Puszcze polskie/Królewska puszcza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Puszcze polskie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1936
Drukarz Biblioteka Polska w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator wielu autorów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZĘŚĆ TRZECIA
PUSZCZA KNYSZYŃSKA

ROZDZIAŁ PIERWSZY
KRÓLEWSKA PUSZCZA

Puszcza Augustowska dociera obecnie do Biebrzy, a dalej na południu widnieją już obszerne, wytrzebione przestrzenie, przez które niby rozbitki wielkiej armji, ciągną się ku południowi mniejsze i większe ostrowy leśne ku Grajewu, bagnom Ławki i źródłom Sidry, aż stłoczą się wszystkie w nowe potężne skłębienie leśne, puszczę Knyszyńską. Leży ona pomiędzy Knyszynem, Białymstokiem a linją od Krynek ku Świsłoczy, miastu położonemu w międzyrzeczu Narwi i Niemna. Największą jej część, bo 58 000 hektarów stanowią lasy rządowe, przecięte rzekami Sokoldą i Supraślą. Za czasów litewskich należała ta puszcza do rodu Radziwiłłów, lecz w w. XVI-ym stała się własnością królów polskich. Wyrosła ona niegdyś na osadach, które nagromadził tu lodowiec w okresach drugiego zlodowacenia. Na wyniosłości działu wodnego rzek Supraśli, Świsłoczy i Niemna, tam gdzie z moreny dennej utworzyła się gleba piasczysto-gliniana, podnoszą swoje korony grondy dębowe i grabowe, tam i sam pomieszane już ze sosną lub osiką. Lasy te, mające bogate podszycie z trzmieliny, leszczyny, suchodrzewia i kruszyny, okrywają pagórki, wały i kopulaste wyżyny, a tam zaś, gdzie piaski zebrały się na płaskowinach, stoją bory sosnowe, a w ich cieniu żywicznym — jałowe wrzosy, wyrastające na mchach. Skoro tylko woda podskórna zbliża się do powierzchni — tam do sosny przyłącza się natychmiast świerk, a w podszycie leśnym rozrasta się wspaniale jarzębina, wierzba, kruszyna, jałowiec... Sosny wiekowe i świerki wybujały tu do 32 metrów, a zdarzają się też i takie, co ponad 38 metrów ku słońcu strzeliły. Osiki nawet dociągają tu do stu lat, na 30 metrów wysokie, sędziwe, a mimo to — zdrowe. Na czerwonych glinach wśród sosen i świerków walczą o swój byt pospolite tu niegdyś dęby szypułkowe, brzosty i klony. Wśród mieszanego lasu zaczerni się nieraz gęsta, zwarta kępa świerków małych i dużych, zawsze jednak w takiem uroczysku, gdzie ogień, burze lub owady przetrzebiły nieco bór macierzysty, który nie pragnął dla innych drzew przepotężnej łaski słońca. W wilgotnych nizinach rzecznych na Supraśli i Sokoldzie występują już zuchwale olchy, do nich przyłączają się narazie bojaźliwie, ale wkrótce śmielej — świerki łapiaste, aż wreszcie zapanują sosny — karłowate jednak, nędzne, powyginane cudacznie, w skorupę porostów owinięte — zapewnie takie, które w dawnych czasach „bajrakiem“ nazywano. Tam też rosną wierzby uszate, iwy, omszone brzozy i osiki, którą starożytni drwale „trzepieciną“ nazywali. W dawne czasy sporo było w puszczy bud smolarskich — owych „baniek“, przy których w zimie grzał się nieraz łowiec zamiłowany — ostatni z Jagielonów, bo słynęły z obfitości zwierzyny bobrowiska knyszyńskie, gdzie paszę znajdowały stada łosi o rosochach najpotężniejszych i odyńce „sadlaste“, po dąbrowach wypasione. Złe były, „obcinały szablami“, a nawet ich samury, nasrożywszy „pióra“, z „szumem“ szły „na dym“ i ciskały się na myśliwca.
Z puszczy tej wywożono do całej niemal Polski nietylko drzewo surowe i korę dębową dla garbarni, lecz i gotowy już towar, jak okapy, knagi, slemia, sztaki i cembrowiny, a przedewszystkiem klepkę i to, co z niej wyrabiano: piple, okseftki, beczkówki, wańczosy, szujki, antałki, baryłki, szkopki i inne rzeczy. Nie brakło tu pszczelarzy w borach bartnych, potażników, hutników, kołodziejów, osoczników, strzelców i innej czeladzi łowieckiej. Teraz wszystkie te wsie Kopisk, Rybnik, Czarna Wieś, Stary Szor, Studzienka, Kołodno, w puszczy zaczajone, „z lasu żyją“; jedni tam drwalą, drudzy spuszczone drzewo ku kolei wywlekają lub na tartaki zwożą, ten i ów kopci się przy smolarni, lub „robi“ przy sadzonkach i zasiewie drzew. Wiadomo — leśny lud, czy to Mazur wesoły, czy jego krewniak Podlasiak, Puszczakiem zwany.
W dobie powstania listopadowego w puszczy Knyszyńskiej wraz ze swoją partją walczył z Moskalami bohaterski porucznik Piszczatowski, schwytany później i rozstrzelany w Białymstoku, gdzie mieścił się wonczas sztab wielkiego księcia Konstantego. W roku 1863 puszcza osłaniała powstańczy oddział pułk. Arcimowicza, toteż osławiony „wieszatiel“, Murawjew, palił i burzył osady puszczańskie, jak naprzykład Jaworówkę, którą puszczono z dymem i zaorano, mieszkańców zaś za pomoc powstańcom zesłano na Sybir. Potomkowie tych wieśniaków z Jaworówki do naszych czasów mieszkają nad rzeką Tubą w Syberji południowej.
