Promień/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Promień
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV

W marcu i kwietniu Raduski zajmował się gorliwie utrwaleniem egzystencyi swojej gazety. Wkrótce po przyjeździe słyszał stąd i zowąd, że przed kilkoma laty wychodziła współrzędnie z Gazetą łżawiecką, organem, bez którego nie było możności uzmysłowić sobie miasta, druga kierowniczka opinii, pod bezinteresownem i skromnem zawołaniem Echa łżawieckiego, trzykroć w ciągu każdego tygodnia informująca Europę o losach gubernii, tudzież tej okolicy, a gubernię o losach wyż wzmiankowanej Europy. Na piętnaście miesięcy przed przybyciem Raduskiego Echo łżawieckie po dwuletniem wzywaniu do prenumeraty z takim skutkiem, jakby się rzecz odbywała w centrum pustyni Gobi czyli Szamo, chwiać się poczęło w posadach, zniżać do upadku, a wreszcie z właściwym hałasem runęło w grób na czas bliżej nie oznaczony. Żeby też jeden promyczek wiary w przebudzenie oświecał mogiłę tego pisma!
Tymczasem, ledwie upłynęło kilka tygodni ciszy, tak pożądliwej przez miasto, znowu, niby błyskotliwy fajerwerk, wyleciały na Łżawiec numery ze zwoływaniem jakiejś kategoryi mieszkańców, stale tytułowanych «ludźmi dobrej woli», ażeby ci «materyalnie i moralnie» et caetera et caetera. Na tem się wreszcie skończyło. «Ludzie dobrej woli» uspokoili się i odetchnęli. Ustało wzruszanie ramionami. Koncesyę piastował niejaki pan Okładzki, urzędnik jednego z biur gubernialnych, sławny w mieście z tak zwanej ostrości pióra. Ta ostrość przejawiała siłę swą głównie w trawestacyach utworów literatury romantycznej na modłę specyficznie łżawiecką, nie tyle dowcipną, ile pornograficzną, oraz w majstrowaniu cichych paszkwilów i karykatur, wysyłanych do pism humorystycznych warszawskich, w celu zgnębienia heretyków, którzy w jakikolwiek sposób obrażali czułość opinii gubernialnej.
Redaktor Echa starał się na wsze strony o «rzutkiego a głupiego» wydawcę, któryby chciał cisnąć w walkę dziennikarską z Gazetą jakąś ilość tysięcy rubli, ale o takiego nie było wówczas łatwo. Ludzie spali. Udało się, co prawda, podmówić kolegów i przyjaciół do składki na wydawnictwo. Dzięki temu Echo wstało z letargu; nie mogła taka wegetacya zbyt długo się przewlekać. Nim czytelnicy namyślili się, którą z gazet prenumerować, już Echo z braku «poparcia materyalnego i moralnego» zapadło w nowy somnambulizm.
W tym samym czasie Gazeta szła doskonale. Liczyła tysiąc z górą abonentów. Prenumerata, wynosząca pięć rubli rocznie, dawała jej pięć tysięcy rubli dochodu, a ogłoszenia pokrywały koszta bibuły i druku. Innych wypadków prawie nie było, gdyż cały zapas artykułów, przerobionych z gazet warszawskich, wklejał pracowicie w «łamy» sam redaktor, a raczej sam trzymający pierwsze nożyce, fejleton zaś wypełniały tłumaczenia powieści angielskich, na przestrzeni wiorst i mil stębnowane w kółku familijnem tegoż redaktora.
Gazeta była silnie, trzebaby powiedzieć, monstrualnie szlachecką, chociaż i zamożniejszemu mieszczaństwu nie odmawiała praw bytu i prenumeraty.
Wiadomości prowincyonalne czerpała dziewiczo z raportów, składanych w urzędzie gubernialnym, co ją zabezpieczało nie tylko od kłamstw reporterskich, ale także od zbytecznego wścibiania nosa; wypadki kościelne kreśliła bezpośrednio w przedpokoju władzy duchownej. «Tydzień polityczny» robiły nożyce, a plotki brukowe całymi koszami znosili usłużni moszterdzieje, częstokroć w nadmiernem mnóstwie, a całkiem bezpłatnie, bo tylko za cenę możności gadania, ile się zmieści.
