Ramułtowie/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.

Po oświadczeniu i improwizowanych zaręczynach swych z Lelią, pan Aleksander potrzebował odzyskać straconą równowagę i wróciwszy cichuteńko do domu wśliznął się do swego pokoju, by tam z cygarem w ustach, na osobności, obrachować się z sumieniem — obmyśléć co daléj czynić należało i ukryć wrażenia, które — zdawało mu się, że każdy teraz mógł czytać na jego twarzy. Obawiał się starościnéj, córki, a nadewszystko przenikliwego oka Dołęgi.
Chwila jedna namiętnego zapału — wywróciła wszystkie jego plany dawniejsze, okuła w niewolę, a co gorzéj oddawała go w ręce Lelii, która, niewątpił bynajmniéj o tém, musiała teraz użyć całéj swéj nad nim przewagi na korzyść brata.
Pocieszało go to tylko, iż był prawie pewnym znalezienia sprzymierzeńca w córce... ale cóż! Świetne programy przyszłości, kolligacye znakomite, stanowisko w świecie — przyczepienie się do arystokracyi, do któréj wnijść mógł przez córkę, wszystko to przepadało — natomiast Sylwan... obóz demokratyczny, obowiązki niebezpieczne dla spokoju i kieszeni groziły owładnięciem. To była odwrotna strona medalu. Choć bardzo szczęśliwy chwilami, pan Aleksander wzdychał, wyrzucając sobie, że uniesiony nadto się może pośpieszył... Lecz wracać się już było niepodobieństwem.
Biedził się tak jeszcze, gdy służący przyszedł go powołać do starościnéj... Staruszka była sama, zastał ją z koronką w ręku zadumaną posępnie.
— Siadaj no, panie Aleksandrze — rzekła, korzystam z chwili, gdy Hanny niema, musimy z sobą pomówić. — Jakże ci się tu rzeczy wydają, co sądzisz?... kto ci się z tych ludzi zda najwięcéj obiecującym? Jak radzić sobie z Lelią i panem Sylwanem, którego mi tu malują jako bardzo niebezpiecznego rewolucyonistę i liberała.
Oleś słuchał, słuchał i namyślał się tylko jakie ma zająć stanowisko, ażeby mu z niego najłatwiéj było potém wnijść na to, do którego dążyć musiał.
— Mamo dobrodziejko — odezwał się — ja przyznaję się — niechciałbym o losie Hanny stanowić bez udziału jéj woli i serca... Niech ona sobie wybierze... moja rzecz patrzeć i w czas uczynić uwagę...
— Bardzo słusznie, lecz nieznacznie pokierować można i masz obowiązek... O Lelii różnie też mówią.
— A! to są niedorzeczne plotki! gorąco zaprzeczył Oleś, mama ją zna od dzieciństwa.
— Trochę trzpiotem...
— Chociażby, ale najmilszym w świecie, i nigdy nie wychodzącym poza granice dozwolone...
— To prawda! a ty masz słabość do niéj.
— Nie przeczę moja mamo, osoba miła, Hanna ją kocha...
— Otóż to mnie trwoży... Sylwan! Sylwan! a co na niego mówią!
— Sądzę, że i to rzeczy przesadzone! rzekł Oleś.
Starościna z pod okularów popatrzyła na zięcia długo i zamilkła...
— Wszyscy bardzo zalecają tego drugiego hrabiego Ramułta...
— Nic niemam przeciwko niemu... ale czy się Hannie podoba?
Starościna znajdując zięcia tak jakoś obojętnym, spróbowała jaszcze kilka zapytań i w końcu z westchnieniem, jakby zrezygnowana na to, iż go już nie przerobi, zanurzyła się w fotelu, od koronki przechodząc do pończochy. Oleś siedział jeszcze czekając dalszéj rozmowy, która już nie szła.
Nadchodząca Hanna położyła jéj koniec, i pan Aleksander powrócił na medytacye do swego pokoju.
Lelia tymczasem ochłonąwszy także po scenie, która ja musiała wiele kosztować, bo się spłakała po niéj i zaczerwienione oczy długo potém wodą obmywała — pobiegła zaraz do Sylwana... ale tego dnia, mimo dwukrotnego dzwonienia do furtki nie zastała go w domu i musiała czekać aż sam przyjdzie do niéj.