Narew, rozbiegając się w całą sieć drobniejszych odnóg, tworzących wewnętrzną deltę na wschód od Tykocina, dała początek rozległym moczarom. Za czasów Zygmunta Augusta słynęły one jako łowisko „czarnej zwierzyny“, czyli dzików. Dolina Supraśli również obfituje w zabagnione niziny. Inne rzeki i rzeczułki jak Krzemienka, Czarna, Kulikówka, Biała, Płoska, Sokolda i Słoja przecinają puszczę we wszystkich jej leśnictwach, w Knyszyńskiem, Czarna Wieś, Supraśl i Waliły, nadając puszczy swoisty urok, nieraz gwałtownie zmieniając jej krajobraz, gdy tuż za sosnami i świerkami wyrasta nagle las dębowy lub wznoszą swe rozłożyste korony graby. W gąszczu podszytu mają swe lęgi wilki, pasą się sarny; od czasu do czasu, niby zjawa złowróżbna, przemknie przez puszczę ryś, krwią znacząc swój trop. Głuszce i cietrzewie mają tu swoje tokowiska. Lis ściga naszego szaraka, ale i bielak o czarnych trzeszczach na wiosnę gzi się nieraz po zgrzewkach, gdzie słońce mocniej przypieka, spod śniegu wypłaszając warkotliwe strumyki. Z jezior największe tu jest Zygmunta Augusta, które na żądanie polskiego czarownika, pana Twardowskiego, djabeł w ciągu jednej nocy wykopał i wodą napełnił. Jezioro to, zwane inaczej — Czechowizną, ma około 400 ha powierzchni i nieznaczną głębokość. O naturalnem pochodzeniu jeziora mówi napis nad bramą przystani:

Staw ten egzystuje od dawnych już czasów,
Pamięta Jagiellonów, panowanie Sasów.
Przetrwał burze dziejowe, inwazje Moskali.
Król Zygmunt go założył, Czesi wykopali.

W puszczy w różnych miejscach świecą obszerne halizny dokoła wszystkich miasteczek, z wyjątkiem chyba Supraśla, ale i w samej puszczy wszędzie znajdzie się ich sporo w sąsiedztwie każdego osiedla. Łowy w puszczy Knyszyńskiej, tak jak je widział w w. XVI-ym nuncjusz kardynał Comendoni, podaje nam J. U. Niemcewicz: „Myśliwi obierają drzewa dość grube, aby człowieka zasłonić mogły i łatwe naokoło do obejścia były, za któremi gęsto się zaczajają. Zwierz przez psy i pociski rozjątrzony, rzuca się na pierwszego, którego przy drzewie spostrzeże; ten, gdy na drugą stronę odskoczy, zwierz uderza w drzewo, zamierzywszy się na człowieka. Rozjątrzony usiłuje drzewo obalić, tem wścieklej, im bardziej od myśliwych jest ściganym. W tych zapasach nietylko rogów, lecz języka i ogona zwrotów bać się należy; pierwszy bowiem dla szorstkości, drugi — dla siły w uderzeniu zarówno są niebezpieczne. Gdy myśliwego ogonem zajmie, jedyny sposób obrony, rzucić mu czerwoną czapkę; zwierz naówczas całą swą wściekłość na ten kolor obraca, aż od innych myśliwych pociskami i włóczniami skłóty, upadnie na ziemicę.“ — Wojny zniszczyły zwierzostan puszczy, toteż nadleśniczowie robią wszelkie możliwe wysiłki, by podnieść go i utrwalić. Żubry i łosie już oddawna opuściły puszczę, wycofał się z niej także niedźwiedź i rosomak, dawniej pospolite tu drapieżniki. Jednak jelenie, sarny i daniele mają tu doskonałe warunki istnienia i w tym właśnie kierunku idą wysiłki dyrekcji lasów. — Obce i wrogie ręce zabrały polskiej ziemi jej skarby, gdy jej przeznaczonem było wolność odzyskać za cenę wyniszczenia swego przez wielką wojnę, my zaś wszędzie na ugór rzucamy nowy siew, tu zaś na pobiedziskach królewskiej ongiś puszczy niezmordowany polski leśnik z próchnicy wywołuje zjawy sosen, świerków i dębów, a w ich poszumie słyszy już tupot racic królewskiej zwierzyny. Państwowa gospodarka leśna, oparta na ścisłych naukowych podstawach i na oględnej zimnej kalkulacji doprowadzi wkrótce do odrodzenia puszczy Knyszyńskiej.

