Przemiany (Prus)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Dopiero o siódmej rano zbudził się Trawiński ze snu głębokiego jak nicość. Gdy uchylił powiek, zobaczył, że znajduje się w wielkim pokoju z dwoma oknami i leży na żelaznem, czysto posłanem łóżku. Jedno z okien było otwarte; tyłem zwrócony do dziedzińca siedział w niem na fotelu Łoski i czytał książkę, zlekka wybijając takt palcem.
„Żony, kochanki — mówił półgłosem — płacz mnie nie wzruszy, bo nim zaświta poranek, nim słońce zajdzie, łzy jej osuszy nowy mąż, nowy kochanek.“
— Cudo! — mruknął pedagog. — Ale kto dziś czyta te piękności? Wolimy koncepty pism humorystycznych.
I znowu czytał cicho:
„Więc dziś po świecie błądzę szerokim sam, pędząc życie tułacze. Naco mam płakać?... za kim?... i po kim?... gdy po mnie nikt nie zapłacze?...“
— Każdy z nich mógł to samo powiedzieć — mówił Łoski. — Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, Lelewel, wszyscy jenerałowie.
Zachodzi teraz inna kwestja: czy wspaniały wykrzyknik — „Jedźmy... nikt nie woła!“ — nie urodził się pod wpływem westchnienia: „Gdy po mnie nikt nie zapłacze?...“
Słuchając tych szeptów, Józef przypomniał sobie, że od wczorajszego wieczora bawi w Klejnocie, w pokoju Łoskiego, z którym rozprawiali do drugiej w nocy. I nagle jak błyskawica zbudziła się w nim myśl, że ten młody a już zasuszony pedagog, Łoski, żyje tylko dwoma ideami: ojczyzną i jej mową. Umiał on mnóstwo rzeczy, był kilka razy zagranicą, wiele widział, z wieloma ludźmi stykał się, a całą swoją wiedzę, doświadczenie i znajomości ciągle i jak najściślej kojarzył z Polską. Co Polska będzie miała z tego? w czem Polska jest podobna do innych społeczeństw? czego w niej niema i jakby to wprowadzić?
Wielkich zaś poetów polskich odczytywał tak często, że prawie umiał ich napamięć, a raz mimowoli wypowiedział przed Trawińskim takie zdanie:
— Wiesz, czasem zdaje mi się, że ja tych ludzi osobiście znałem, rozmawiałem z nimi. A kiedy zastanawiam się nad tem, poczyna budzić się we mnie coś, jakby wiara w istnienie dawniejsze. I pytam samego siebie, czy ja już raz nie żyłem na tej ziemi, wśród pokolenia emigrantów z roku 1831-go?
To przypominał sobie Józef, a tymczasem Łoski znowu począł szeptać:
„Za kilka godzin rumiane zorze błysną promieńmi złotemi; zobaczę niebo, zobaczę morze, lecz nie zobaczę mej ziemi...“
W tem miejscu głos załamał mu się. Jednocześnie Trawiński wyskoczył z łóżka, pobiegł do fotelu i zaczął całować piękną głowę swego niegdyś korepetytora.
— Co to jest? — wykrzyknął Łoski. — Moje binokle!
Oprzytomniał i z uśmiechem patrząc na Józefa, rzekł:
— Chciałeś mnie przestraszyć?... w dzień?...
— Nie, panie. Ja tylko chciałem powiedzieć, ale niech się pan nie obrazi, że pańskim patrjotyzmem i szlachetnością możnaby obdzielić nas wszystkich, jacy jesteśmy w Klejnocie i jeszcze niewiele ubyłoby panu.
Łoski machnął ręką.
— Tak zwykle wyraża się młodzieńczy zapał — rzekł. — I nie dziwię się temu. Masz lat dziewiętnaście, znalazłeś się w jednej z najpiękniejszych okolic naszego kraju, ranek jest cudowny, powietrze od tych jodłowych lasów upajające. Więc serce musiało przepełnić ci się radością i uściskałbyś nietylko taką jak ja pokrakę, ale cały świat...
A co się tyczy patrjotyzmu — dodał surowiej — radzę ci być mniej hojnym w rozdawaniu tego tytułu. Patrjotyzm to świętość, no a nam wszystkim bardzo do niej daleko. Chcesz jeść?
— Och, pan ma zwyczaj zaraz oblewać zimną wodą!
— Oblej się nią sam, tu, za parawanem, a ja tymczasem poproszę o śniadanie.