Sylwan dopiero po odwiedzinach u Hermana i umowie z nim, zebrał się iść do siostry, która nań z trochą niecierpliwości oczekiwała. Znalazł ją tak roznerwowaną, bladą i smutną, że się zaniepokoił o nią.
— Czyś chora? spytał.
— Nie — jestem trochę — poruszona — rzekła... i mam ci coś dosyć ważnego do powiedzenia. Dwa czy trzy razy byłam u ciebie, chodzisz nie wiedziéć gdzie, a ja się doczekać nie mogę odwiedzin... Oskarżają cię o tę aktorkę, a jak na złość, biegasz do niéj ciągle...
— Raz tylko byłem — i to — zawołany...
— Pożegnaj bo ją raz na zawsze...
— Nie posądzaj ty mnie przynajmniéj proszę cię, odezwał się Sylwan z pół uśmiechem...
— Mnie to niecierpliwi...
— No uspokój się, przynoszę ci i ja pewną wiadomość, która ci się wyda może niedorzeczną a mnie zdaje się — niewinną i do uzyskania trochę pokoju dla Hanny, potrzebną.
— Cóż takiego?
— Powiedz jéj niech będzie grzeczną dla Hermana i pozwoli mu pozornie trochę się zbliżać do siebie, Herman zasłoni ją od innych napaści — a uczyni to przez miłość dla mnie.
Słysząc to Lelia odwróciła się nagle, żywo, załamała ręce i rzuciła ramionami.
— A! wiesz, rzekła, to strategia godna mężczyzny!... Wystawiasz Hannę na próbę, Hermana także, swoją miłość na niebezpieczeństwo.
— Ale ja Hanny jestem pewny!
— Sylwku życie moje, i ja jestem jéj pewną, a mimo to... Któż w takie gry się wdaje — i po co?
— Jakto, po co? ja chcę jéj oszczędzić przykrości... a sobie zapewnić, że mi tam niebezpieczniejszy współzawodnik się nie wciśnie...
— Zbyt mądrze to obrachowano! rozśmiała się Lelia... ja ci coś daleko prostszego przynoszę i pewniéj cię mogącego uspokoić, niż twój parawan z pana Hermana..
Zdjęła pierścionek z palca...
— Wiesz co to jest?
— Nie rozumiem? obrączka z turkusem?
— Nie widziałeś jéj na niczyjem ręku?
— Przyznam ci się, że nigdy na pierścionki niepatrzę.
— Wiesz co on znaczy?
— Powtarzam ci, nie rozumiem...
Lelia rzuciła mu się na szyję i pocałowała go płacząc.
— Jestem zaręczoną!
— Ty! krzyknął Sylwan, ty! bez mojéj wiedzy, bez porady! Z kim? na miłość Boga? kiedy...
— Z panem Aleksandrem Junoszą!
Sylwan zdrętwiał słysząc to, popatrzył na siostrę, domyślił się, zrozumiał wszystko i ręce załamał.
— Kobieto, odezwał się ze smutkiem i powagą — czyżeś się zastanowiła nad tém coś popełniła z największą nierozwagą i pośpiechem, nieradząc się nikogo... pewny jestem, bez przywiązania nawet... Człowiek stary, słaby, bez charakteru... który ani cię ocenić, ani pojąć nie potrafi! To samobójstwo...
— Czekaj, surowy sędzio, zobacz moją metrykę, przerwała Lelia — jestem starszą od ciebie, mam już dwa siwe włosy... jutro dostanę marszczków, i sama jestem na świecie.
— Wolałbym byś sama żyła, niż z takim poczciwcem, którego karmić tylko będziesz musiała.
— Nauczę go kabały kłaść, rozśmiała się Lelia. Ale mówiąc to łzy miała w oczach.
— Rzecz to zbyt poważna, ażeby ją można w żart obrócić — odezwał się Sylwan... na mnie czyni to wrażenie bolesne, czuję w tém — ofiarę...
— O bardzo się mylisz — gorąco zaprzeczyła Lelia — mylisz się — zrobiłam to przez egoizm, dla siebie, przez rachubę... Jeśli wypadkiem skorzystać z tego potrafię dla ciebie mój Sylwanie, myliłbyś się, powtarzam ci, gdybyś mi przypisywał cele, których nie miałam... Zresztą — on mi się oświadczył...