CIEŃ JAGIELLONA

Na zachodniej krawędzi puszczy usadowiły się Knyszyn i Tykocin — małe, zda się zapomniane przez wszystkich miasteczka, w przeszłości zaś głośne, a nawet sławne. Oba, otoczone niegdyś bajorami i sapiskami, trudne były do zdobycia, a wcinały się w najdziksze ostępy puszczańskie. W moczarowatej dolinie Jaskranki, w obliczu puszczy dla celów niewiadomych, zapewne — łowieckich, założyli Radziwiłłowie miasteczko Knyszyn w w. XVI-ym, wznosząc tu kościół murowany św. Jana Ewangelisty, natchnionego autora Apokalipsy, aż podarowali miasteczko królowi Zygmuntowi Staremu. Umiłował je jednak osobliwie wielki książę litewski, przyszły król — Zygmunt August, a to dlatego, że puszcza nęciła go swemi łowiskami, okoliczne zaś łąki nadawały się znakomicie do hodowli stadniny. Król istotnie miał tu trzy tysiące najprzedniejszych koni. To też lubił przyjeżdżać tu ostatni Jagiellon, mając nad stadniną swoją baczne oko gospodarskie i zabawiając się łowami, jakoże puszcza pomiędzy Ławkami a Berezówką obfitowała w bobrowiska łosiowe, stojanki żubrowe i barłogi niedźwiedzie. Zresztą, tuż pod miastem, koło swego pałacu, miał król własny zwierzyniec, nad którym pieczę szczególną miał starosta knyszyński, ojczyźnie zasłużony — Jan Zamojski. Przywoził król ze sobą umiłowaną małżonkę Barbarę, z możnego rodu Radziwiłłów — tę, przeciwko której intrygi knuła królowa — matka, Bona. Gdy zaś śmierć zabrała Barbarę, niepocieszony Zygmunt August kazał całe niemal miasto kirem żałobnym zaciągnąć. Tu, wiedziony jakgdyby jakiemś przeczuciem, zjechał król na schyłku swego żywota, a wtedy stała się rzecz dziwna, niesłychana, zbrodnia zuchwała, crimen laesae majestatis. Jagiellon, ujrzawszy swój dwór puszczański, wpadł w tęsknotę, czując tu szczególnie żywo obecność ducha niezapomnianej Barbary. Oddawna już jeździł, mając w swym orszaku wszelkich czarowników i magików, którzy mieli go bawić i z więzów tęsknicy wyzwalać. Rękodajny królewski, Mikołaj Mniszech, z rozkazu pana co wieczora urządzał „inwokacje“, w celu ukazania się ducha Barbary, a chciwy i bezczelny targnął się wkońcu na rzecz straszną. O północy, gdy wiatry styczniowe ciskały i kręciły śnieżycą, w półciemnej komnacie stanęła nagle przed królem Barbara w całym przepychu szat monarszych. Zygmunt rzucił się ku upragnionemu cieniowi, gdy wtem ramiona stęsknionego małżonka ogarnęły żywe ciało niewiasty. Była to Barbara... Giżanka, mieszczka knyszyńska. Zwiedziono nieszczęsnego króla.
Z dworu Zygmunta pozostały resztki fundamentów, „studnia Giżanki“, niewiadomo dlaczego zasypana i stare drzewa w parku, otaczające majętność Knyszyn. Nikt nie może stwierdzić, że w tym właśnie zamku przebywał, dręczony tęsknicą Zygmunt August, bo i na górze Zamkowej, tuż przy szosie białostockiej, odnajdują grabarze cmentarni stare belki i jakgdyby lochy. Tajemnica otacza to miejsce i wszędzie wyciska swój ślad, bo nawet w podziemiach radziwiłłowskiego kościoła św. Jana Ewangelisty przemawia ona głosem drażniącym. Pod wielkim ołtarzem wykryto bowiem zardzewiałe drzwi żelazne z napisem, iż otworzyć je może ten tylko, kto je zamknął. Co się tam kryje za temi drzwiami? Kto je zamknął? Dlaczego zakazał odsunięcia ich żelaznych ryglów? O tem nikt nie wie. Nie pamiętają o tem nawet Giżowie, mieszczanie knyszyńscy, po dziś dzień tu pozostający. Ale oni nie znają nawet dziejów swej zmarłej krewniaczki — awanturniczej Baśki, ani też tego, że po śmierci króla stała się ona wielką panią, ba, nawet księżną Woroniecką! Knyszyn jagielloński, długą losów koleją przechodził do Orsettich — ziomków królowej Bony — Gnińskich, Krasińskich, Radziwiłłów, wreszcie do hrabiów Raczyńskich. Sejm roku 1676 przysądził Knyszyn potomkom Gnińskich na osiem pokoleń po mieczu i kądzieli. Hrabia Karol Raczyński jest ósmym i też ostatnim właścicielem Knyszyna, który po nim zostanie zwrócony Państwu, bo Polska niepodległa uszanowała uchwałę sejmu, chociaż zapadła ona była jeszcze za panowania obrońcy Wiednia i chrześcijaństwa króla Jana Sobieskiego.
Na lewym brzegu Narwi w w. XV-ym starosta smoleński, Jan Gasztołd, założył miasto Tykocin i ufundował kościół św. Trójcy. W wieku XVII-ym otrzymał to miasto z przyległościami w darze od wdzięcznej ojczyzny wielki zagończyk, hetman Stefan Czarniecki, którego okazały, chociaż śniedzią okryty i uszkodzony w niektórych miejscach pomnik stoi na rynku, gdzie wzniósł go późniejszy dziedzic Tykocina Jan Klemens Branicki. On też zbudować kazał bardzo piękny kościół murowany w stylu renesansu włoskiego i szpital, sprowadziwszy tu oo. misjonarzy. W kościele przechowały się portrety i popiersia hetmana Branickiego i jego małżonki, piękne freski ścienne od posadzki do sklepień, stare, znakomitego pędzla obrazy Chrystusa przy słupie biczowania i Matki Boskiej w srebrze, obwieszone licznemi wotami. O ile wnętrze świątyni budzi zachwyt, o tyle zewnętrzny jego wygląd smuci, gdyż sam gmach i półokrągła kolumnada, wyobrażająca dobrotliwą sieć Rybaka Boskiego, noszą na sobie piętno zaniedbania. W skarbcu kościelnym wisi artystyczny portret biskupa Szczęsnego Felińskiego, przedstawionego w towarzystwie księcia Potockiego przed zesłaniem ich na Syberję. Sporo tu cennych zabytków: kryształowe puhary z herbami króla Augusta III, Branickich i Rostworowskich, stare księgi, pergaminy, a między niemi oryginalny uniwersał Kościuszki do duchowieństwa. Obok kościoła, z lewej strony, przy malowniczej „krzywej“ uliczce mieści się dawny „dom inwalidów“, teraz przytułek dla bezrobotnych, po prawej stronie — inny przytułek dla starców w dawnym fundacji Branickich „szpitalu“. „Dom inwalidów“ założył w r. 1633 Krysztof Wiesiołowski, marszałek wielki ks. litewskiego, zapowiadając „byleby ci katolicy rzymscy, szlachetnie urodzeni, dobrze w ojczyźnie zasłużeni byli, oraz którzyby inaczej pożywienia swego, będąc na ciele w bitwie, za Rzplitą mianej, skaleczeni, mieć nie mogli“. Liczne ma Tykocin pamiątki i bogata jego historja.
