Przemiany (Prus)/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XII.

Ukończywszy rozmowę z Józefem, Łoski chciał zabrać się do czytania. Ledwie jednak usiadł na fotelu i wyciągnął rękę po książkę, usłyszał dudnienie schodów i po chwili ujrzał Stasia, wpadającego do pokoju, niby koń wyścigowy. Młody Turzyński ubrany był w mundurek gimnazjalny. W oczach płonęły mu iskry, malinowe usta śmiały się; na czoło niezbyt wysokie opadł kosmyk blond włosów. Na powitanie głośno stuknął obcasem o obcas, uścisnął rękę Łoskiemu, a następnie Trawińskiemu, do którego zawołał, prędko dysząc:
— Jedź ze mną, Józiu! Ubawimy się jak na komedji.
— Gdzie on ma jechać? — odezwał się Łoski.
— Na kolej, po hrabiego Kajetanowicza, który przysłał depeszę. Mówię panu, osioł dziewięćdziesiątej szóstej próby! Pękniemy obaj ze śmiechu, bo ja umiem z nim gadać.
Józef stał na środku pokoju zakłopotany. Na obliczu Łoskiego ukazał się wyraz powagi.
— Mój Stasiu — rzekł — jak możesz w taki sposób odzywać się o panu Kajetanowiczu? Przecież to twój kuzyn.
— Osioł może być kuzynem arabskiego konia — odpowiedział Staś.
— Mój drogi — ciągnął surowo Łoski — odzwyczaj się od lekceważenia ludzi. Bo gdy się wprawisz, sam nie będziesz wiedział, kiedy wymknie ci się impertynencja i to wobec osoby interesowanej. A jeżeli urządzisz pana Kajetanowicza, co wyniknie? Twoja ciotka, pani prezesowa, bardzo wiele wagi przykłada do jego bytności tutaj...
Staś otrząsnął się.
— Bierz licho! — mruknął. — Gdybym musiał szanować każdego, kto nam pożycza pieniędzy, kłaniałbym się wszystkim Żydom, którzy przejeżdżają przez Klejnot. Machasz ze mną, Trawiński?...
— Ależ on nie zna hrabiego! nie może jechać! — odparł niecierpliwie Łoski.
— Naturalnie, że nie mogę — odezwał się Józef. — W każdym razie dziękuję ci za pamięć o mnie.
— To wezmę Andrzeja. Bądźcie panowie zdrowi! — zawołał Staś i równie prędko opuścił pokój, jak pierwej szedł do niego.
— Boże, cóżto za szaławiła! — westchnął Łoski i pogrążył się w czytaniu.
Deszcz ustał. Przed pałac zajechała kareta, powóz i furgon na rzeczy; po chwili z sieni głównej wybiegł Staś z Andrzejem Turzyńskim, lokaj zatrzasnął drzwiczki i niebawem wszystko zniknęło z dziedzińca.
Józef uczuł pustkę w pokoju i w sercu. Wyszedł na dół, okrążył sadzawkę i nieznacznie spoglądał w okna Zosi, upatrując bukietu. Ale i okna były puste. Chłopak posmutniał jeszcze bardziej i powlókł się do parku, pomimo błota w alejach i na bocznych dróżkach.
„Poco ja sobie głowę zawracam? — myślał zrozpaczony. — Co mnie do Turzyńskich, a szczególniej do panny Zofji?... Skończą się wakacje, wyjadę, a gdybyśmy i spotkali się kiedy, nie będzie nawet pamiętała, że rozmawialiśmy z sobą tak szczerze.“
Chodząc bez celu, ażeby tylko czas zabić, spostrzegł w kącie ustronnym, gdzie może nikt nie zaglądał, starą brzozę, ukrytą między świerkami. I nagle poczuł niepokonaną chęć napisania czy wyrysowania czegoś na białej korze drzewa. Wydobył scyzoryk i w pierwszej chwili chciał wyciąć wizerunek serca. Pomysł ten jednak wydał mu się dziecinnym, więc, zamiast rysować serce, postanowił napisać wyraz: Zosia. Wnet jednak zauważył, że może kto wypadkiem zabłądzić tutaj i przeczytać, co zapewne skompromitowałoby panienkę; ale ponieważ musiał koniecznie coś zrobić, więc ostrożnie, drobnem pismem greckiem, napisał: Sofia.