Józef ochłonął i rzucił okiem po pokoju. Były tu półki z książkami, dwa stoliki i parę krzeseł również zarzuconych książkami. Mimo to było widać, że podłoga jest codzień czysto zamiatana, wszystkie sprzęty wycierane z kurzu i że ktoś usiłuje nawet książki ustawiać symetrycznie, bodaj czy nie według koloru okładek.
Łoski dotknął elektrycznego dzwonka i po chwili weszła schludnie ubrana służąca z bukiecikiem niezapominajek w ręku.
— Całuję rączki panu profesorowi. Nasza panienka przysyła te kwiatki.
— Co? Państwo już wrócili?
— Nie — mówiła służąca — ale panienka, wyjeżdżając, kazała ten bukiecik oddać panu profesorowi.
Łoski uśmiechnął się jakby ze skromnym triumfem i chwiejąc głową, odparł:
— Proszę panience bardzo podziękować, jak wróci, i powiedzieć, że kwiatki są prześliczne. A teraz, Józiu, co będziesz pił? Kawę?... herbatę?...
— Nie mam apetytu — odpowiedział Trawiński za parawanem. Serce ścisnęło mu się w przykry sposób, gdy usłyszał, że Zosia kazała przysłać pęk niezapominajek Łoskiemu. Sam profesor jakby coś stracił ze swej wartości w jego oczach.
„Nie wiedziałem, że ten święty człowiek bałamuci młode panienki!“ — pomyślał Józef.
— W takim razie proszę o dwie porcje kawy — rzekł Łoski do służącej. — I niech pani Katarzyna, z łaski swej, włoży te kwiatki w wodę...
Służąca włożyła bukiecik do szklanki i wyszła po kawę. Łoski zaś, powąchawszy kwiatki, postawił je na oknie, obok łóżka Józefa.
— Mnie się zdaje, że taki prezent powinien stać na pańskiem oknie — odezwał się z za parawana Trawiński.
— Na twojem jest mniej światła — odpowiedział Łoski, nieznacznie uśmiechając się.
Przyniesiono kawę w maszynce, śmietankę w porcelanowych garnuszkach, bułki na platerowanym koszyku z herbem, przedstawiającym głowę tura. Józef pił i jadł bez apetytu, częścią z powodu owych niezapominajek, przysłanych przez Zosię Łoskiemu, częścią dlatego, że kawa była mniej dobra, aniżeli u ciotki Wodnickiej. Tam przygotowywała ją sama gospodyni domu, tutaj kawiarka, albo klucznica.
Ustawiając naczynia i nalewając kawę, Katarzyna opowiadała Łoskiemu najświeższe wiadomości z Klejnotu. Więc naprzód, że państwo Turzyńscy i pani Dorohuska przyjadą do domu na obiad, który zapewne będzie wystawny, bo kucharz bardzo klnie. Więc pan Andrzej Turzyński i Zygmunt Pomorski bardzo wcześnie poszli na ryby, z zamiarem ułowienia czegoś na obiad. A nareszcie pan profesor Permski pojechał do miasteczka kupić odzież dla jakiegoś uczonego pastucha.
— Oho! — rzekł Łoski — to już pan Dymitr dowiedział się o Szczepanku?... Bodaj czy nie zacznie się nowa serja apostolstwa!
— A panowie Byvatakowie, ojciec i syn, wybrali się także naprzeciw pani Dorohuskiej, choć mówili, że tylko do miasteczka — opowiadała w dalszym ciągu Katarzyna.
— A panienki wstały już? — zapytał Łoski.
— Wstały, nawet rano. Ale panna Róża jest czegoś smutna, panna Paulina chciała grać na fortepianie, ale potem rozmyśliła się, a panna Krystyna pisze listy. Żeby choć do narzeczonego! — westchnęła Katarzyna. — Ale jej nie do narzeczeństwa.
— O widzisz — rzekł Łoski do Józefa, kiedy służąca opuściła pokój. — To tak, jakbyśmy w Klejnocie drukowali „Kurjera“. Każdego ranka wiemy o wszystkiem, co się stało.
Pijąc kawę w pięknej porcelanowej filiżance i jedząc bułkę z masłem, Józef rozmyślał, czy Łoski jest bałamut, czy tylko ma wyjątkowe szczęście do kobiet. Bukiecik niezapominajek zranił mu serce jak zatruta strzała; mimo to Józef uznał, że Zosia ma prawo kochać, kogo jej się podoba, a więc i Łoskiego, i że on, Józef, ma obowiązek poświęcić wszystko dla szczęścia Zosi, a więc i — swatać ją z Łoskim, jeżeli taka będzie jej wola.