Do Tykocina — niegdyś grodu warownego i rezydencji królewskiej, przewiezione były zwłoki Zygmunta Augusta, zmarłego w Knyszynie, i złożone na zamku, w którym niegdyś smutny żywot pędziła Barbara Radziwiłłówna, wówczas starościna Stanisławowa Gasztołdowa. Trumna królewska pozostawała tam przez cały rok, zanim nie ustawiono jej w Krakowie. Na zamku tykocińskim gospodarzył Łukasz Górnicki, powiernik i sekretarz monarszy, i tu pisał przedmowę do swego „Dworzanina“. Za Jana Kazimierza Szwedzi zajęli Tykocin i zamek, który, oblężony przez Sapiehę, został wysadzony w powietrze wraz ze zwłokami księcia Janusza Radziwiłła, stronnika najeźdźców. August II odnowił tu order Orła Białego i wydał manifest przeciwko koronacji Leszczyńskiego, podtrzymany przez skonfederowaną szlachtę sandomierską. Za Narwią pozostały ślady dawnego grodziska, które przed założeniem Tykocina broniło Mazowsza od północo-wschodu. Z tego miejsca piękny roztacza się widok na rozlaną rzekę w niskich zielonych brzegach, pełną wysp, rozwidlin i zakrętów. Wiosenne rozlewy zacierają ich rysunek, wyrównują rozległą gładziznę wodną. W otoku sędziwych drzew dogorywa stary klasztor bernardynów. Na wjazdowej bramie widnieje groźny napis: „Niech cała ziemia drży przed nią — Pan tu założył Dom Swój!“
Za murem ciągnie się obszerny dziedziniec brukowany, podobno, dawne cmentarzysko. Gmach klasztorny — prosty, surowy, o wąskich okienkach w znacznej swej części należy do osoby prywatnej. Wnętrze o łukowatych sklepieniach pełne jest cel o jednem oknie. Na parterze budzi zgrozę ciemnica. Do lewego skrzydła przytuliła się kaplica renesansowa, taka obca tym surowym murom. Przy drodze od bramy bernardyńskiej do miasta mały domek, kryty dachówką, wyrósł na miejscu grobu... Górnickiego, który w swym „Dworzaninie“ z taką finezją i dowcipem toczył „gry rozmowne“, a w nich nawet o równouprawnieniu niewiast mówił śmiele. Niedaleko od rynku znajduje się stara synagoga. Żydzi twierdzą, że ma 840 lat; przesadne to są pretensje chronologiczne, lecz bądźcobądź sędziwy jest ów dom Jahwe. Świadczą o tem freski i napisy hebrajskie średniowieczne. Rabini pokazują tu starożytne „święte świętych“, stare, rytualne tkaniny haftowane, księgę z przed 200 lat napisaną i iluminowaną przez słynnego Wulfa, srebrną skarbonkę, wywiezioną z Hiszpanji po wygnaniu z niej Żydów, i inne zabytki.
Turkocze drzewożerczy nienasycony tartak, krzyczą dzieci żydowskie, jęczy monotonną skargą rybitwa! Głos brodatego rejmana z tratwy, niby miękka kula, cicho toczy się w oparach nad Narwią:
— Niedaj!... Wara na rudlu! Niedaj! Nieda... aa... aaj! —

WERSAL PODLASKI

Na południowym okraju puszczy powstał podobno za czasów Gedymina w w. XIV-ym Białystok. Dziś jest to siedziba województwa, chociaż w w. XVIII-ym była to jedna z licznych wiosek, należących do włości możnych Gryfitów-Branickich, aczkolwiek przed nimi należała do innych właścicieli, a jeden z nich, Wiesiołowski ufundował w niej kaplicę i szkołę. Za Augusta III, na prośbę hetmana Jana Klemensa Branickiego, król podniósł ową osadę do stopnia miasta, chociaż ta wieś cech zewnętrznych grodu nabrała znacznie wcześniej. Najświetniejszy, „złoty“ okres historji Białegostoku przypada na czas panowania tu ostatniego z Branickich-Gryfitów, Jana Klemensa, późniejszego wielkiego hetmana koronnego i kasztelana krakowskiego, a nawet pretendenta do tronu polskiego. Tron Piastów i Jagiellonów ominął jednak Gryfitę, a dlaczego o tem pisze współczesny pamiętnikarz, Marcin Matuszewicz: „Z tem wszystkiem hetman wielki nie wielu z panów polskich miał życzących mu korony, nie dlatego, żeby nie był kochany i godny tego dostojeństwa, ale że podeszły w leciech.“ Za czasów Branickich powstała tu stara poczta konna, utrzymująca dyliżansy i omnibusy, łączące wspaniały dwór i stolicę Gryfitów z całą Rzeczpospolitą; stanął wtedy ratusz miejski z wieżą zegarową, gmach wspaniały — i zgoła osobliwy w ówczesnej Polsce; budowlę tę pod każdym względem ciekawą szpecą niewymownie przylegające ze wszystkich stron „kramy“. Braniccy też zbudowali dom św. Marcina, gdzie wmurowana tablica głosi, iż miała tu być siedziba szpitala i szkoły. Gospodarowały tu dzielne ss. św. Wincentego a Paulo, a po ich wygnaniu, szarytki. Hetman zaopatrzył gród w zbrojownię, gdzie obecnie ulokowała się straż ogniowa.
