Ramułtowie/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

Tego wieczora gdy Szerszeń chodził nadaremnie po pana Sylwana, późno już dosyć wrócił do domu. Chłopiec oznajmił mu, że go panna Viola do siebie na chwilę prosiła — godzina jednak była już, gdy artystka musiała być w teatrze, a po jéj powrocie do domu odwiedziny zbyt by się spóźniły. Nie poszedł tego dnia Sylwan, aż dopiero nazajutrz rano...
Viola kaszlała tego dnia więcéj niż kiedy, wczorajsza rola długa, wymagająca wiele uczucia, znużyła ją mocno. W nocy miała trochę gorączki, wstała blada, osłabiona, czując się źle i wody pić nie mogła. Spocząć trudno było, bo też nadchodził benefis dyrektora i owa rola Julii, do któréj tyle potrzebowała nauki i przyborów... Oboje Pawłowie widząc ją tak słabą dobierali środków by orzeźwić biedną i ulżyć jéj w czemkolwiek... Nic to jednak nie pomagało, Viola siedziała odrętwiona a może oczekiwanie próżne na Sylwana, którego się spodziewała wieczorem, nie widziała w teatrze — przyczyniło się do tego smutku i osłabienia.
Gdy po chodzie w pierwszym pokoju i po głosie poznała go zrana, rumieniec jéj wystąpił na twarz, porwała się z kanapki i wybiegła naprzeciw, tak nagle orzeźwiona, jakby w nią nowe życie wstąpiło.
Sylwan w jéj twarzy spostrzegł jednak ślady niezdrowia i zmęczenia.
— Co to pani jest? spytał troskliwie.
— Tak, było mi niedobrze — odparła uśmiechając się — ale gdym pana posłyszała wszystko mi odeszło... Tak rada jestem, że go widzę...
— A ja wczoraj przyjść nie mogłem — odezwał się Sylwan, którego ten pełen rzewności głos przerwany kaszlem poruszył — dano mi znać późno; a potém chybabym po teatrze mógł służyć... godzina była niewłaściwa.
— A! dlaczegóż? cicho szepnęła rumieniąc się Viola — pana bym była przyjęła o każdéj godzinie...
Naiwne te wyrazy, wzrok i pomieszanie Violi, aż nadto mówiły. Sylwan, widząc to przywiązanie do siebie, które przyjaźnią tylko braterską mógł odpłacić, czuł się jakby winnym, iż wzrość uczuciu dozwolił, choć go niczem nie podbudzał. Przed oczyma teraz miał obowiązek odjąć jéj wszelką nadzieję, niedopuścić aby się łudziła... Lecz jakto było dokonać?
Z bólem w sercu siadł przy niéj na kanapie rozpytując o zdrowie.
— Już mi teraz nic nie jest, rzekła — wczoraj było niezmiernie wiele do roboty... a rola, którą grałam, tak ciężka, tak bolesna... a ja się wcielam w każdą, że z nią odcierpieć muszę wszystek ból, jaki w nią wlał poeta... Wróciwszy do domu musiałyśmy do pierwszéj w nocy szyć z Pawłową... Powinnam była do tego przywyknąć — bom od dzieciństwa, ledwie igłę mogąc utrzymać w ręku, po całych nocach ślipiała, a ileż się ich nie spało płacząc i głodno...
Zamilkła... Sylwan zwrócił rozmowę... Opowiedziała mu przygody swojego życia, począł on ze swoich się spowiadać. Viola słuchała go z zajęciem gorączkowém...
— Przed wami, droga pani, nie będę nic taił, mówił Sylwan spokojnie... nawet tego co się na dnie serca trzyma zakryte od ludzkich oczów...
I począł jéj opisywać młodość spędzoną na wsi, dziecinne z Hanną zabawę dziecięcą, potém młodzieńczą dla Hanny miłość...
Twarz biednéj dziewczyny zwolna zaczęła się marmurową oblewać bladością... usta drżeć i sinieć... oczy łzami zachodzić poczęły, wstrzymała oddech, zasłuchana, przelękła...
Sylwan widział wrażenie, a jednak musiał wyznania swego dokończyć, aby się z niego mogła dowiedzieć, że téj miłości dochował do dziś dnia i że w tém sercu nią zajętem, na nową miejsca nie było.