— Kiedy? jak?
— Sam przyszedł do mnie! wczoraj!
Sylwan patrzył na nią, rumieniła się kłamiąc i płakała...
— Jestem bardzo szczęśliwa — dodała, i proszę mi nic nie mówić na mego Olesia, serce ma wyśmienite... Wady! proszę cię — któż wad niema! a mnie się on z niemi podoba? Cóż chcesz... podoba mi się choćby za to, że ja mu od niewiem wielu lat zawsze się podobałam... Stałą jego miłość dla mnie, potrzeba było nareszcie uwieńczyć.
Paplała tak, paplała, żeby pokryć wzruszenie, a w końcu dodała.
— Cóż chcesz, rzecz jest skończona... umówiona... Postanowiliśmy ją tylko do pewnego czasu trzymać w sekrecie — i ty mi go musisz dochować.
— Przepraszam cię Lelio — krótko rzekł brat — sekretu dochowam, ale ponieważ zaręczyny są rzeczą, która się daje rozerwać — oznajmuję ci z góry, że będę się starał wszelkiemi siłami temu małżeństwu przeszkodzić.
— Ani mi się waż! krzyknęła Lelia z gniewem — jestem panią mojéj woli. Ton, jakim to wymówiła, zmusił Sylwana do milczenia.
— Przepraszam cię — rzekł zimno... nie sądziłem, żebyś mogła tego pragnąć w istocie.
Siostra rzuciła mu się na szyję... zamilkli. Lelia starała się zwrócić na inny przedmiot rozmowę — lecz Sylwan jak przybity, milczący rzucił się w krzesło i zdawał się nierozumiéć co do niego mówiła.
Wieczorem Lelia rozmyśliwszy się poszła do starościnéj. Od zamiany obrączek nie widziała tego nieszczęśliwego Olesia, który niemiał odwagi przyjść do niéj... Trafiło się, że w przedpokoju wchodząc go spotkała... Zarumienił się mocno, uczuwszy uścisk ręki, którym go powitała... ale wprędce rozpromieniał — była tego wieczora prześliczna... Oleś połykał ją oczyma...
— Staraj się, szepnęła mu na ucho, żeby téż starościna nie bardzo mnie źle przyjęła — mój Olesiu!
To słodkie imię tak podziałało na narzeczonego, iż ująwszy ją pod rękę, sam wprowadził do salonu i wesoły przyszedł z nią do starościnéj, siedzącéj jeszcze z pończochą na kanapie, bo gości dotąd nie było.
Zobaczywszy te parę przed sobą, nieznacznie drgnęła staruszka z niecierpliwości, lecz ton jakim począł zięć... i wesoły śmiech Lelii nie dozwolił zbyt ponuro przyjąć przybywającą. Hanna posłyszawszy głos jéj przybiegła.
Przywitawszy staruszkę, Lelia niechciała być jéj natrętną i pod pozorem poprawienia włosów pociągnęła z sobą Hannę do jéj pokoju.
— Hanno, serce moje, nim kto z gości nadejdzie, pół godziny czasu rozmowy koniecznéj!...
— Służę ci — chodź...
W pokoiku Hanny nie było nikogo, a co lepiéj żadnych drzwi zdradzieckich... Lelia się jéj na szyję rzuciła.
— Moja duszo droga, rzekła... niewyobrazisz sobie jaki ten Sylwan naiwny, pour ne pas dire plus!.. Wystaw sobie jego środek, aby cię zasłonić od natrętnych konkurentów...
— Ciekawam! szepnęła Hanna.
— Coś podobnego nikt jeszcze pono nie wymyślił. Zdaje się — rzekła Lelia — że się umówili z Hermanem, aby pozornie on niby się starał o ciebie. — Vous étes done prévenue qu il va vous faire la cour, a ty przez litość masz go niezbyt źle traktować... A! ci mężczyzni! dodała Lelia, coś... pardon — głupszego wymyśleć.
Uśmiechnęła się Hanna...
— To tylko dowodzi poczciwéj wiary we mnie pana Sylwana, rzekła, i dobrego serca Hermana, bo rzecz nie zabawna.. udawać starającego się, gdy się o tém nie myśli.