Stary kościół w stylu, przypominającym barok, ufundowany został przez wcześniejszych dziedziców Białegostoku — a mianowicie przez Piotra Wiesiołowskiego, o czem świadczy znaleziona niedawno tablica srebrna z napisem łacińskim, który w przekładzie polskim brzmi: „Bogu Wszechmogącemu Najwyższemu, na chwałę i cześć Bogarodzicy Dziewicy Marji i wszystkich Świętych sławę, Kościół ten z drzewa przedtem zbudowany, teraz z cegieł palonych od fundamentów wzniósł Piotr Wiesiołowski, Wielki Marszałek Wielkiego Księstwa Litewskiego, 1617.“ Kościół posiadał pewne cechy świątyń obronnych. Przechowała się tam czarna tablica grobowcowa 19-letniej Gryzeldy z Wodyńskich, małżonki Jana Stanisława Sapiehy, marszałka wielkiego litewskiego. Owa Gryzelda była adoptowaną przez Krzysztofa Wiesiołowskiego, niemającego potomstwa z dwu żon — Sobieskiej i Wodyńskiej, ciotki Gryzeldy. Herb Wiesiołowskich — „Ogończyk“ można oglądać w kościele obok tablicy fundacyjnej. Wewnątrz kościoła warto obejrzeć stare obrazy i ozdoby oraz pomnik wielkiego hetmana i „pana całą gębą“, jakim był fantazji pełen Jan Klemens, aczkolwiek, jako kasztelan krakowski, pochowany został w tym grodzie historycznym. Pomnik białostocki wystawiła mu wdowa — Izabella Branicka, secundo voto wojewodzina Mokronowska, która, pozostawiwszy zwłoki męża w jego kasztelanji, tu nad Białą złożyła serce jego, miłujące te dalekie strony kresowe. Tamże też wzniesiono pomnik samej Izabelli, „wspaniałej Pani Krakowskiej“, pierwszej w gronie dam rokoka. Hela Paszkowska, powiernica i zaufana „panna służebna“, uwieczniła pamięć wielkiej pani, obrazem gobelinowym i drewnianą tablicą, a ktoś inny — umieścił obok — marmurową z melancholijnem westchnieniem do Boga. Stary kościół — to istne cmentarzysko! Iluż to nieboszczyków złożono w jego kryptach na wieczny spoczynek: Stefan i Katarzyna Braniccy, niezliczona ilość dworzan „Wersalu Podlaskiego“, doradców i współtowarzyszy bojowych hetmana. Oprócz starego kościoła Białystok posiada piękną, gotycką farę pod wezwaniem Najświętszej Marji Panny i budujący się obecnie żelazobetonowy, współczesny kościół ku czci Matki Boskiej, królowej Korony Polskiej, o wieży, która będzie miała 81 m i o wnętrzu, mieszczącem 8000 ludzi. Kościół ten ze wzgórza góruje nad miastem.
Po Branickich pozostał w Białymstoku piętrowy dom teatru hetmańskiego, gdzie imć pan wojewoda Mokronowski, tajny małżonek „pani krakowskiej“ urządzał „asamble“ masońskie, tak bardzo modne w epoce Stanisława Augusta, brata „pani na Białymstoku“. Teatr ten posiadał kurtynę — arcydzieło szkockiego malarza Sylwestra Mirysa, sprowadzonego do Białegostoku z Rzymu przez księcia Jabłonowskiego. Urzędnicy rosyjscy pocięli tę kurtynę i sprzedali ją do Anglji. W tym samym czasie zbudowano tu synagogę, przeznaczoną wyłącznie dla mężczyzn; istniała też inna, której wzniesieniu dopomogła wciąż ta sama jaśnieoświecona Izabella z książąt Poniatowskich hetmanowa Branicka. Po tej budowli nic jednak nie przechowało się, więc liczna, a bogata tutejsza ludność żydowska w r. 1914 wzniosła nową wspaniałą synagogę w stylu mieszanym o motywach wschodnich i gotyckich.
Dumą Białegostoku stał się wspaniały pałac Branickich. Z pewnemi zmianami przetrwał on do naszych czasów i powoli powraca do dawnego wyglądu. Z monografji prof. H. Mościckiego wiemy, iż plan pałacu odpowiadał najcudniejszym wzorom francusko-saskiego budownictwa, w którem lubował się hetman, długie lata spędziwszy zagranicą. Koniec budowy przypada na pierwszą połowę wieku XVIII-go, a z chwilą tą rozpoczyna się „złoty wiek“ Białegostoku. Całość gmachu zbudowano w kształcie podkowy; boczne pawilony tworzyły jego skrzydła. Dwupiętrowy blok centralny posiadał czterokolumnowy portyk, podtrzymujący balkon. Przed głównym dojazdem ciągnęły się dwa obszerne dziedzińce z bramą, strzeżoną przez posągi Herkulesa. Na dachu pałacu, krytego w większej części miedzianą blachą, wznosiła się olbrzymia statua Atlasa, podtrzymującego glob ziemski. Architektoniczne dekoracje wewnętrzne wykonane były w najczystszym, pysznym stylu Ludwika XV-go, ściany komnat zdobiły bardzo cenne obrazy Bacciarelego, boazerje i artystyczne stiuki i tylko w prawem skrzydle część sal miała charakter epoki Stanisława Augusta (kaplica i apartamenty królewskie). Pokoje — złoty, chiński i szklany z akwarjum pod posadzką mieściły się w tym obszernym pałacu. Prawdziwą jednak ozdobą jego był rozległy i pięknie utrzymany park.