Stopniowo żal jego do przyjaciela zmniejszał się, zazdrość gasła. Natomiast nie mógł pohamować oburzenia, widząc, jak obojętnie zachowuje się Łoski wobec bukieciku. Możnaby nawet powiedzieć, że nietylko na niego nie patrzył, lecz wcale o nim zapomniał, co było oczywistem bluźnierstwem wobec Zosi. Więc, ażeby wynagrodzić panience choć w części brak hołdów ze strony człowieka, któremu oddała serce, Józef, korzystając, że Łoski znowu pogrążył się w czytaniu, zaczął niby wyglądać przez okno, nieznacznie wyjął z bukieciku jedną niezapominajkę i — na wieczne czasy — schował ją do portmonetki między drobne.
Nagle profesor uderzył się w czoło.
— Gapia uciąłem! — zawołał. — Czytam sobie, jakgdybym nie miał nic do zrobienia. Przecie ty wcale nie znasz pałacu, ani parku. Poczekaj, obejrzymy teraz pałac.
— Czy to jest coś osobliwego? — zapytał Józef.
— Jużci nie jest to ani Wilanów, ani Łazienki — odparł jakby zakłopotany Łoski — ale zawsze warto obejrzyć, choćby dla orjentowania się w rozkładzie sal, gdy nas tam zaproszą. Turzyce są wspanialsze i ciekawsze, lecz tam wątpię, ażebyś miał sposobność być, przynajmniej tych wakacyj.
Opuścili pokój, oficynę i wyszli na dziedziniec, ozdobiony sadzawką, trawnikami, kwietnikami i dwoma staremi lipami. Józefa uderzyła pustka i cisza. Nikt nie chodził, nie rozmawiał; szemrała tylko woda fontanny, bijącej na środku sadzawki, i szeleściły listki akacji. Józef spostrzegł, że drogi nie są zbyt świetnie utrzymane, choć je dziś wygracowano, i przyszło mu na myśl, że jednak w tej rezydencji mieszka więcej smutku, aniżeli pańskości.
Weszli pod ogromne kolumny i do przysionka, gdzie na prawo i na lewo stały wieszadła na odzież panów, ławy dla służby i parę wysokich zwierciadeł na pociechę dam. Czworo wielkich drzwi prowadziło do pokojów na dole, a szerokie schody marmurowe na pierwsze piętro.
— Jak tu pusto! — szepnął Józef, dziwiąc się odgłosowi własnych kroków na kamiennej posadzce.
— A kiedyś, dawniej, jak tu musiało być ludno i huczno! — odpowiedział Łoski. — Dla mnie ten dom jest symbolem dziejów naszej arystokracji: była potężną i otaczaną, dziś jest bezsilna i opuszczona.
W tej chwili otworzyły się jedne z drzwi bronzowego koloru i stanął w nich człowiek wysoki, z siwą głową i faworytami, w kamizelce, na której zwieszał się gruby złoty łańcuch. Na żylastych rękach miał zawinięte rękawy czystej koszuli, a na nogach przydeptane pantofle.
— Moje uszanowanie panu Radcewiczowi! — odezwał się Łoski. — Cóżto, pan sam pracuje?
— A, to pan profesor? — zawołał, uśmiechając się, starzec. — Sam, zawsze sam pracuję!... Młodzi wolą łachać po parku, albo wysypiać się w kątach. A wreszcie czy to każdemu można powierzyć naprzykład srebra?
— Mój przyjaciel, Józef Trawiński — rzekł Łoski, wskazując na Józefa.
— To pewnie ten młody kawaler, którego pan oczekiwał?... Piękny byłby ułan! Zapewne radby zwiedzić pałac?... Proszę, bardzo proszę... Zaczniemy od fundamentu.
— Co, do piwnic zaprowadzi nas pan? — zapytał Łoski.
Starzec machnął ręką.
— Niema tu piwnic — rzekł. — To tylko piwniczki. Prawdziwe piwnice są tam... w Turzycach. Ale w Turzycach już ja nie będę, dopóki włada w nich uzurpator. Fundamentem zaś nazywam pokój jadalny, bo to podstawa życia. Jeść potrzebuje każdy człowiek, nawet książęta i biskupi... Proszę...
Otworzył drzwi i szerokim gestem wskazał młodzieńcom, ażeby weszli.