Laury i okrągłe zyski Gazety nie dawały zdrzemnąć się redaktorowi Echa. Dzięki tej czułości, w parę dni po przyjeździe do Łżawca, Raduski zaszczycony został wizytą Okładzkiego. W pierwszej chwili wędrowiec nasz stanowczo uchylił propozycyę wskrzeszenia pisma, które i t. d. Jednakże po wyjściu ex-redaktora, ze szczególną przenikliwością wiedzącego wszystko, co się tyczyło funduszów — zaczął myśleć o tej kwestji. Następnego dnia roztrząsnął ją uważnie, ze wszech stron i wezwał publicystę do siebie. Ostre pióro stanęło w hotelu niezwłocznie i zgodziło się na wszelkie warunki, jakie mu Raduski przedstawił. Warunki te średnicowo zmieniały ton gazety. Miała ona stracić wszelką dotychczasową barwę, unikać polemiki z towarzyszką, a natomiast miała wytknąć sobie cel bytu i do tego celu zdążać bezustanku. Raduski proponował dwie rzeczy: primo, żeby gazetka była przedewszystkiem organem Łżawca i gubernii; powtóre chciał, żeby z niej uczynić informatora dla piśmiennictwa krajowego o bycie, stanie, losach, pracach i mocy produkcyjnej zakątka, którego wyrazem być miała. W rozumieniu jego gazeta w ten sposób prowadzona, a raczej na taki tor stale, a niepostrzeżenie wpychana, musiałaby z czasem przybrać charakter jakby umiejętnego wykładu o prowincyi. Miał tam być przedstawiony kolejno w dobrych opisach, któreby w fejletonie zastąpiły czcze banialuki angielskie, stan przemysłu fabrycznego i kopalń, rolnictwo w drobnej i wielkiej jego postaci, rzemiosło w miastach i na wsiach, handel wielki i drobny. Miały być podawane w formie, naprzykład, wesołych i dowcipnych wspomnień z wycieczek à la Heine opisy życia, mieszkań, dworów, chat, ruin, kościołów, cmentarzy, lasów, dróg, pól. Artykuły także musiały być pisane jasno a pięknie, żeby je wybornie zrozumiał i żeby się w nich rozkochał czytelnik. A czytelnikiem owym byłby szary, przeciętny człowieczyna «ze Łżawca», «z pode Łżawca», czy to z tamtej strony, od Sapów, czy choćby aż od samego hań Obrzydłówka. Fejleton barwny miał być z czasem zamieniony na poważny. Miał traktować o kwestyach najżywotniejszych, o kromce chleba czarnego i szczypcie soli, proponować wytwórczość rozmaitych rzeczy, dla których rynek zbytu gazetka miała poprzednio, specyalnie dla Łżawca wynaleźć i wiarogodnie opisać. Jedną z głównych rubryk miało stanowić wyjaśnienie zjawisk ekonomicznych, w sposób umiejętny i podnoszenie z naciskiem tych, które byt ekonomiczny Łżawca i całej prowincyi dźwignąć niewątpliwie mogły. Ponieważ istniała w mieście druga płachta, dająca wszelkie wiadomości brukowe i gubernialne, więc Echo winno było, według Raduskiego, mniej «łamów» przeznaczać na senzacyjne wypadki, wiadomości polityczne referować w treściwych i jasnych zdaniach, awantury zaś i bajdy tylko co ważniejsze i ciekawsze. Tym sposobem Echo łżawieckie miało stać się istotnym organem życia i wizerunkiem tego kąta kraju.
Pan Okładzki zaakceptował program, jak to mówią, z pocałowaniem ręki, a nawet z kilkakrotnem ucałowaniem obu, chętnie przyjął pensyę redaktorską, wynoszącą kilkanaście rubli miesięcznie, tudzież warunek, że utwory swoje, zarówno trawestacye, jak cięte satyry pomieszczać będzie w innych pismach.