Miał on dwie kondygnacje — górną i dolną; pierwsza przypominała niektóre części Wersalu lub St. Cloud; druga — ogrody angielskie. Piękna balustrada rzeźbiona w szarym kamieniu, altanki, fontanny, pawilony rozrzucone były po całym terenie. Artystyczne posągi, pomniki, sztuczne wodospady i stawy zdobiły park hetmański. W oranżerjach dojrzewały pomarańcze, cytryny, figi, daktyle, ananasy i brzoskwinie. W pobliżu rezydencji ciągnął się na wielkiej przestrzeni zwierzyniec, z bażantarnią i stawami, gdzie hodowano pstrągi i karpie. W tym to pałacu w głowie jego właściciela — wielkiego hetmana koronnego rodziły się dumne myśli i ambitne plany aż do próby sięgnięcia po koronę polską, co wytworzyło na zawsze atmosferę nieufności i niechęci pomiędzy potężnym panem na Białymstoku, a królem Stanisławem Augustem. Branicki do swej pięknej rezydencji wprowadził trzy małżonki: zmarłą wcześnie Katarzynę Radziwiłłównę, córkę kanclerza litewskiego; Barbarę Szembekównę — rozwiedzioną z Sewerynem Rzewuskim, która nie utrzymała jednak przy sobie magnata i wojownika i zmuszona była do ponownego rozwodu; wreszcie w wieku już podeszłym, bo pod sześćdziesiątką, Branicki wstąpił w związek małżeński z 18-letnią Izabellą Poniatowską, rodzoną siostrą przyszłego króla. Małżeństwo to miało cele polityczne i nie mogło być uważane za szczęśliwe, chociaż o tem wiedziały tylko ozdobne mury, meble i zwierciadła „Wersalu Podlaskiego“. Zewnętrznie wszystko szło jaknajlepiej, tak, że pewien madrygalista francuski, maitre Pigeonnet, nazwał to stadło „ideałem dwu kochających się serc“. Monsieur Pigeonnet był jednak w wielkim błędzie. Już sam wiek hetmana nie sprzyjał harmonji rodzinnej, toteż choć serduszko pięknej, pełnej porywów Izabelli, nawykłej do błyskotliwego życia na dworze ojca — kasztelana Stanisława Poniatowskiego, a później — na zamku królewskim w Warszawie, biło gorąco i w murach rezydencji białostockiej, lecz... nie dla podstarzałego już małżonka. Snuł się tam ktoś inny — doradca i ulubieniec hetmański, imć pan Andrzej Mokronoski, późniejszy starosta ciechanowski i generał. W stolicy nawet ówczesne damy dworskie zatrzymywały na nim przychylne i ciekawe spojrzenia. Bo też słynął pan Andrzej z prawdziwie romantycznej przygody. Wykradł on niegdyś piękną Włoszkę, hrabiankę Castelli, i, ożeniwszy się z nią, rozwiódł się natychmiast. Na tego to pana Andrzeja zwróciła uwagę Izabella Branicka, a przyjaźń z nim, nie budząc podejrzliwości hetmana przeszła rychło w miłość tak trwałą, iż po śmierci małżonka „pani Krakowska“ potajemnie poślubiła starostę. Wtedy dopiero madrygał Pigeonneta mógł był znaleźć zastosowanie...
Nietylko jednak różnica w leciech nie sprzyjała spokojnym płomieniom białostockiego ogniska domowego ostatniej latorośli Gryfitów Branickich. Istniały inne też, z krewkiego temperamentu hetmana płynące powody. Ten wódz, człowiek wojny, ochoczy był do bujnych hulanek rycerskich i przygód uciesznych, nie szukając dla nich bynajmniej partnerów tytułowanych i „mocno herbowych.“ Zresztą wogóle Jan Klemens Branicki nie nadawał się na statecznego małżonka. Był to rycerz, czujący się najlepiej na siodle, z buławą w ręku, z szablą w garści, szalejący w ogniu bitewnym. W owej dobie wpływów francuskich i saskich odcinał się na ich tle, jako olbrzymi anachronizm i tylko wrodzony takt i mądrość polityka pozwalały mu nie uzewnętrzniać prawdziwego stosunku swego do rodzonej siostry „pana Stanisława“, jak z przekąsem nazywał krzywo nań patrzącego króla. Ów „pan Stanisław“ wywoływał również niesnaski rodzinne. Kochająca swego królewskiego brata Izabella protestowała przeciwko tak wyraźnemu poniżeniu majestatu i żądała naprawy stosunków pomiędzy szwagrami. Hetman jednak uparł się i nie kwapił z zaproszeniem króla do swego „Wersalu“. Stanisław August ze swej strony dawał do zrozumienia, że wolałby gościć siostrę na swoim dworze, niż zjeżdżać do Białegostoku. Pozatem można się doszukiwać innych jeszcze przyczyn rozluźnienia dobrych stosunków pomiędzy państwem Branickimi na Białymstoku, przyczyn o charakterze politycznym, w którym ścierały się różnice zasadnicze poglądów samodzielnie i uczciwie myślącego hetmana, a jego małżonki, powtarzającej, jak echo, zasłyszane na dworze warszawskim plany naprawy losu Rzeczypospolitej. Mój Boże! Nawet wnętrze „Wersalu Podlaskiego“ przemawia za tem. W apartamentach hetmana w prawem skrzydle pałacu biła w oczy głowa Czarnieckiego z marmuru białego, u pani zaś Izabelli, w pokoju „paradnym“, olejny portret Pawła, następcy tronu carów... W rezydencji hetmańskiej, mimo wszystko, wspaniałe i huczne odbywały się festyny, bale i różne zabawy, bo, jak stwierdza Anna Potocka, hrabia wydawał ogromne sumy „na bale i przyjemności wszelkiego rodzaju“. — Nieznany poeta-dworak tak opisał wystawną fetę w Święta Bożego Narodzenia w białostockim pałacu:
„Nowy serwis został dany: Królewieckie marcepany, Apelcyny z Carogrodu, daktyle z szacha ogrodu, Piramidy z cukru lane i bożki z ciasta udane.“ A z pasztetu — „któżby się spodziewał, że w nim żyw karzeł spoczywał?“ — wyszedł ten karzełek i, grając na skrzypeczkach, kolendował pięknie.
