Przygody pieska Filusia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki

Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Przygody pieska Filusia
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 161
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1938
Druk „Siła“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
PRZYGODY PIESKA FILUSIA
POWIASTKA





WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa




E. Korotyńska - Przygody pieska Filusia page001.png

Sprzykrzyło się Filusiowi siedzieć na kanapce i drzemać. Myślał, myślał, jakby nudom zaradzić i wymyślił.
Oto wymknie się cichutko, gdy zostawią go samego i gdy drzwi kto otworzy, ucieknie.
Dość ma tej zależności, jest już psem dorosłym i sam może sobie zaradzić.
Maleńki jest, to prawda, taki maleńki, że ten dog pani doktorowej, który go czasem odwiedza, jedną łapą chwyta go, albo w zęby bierze za skórę i macha nim, jak rękawiczką — ale to nic!
Mały łatwiej wszędzie się wkręci, łatwiej się skryje, gdy go gonią i tym samym uniknie niebezpieczeństwa.
Tak myślał Filek, śliczny biały piesek bolończyk, z czarnymi, jak paciorki oczkami, z jedwabistą do ziemi sierścią, ukochanie swej młodej pani i domowników.
Młody był, ale mądry. Z ubrania swej właścicielki zmiarkował, iż jedzie z wizytą i zostawi go samego, ucałowawszy przedtem na pożegnanie... A wtedy on cichutko wysunie się za swoją panią i przykucnie w przedpokoju pod stojącymi parasolami.
Co zamierzał, tego dokonał.
Pani ucałowała go, upieściła, dała mu biszkopcik na pociechę, iż sam zostanie i wyszła.
Filuś zsunął się pocichutku z kozetki, jak po puchu przeszedł po miękkim dywanie i w ślad za swą panią wszedł do przedpokoju.
Gdy wyszła, zaczaił się w kącie pod parasolami i czekał sposobności wymknięcia się za próg mieszkania.
Zdarzyła się sposobność prawie natychmiastowa.
Zadzwoniono, wszedł pan domu, pozostawiając za sobą drzwi przymknięte, miał bowiem zabrać tylko ze sobą zapomniane papiery.
Filek o mało nie szczeknął z radości. Wysunął się z pod parasoli, przebiegł piętro i ukrył się w sieni, pod schodami, czekając, aż pan przejdzie za bramę.
Wyszedłszy, rozejrzał się wokoło: dumny ze swej samodzielności, nie wiedząc, dokąd skierować swe kroki.
Przypomniał drogę, którą jechał zawsze ze swą panią do Łazienek, i postanowił tam wyruszyć.
Nie był tak niewdzięczny, aby zamierzać ucieczkę na stałe. Bynajmniej.
Wiedział, jaką by tym boleść sprawił dobrej swej pani. Chciał tylko spróbować samodzielnej wycieczki.
Znajome mu psy wymykały się nieraz i szczęśliwie powracały do domu, czemużby więc jemu się nie udało?
Nie pomyślał nieopatrzny, iż znajome psy były to duże kundle lub dogi, które bronić się zębami i siłą potrafiły, a on? — wychuchane delikatne psiątko, przed silniejszym wiewem wiatru nawet drżące, łapkę tylko do spędzenia muchy zdolną, a ząbki do gryzienia czekoladek mające...
Gdy wyszedł na ulicę, przeraził go gwar uliczny i odgłosy ostrzegawcze samochodów, ale uzbroiwszy się w odwagę szedł, a raczej przesuwał się pod murem.
Nie tak daleko było do Łazienek, ale spacer w trwodze przed obcymi ludźmi nie wydawał mu się krótki.
Co raz to umykał w bramę, aby nie być złapanym i w ten sposób przedłużał czas do dojścia do celu.
Naraz zapachniało mu czyste ogrodowe powietrze, podniósł główkę i ujrzał zielone drzewa Łazienek i bramę do nich wiodącą.
Jakżeż się ucieszył!...
Wbiegł szybko, szukając wiadomej ścieżki, kędy ze swą panią spacerował, gdy naraz jakaś szorstka ręka porwała Filka za skórę i uniosła w górę.
Aż zapiszczał z przerażenia. Przed nim stał dozorca ogrodu, z twarzą zagniewaną i surową.
