała topolowa aleja, która wiodła prosto do domu. U jej wylotu stała kapliczka gotycka, otoczona bzami. Przez łuki strzeliste wybitych okien widniała duża figura Chrystusa rozpiętego na krzyżu. Kapliczkę tę postawił dziad Karola. Zwykł był krzyżem leżeć przed nią, gdy tylko trwoga jaka zawisła nad rodziną. Teraz Karol przypadł do niej, tulił się do murów zimnych, opierał o nie czoło.
I naraz z tej pamiątki rodzinnej, z miejsca, skąd tyle gorących a bliskich mu serc — słało swe modły do Boga, wstąpił w niego duch niezłomny. Poczuł się prawym dziedzicem tej ziemi, uprawianej tyle wieków z miłością przez ludzi jego krwi. Nie potrzebował przekradać się, jak złodziej, był u siebie.
Z uniesieniem szczęścia szedł szeroką wspaniałą aleją, wzrokiem pieścił kształt każdego drzewa. Z przejmującym szeptem kołysały się nad nim w ciemności. Odurzająca woń siana tworzyła swoistą, słodką atmosferę. Dolatywał kwik koni gryzących się na odległem pastwisku, poza tem głęboka cisza tajemniczej nocy witała powrót dziedzica.
Zaczerniała przed nim ciemna masa starego parku, owionęły jędrne znane wonie. Nie potrzebował szukać furtki, całe ogrodzenie zniknęło.
Wszedł w gęstwinę wysokich chwastów, które zastąpiły ścieżki. Potykał się w ciemnościach o zwalone drzewa, o ścięte pnie. Za każdym przejawem dzikiej dewastacji, zamierało mu serce. Plątał się, nie znajdował znanych dróg. Szukał długo najpiękniejszej altany, świątyni wspomnień. Znalazł tylko połamane pniaki i na ziemi leżący przepiękny grab. Subtelna woń przywiodła go do zapomnianego klombu róż. Kwitnęły wśród wysokich chwastów, bielejąc jasnemi plamami. Kwitnienie ich w tem opuszeniu wydawało się żałobą.
Było coś niesamowitego w tej jego wędrówce po własnym ogrodzie, który wydawał się cmentarzem czyjegoś bujnego i pełnego istnienia. Chwilami mąciła mu się świadomość, sam sobie wydawał się duchem z za świata, wróconym ziemi łaską szczególną — czy może za karę?
Zwęszył go pies i począł zawzięcie ujadać. Gwizdnął i wnet pies przypadł do niego, skowycząc z radości, skacząc mu na ramiona, liżąc po twarzy szorstkim językiem.
Był to przepiękny ogar litewski ukochany towarzysz jego polowań. Gładząc go, litował się nad jego wychudzeniem, nad wystającemi kośćmi. „Zagłodzili go łajdaki!“ szepnął wsłuchany w pomruki gniewu, który rósł w nim jak burza.
W towarzystwie psa, który szedł przy nim, łasząc się z nieposkromioną czułością, wyszedł na otwarty trawnik przed domem. Stał tu przepiękny, kilkusetletni klon, z koroną podobną do kopuły kościelnej. Teraz pozostał tylko ogromny, nierówno ścięty pień. Karol osunął się na ten pień i patrzał na swój dom.
Białe ściany ziały gdzieniegdzie ranami wybitych okien. Słupy werandy były wyrwane i widać było ciemne płachty pachnącego wina, ścielącego się po ziemi nakształt rzuconych łachmanów. W trzech oknach największej sali paliła się lampa. Karol poznał wysoką, stojącą lampę z salonu. Brakło jej klosza i abażuru. Widział wyraźnie stół z butelkami, twarze fornali, które poznawał, jakieś inne, obce, dzikie twarze, obdarte mundury, parę głów kobiecych, silnie rozczochranych. Gwar głosów pijackich płynął przez rozwarte okna: mówiono i śpiewano po rosyjsku...
Karol odwrócił głowę i zatopił się w wizji wewnętrznej. W mózgu trawionym gorączką — snuły się obrazy. To wszystko, co przeżywał w tym domu, wśród tych ścian, które zdawały się tulić słodko — powracającego z pośród obcych, ze świata. Ukochania mocne jak śmierć.. nakazy niezłomne... potężne i skupione życie jednego rodu, zamierające i odnawiające się za każdem pokoleniem wedle odwiecznych praw. Niby niczem nie wstrzymany powrót wiosny snuły się oderwane obrazy...
Jakiś zjazd liczny, tętniący życiem... jakiś jasny wieczór około lampy... śmierć i urodziny... pogrzeb ojca... wesele siostry... cała skala ludzkiego istnienia. Własne szczęście gorące i krótkie, młoda żona wprowadzona pod ten dach, gorączkowa ewakuacja, która ją zabiła w męczeńskim połogu, wyjazd własny w szeregi. Całe to bujne życie, gwałtownie przerwane, zbrutalizowane wtargnięciem obcych, złych mocy, zdawało się unosić nad tym domem, bić rozpacznie skrzydłami, zawodzić przejmująco... Nie mogło, nie chciało ginąć, wzywało jego prawego dziedzica... Jak te wielkie, porwane płachty pachnącego wina, które uparcie żyło dalej, zrzucone na ziemię.
Nie mógł stąd odejść, skradając się, jak złoczyńca. Z ziemi jego ojców szła moc, która mu nakazywała zostać — na wszelką dolę... Czuł się pod władzą nakazu, potężniejszego nad rozum. Krótka noc przebiegała zdradziecko. Ciemności nasycały się matowem srebrem. Popielate krople rosy stały się widoczne na trawniku. Drzewa i krzewy obrysowywały nieregularne swe kontury na śniadem niebie. Zerwał się słaby wietrzyk i przeleciał przez park, jak westchnienie. Subtelne lipowe kwiecie sypało się na głowę Karola wraz z zimnemi kroplami rosy.
Nagle wśród pijanego wrzasku, ktoś w domu przewrócił lampę. Zgasła. Jednocześnie szarpnięto drzwi i na ganek wyszedł człowiek nawpół rozebrany. Ramienia jego czepiała się dziewczyna rozchichotana.
Karol siedział nieruchomy jak posąg z psem u nogi.
— Co tam za czort? — krzyknął człowiek.
— Oj! zapiszczała dziewczyna. Straszno! To jakiś nieboszczyk!
— Cicho, ty głupia! — sarknął towarzysz. Ej, towarzysze, bywajcie!
Pies głucho warczał, zjeżywszy szerść. Gromada ludzi otoczyła Karola. Poznał kilku swych fornali. Reszta uzbrojona należała widocznie do oddziału bolszewickiej straży.
— Kto to? — spytał dowódca.
Po chwilowem osłupieniu, padła ironiczna odpowiedź:
— Bywszyj pomieszczyk!
— Wot kak! A dokumenty? a razreszenje? Posmotrim!... Kobiecy głos zapiszczał:
— On był w legjonach?...
— W legjonach?... Wot kak! wot sztuka! Znaczy się: legjoner!... I padło gromko:
— Arestowat’!
Lecz w Karolu na widok wroga budził się żołnierz-lew. Zimny, drapieżny gniew wstrząsał każdym jego nerwem. A jednocześnie przemyślność spokojna kierowała myślami. Nie czuł się bynajmniej zaskoczony. Odrazu wydał śmiały wyrok i na siebie, i na nich. Obliczał szybko ilu jeszcze położy, zanim on sam.... Błyskawicznym ruchem wyjął rewolwer, z którym nie rozstawał się nigdy...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michalina Fiediuszko.