Po śmierci hetmana Białystok wraz z przyległościami przeszedł do Potockich. Miasto jednak pozostało w rękach pani Izabelli, nie Branickiej już, lecz wojewodziny Andrzejowej Mokronoskiej. Aczkolwiek ślub jej z panem starostą odbył się w tajemnicy, aby „pani Krakowska“ korzystać mogła nadal ze swego dożywocia, — była to jednak tajemnica Poliszynela. Wdowa po hetmanie rozpoczęła nowe życie i nowy tryb jego wprowadziła — w Wersalu. W Warszawie, odgrywając wielką rolę na dworze króla i — w kołach masońskich, — gdzie rej wodził rzutki i zagadkowy Mokronoski, w Białymstoku łożyła duże sumy na szkolnictwo, szpitale — rozbudowę i kulturę swego miasta. Wersal nie stracił nic na popularności, kto wie — może zyskał nawet! Król Jegomość bywał tu teraz częstym bardzo gościem. Odwiedził także „panią Krakowską“ cesarz Józef II pod nazwiskiem hrabiego Falckensteina — a honory domu czynił wtedy wojewoda, generał Andrzej Mokronoski. Przez kilka dni bawił tu wielki książe Paweł z małżonką; królewski wygnaniec Ludwik XVIII, podróżujący pod przybranem nazwiskiem hr. de Lille, był również gościem Izabelli Branickiej. Dziedziczka była świadkiem tragicznych dla niej samej — i dla całej Polski nieszczęść, gdy to w pałacu białostockim żegnała swego brata króla w drodze na wygnanie jego do Grodna, i wtedy, gdy, po upadku niepodległości ojczyzny, jej Białystok stał się częścią zaboru pruskiego. Izabela zmarła w 1809 roku — otoczona miłością i powszechnym szacunkiem, gdyż, jak zaznacza w swych pamiętnikach Potocka, „była skromna i prosta w swych upodobaniach, wielka i szlachetna w uczynkach, odznaczała się dostojną dumą, nabożnością, stałością charakteru, gospodarnością i energją, stanowiąc najbardziej dodatni typ polskiej matrony“. Z tem godzą się też i inne wspomnienia, jakie pozostawiła po sobie „pani Krakowska“, pani na „Wersalu Podlaskim“. Przez długie, najlepsze, młode lata nie zaznała spokojnego szczęścia; zgasła jednak ukojona i pogodzona z życiem. A jej siedziba przechodziła różne koleje, zmieniała się, brzydła i zniekształcała. Odrodzona Polska, osadziwszy w niej wojewodę, rok po roku doprowadza dawny „Wersal“ kresowy do pierwotnego stanu, a gdy przybysz, pomny jego hucznej świetności i utajonego dramatu, zwiedza wspaniały pałac Gryfitów Branickich, czuje obecność rozkochanych w nim cieni Jana Klemensa i Izabelli. Czuwają oni nad swem dziełem i cieszą się, że ojczyzna wyzwolona wyzwala ich „Wersal“ spod naleciałości obcych, wrogich i brzydkich. — Hetman i „Pani Krakowska“, włodarząc w swym „Wersalu Podlaskim“, wznieśli dla siebie, a szczególnie dla gości, przybywających tu z całej Rzeczypospolitej, letnią rezydencję w Choroszczu — małem, ale bogatem miasteczku, znanem już za panowania Zygmunta Starego. Gospodarowali tu oo. dominikanie, kierując szkołą kanoniczną o takim poziomie, że wychowankom jej przyznano prawo do studjów w Akademji Krakowskiej. Wszystko, co zbudowali uczeni dominikanie, spłonęło doszczętnie, a i samo miasteczko odbudowywało się razporaz. Dopiero na początku w. XVIII-go klęski ogniowe ustały, a w czterdzieści lat potem Braniccy obrali to miasteczko za swoją letnią rezydencję. Przeszłość przekazała nam tylko ruiny pałacu hetmańskiego, chociaż pozbawiony dachu szkielet budowli pozwala dopatrzeć się w niej ścisłej niemal kopji głównej elewacji pałacu białostockiego. Stare, cieniste lipy otaczają rezydencję wielkopańską, tak barwnie przez J. J. Kraszewskiego opisaną w „Grzechach hetmańskich“. Od tarasu parkowego ciągnie się wśród wysokich drzew kanał, który miał upływ przez Choroszczenkę do Narwi. Malownicze mostki łączą jego brzegi, gdzie na św. Jana tłumnie bywało i hucznie — niedarmo bowiem pisał nieznany wierszokleta madrygalista:

A co prócz jadła użycia
Było tam jeszcze do picia,
Tego i wyliczać próżna!