Raduski, jako główny współpracownik Echa, musiał obejrzeć się za pomocnikiem literackim, któryby program jego wcielał w życie, gdyż sam nie miał żadnych talentów, aspiracyi i umiłowań dziennikarskich. Ex-redaktor, znawca ludzi, miejsca i stosunków, wskazał mu, dość zresztą niechętnie, pewne indywiduum urzędujące w sądzie, które, jakoby, płodziło na papierze «kawały», nie odznaczające się niczem, bo ani zadzierzystością pióra, ani dowcipem pieprznym.
Jednego z ostatnich dni kwietnia, gdy już sprawy formalne, ugoda z drukarnią, a nawet wydzierżawienie lokalu redakcyjnego załatwione zostały, Raduski udał się wprost do mieszkania młodego człowieka, który miał być główną osobą redakcyi.
Kiedy wszedł na ulicę Zasobną i myślał, jaki też ten człowiek być może, doświadczał prawdziwej trwogi. A nuż nie będzie można z nim się porozumieć, a nuż trzeba szukać kogoś w Warszawie, kogoś, co nie zna miasta i okolicy, ani stosunków, ani ludzi...
Snując niecierpliwie rozmyślania na taki temat, Raduski zatrzymał się przed posesyą pani Brenerowej. Była to miejscowość sławna, jeśli nie na całą gubernię, to z wszelką pewnością, na cały powiat. Tyłami sięgając przedmieścia, frontem zwrócony do ulicy Zasobnej, krył się w cienistych ogrodach szereg drewnianych budynków, a właściwie jeden dworek parterowy nadmiernej długości i niesłychanego kształtu. Od ulicy stał dom fundamentalny, na którym jeszcze można było wyróżnić samoistną figurę ścian i granice strzechy. Do tego pierwotnego dworku przybudowano z czasem drugi, mniejszy, tak chytrze i podstępnie, że obadwa zczepiły się węgłami, ścianami, dachem i zbutwiałością sosnowych rynien. Za drugim szedł trzeci, kilka stóp na prawo, jakby się obawiał wleźć w kałużę ścieżki, która w tem miejscu właśnie się wyginała. Dalej krzywiła się kleta do niczego niepodobna, koślawa, niska, cofnięta w tył i wlokąca za sobą dachy dwu sąsiadów. Od tego punktu domostwo znowu się bakierowało ku drodze, raptem szło w ogród i, tworząc w nim kąt prosty, urywało się w postaci murowanej kamieniczki. Naokół pachniał sad, czeremchy, zapomniane przez wszystkich, rosnące same dla siebie, dziko, bujnie, wolno i rozłożysto. Długie gałęzie zwieszały się z poza parkanu nad wąską dróżką, moknące jeszcze w rzetelnem błocie. W środku obszerniejszego podwórza, przed obórką, chlewem i drwalniami stało kilka fur chłopskich. Wyprzężone szkapięta zajadały garstki siana, rozłożone między deskami wozów, na których siedziały kobiety w chustkach i wełniakach. Trzech włościan rozmawiało z niską babiną miejską, ubraną w ogromne kalosze, wysoko ugiętą spódnicę, męskie palto z długimi rękawami, świecące się, jakby je na ten dzień wyczyszczono szuwaksem, i duży, czarny czepiec. Gdy Raduski stanął w podwórzu i zaczął wędrować z kamyka na kamyk, jejmość osaczyła go swoją uwagą, ścigała nieufnymi ruchami, a koniec końców krzyknęła głosem, w którym było daleko mniej uprzejmości, niż zakatarzenia:
— A czego to?
— Czy tu mieszka pan Grzybowicz, urzędnik? Pan Grzybowicz.
Miszka kochany pan Grzybowicz w tamtych drzwiach.
— Dziękuję pani dobrodziejce.
— Aha... Dziękuję... Grzybowicz! Możebyś mu pan powiedział, że to dziś dwudziesty szósty!