— Obok téj Hanny, rzekł w końcu — braterską miłość dla was, umieszczę. Wierz mi droga pani, jest ona inną, ale nie jest od tamtéj słabszą, ani mniéj trwałą, ani mniéj do poświęceń zdolną.
Viola nic nie mówiąc, schyliła się do jego ręki i nim Sylwan mógł ją cofnąć, gorące do niéj przyłożyła usta...
— A! nie wyrzekaj się mnie pan, dlatego że kochasz inną, piękniejszą, idealniejszą, godniejszą ciebie nademnie — ty mnie niepotrzebujesz — ale ja w tobie znalazłam podporę, radę... ojcowską.
Gdyś mówił, dodała — było mi gorzko aż do łez — a teraz jest mi błogo nad wyraz... bo twoja dla mnie miłość braterska jest prawdziwą... bezinteresowną... taką, w którą ja wierzyć muszę. Nie ma w niéj namiętności... wiec ona trwać będzie...
Tak... tak — mówiła żywo — trzeba było żebyś mi to powiedział — to mnie uspokoi — uleczy... A! ja co się przyznać muszę... nie patrz na mnie i nie śmiéj się z biednéj — jam się innego spodziewała wyznania, bo moje przywiązanie dla ciebie jest więcéj niż siostrzaną miłością...
Słowa jéj w cichem łkaniu ginęły, trzymała rękę Sylwana i milczała długo. Potém spokojnie otarła łzy i uśmiechnęła się.
— Tak mi dobrze teraz! zawołała — czuję się swobodniejszą... Pan mnie nie porzucisz,... nie pogardzisz mną... będziesz mi zawsze bratem...
Sylwanowi także ciężar wielki spadł z serca, czuł i on się swobodniejszym, jak po spełnieniu obowiązku... Znowu po chwili usiłował zagadać o czem inném, gdy Viola... zobaczywszy na stoliku rzucony list Hermana, podała mu go z uśmiechem.
— Winien to szczęście, żem go rozpieczętowała, temu iż ręka wasza, panie Sylwanie... całkiem do jego pisma podobną... Przeczytaj go... ciekawy bardzo... śmiałam się nad nim i płakałam...
Sylwan w istocie począł list Hermana czytać i zadumał się nad nim: w sarkazmach i ironii jego było wiele smutku... Przypomniał sobie, że dosyć go dawno nie widział, i nie wiedział co się z nim dzieje...
— Ze wszystkich listów, których mogłabym stworzyć zbiór dosyć ciekawy — rzekła — jest to może najdziwniejszy. Gdyby on nie był takim wielkim panem, a ja tak biedną dziewczyną, powiedziałabym, że jak ja jest nieszczęśliwy... lub... lub — dodała, lepszy aktor odemnie...
Ze smutkiem pożegnali się z sobą, ale Viola poufalszą, śmielszą się czuła teraz, jakby z tego stosunku spadły ciążące na nim kajdany...
— Więc, rzekła rozstając się — ona tu jest, pokażcie mi tę Hannę! niech ja jéj twarz zobaczę!... ja ją kocham... choć ona nigdy mi nie odda mojéj miłości dla siebie...
Wyszedłszy od Violi, Sylwan prosto udał się do brata którego spodziewał się zastać o téj godzinie. Znalazł go w istocie, ale w łóżku, Herman był chory a bardziéj roznerwowany i kapryśny.
Mieszkanie Hermana doskonałym było jego charakteru komentarzem. Z wielkim przepychem urządzony pokój sypialny, dywanami wysłana podłoga, łóżko z kotarą jedwabną, portiery z gobelinów, meble naśladowane ze starych, tysiące fraszek błyszczących, a przytem największy nieład jaki sobie wystawić można.
Troskliwość matki zawiesiła nad łożem obrazek pobożny, palmę i gromnicę, ale niedaleko od niego na ścianach poprzybijane były fotograficzne reminiscencye teatrów i znajomości żeńskich, które przed hrabiną tłómaczyły się swoją artystyczną pięknością. Na stoliku proszki burzące niedopite, butelka czerwonego wina rozpoczęta, połamane biszkopty, pomięte dzienniki, porozsypywane cygara, pieniądze, listy, książki... Filozoficzne rozprawy razem z romansami i historyą Rigolboche... poważne dzieła i Kladderadatsch, kawałki wstążki... Herman w pięknym tureckim szlafroku, pantoflach, w batystowéj koszuli, leżał na pół, na pół siedział z rękami zagrzebanemi we włosach rozrzuconych, blady i zamyślony.