Lecz gdy zobaczył ten wyraz, przeraził się, ażeby nie odkryto jego uczuć. Więc tym samym scyzorykiem i prawie w tej samej chwili wyciął kawałek kory, ozdobionej drogiem imieniem, pogryzł go i — połknął!... Był tak zirytowany, jakgdyby popełnił zbrodnię.
Gdy po parogodzinnem wałęsaniu się opuszczał park i przechodził obok lewej oficyny, usłyszał pukanie w lufcik parterowego okna, w którem siedział Łoski i Radcewicz.
Trawiński wszedł niezbyt chętnie i zobaczył na stoliku, przykrytym serwetką, bardzo omszałą, pękatą butelkę, tudzież dwa malutkie kieliszki. Radcewicz przywitał go serdecznie i zajął się poszukiwaniem trzeciego kieliszka.
— Siadaj, kawalerze — mówił stary — skosztujesz miodu, którego zaledwie kilka butelek zostało po naszym praojcu, Noem. A nieboszczyk znał się na trunkach! Więc kończę, panie Łoski — prawił dalej. — Że ona lubi młodych chłopców, nie mam jej tego za złe; sam przecież wolałbym młode dziewczęta, aniżeli stare baby. Że podskubała Wodnickiego i Komorowską, to już znacznie gorzej, ale nie zrobiła tego i nie zrobiłaby tego — dla siebie. Tylko jej się zdaje, że dla uratowania Turzyńskich niema złej metody, niema grzechu.
Masz, kochany kawalerze, i skosztuj trunku, jakiego drugi raz możesz nie spotkać w życiu — zwrócił się Radcewicz do Józefa, stawiając przed nim malutki kieliszek i nalewając z pękatej butelki ciemno-wiśniowego płynu. — Żyj długo i szczęśliwie! — dodał, trącając się z nim.
— Za pańskie zdrowie! — odpowiedział Józef.
— Wracam tedy do pani D. — ciągnął Radcewicz, spoglądając na Łoskiego. — Wszystko jest w porządku: i ten piękny kleryk, o którym nawet służka zaczyna szeptać, i dwa tysiące Komorowskiej, z powodu których mogą być jeszcze duże nieprzyjemności. Ale co mi się wydaje nienormalne u prezesowej, to te ciągłe powtarzanie słówka: arystokracja! Z kim u djabła zadaje się ta kobieta? Przecie znam ją nie od dzisiaj i nigdy tego nie słyszałem. Arystokracja i arystokracja!... zupełnie jakby się wychowała gdzieś w garderobie i przypadkiem została panią kamerdynerową w domu arystokratycznym. Tfu!... A cóż, kawalerze, miód?... Tylko pij go po kropelce!...
— Prawda, że miód jakiś dziwny! — odparł Józef, uśmiechając się. — Po pierwszym łyku opuścił go smutek, który przez parę godzin chodził za nim po parku, a po drugiej kropli chłopak nawet poczuł wesołość. „Co mi tam Zosia!“ — pomyślał.
— O! — zawołał Radcewicz. — Już służba staje przed sienią. Pewnie nadjeżdżają. Więc i my pójdźmy witać hrabiego Kajetanowicza.
— Pocóż my mamy go witać? — odezwał się Józef uśmiechnięty.
Radcewicz zmarszczył brwi i ostro spojrzał na Trawińskiego.
— Ja, widzisz kawalerze, muszę go witać, gdyż jestem sługą, a ty zrobisz, jak zechcesz. Na twojem jednak miejscu stanąłbym między innymi, ażeby zobaczyć coś naprawdę ciekawego.