— Naprzód — mówił — zwracam uwagę kawalera, że tu wszystkie drzwi, w całym pałacu, drzwi — mahoniowe... Były... A wszystkie klamki i zawiasy ze złoconego mosiądzu... Czy to kawaler zasługujący na zaufanie? — zapytał półgłosem Łoskiego.
— Może mu pan wierzyć, jak mnie.
— Piękna rekomendacja! — rzekł starzec. — W takim razie będę szczery... zupełnie szczery... Niestety!...
— Skądże ten desperacki wykrzyknik? — zapytał Łoski.
— Bo tu u nas dużo się zmieniło od czasów mojej młodości — ciągnął Radcewicz. — A ponieważ, jak mi mówiono, dzieje się tak w całym kraju, więc nie mam powodu do radości. Ale co tam!... Oto jest poczekalnia: sprzęty proste, skrzynka na kwiaty, których jeszcze gałgan ogrodniczek nie przyniósł. Godnym uwagi jest zegar gdański i lustro, w którem (tu zniżył głos) przeglądał się Kościuszko... Ale zegar jest teraz inny i lustro inne. Tamten zegar wskazywał dnie tygodnia i odmiany księżyca, a lustro ma podobno stać w pokoju pana, chociaż...
Józef spojrzał na Łoskiego, ale ten miał oczy spuszczone.
Przeszli do następnego pokoju o trzech oknach. Na środku znajdował się potężny stół, oparty na sześciu nogach rzeźbionych, otoczony krzesłami, obitemi skórą. Pod jedną ścianą stał komin kaflowy, obok niego mały kredens, pod drugą — wznosił się wielki kredens, pod trzecią — duża, ciężka szafa. Wszystkie sprzęty były z ciemnego drzewa, na ścianach tu i owdzie wisiały majolikowe talerze i półmiski, na małych półeczkach stały wazony chińskie.
Radcewicz wyjął z kieszeni pęk kluczyków i otworzył szafę, zamkniętą na dwa zamki. W dolnej części wypełniały ją srebrne łyżki, widelce i noże, w górnej srebrne wazy, półmiski i salaterki.
— Co? — zapytał, zwróciwszy się do Trawińskiego.
— Tu chyba musi być z kilkaset funtów srebra — rzekł Józef.
Starzec pokiwał głową.
— Tu — rzekł zniżonym głosem — jest tylko trzy tuziny srebrnych nakryć, a reszta... Reszta platery!... I o tem wie każdy lokaj, każdy parobek, każdy Żyd w miasteczku. Ten kominek był z kararyjskiego marmuru... Na miejscu tych kredensów stały arcydzieła sztuki stolarskiej, rzeźbione przez mistrzów snycerzy...
— Cóż się z tem stało? — zapytał Józef. — Rabowali?
— Nikt niczego nie rabował — odparł stary. — Wszystko dobrowolnie poszło między ludzi i przyozdabia dziś, albo ja wiem, czyje mieszkania? Idźmy dalej.
Wyszli znowu do sieni i minąwszy schody, dostali się do prawego skrzydła pałacu.
— Gabinet pana Zygmunta Turzyńskiego — mówił starzec. — Tu już wszystko nowożytne: szafa bibljoteczna, półka z książkami podręczna, biurko. Widzi pan? Tylko ten fotel pamięta czasy Ludwika XIV-go.
A to — prawił, otworzywszy drzwi następnego pokoju — to sypialnia naszego pana. Na kanapce dwie osoby mogłyby się wyspać, a na łóżku potańcować. Szafa z lustrzanemi drzwiami... stolik nocny... Jedyną rzeczą, mającą wartość, jest ten klęcznik, na którym odmawiał pacierze jeszcze kasztelan Turzyński, pradziad naszego. Niegdyś w gabinecie wisiały gobeliny, a ściany sypialni były obite jedwabiem.
— I gdzie się to podziało? — zapytał Józef.
— Poszło trochę na konie, trochę na karty i ładne kobiety, a potem — znowu na ładne kobiety i karty. Karty, panie, to najżarłoczniejsze zwierzę pod słońcem, zaś ładne kobiety mają nadzwyczajną wartość. Tylko historja sreber jest inna. Naczynia srebrne sprzedał nasz pan, ażeby wydobyć z kłopotu swego kuzyna, który jakieś tam wekselki po... tego... ten... Uratował z kryminału człowieka, którego wyparł się własny ojciec.
— No, to jednak był niezwykły czyn — odezwał się Łoski.
— Pan Zygmunt miewa takie wybuchy — odparł Radcewicz, kiwając głową.