Wchodzącego Sylwana powitał zrazu sądząc, że jakiś natręt go napada, chmurną twarzą i jakby porywem do gniewu, ale na widok jego rozchmurzył się i podał mu białą, chłodną dłoń po przyjacielsku.
— Co tobie jest, siadając przy nim rzekł brat, nigdzie cię nie widać? wszyscy o ciebie pytają a ja się niepokoję — przyszedłem nareszcie sam zobaczyć.
— Choruję, bo nie mam co robić — westchnął Herman... towarzystwo nieznośne, świat głupi, ludzie obrzydliwi!
— No — ale i my nie lepsi, mój Hermanie.. rozśmiał się Sylwan, świata nie zmienim, a żyć w nim trzeba.
— Chciałem wypocząć chorując — odezwał się Herman, ale nudzę się gorzéj jeszcze. W towarzystwach wiekuiście ta sama rozmowa, klerykały krzyczą na czerwonych, demokraci wrzeszczą na ultramontanów, plotki, sarkazmy, intrygi, głupota...
— Pytam się ciebie jeszcze raz, cóż my lepszego? odrzekł Sylwan.
— Ty jesteś lepszy, bo pracujesz i nie piszczysz a nie gadasz... ja jestem jeszcze gorszy niż wszyscy... a mimo to splen napada, że w łeb sobie strzelić by można!... Myślałem, że pojąć, dobyć potrafię z nich czy dowcip czy serce... gdzie tam? gdy się popiją — czyste bydło!
Sylwan się śmiał.
— Nic gorszego nad takie nudy w samotności, idź wstań, rozruszaj się, nadewszystko rób cokolwiek...
— Mądry jesteś! cóż będę robił? Mało co umiem i licho... Każdą z tych rzeczy, które jabym mógł robić, ktoś inny potrafi lepiéj nademnie — nawet kochać się szczęśliwiéj umieją niż ja...
Sylwan przypomniał sobie list jego do Violi.
— No! zawołał — cóżeś to za epistołę wystylizował do téj biednéj suchotnicy...
Herman się zaczerwienił.
— Czy ci ją pokazywała?
— Samem ją zobaczył na stoliku u niéj. Otworzyła ją sądząc, że list odemnie, pokazuje się bowiem, że mamy pisma zupełnie podobne...
— A twoje pismo zna, rzekł szydersko Herman.
— Doskonale, bom jéj przepisywał role.
— A! dobry wykręt? Jakże znalazła moją kompozycyę...
— Wiesz, co powiedziała o niéj, że jéj się zdajesz tak nieszczęśliwym jak ona, lub lepszym od niéj komedyantem!...
Pokiwał głową Herman.
— Ty się w niéj kochasz i ona cię kocha?! przyznaj się.
— Wierzysz słowu mojemu?
— Wierzę.
— Daję ci słowo, że się w niéj nie kocham.
— Cóż cię do niéj wiąże?
— Jéj nędza, choroba i nieszczęście.
— Dla czegóż niechcesz dopuścić, aby ją kto inny ratował?
— Ja? niechcę dopuścić! zawołał Sylwan, ja się do niczego nie mieszam; lecz gdzie idzie o ciebie będę na przeszkodzie bałamuctwu, którego sam byś potém żałował. Mężczyźni zwykle umizgi do kobiet, zwłaszcza z innéj sfery towarzyskiéj, posunięte, aż do ostatniego kresu, nieuważają za nic zdrożnego, jest to przecież nikczemném dla zabawy poświęcać cześć, spokój, sławę biednéj dziewczyny.
— A któż ci powiedział, przerwał Herman, że jabym to chciał poświęcać dla rozrywki? Ja jestem aż nadto seryo w rzeczach, które inni za mało znaczące uważają, a mało przywiązują wagi do tych, które świat ma za bardzo ważne. Ja się szalenie kocham w tym dyable Violi... i kto wie, jakby daleko miłość pójść mogła...
— Mój Hermanie! przecieżbyś się nie ożenił? rzekł Sylwan.
— Jakto? dlaczego? gdybym ją kochał a był kochany? a myślisz żeby mnie co wstrzymać mogło.