C’est bête — konkludowała Lelia — ale, kazali mi ci to powiedziéć — jestem posłuszna...
To mówiąc schyliła się do Hanny, uścisnęła ją czule. Moja Hanno ja niemogłabym dla ciebie miéć tajemnicy... a drżę mając ci ją objawić... coś czego się spodziewać nie możesz, z czego niewiem czy będziesz kontenta... a co mi cięży.
Mówiąc to powoli wyciągnęła białą rękę... i zbliżając do oczów Hanny pierścionek z turkusem... zapytała...
— Znasz go?
Hannie twarz się zarumieniła.
— Możesz to być? Zawołała, a! mój Boże! czyżby mnie takie szczęście spotkać mogło?
— Szczęście! a moja Hanno! czyż doprawdy serce twe powiedziało...
— To pierścień ojca! jam sama mu go dała na imieniny, bo zawsze sobie życzył turkusowego... o którym mówią, że szczęście przynosi. Lecz możesz to być! możesz być.
Rzuciła się Lelii na szyję. Mów!
— Tak jest — od pozawczoraj... Cicho! ani słowa nikomu!
Twarz Hanny rozjaśniła się... zaczęła całować i ściskać Lelię ze łzami.
— A! ty jesteś aniołem! zawołała...
— A wszyscy mnie nazywają szatanem, mruknęła wdowa... Lecz... dosyć — do salonu...
— Ja niepotrafię... uspokoić się muszę...
— Chodź! nic nie pomoże! chodź!
Z salonu już dochodziły głosy... Herman pierwszy przybył oznajmując przyjazd matki, ożywiony niezmiernie, oczyma szukając panny Hanny zaledwie ją zobaczył... i spojrzeli na siebie, po mimowolnym pół uśmiechu, który przebiegł po jéj ustach, domyślił się, że została przestrzeżoną...
Spełniając przybraną rolę, Herman ze szczególną atencyą przywiązał się do panny Hanny, która go wcale nie unikała... Mógł więc dłuższą zawiązać rozmowę i błysnąć przed nią dowcipem ironicznym, na którym mu nigdy nie zbywało.
Charakter Hanny poważniejszy — ukazywał jéj świat ze strony innéj, ona szukała w nim niespokojnie prawdy... piękna, dobra. Herman jakby zrozpaczywszy o znalezieniu ich bawił się podrzucaniem szyderskim tego wszystkiego co było fałszem, brzydotą i złem... Z temi sprzecznemi usposobieniami, może nie tak trudno było się porozumieć, jak się zdawać może. Jest w człowieku pragnienie uzupełnienia swych pojęć, poszukiwaniem trybów i kategoryi przeciwnych, których samby dojrzeć nie mógł. Często sprzeczne zupełnie charaktery godzą się najdziwniéj, gdy podobne nie mogą podziałać na siebie, bo się od razu poznają, czują i jednoczą... Jak w przyrodzie przeciwnych prądów powstają siły złożone, tak w duchowym porządku... antytezy często rodzą sympatyę...
Dla tego może sceptyczny, żartobliwy, szukający skaz i plam Herman nie tak raził Hannę, jak się lękała, dla tego surowa jéj powaga i umysł dążący ku ideałom nowe dlań odkrywając światy — zachwycał go i był dlań pożądaną wonią niebieską.
Hanna, w rozmowie z Hermanem, odzyskała dawno stracony uśmiech, a on chwilami zmuszony był przejść z szyderstwa do zastanowienia nad fenomenami, których oko jego nigdy dotąd nie dostrzegło...
Z wielkiem podziwieniem a nie mniejszą radością, dostrzegł pan Aleksander, zauważyła starościna tę ożywioną rozmowę, w któréj Hanna brała udział chętniejszy niż zwyczajnie. Jedna Lelia, mimo spokoju i wiary jaką miała w przyjaciółkę, dla brata była zazdrosną.
Herman nie odszedł prawie od panny Hanny, na chwilę tylko oderwało go przybycie matki w niespodziewaném trochę towarzystwie Lubicza, który zkąd się wziął i jak doszedł do tego, że hrabinę na salę wprowadził i z nią przybył — synowi było nie wytłómaczoném.