— A cóż się stało z tym kuzynem? — zapytał Józef. — Opamiętał się?
— Kuzyn, po wydobyciu go z niewoli babilońskiej — mówił, śmiejąc się, stary — na podziękowanie zamieszkał u nas, w Klejnocie i — przez wdzięczność — zaczął umizgać się do pani Zygmuntowej... Wyrzuciliśmy go za drzwi.
Tak rozmawiając, obeszli najważniejsze pokoje pałacu. Na pierwszem piętrze widzieli pokój panny Turzyńskiej, z białemi sprzętami i wcale dobrą kopją Madonny Rafaela nad klęcznikiem. Trawińskiemu zdawało się, że jest w świątyni, i nie mógł wydziwić się obojętności, z jaką Łoski patrzył na małe biureczko i skromne łóżko panienki, którą powinien był uwielbiać.
„A może on nie bałamuci panny Zofji?“ — pomyślał Józef. W tej samej chwili Łoski znowu wydał mu się najuczciwszym i najmędrszym człowiekiem na świecie.
Wkońcu obejrzeli wielką salę balową, gdzie był chórek dla orkiestry, a pod nim, na estradzie, fortepian koncertowy, na którym już od bardzo dawna nikt nie grywał koncertów. Radcewicz o każdej cząstce pałacu miał coś do opowiedzenia, zawsze dodając, że kiedyś było tu inaczej: inne drzwi, inne okna, inne obicia i sprzęty, które sprzedano, aby zastąpić je wyrobami może nie najgorszemi, ale nie mającemi żadnej pamiątkowej wartości.
Kiedy, opuszczając pierwsze piętro, znaleźli się znowu przy schodach, Radcewicz pożegnał ich:
— Widzieliście panowie mieszkanie magnata. Jużci ładne ono, ale nie odznacza się niczem. Coś w tym rodzaju mógłby mieć pierwszy lepszy dorobkiewicz, a może nawet i coś droższego.
Zupełnie inaczej znaleźlibyście w Turzycach: tam jest gniazdo rodu Turzyńskich. Tam widzielibyście zbrojownię hetmana Turzyńskiego, bibljotekę biskupa i kasztelana, obu mężów znakomitej wiedzy na swój czas, kaplicę, w której modliła się niejedna ze świątobliwych kobiet Turzyńskich, wreszcie groby rodzinne, gdzie spoczywają całe szeregi wielkich i zasłużonych mężów.
Może kiedy uda wam się tam być, ale już nie pod mojem przewodnictwem. Ja, gdybym tam nogą stąpił, zdaje się, zdechłbym na miejscu...
— Przepraszam pana — odezwał się Józef — ale dlaczego tak?
— Więc ty, kawalerze, nic nie wiesz, więc ci nic nie mówiono?... Przecież tam dziś grasuje przywłaszczyciel, jakiś pan Nieznany. A co gorsze, że niby posiada dokumenty, mianujące go właścicielem, i że autorem tej herezji jest rodzony brat pana Zygmunta, jeden z Turzyńskich... Władysław!...
Nie chce mi się wierzyć, jednak muszę i lękam się, że ten straszny przybłęda może utrzymać się przy zagrabionych, czy wyłudzonych majątkach.
Podał im ręce z zawiniętemi rękawami koszuli i prosił, ażeby kiedy, jeżeli będą mieli czas i ochotę, wstąpili do jego oficyny.
— Znajdzie się tam jaka lampeczka, a może i pierniczek — dodał.
Kiedy młodzieńcy zbiegli ze schodów i wyszli na dziedziniec, znowu pusty, na którym znowu słychać było tylko szmer fontanny, Józef głęboko odetchnął i zawołał:
— Bójcie się Boga, panie Feliksie, przecież ja podobnego faceta jeszcze w życiu nie napotkałem.
— A widzisz?... To jest stary sługa u starego rodu.
— Czemże on był? Coto za rodzaj specjalisty?
— Z pochodzenia — mówił Łoski — jest to syn jakiegoś szlachetki, który wychował się przy dworze Jana Turzyńskiego, dziada obecnego dziedzica. Jeździł z nim zagranicę, gospodarował, zajmował się końmi, bibljoteką, a że był ciekawy do książki, więc, jak mogłeś zauważyć, nawet wykształcił się i umie więcej, aniżeli przeciętny oficjalista. Dziś jest trochę rezydentem i marszałkiem dworu. Zdaje mi się też, że u pana Zygmunta musi mieć na procencie kilka tysięcy rubli, może więcej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.