— A ty niecnoto! będziesz mi łamał kwiaty! Patrzcie go! wchodzi do parku, jakby był właścicielem i łamie narcyzy... Skąd jesteś?
Chciał Filek przeprosić tego srogiego pana i wysunął już języczek, aby go liznąć, jak to robił ze swoją panią, gdy coś zbroił, ale dozorca nie znał się na takich psich przepraszaniach i szturgnął go ręką.
— Hej ty, ugryźć chciałeś? dałbym ja ci porządne lanie... Ale, żeś mały, więc i głupi, to ci daruję. Zaniosę do domu, dzieci mieć będą zabawkę...
Biedny piesek chciał wyrazić swą rozpacz, iż wyszedł tylko na spacer i nie myślał uciekać z domu, gdzie mu tak było dobrze. I, że chce wracać do swej pani, ale biedak mówić nie umiał, więc tylko zapiszczał i wydrzeć się usiłował z rąk dozorcy. Ale ręka silna przytrzymała Filusia, po czym, po zamknięciu bramy ogrodu, zaniosła maleństwo do swego domu.
Małe było mieszkanko, ani podobne do salonów, w których mieszkał niegdyś nasz Filek.
Nie było w nim ani kanapy, ani miękkiej kozetki, na której by mógł się położyć i odpocząć.
Troje dzieci: dziewczynka i dwóch chłopców rzuciło się ku niemu, wydzierając go z rąk dozorcy.
— Jaki śliczny! — wołała dziewczynka, głaszcząc Filusia, — a jaki przerażony! Nie zrobimy ci nic złego, nie bój się, mały...
Ale Filek drżał cały ze wzruszenia, myśląc, iż nie ujrzy nigdy swej drogiej pani, że nie będzie miał nigdzie takich wygód, takiego dostatku.
Myśl jego cała błądziła w krainie wynalezienia sposobu wymknięcia się stąd i jak najprędszej ucieczki.
Tymczasem zasiedli do kolacji. Filek sądził, iż dostanie swą porcję śmietanki i biszkopcik, tymczasem na brudnym talerzyku podali mu zupy z kartofli i nic więcej.
Piesek powąchał potrawę i odsunął się z niechęcią. Nie spróbował nawet jedzenia. A przecież głodny był bardzo.
— Patrzcie go! — odezwał się dozorca, a to ci paniczyk! Nauczysz się jeść i kartofle i chleb czarny, wypieszczony psiaku jakiejś paniusi... Postawcie mu to w kąciku, jak się wygłodzi, zje to wszystko ze smakiem.
W kilka dni potem mała zabłocona psina, niepodobna już do umytego i pięknego Filka, siedziała w kąciku izby, wypatrując otwarcia lufcika.
Rozpacz dodawała odwagi. On, co nigdy nawet z taboretu swego nie zeszedł, zsadzony na dywan przez służącą lub panią, teraz postanowił wyskoczyć oknem na podwórze i uciec.
Parter był niski, pod oknem była skrzynia z flancami kwiatów do obsadzania klombów w Łazienkach, spadłby więc do niej i nie potłukł się bardzo.
Ale lufcik zamykały dzieci, wychodząc do szkoły, a i dozorca, idąc do swych zajęć, nie zapomniał nigdy spróbować, czy zamknięty, bał się bowiem, iż zły człowiek mógłby wejść przez okno i okraść.
Wskoczył pies na okno i łapką zaczął uderzać w klamkę lufcika... Raz! dwa! trzy! machnął z całej siły i naraz... o szczęście nadspodziewane! lufcik otworzył się...
Filek całą siłą rzucił się na skrzynię, potem ze skrzyni na podwórko i umknął.
Był już czas po temu, gdyż w kilka minut po ucieczce psa wrócił dozorca.
Widząc lufcik otwarty, sądził, iż dzieci już powróciły, ale po otwarciu drzwi przekonał się, iż nie ma nikogo.
— Filek tu! — wołał na psa, sądząc, iż ten schował się gdzieś w izdebce.
Ale psa nie było.
— Aha! to ten znajda lufcik sobie otworzył, mógł kto wejść i okraść. Taka to wdzięczność. Szukać nie będę, ani myślę...
Tymczasem Filuś umykał co sił, mając nadzieję, iż trafi do domu. Ciągnęły się przed nim puste przestrzenie, otoczone parkanami, których nigdy nie widział.