Raduski zapewnił tę niewiastę, że bezwarunkowo uwiadomi pana Grzybowicza o przemijaniu daty dwudziestego szóstego kwietnia — i wszedł do sieni wskazanej. Znalazł się w przejściu, obitem spróchniałemi deskami, a stamtąd wkroczył do kuchni. W sieni, w kuchence, w otwartej śpiżarni nie było żywego ducha, to też rezolutnie uchylił drzwi spotkane na drodze i, minąwszy trzy schody, trafił do stancyjki, jasno oświetlonej dwoma oknami. I ten pokój był pusty. Raduski zatrzymał się mimowoli. Okna były niezamknięte, a wychodziły wprost na parkan wielki, spróchniały i dziwnie smutny. O krok przed szybami stał niby nieubłagana, zazdrosna okiennica. Nad czarnym daszkiem, z którego większość gontów odpadła, rozpościerały się gałęzie drzewa jabłoni, rosnącej w ogrodzie sąsiednim.
Raduski uśmiechnął się niewiedzieć czemu do cudnej, lśniącej, soczystej jasnozielonej smugi liści, która niby pozdrowienie przyrody zaglądała do tego mieszkania. Sprzęty w pierwszej izbie były skromne nad wyraz. W drugiej widać było poręcz starej kanapy i róg stołu, zawalony plikami papierów.
Gdy Raduski postawił krok jeszcze, dał się stamtąd słyszeć okrzyk:
— Hela, to ty?
— Czy pan Grzybowicz jest w domu? — zapytał gość z bezwiednym ukłonem.
We drzwiach stanął człowiek młody, niskiego wzrostu, krępy i czupurny. Idąc ku Raduskiemu, prawą ręką wpychał machinalnym ruchem na nos binokle, a drugą osłaniał gors koszuli.
— Czy pan Grzybowicz? — zapytał przybyły.
— Tak jest.
— Nazywam się Raduski. Mam do pana interes, pewną prośbę, o której chciałbym pomówić. Czy ma pan wolną chwilę czasu?...
— O... Ależ... Natychmiast!
Mówiąc to, pan Grzybowicz cofał się szybko do drugiej stancyi i znikł w niej na czas bardzo długi. Słychać było stamtąd szelest, łoskot a nawet szczęk błyskawicznie dokonywanego stawiania pokoju w figurze wizytowej. Raduski skorzystał z tej chwili czasu, ażeby wznieść oczy ku pięknej gałęzi. Myśl jego nagle uciekła od rzeczywistości, od sprawy, z którą tu przyszedł, od wszelkich wreszcie interesów życia i zawisła nad czemś tak dalekiem, nad czemś tak nieuchwytnem i dziecinnem, jak pytanie, czy prace przyrody, czy nieobeszłe myślą czyny jej mają cel jaki, czy pracują dla kogo. Poco rośnie zielony krzew, dlaczego zagląda przez płot na człowieka, czemu tak go kochają nasze oczy?...
— Służę panu dobrodziejowi... Uprzejmie... Bardzo mi... Uprzejmie... — mówił pan Grzybowicz, odziany w surdut daleko mniej zniszczony, w krawat i kołnierzyk.
Raduski wszedł do sąsiedniego pokoju i siadł w kącie wybrzeża rozległej kanapy.
— Ma tutaj — zaczął mówić, wpatrując się badawczem okiem w twarz swego interlokutora — ma tutaj w Łżawcu powstać drugie czasopismo, Echo łżawieckie.
Echo łżawieckie?
— Ja należę do składu redakcyi, a raczej do grupy wydawców. Ponieważ słyszałem, że szanowny pan zajmuje się literaturą...
— Ja?... Ależ... Proszę pana... — mruknął pan Grzybowicz, rumieniąc się, jak dzieweczka i zwijając skrawki papieru.
— Ponieważ pan zajmuje się literaturą, chciałem prosić o współpracownictwo stałe. Moglibyśmy zaraz umówić się co do honoraryum miesięcznego.
— Miesięcznego?
— Nie potrzebowałby pan chyba opuszczać swych zajęć biurowych. Moglibyśmy naznaczyć godziny redakcyjne popołudniu i opracowywać artykuliki w tym czasie... — mówił pan Jan szybko, zły na siebie, że wyjawia całą propozycyę, nie zbadawszy człowieka.
Pan Grzybowicz mrugał prędko powiekami i wciskał co chwila swe binokle z taką zapamiętałością, jakby miał intencyę wydłubać sobie naraz obydwie gałki oczne. Po chwili dopiero rzekł głosem zmienionym:
— Panie dobrodzieju... Ja nie rozumiem... Ależ i owszem! Słyszane rzeczy!