Każdy wie jak jest zamożna,
Sławna po świecie piwnica
Naszego pana dziedzica!

Setki, tysiące przeróżnych typów przewijało się tu, intrygowało, frymarczyło, podszeptywało i plotkowało. Fruwał tu swobodnie Amor lekkomyślny, wypuszczając słodkie groty w serca elegantów z dworu Stanisława Augusta i zalotnych dam rokoko, wciśniętych w sztywne gorsety francuskie. Obrabiali tu interesiki, na własną prowadzone rękę, „konsyljarze“ hetmana — Beck, Starzeński, Matuszewicz, Węgierski i tajemniczy Mokronoski, przyszły małżonek „Pani Krakowskiej“. Choroszczańską posiadłość Branickich nabył w r. 1846 Alfred Moes i założył dużą fabrykę sukna i koców. Wielka wojna światowa zniszczyła ten ośrodek przemysłowy i obecnie w ogromnych halach fabrycznych powstał największy w Polsce szpital dla psychicznie i nerwowo chorych; pracują oni przy drogach, meljoracji, w ogrodach, sadach i warsztatach, a w parku, gdzie wspaniała Izabella zamieniała miłosne spojrzenia z przystojnym Mokronoskim, w cieniu lip, siedzą teraz smutni ludzie, w których miota się dusza lub umiera powoli i beznadziejnie. — Stary kościół, ufundowany przez biskupa Paca w r. 1707 nabrał, z biegiem czasu, modnych naleciałości barokowych; zdobią go piękne obrazy św. Róży, Michała Archanioła, świętych Dominika i Antoniego. Znajdują się tu relikwje św. Kandyda w trumience srebrnej, oszklonej, gdzie widać ręce w białych, pożółkłych rękawiczkach. Zachowany od doby założenia obraz Bogurodzicy posiada cechy bizantyńskie; chrzcielnica, ornaty podominikańskie, ofiarowane przez Barbarę Branicką i inne zabytki z XVI—XVIII-go są niezmiernie interesujące. Do kościoła przytyka skromny budynek klasztoru oo. dominikanów, gdzie na murze krużganku jakiś domorosły „Rembrandt“ wymalował obraz św. Jana i obok portret Branickiego. W okolicy wznosi się okryta karłowatą poroślą dębową Babia Góra; dawniej był tu święty gaj i ołtarz Swentowita, wielka zaś wojna pozostawiła tu groby poległych żołnierzy niemieckich. Burze dziejowe wstrząsały zawsze Choroszczem — odbijały się na niem wszystkie powstania, wojna światowa i wkońcu wojna z bolszewikami. Gorące, miłujące ojczyznę serce wielkiego hetmana pozostawiło tu widać na ojczystym zagonie niemilknące echa.
Minęły romantyczne czasy potentatów dawnej Rzeczypospolitej... a Białystok stał się jednem z licznych miast Rzeczypospolitej nowej — miastem ważnem, bo przemysłowem i przedsiębiorczem, przyciągającem ku sobie drobny przemysł, chałupnictwo i surowiec z całego województwa. Przemysł w wielkim stylu zapoczątkował tu po upadku powstania listopadowego Łyszczyński, zakładając fabrykę włókienniczą. Przykład jego pociągał innych Polaków i Niemców, którzy podążyli za Narew, w Supraślu i Białymstoku rozpoczynając działalność fabryczną i budując zakłady włókiennicze, fabryki maszyn, narzędzi rolniczych, żelaza, przetworów drzewnych i garbarnie. W Rosji cieszyły się dużym popytem tanie sukna, koce, „baszłyki“ i obuwie białostockie, a towary te utorowały sobie drogę na rynki bałkański, japoński, chiński i północnoafrykański. Fabryki białostockie znacznie po odzyskaniu niepodległości zmodernizowane, przedstawiające w pewnych działach produkcji tekstylnej ostatnie słowo techniki, zdobywają dla swoich wyrobów rynki na ziemiach dawnego zaboru niemieckiego i austrjackiego, a niektórzy fabrykanci założyli swoje filje w Jugosławji i Rumunji. Korzystając z taniej pracy wprawnych i zdolnych chałupników, przemysł miejscowy utrwalił się ze swemi wyrobami, jak koce i tanie korty, — w Anglji, Irlandji, Afryce Południowej, Indjach i Chinach. Mało tego. Nad Nigrem nawet, w Bamako, w ośrodku Sudanu Francuskiego, znaleść można towary białostockie, które nieznanemi drogami — aż tu przywędrowały.
Białystok — pełen ruchu. Interesy i interesiki. Handel i handelek. Ulice i place roją się od wozów wieśniaczych, eleganckich aut i zakurzonych, zabłoconych samochodów ciężarowych — na jezdniach; na chodnikach — tłumy ludzi, jakgdyby ustawicznie mknących w pośpiechu. Życie i wymogi naszej epoki wycisnęły na wszystkiem swoje piętno.
A jednak...
A jednak, gdy potok ludzi pędzi koło dawnej siedziby hetmańskiej, wydać się może, iż zwalnia swój bieg. Być może, że podświadomie wyczuwa obecność wielkich cieniów włodarzy i słyszy ich spokojne, rozważne głosy:
— Wolniej, wolniej, waszmościowie, nie w cwał, nie w cwał!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.