— Taki dziwak? — wtrącił Łoski.
— Dziwak to za mało!... Wreszcie zobaczy go pan profesor i sam oceni. Według mego widzenia rzeczy, to on albo jest skończony warjat, albo gra komedję, nie wiem w jakim celu. Czy w ten sposób chce zbadać ludzi, którzy go otaczają, czy lęka się zdrady, czy naśladuje nieboszczyka Władysława Turzyńskiego, który też wyprawiał awantury, choć nie w tym stopniu... No, naturalnie, że jadą — mówił Radcewicz, patrząc w okno. — Chodźmy, panowie, kto chętny.
Łoski, z miną bardzo zadowoloną, wziął kapelusz; naśladował go Józef, czując, że jest ogromnie kontent. Zdawało mu się, że w tej chwili mógłby Zosi śmiało spojrzeć w oczy i szepnąć: — Już wyleczyłem się z moich przywidzeń. Wezmę od Nieznanego osiemnaście tysięcy rubli i basta! — W chwilę jednak później projekt ten wydał mu się niesmaczny, a nawet bezwstydny.
Gdy we trzech wyszli na dziedziniec, deszcz wcale nie padał i drogi zaczęły podsychać; niebo jeszcze było okryte szaremi chmurami, ale, pod wpływem wiatru, tu i owdzie zaczął przeglądać błękit. Przed głównemi drzwiami pałacu zgromadziła się cała służba w liberji, lub w czarnych frakach.
— Cóż? — ostro zapytał Radcewicz.
— Pan hrabia już w alejach, a jaśnie państwo schodzą na dół — odpowiedział stary kamerdyner.
Jakoż od strony alei dolatywało trzaskanie batów, a na schodach słychać było szelest kroków i rozmowę kilku osób. Po chwili ukazała się Zosia z panną Klęską i Róża Turzyńska z panną Sobolewską. Za niemi, uroczystym krokiem, szła pani Dorohuska pod rękę z panem sędzią, a na końcu — Podolak, mizerny i zakłopotany. Józef pomyślał, niewiadomo z jakiej racji, że piękny kleryk, gdyby mógł, zakopałby się pod ziemię.
„Rozumiem go! — rzekł w sobie Trawiński. — Nie czuje ochoty do robienia owacyj, a biedak musi... Jakie to szczęście, że nie jestem stypendystą Turzyńskich!“
Pani Dorohuska zgóry spojrzała na kłaniającą się służbę, lekkim ruchem głowy odpowiedziała Radcewiczowi, nieco uśmiechnęła się do Łoskiego i jakby zamglone oczy przez dłuższą chwilę oparła na Trawińskim. Jednocześnie kareta, powóz i furgon pędem wjechały na dziedziniec i kareta zatrzymała się przed wjazdem. Dwu lokajów podbiegło, aby otworzyć drzwiczki, w których ukazała się dziwna figura. Był to człowiek lat około trzydziestu, z twarzą bladą, o rysach delikatnych, z małemi wąsikami i bródką hiszpańską. Ubrany w długie palto, na głowie miał czarny, miękki kapelusz, a na piersiach — koszyczek, za pomocą granatowej wstążki zawieszony na szyi. Gdy Józef przypatrzył się lepiej, spostrzegł, nie wierząc własnym oczom, że z koszyczka wygląda duży kłębek białej bawełny i cztery druty wnizane — oczywiście w pończochę...
Trawiński o mało nie roześmiał się głośno. Uśmiech jednak zastygnął mu na ustach, gdyż w tej chwili zdarzyła się rzecz niezwykła. Szare obłoki z lewej strony pałacu rozdarły się i potok słonecznego światła spłynął na ładną twarz, na skurczoną osobę hrabiego Kajetanowicza i na jego koszyczek z zaczętą pończochą.
— No, patrzcież! — zawołała pani Dorohuska, wskazując ręką na niebo i na gościa. — Czyliż to nie jest znak?...