— Czy pan pracował już w jakiej redakcyi?
— W redakcyi? Nie. Stale — nie. Zawsze paliłem się do tego, jak trociczka... Cóż, kiedy nie! Pisywałem stale na kursach do jednego pisma... tam... Ale to, proszę pana, to inne sprawy.
— Inne sprawy?... No, a później?
— Z drugiego kursu prawa wymydliło mię...
— Co pana wymydliło?
— E... nic... drobnostka... brak dochodów. Ożeniłem się. Tu człowieka wiatr zaniósł — i koniec. To jest ja pisywałem od dawna, no, ale to prywatnie.
— Niby jak to prywatnie?
— Uważa pan bez czyhania na druk. To tam literackie różne, rozmaite...
— Wiersze?
— Tj... Ale teraz ja nie waham się ręczyć, że opracowałbym z całą sumiennością, z całą sumiennością!...
Raduski zaczął objaśniać mu swój pogląd na gazetę i wyłuszczał w skróceniu projektowane artykuły. W miarę, jak mówił, twarz Grzybowicza bladła i jaśniała przedziwnie, jakby na nią blask padał. Z warg jego uśmiechało się uczucie, tak bezmierne, z oczu strzelał taki błysk namiętności, że aż w piersi Raduskiego zatlił westchnienie.
— Tym sposobem — prawił wydawca — możnaby prowincyę tutejszą prezentować krajowi, niby w dokładnem lustrze odbitą, interesy jej wiązać z interesami całego czynnego u nas ogółu, a, co jest rzecz pierwszorzędna, otwierać oczy, wskazywać niewyzyskane ugory wszelakiej pracy, wystawiać strony głupie, podłe, złe i zmuszać nie za pomocą napaści, lecz siłą argumentu — do reformy.
— Tak, tak, tak! — szeptał z cicha Grzybowicz, kiwając głową i wykonywując lewą ręką taki ruch, jakby kręcił procę. — A co się tyczy opisów, to ja gotów jestem za darmo, zupełnie za darmo! Ja to sam pragnąłem robić. Bazgrałem stąd do pism warszawskich podobne szkice życia przemysłowego i obywatelskiego ze Łżawca. Pisałem tak i owak. Próbowałem w kształcie feljetonów. Ale zazwyczaj redaktorowie odrzucali wszystko z wyjątkiem takich rzeczy, jak gradobicia, powodzie, teatry amatorskie, «zderzenia wagonów» etc. Jeżeli się nie trafił wielki pożar, bal publiczny, wybory w towarzystwie kredytowem ziemskiem, wizyta pasterska, to korespondencyi wcale nie zamieszczano. To, co pan mówił, usiłowałem w pismach popularnych. Ale i tam na nic. Pisma takie muszą mieć na oku rozległy i różnorodny teren, czytelnika z tylu prowincyi odmiennych, nie można tedy zapychać gazetki wiadomościami z jednego ustronia, traktowanemi tak szeroko. Zbierałem dane etnograficzne, pieśni, podania, legendy... Cóż z tego? Wszystko dorywczo, dorywczo... Ja mam trzydzieści pięć rubelfajgli miesięcznie. Resztę muszę dorabiać kopiowaniem papierów...
— Łaskawy panie...
Grzybowicz podniósł się z krzesełka, nieśmiało ujął rękę Raduskiego, zaczął ją śmiesznie a mocno wstrząsać i mówić:
— Teraz pan zwiastuje mi taką rzecz. Proszę pana, ja nie jestem w stanie wypowiedzieć, nie jestem w stanie wypowiedzieć...