Sylwan spojrzał nań trochę zdziwiony.
— I wprowadziłbyś do rodziny ten żywioł, który by w niéj usychał... odpychany, zaparty... nieszczęśliwy?...
— Rodzina musiałaby mnie przyjąć z nią, albo bym ja zaparł się nawet familii, przerwał Herman...
— Kochany bracie, tak się mówi, tak się nawet czyni, i po tém całe życie żałuje.
Tę szczęśliwą pasyę do Violi, powinieneś sobie wybić z głowy i serca... Im biedniejsza ona, tém na większy zasługuje szacunek, bo z nędzą walcząc uczciwą jest i może światu całemu patrzeć w oczy śmiało... nie wstydząc się w życiu żadnego kroku, nie mając do wyrzucenia sobie żadnego błędu...
— Gdybym konał z pragnienia, a ty byś przyszedł mi powiedzieć z krwią chłodną — mój kochany, niech ci się pić nie chce... byłoby to właśnie tém, co mi teraz mówisz. Rada wyborna... rozśmiał się Herman — ale ten szatan swym wzrokiem mnie prześladuje...
— Zapomnisz!!
Herman począł coś nucić.
— Słuchajno, dodał zaraz, wyparłeś mi się, że się nie kochasz w Violi, wierzę, choć jestem pewny, że jeśli nie ty w niéj, ona się w tobie kochała... a teraz powiedz prawdę — nie kochałeś się w pannie Hannie?
Sylwan zaczerwienił się i zamilkł.
— Nie miałbym się czego wstydzić, rzekł po chwili — ale wyznań takich nie wymaga się nigdy.
— Nie nalegam, rzekł Herman, muszę cię jednak posądzać o to... Kocham cię doprawdy, mój Sylwanie, bo w tobie widzę człowieka, muszę ci więc powiedzieć nawzajem, że tobie starają się kochane świętoszki uszyć buty, posądzając o miłość dla panny Hanny. Tak bogata partya nie może być dla nich obojętną — chcieliby ją wydać za kogo ze swoich — podejrzewają coś, że musisz im być przeszkodą — strzeż się.
— Cóż oni mi zrobić mogą?
— Oszkalują naprzód.
— Zdaje mi się que c’est chose faite — a potém?
Herman zdawał się niechcieć powiedzieć wszystkiego, czego się domyślał i o czem wiedział.
— Potém — przebąknął — mogą się ztąd starać ciebie pozbyć.
— To by im przyszło łatwo, odezwał się obojętnie Sylwan. Ale, niewieszże kogo pannie Hannie przeznaczają.
— Między innemi, mnie! rzekł śmiejąc się Herman, ale ja nie będę dla ciebie niebezpiecznym rywalem. Panna Hanna jest dla mnie za poważna. Po za mną stoją szeregiem wszyscy pobożni a goli kawalerowie, należący do bractwa.
— Ja ci to tylko powiem — odezwał się Sylwan, że panna Hanna mimo poszanowania dla babki i ojca wydać się nieda, przeciwko woli.
— A nie obawiasz się ich wpływu na nią? zapytał Herman...
— Ja się w ogóle mało czego na świecie obawiam, bo na wszystko jestem przygotowany — odezwał się Sylwan.
— W obozie poruszenie wielkie, mówił Herman śmiejąc się — l’arrière ban, nieruchome matedory, rezerwy zreumatyzowane, dostojników, którzy się nigdy nie ruszają, powołano dla zawojowania starościnéj. Zdaje mi się, że i na pana Aleksandra... przygotowano trufle i bażanty, by przez żołądek wkraść się do jego serca...
Sylwan ruszył ramionami i przeszedł się po pokoju...
— Gdybyś był bardzo poczciwym bratem, rzekł, a chciał biednéj pannie Hannie oszczędzić wiele przykrości — mógłbyś... mógłbyś troche — tak — grać rolę pretendenta, aby ją od innych zasłonić... Przecież to rola ani przykra, ani upokarzająca, ani zakazana... ja i ona bylibyśmy ci wdzięczni. W ten sposób zyskalibyśmy na czasie...
Herman, który dotąd leżał wyciągnięty na łóżku — zerwał się.