— Nawet natura wita szanownego kuzyna w Klejnocie! — rzekł sędzia.
Tymczasem hrabia drobnym krokiem podbiegł do stojącej przed pałacem gromadki. Z namaszczeniem ucałował prześliczną rękę pani prezesowej, nadstawił oba policzki panu Turzyńskiemu i zawołał nieco piskliwym głosem:
— Jakżem szczęśliwy, że znowu widzę szanowną i kochaną kuzynkę!... Prawdziwie jestem zachwycony, że szanownego kuzyna zastaję w dobrem zdrowiu! A to kuzyneczka? — spytał zbliżając się do panny Klęskiej. — Niedawno żegnałem ją jako ładną panienkę, a dziś witam jako prześliczną pannę...
Mówiąc tak, w niedwuznaczny sposób zabierał się do ucałowania panny Pauliny.
Na twarz prezesowej uderzyły ognie. Szybko porwała za rękę hrabiego i zwracając go do zakłopotanej Zosi, rzekła:
— Oto Zosia Turzyńska... Kuzyn już jej nie pamięta?
— Ale gdzież tam! — odparł z najlepszą miną Kajetanowicz. I podając rękę Zosi, rzekł:
— Miło mi przypomnieć się kuzynce, którą tak niedawno pożegnałem jako młodą dziewczynkę, a dziś witam, jako śliczną panienkę.
— E... he... he!... — zarżał sędzia Turzyński. — No, to już chyba idźmy na górę.
Tymczasem Staś, wysiadłszy z powozu, wyprawiał bajeczne gęsta w kierunku Trawińskiego, który udawał, że nic nie widzi.
Z karety wysunął się przystojny brunet z szafirowemi oczyma i czarną brodą. Kajetanowicz widocznie przypomniał go sobie, gdyż odwrócił się, wyciągnął rękę i rzeki:
— Szanowna kuzynka pozwoli przedstawić...
— Ależ mam przyjemność znać doktora Płótnickiego!
— Szanowny kuzyn — ciągnął niezmieszany hrabia — pozwoli przedstawić sobie mego przyjaciela, doktora Płótnickiego.
— Już kiedyś miałem zaszczyt być przedstawiony panu sędziemu — odezwał się niskim basem doktór. Poczem obaj panowie podali sobie ręce.
— Proszę panów na górę, do ich pokojów — rzekł Turzyński. — Za pół godziny mamy obiad.
Kiedy goście zniknęli w ogromnej sieni pałacu, Józef wziął pod rękę Łoskiego i prowadząc go w stronę oficyny, szepnął:
— Panie, widział pan? Przecież on w tym koszyku ma pończochę z drutami. Więc on robi pończochę?...
— Mój drogi, co tobie to szkodzi? — odparł Łoski. — Czy wolałbyś, ażeby zamiast robić pończochę, robił plotki?
Józef nieco obraził się, ale nie było czasu na spory. Gdy weszli do mieszkania, trzeba było przebrać się na uroczysty obiad, a więc w czarne garnitury. Do pracy tej Łoski przystąpił z wielką powagą: kilkakrotnie oczyścił smoking, z kamizelki zdmuchnął każdy pyłek, ale najwięcej czasu poświęcił zawiązywaniu krawata. Wyginał się przy tem, uśmiechał, przymrużał oczy; lecz gdy Józef spojrzał na niego uważniej, nie mógł pohamować wybuchu wesołości; jego bowiem eksnauczyciel i przyjaciel, roztargniony, jak zwykle, krygował się przed ścianą, na której wcale nie było zwierciadła. Gdy go zaś chłopak ostrzegł, Łoski zawołał zdumiony:
— No i patrzaj!... Byłem pewny, że się przeglądam w lustrze...
Prędko poszli do pałacu, do sali jadalnej, gdzie Radcewicz dyrygował służbą, lecz gdzie pani Komorowskiej już nie było. Łoski wiedział, że wyjechała, lecz mimo to machinalnie zapytał kamerdynera:
— Cóżto, pani Komorowska nie zdrowa?