Matka mu szepnęła tylko, że na chwilę przed wyjazdem z domu przybył Lubicz, a że i on miał zamiar się tu znajdować, zabrała go z sobą.
Wszystkich po trosze uderzyło to kompromitujące przybycie w parze hrabinéj i Lubicza.
Młodzieniec zdawał się w wybornym humorze i głośniéj niż kiedykolwiek ratował zagrożoną społeczność, gnębiąc w fotelu rewolucyonistów cytatami de Maistra.
Herman namarszczył nieco brew, lecz wkrótce do zwykłéj swéj ironicznéj wesołości powrócił...
Gdy w przejściu na herbatę Lelia mogła się zbliżyć do Hanny — szepnęła jéj cicho: lękam się tylko byście państwo nadto nie wchodzili w swoją rolę, gracie ją zbyt dobrze. Hanna śmiała się ściskając jéj rękę. Muszę wyznać rzekła, że Herman nie darmo jest Ramułtem, ma wiele tego co ja w was kocham.
— Duszko, w nim tylko tego nie kochaj...
Pożartowawszy tak rozdzielone znowu zostały, a pan Aleksander wynalazł sposób zbliżenia się do narzeczonéj, i ścisnął nieznacznie jéj rękę. Jesteś pani zachwycającą dzisiaj!...
Strategiczne obroty Olesia dla uzyskania przy herbacie miejsca przy Lelii, nie uszły baczności Dołęgi, który hrabinę i starościnę konceptami zabawiał. Na wieczorach miał sobie zawsze za obowiązek starszym paniom służyć — przez które wiele mógł uzyskać. Nie przeszkadzało mu to widziéć i słyszéć wszystko.
Gdy wstali od herbaty i szli na cygaro do gabinetu zbliżył się do Olesia.
— Słuchaj Olku, w ucho mu wrzucił — ale ty formalnie cholewki smalisz do wdówki... Miéj się na ostrożności ona cię złapie — a jak się w jéj ręce dostaniesz, bywaj zdrowa swobodo!
— Już mnie złapała — rzekł Oleś żartując niby — nie ma na to ratunku... Coście pletli o Lubiczu, wierutna bajka... temu się nie śniło, a ona go mało co zna, Lubicz gorzéj bo pono Hermanowi figla zrobić myśli...
— A ty pannie Hannie? rozśmiał się Dołęga.
— Hanna by mi tego za złe nie miała — odparł Oleś — ale — bzdurstwa to są!
Jeszcze szczelniéj do ucha się przykleił Dołęga panu Aleksandrowi. Ty jesteś bałamut... ja na moje oczy widziałem jakeś ją pod stołem za rękę ściskał? Cóż to ma znaczyć?
Panu Aleksandrowi krew uderzyła do głowy... dobra sława wdowy obchodziła go teraz jak jego własna... Rozgniewał się na prawdę.
— Milczże, zawołał — jestem zaręczony!
Dołęga odskoczył... Pierwszy raz w życiu trafiło mu się tak być nieświadomym rzeczy — upokorzony czuł się i gniewny... Co ty mi pleciesz! zawołał... to nie może być.
— Słowo honoru — rzekł pan Aleksander, ale milczeć proszę — bo o tém nikt nie wié i wiedziéć nie powinien...
Nie było już odpowiedzi, Dołęga począł miny robić zdziwione, wąsa kręcić i podśpiewywać...
W ogóle był to wieczór, w którym wiele niedorzecznych rzeczy się stało... i nazajutrz miano o czém mówić w miasteczku...
Hrabina wkrótce po herbacie ruszyła się z kanapy, prosząc Lubicza aby jéj podał rękę, syn bowiem z panną Hanną był w drugiéj sali. Zauważono, że Lubicz chwycił za kapelusz i już więcéj nie wrócił, a ktoś przyniósł Dołędze wiadomość z dołu, że go hrabina z sobą zabrała.
— To nie bez kozery! rzekł w duchu Dołęga! Śliczne się marjasze gotują! Oleś z tym trzpiotem, który go weźmie pod pantofel, a Lubicz ze starą hrabiną... czyby mnie nie wypadło chyba o starościnę się starać?...
I rozśmiał się sam do siebie.
— Skończenie świata.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.