Ani śladu Łazienek, skądby już trafił do domu, ani znanej ulicy.
Szedł i szedł w przeciwną stronę, nie zauważywszy, iż mylną biegnie drogą.
Zmęczony, głodny, padał już pod parkanem, gdy naraz głos szorstki i niemiły dał się słyszeć.
Skulił się w kąciku, iżby go nie dostrzeżono, ale było za późno.
Zobaczyła go, prowadząca jakiegoś człowieka, żebraczka.
Podbiegła do psa i pochwyciła go na ręce.
— W sam raz wpadłeś mi w ręce! — zawołała z radością. — Właśnie zdechł kundel, który prowadził i odprowadzał tego ślepca, będziesz ty go pilnował. Ja nie mam na to czasu!
— Jacenty! — zwróciła się do niewidomego — jest już przewodnik, tylko, że taki maleńki... Czego się tak trzęsiesz ze strachu, głupi psie? Jak będziesz dobry, to i jeść dostaniesz i nikt cię nie kopnie... Na, masz, zjedz kawałek bułki, pewnieś głodny.
Filuś rzeczywiście był bardzo głodny, kartofli ani kaszy jeść nie mógł, a niczego mu lepszego nie dawali u dozorcy. Wziął więc w pyszczek kawałek podanej bułki i przełknął.
Zobojętniały był na wszystko. Widział, iż nie trafi do swej drogiej pani, którą tak lekkomyślnie opuścił, czuł się małym bezsilnym stworzeniem, ukaranym za zbytnie zaufanie w swój rozum, i cichutko siedział w koszu, do którego włożyła go żebraczka. Biedny Filek! jakżeż żałował swego postępku!...
Zasnął w koszyku i nie słyszał, kiedy weszli do ciemnej, wilgocią cuchnącej sutereny. Gdy go wysadzono z kosza, nie widział niczego. Ciemno było i ponuro. Dopiero, gdy mała lampka naftowa rozświetliła trochę ciemności, spostrzegł barłog nędzny ze słomy, stołek i ściany wilgotne izdebki. Takiej nędzy nie widział Filek. Spojrzawszy na człowieka, poznał, że jest niewidomym. Szkliste oczy wpatrzone były w jeden punkt bez ruchu i w pewnej chwili łzy gradem puściły się, padając na nędzne łachmany nędzarza.
Pies nie mógł patrzeć na taką boleść. Zawył żałośnie i do nogi ślepca się rzucił.
Lizał nogi biedaka, mieszał wycie z płaczem nieszczęśliwego.
Psie jego serce obiecywało być wiernym i dobrym i krokami ślepego kierować. I przyrzeczenia dotrzymał. Co rano prowadził go pod mur kamienicy, którą mu wskazała żebraczka, a co wieczór odprowadzał do domu. Ludzie, patrząc na wiernego pieska-przewodnika, z chęcią wspierali biedaka.
W Dzień Zaduszny poszli pod mur cmentarza i stanęli. Mróz był duży, pies skulony przytulił się do nóg nędzarza i czuwał. Naraz głos jakiś dziecięcy zawołał:
— Mamusiu! jaki śliczny piesek pilnuje tego niewidomego! daj mi pieniędzy, zaniosę!
Podniósł głowę Filek i naraz szczekanie radosne rozdarło powietrze. Skoczył na pierś pięknej pani prowadzącej dziewczynkę, lizał ją po rękach i twarzy.
— Filuś! Filuś! Nareszcie! Tak długo ciebie szukaliśmy! Zabierzemy cię do domu...
Ale Filek, przywitawszy się z panią, podszedł do niewidomego i usiadł przy nim, nie dając się zabrać. Łebek biały przytulił do rąk nieszczęśliwego i skomlił żałośnie. Chciałby wrócić do pani, ale ona bogata i szczęśliwa, może mieć ile zechce takich jak on piesków, a obecny pan jego cóż pocznie bez przewodnika. Tam byłby zabawką i pasożytem, tutaj użytecznym sługą.
Stała długo pani wpatrzona w szlachetne zwierzę, wreszcie zaprowadziła nędzarza do swego powozu, siadła wraz z córeczką i dopiero wtedy Filek wskoczył do pani.
Nie widziano już więcej ślepego i psa pod murem. Dobra pani umieściła biedaka w przytułku dla ociemniałych, a Filek często z nią odwiedzał swego pana.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.