Nim zapytany zdążył odpowiedzieć, wielkie drzwi otworzyły się i ukazał się w nich hrabia Kajetanowicz, prowadzący panią Dorohuską, za nim doktór Płótnicki z panną Sobolewską, sędzia Turzyński z Zosią, Permski, Podolak i inni. Przy stole każdy gość zajął swoje miejsce, tylko między prezesową i Łoskim usiadł Kajetanowicz, a doktór Płótnicki zastąpił nieobecnego Pomorskiego.
Podolak, siedzący przy węższym końcu stołu, obok Stasia, odmówił modlitwę, którą obecni wysłuchali stojący. Hrabia był roztargniony, a gdy podano rosół, zapytał półgłosem swego lokaja, który stał za krzesłem:
— A nie wiesz, na czem rosół?
— Wołowina, cielęcina i drób, jaśnie panie — odpowiedział równie cicho służący.
Hrabia jakby wahał się; oczy jego błądziły po obecnych, wreszcie zatrzymały się na Płótnickim.
— Czy doktór sądzi, że mogę jeść ten rosół? — zapytał. — Bo w nim jest wołowina.
— Może hrabia, może! Na moją odpowiedzialność. Byłem w kuchni i wiem, że cały obiad jest arcyhigjeniczny — odrzekł z powagą lekarz.
— Ja go dysponowałam, kuzynie! — wtrąciła z lubym uśmiechem prezesowa.
Kajetanowicz zjadł kilka łyżek, lecz nagle przestał. Spostrzegłszy zaś, że obecni przypatrują mu się z pod oka, rzekł:
— To bardzo pięknie, że u kuzynki spożywanie darów bożych zaczyna się od modlitwy. W czasach, kiedy masonerja tak mocno podnosi głowę...
— Turzyńscy zawsze z Bogiem! — przerwała Dorohuska.
Hrabia zatarł ręce.
— Prześliczny aforyzm! — zawołał. — Kuzynka pozwoli, że go zanotujemy... Prawda, doktorze?... Powiemy w taki sposób: Kajetanowicze i Dorohuscy zawsze z Bogiem...
— I Turzyńscy — dodała prezesowa.
— I Turzyńscy! — potwierdził hrabia. — O tak... i Turzyńscy... Pan doktór zapamięta?
— Z pewnością! — odrzekł lekarz, ocierając serwetą brodę.
Rumiana i blada naprzemian pani Dorohuska siedziała na krześle, jakgdyby, zamiast aksamitem, było obite skórą jeża. Wreszcie, chcąc za wszelką cenę pobudzić innych do rozmowy, zwróciła się do Permskiego:
— Pan profesor codzień odbywa swoje zajmujące spacery?
— Kanieczno! — odpowiedział, wsadzając w zęby wykałaczkę. — Ja, bodaj że najlepiej ze wszystkich państwa, poznałem tutejsze okolice.
— Pan profesor zajmuje się etnografją... chciałam powiedzieć: archeologją?
— Przeważnie fołkłoristiką — odparł Permski.
— Folklorystyką! — półgłosem wtrącił Łoski.
— Folklorystyka?... folklorystyka? — powtarzał Kajetanowicz, trzymając nóż i widelec nad kawałkiem rozgotowanego kurczęcia. — Folklorystyka?... my to gdzieś mamy zapisane... Prawda, doktorze?
— Hrabia ma nawet bardzo ładną bibljoteczkę folklorystyczną — odpowiedział spokojnie Płótnicki, już oswojony z odezwaniami się swego pacjenta.
— Pryh! — parsknął Staś i zerwał się od stołu. — Aha!... a-ha!...
Wybiegł, a za nim Łoski i doktór. Wkrótce jednak wrócili obaj: doktór obojętny, Łoski jakgdyby tańczył menueta.