— I byłaby doskonała rozrywka! rodzaj komedyjki towarzyskiéj, zawołał — wiesz, że masz pomysły mistrzowskie. Niech cię za to uściskam... Ale musisz mi się przyznać...
Sylwan wstrząsnął się. — Niemam się do czego przyznawać, rzekł, powinieneś się domyśleć wszystkiego.
— A nie lękasz się bym ci ją odkochał? spytał śmiejąc się Herman.
— Znać że nie...
— Ręka więc, wyciągając dłoń żywo począł młody hrabia — staję na czele pretendentów i resztę oganiać ci będę... ale uprzedźże pannę Hannę, żeby mnie zbytecznie nie traktowała z góry...
Rzucił się ściskać Sylwana i począł zaraz dzwonić na Staszka, który wpadł jak oparzony...
— Pan dzwonił?
— Tak jest, fryzjer, co prędzéj, odzienie, biegaj... wychodzę...
— Ale pan chory!
— Co ci do tego! suknie podawaj!
Sylwan stał zdumiony patrząc.
— Wyzdrowiałeś?
— Zupełnie, natychmiast jadę z wizytami, ale wprzódy mamie się opowiedziéć muszę. Za poddanie doskonałéj myśli, Bóg zapłać! Przedziwna myśl, cudowna! wyborna!
Klasnął w ręce — Staszek! co najprędzéj do ubierania...
Porwał się ściskać Sylwana.
— Nie umiem ci wyrazić mojéj wdzięczności, przecież będę czynnym!
Sylwanowi ta radość i pośpiech wydały się dziwnie, pożałował nawet, że mu to słowo rzucił, tak płocho pochwycone, że tę myśl nieszczęśliwą poddał — lecz cofnąć ją, odebrać temu rozpieszczonemu dziecięciu, już było niepodobna. Porwał ją Herman jak zabawkę i odprawiwszy brata co rychléj, poszedł zaraz do matki.
Hrabina, która wiedziała że w łóżku leżał, niezmiernie zdziwiła się widząc go tak wyelegantowanym, zdrowym i wesołym. Zdziwioną była bardziéj, gdy prosząc ją o posłuchanie zaczął od słów.
— Wie mama co, ja chcę się starać o pannę Hannę Junoszankę? Mama miała doskonałą myśl, panna ładna i bogata... bardzo poważna i dystyngowana.. zdecydowałem się.
— A to bardzo dobrze! przecież raz masz rozum! odezwała się matka uradowana — je ne demande pas mieux!
— Ale niechże mi mama pomoże, dodał Herman... wiem, że tam nasi dobrzy znajomi różne mają projekta i podsuwają różnych... niech mi nie przeszkadzają...
— To się rozumie! któżby ci chciał przeszkadzać — zawołała hrabina — będziesz miał wszystkich za sobą! staraj się tylko pannę pozyskać, bądź poważnym!...
— Jak zechcę — zobaczy mama, potrafię...
— Przekonaną jestem, że potrafisz co zechcesz — ale chciéjże — proszę cię...
— Jeden warunek, mamo, niech mi nie przeszkadzają... to zależy od mamy... proszę tylko szepnąć. Nie miłoby mi było miéć za rywala takiego naprzykład Lubicza...
Matka spojrzała nań wielkiemi oczyma.
— Jakto za rywala? któż ci to mógł powiedzieć?
— Wiem, że ten projekt roztrząsano... odezwał się Herman...
— Ale to być nie może! nie może! powtórzyła energicznie, rumieniąc się hrabina... powiedzianoby mi przecież o tém...
Spuściła oczy nieco zmieszana.
— Ale cóż masz przeciw temu miłemu Lubiczowi? spytała po chwili.
— Intrygant mamciu, rzekł Herman, goły a niechce mu się pracować, tylko cudze półmiski lizać i łatwym sposobem zyskać sobie pozycyę... Pochlebia wszystkim, a z religii zrobił sobie narzędzie do fortuny...
— Jak bo ty wszystko widzisz czarno! cicho rzekła matka... ja tego człowieka znam z najlepszéj strony. Ubogi to prawda, ale z bardzo dobréj familii, dobrze wychowany, przyzwoity... i bardzo miły... bardzo miły!
Herman się skrzywił mocno, a głową potrząsł.
— Mama daruje, ja go nie lubię.
To mówiąc pocałował w rękę hrabinę i popędził w miasto.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.