W pierwszej stancyjce dał się słyszeć łoskot drzwi szybko roztwartych i weszła przez nie kobieta, młoda jeszcze, prawie podlotek, nieładna, w sukni starej, zniszczonej, ale bardzo sympatyczna. Wstrzymała się raptem na widok gościa i mierzyła go ciekawem, zdumionem spojrzeniem. Pan Jan wstał i złożył jej ukłon. Grzybowicz jąkając się, wymówił cichym głosem jego nazwisko, potem ustąpił żonie miejsca, a sam stojąc przy jej krześle, zaczął opisywać całą historyę propozycyi, którą mu przed chwilą zrobiono. Wykład ten urywał co moment i o czemś rozmyślał. Niespodziewanie zaczął mówić do Raduskiego:
— Żona moja jest córką tutejszego urzędnika z gubernii. Zapaliliśmy się do siebie jeszcze w sztubie. Pomagała mi, gdy byłem na kursach i gdym patrzał głodowi prosto w ślepie...
— Antoś... — szepnęła żona.
— Nic, nic... Czekajno! Byliśmy w sekrecie zaręczeni. Rodzicom jej wcale to nie smakowało, gdyż odrzuciła kilku starających się konkurentów z «pozycyą socyalną». Tymczasem trafił się konkurent z nadzwyczajną «pozycyą»: profesor gimnazyalny, młody elegant i z dobrej familii. Wtedy ją papa i mama zaczęli namawiać argumentem postronkowo-rzemiennym...
— Antoś!
— A więc do bata rodzicielskiego! W mieszkaniu było dzieci stadko, a ta sobie miłość długoletnią ze studentem!... Trza było sytuacyę ratować, uniwersytet puszczać kantem. Łatwo postanowić... Ale o miejsce w hierarchii ludzkiej nie tak łatwo! Wkręciłem się na trzydziestorublówkę i wzięliśmy ślub między ulewą łez, a grzmotami wyrzekań ojcowsko-macierzyńskich. Bieda nas zżerała nie byle jaka! W rok po urodzeniu się Władziunia (mamy syna, proszę pana, Władek się wabi), w rok po urodzeniu się... uuu!... była bryndza, tak węgierska, że dalej nie idzie...
— Tak źle nie było, mój mąż przesadza! — zaczęła mówić szybko pani Grzybowiczowa.
— Wtedy odchodziło kopiowanie papierów... huha! Gdy tylko wyzdrowiała, wnet się wzięła do tych lekcyi muzyki. Proszę pana... piętnaście kop lekcyjka, deszcz nie deszcz, zima nie zima! Musieliśmy nająć do malca służącą. W tych izbach, prawdę mówię, przeżyło się... Żona była bardzo chora, puściły się deszcze jesienne, chłody i jakieś wielkie, wielkie smutki... Ach, Boże! Dach tu przecieka, proszę pana, leje się, jak z rynny, wprost w łóżko. A ponieważ, entre nous soit dit, zalegałem cokolwieczek w opłaceniu czynszu mieszkalnego, więc nasza gospodyni słuchać nie raczyła o reperacyi dachu. Podstawialiśmy na górze wszelkie szkła i fajanse, jakie tylko były w domu. Ale nic z tego: piękny Staubbach lał się swoim trybem do łóżka. W drodze łaski gospodyni przysłała tacę na dwadzieścia cztery szklanki, zabytek familijny i klejnot wielce szanowany w tym dziedzińcu i pod tą tacą moja żona musiała leżeć całemi dniami dla osłonięcia się od kapiącej wody, i oto teraz pan proponuje...
Zwrócił się nagle do żony i objaśnił jej szczegółowo cały plan wydawnictwa. Raduski wodził oczyma po stole przywalonym aktami, stosem książek i gazet, po gratach dawnych, zniszczonych i biednych. Wtem drgnął i z niepokojem przyjrzał się pani Grzybowiczowej. Siedziała sztywnie wyprostowana i lewą ręką cisnęła do ust chustkę, której koniec gryzła mocno zębami. Czoło jej marszczyło się coraz bardziej, brwi zbliżały się jedna do drugiej. Raptem trysnęły z oczu jej łzy strugami i łkanie wydarło się z piersi. Siedziała nieruchoma, wciąż patrząc przez te łzy na Raduskiego szeroko rozwartemi źrenicami w sposób tak żałosny, tak głęboko dziękczynny, że nie mógł usiedzieć. Zerwał się na równe nogi, strzepnął palcami, zaczął sykać, machać ręką i wykonywując dzikie ukłony w kierunku różnych sprzętów mieszkania, co tchu stamtąd umknął.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.