— Cóż mu się stało? — zapytała fioletowa na twarzy pani Dorohuska.
— Udławił się małą kosteczką, ale usunęliśmy ją — odpowiedział doktór, biorąc się na nowo do sztuki mięsa.
— I poszedł do siebie odpocząć — dodał Łoski.
Strapiony Turzyński na jednego i drugiego spojrzał z wdzięcznością. Permski dłubał w zębach i patrząc w sufit, westchnął, co jeszcze bardziej przygnębiło panią Dorohuską. Ażeby znowu nie odezwał się z czems niefortunnem, prezesowa atakowała go w dalszym ciągu:
— I dziś był pan profesor na spacerze, pomimo niepogody? Ale zapewne gdzieś niedaleko?
— Nie całkiem blisko, bo w Turzycach — odrzekł Permski.
Piorun, uderzający w środek stołu, nie zrobiłby większego wrażenia: Radcewicz stanął jak posąg przy kredensie, sędzia spuścił głowę, pani Dorohuskiej ręce opadły. A tymczasem Permski mówił dalej:
— Majątek piękny, wielkie bogactwa, a ten pan Nieznany ostro gospodaruje. Zbudował gorzelnię i cegielnię, a teraz myśli o cukrowni i z okolicznymi obywatelami umawia się o uprawę buraków.
— Pan Nieznany?... pan Nieznany?... Czy to nie plenipotent kuzyna? — zapytał nagle Kajetanowicz, zwracając się do Turzyńskiego.
— Właśnie dziś przypomnimy kuzynowi, kim jest pan Nieznany — przerwała Dorohuska.
— I dla służby wspaniałe mieszkania pobudował — ciągnął dalej Permski. — Każde dwie rodziny mieszczą się w osobnym domku, a przy każdym domku są dwa ogródki.
— Musimy to zobaczyć!... prawda, kuzynko? — przerwał Kajetanowicz. — Doktór wciąż trapi mnie, ażebym dla mojej służby powznosił domki. Trzeba się przekonać, jak to wygląda w rzeczywistości. Musimy tam koniecznie pojechać. Prawda, kuzynko? A nawet pojedziemy wszyscy, jak tu jesteśmy. Będziemy mieli ładny spacer. Prawda, kuzynie?
— Musimy jednak zaczekać na pogodę — wtrąciła Dorohuska.
— Prawda! prawda! — mówił hrabia. — Przecież tam spoczywa w grobach wojewoda Joachim Kajetanowicz i biskup Marcin Kajetanowicz... Doskonale znam historję trzech naszych rodów: Kajetanowiczów, Dorohuskich i Turzyńskich. O! musimy tam pojechać i to jak najprędzej.
W oczach pani Dorohuskiej błysnęła jakaś myśl; twarz jej straciła fioletowy odcień. Dama nagle wyprostowała się i rzekła stanowczym głosem:
— Owszem, pojedziemy tam! Pomysł hrabiego jest znakomity. My powinniśmy tam pojechać. Turzyńscy muszą tam pojechać i choćby tylko powierzchownie obejrzeć, co się dzieje z ich majątkiem. Bóg zesłał kuzyna — mówiła, zwracając się do Kajetanowicza. — Nie napróżno rozsunęły się chmury i słońce oświetliło cię, kiedyś tu stanął przed pałacem... To był znak, tylko nie wszyscy poznaliśmy się na nim!
Mówiła podniecona, nieledwie triumfująca. Mimo to rozmowa nie ożywiła się już do końca obiadu, który zeszedł nieprzyjemnie.
Gdy podano czarną kawę, hrabia rzekł:
— Ja kawy nie pijam i wogóle trunków; pozwolą więc państwo, że wezmę się do mojej własnej rozrywki... Karolu, przynieś koszyczek! — zwrócił się do swego lokaja.
Służący wybiegł, po paru minutach wrócił i podał koszyk, który hrabia otworzył, wydobył kłębek, druty i z wielką wprawą zaczął robić pończochę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.